Jak w tytule...
Od pewnego czasu, im dłużej żyję na tym świecie, zastanawiam się, czy jako ludzie jesteśmy stworzeni do życia w monogamii? Na zasadzie: jeden partner/ka i tak już do końca życia?
Dziś kolejny raz koleżanka z pracy zapytała mnie jak wyglądały moje niezobowiązujące spotkania z facetami, z którymi nie byłam, nie jestem w związku. Z rozmowy z niej wynikało, że pojawił się na horyzoncie ktoś nowy. Powiedziałam jej, że nie radzę jej tego robić- poznałam jej męża i zrobiło mi się jakoś przykro jak pomyślałam o tym, że ona planuje skok w bok. Jej odpowiedź mnie powaliła: Aaa przestań, teraz nie ma osoby na tym świecie, która by nie była walona w rogi....
Zaczęło mnie to zastanawiać, bo z jednej strony mam w swoim otoczeniu kilka szczęśliwych par (nieliczne wyjątki), ale w większości obserwuję jakieś męczenie się, tkwienie w dziwnych marazmach. Z jednej strony latka lecą, bo mam już skończone 30, ale z drugiej strony nie chcę się na razie z nikim wiązać. Z trzeciej strony bardzo chciałabym mieć dziecko i zdaję sobie sprawę, że sama go sobie nie zrobię, a zanim poznam kogoś, kto by był odpowiedni, to może minąć mój wiek produkcyjny
Idealne rozwiązanie jakie widzę dla siebie: znaleźć fajnego, ciepłego faceta, który przekaże naszemu dziecku odpowiednie geny, nie musi się ze mną wiązać na stałe, nawet jest to niewskazane, ale chciałabym żebyśmy mieli pozytywne relacje tak, aby dziecko mogło patrzeć na dwoje dobrze nastawionych do siebie ludzi. Czy naprawdę do szczęścia potrzebna nam jest jedna osoba do końca życia? Czy jest możliwa taka sytuacja jak opisałam?