Witam!
Kurczę, nie wiem jak zacząć. Może, po prostu cześć Wszystkim!
Co do mojego wieku: spokojnie mieszczę się w przedziale 20-24 lat.
No to na tyle by było wstępu.
Daje, mój problem:
Powoli zaczynam się przyzwyczajać, że jest taka opcja, że po prostu będę singielką w 50% z wyboru w drugim 50% -bo tak wyszło. A może jednak, nie, bo będę w związku. To też jakaś myśl, tylko, że bardzo trudna do zrealizowania.
Bo po pierwsze, jestem feministką i mam radykalne poglądy na pewne sprawy. Nie będzie mi żaden ,,mały mężczyzna'' rządził, rozkazywał, i nie wiadomo co wymagał. Nie zamierzam się dostosowywać, ustępować, chadzać na zgniłe kompromisy itp idiotyzmy. Taki przykład z dziś, jestem w galerii handlowej, w butiku, coś tam mierze, obok mnie dziewczyna nie wiele ode mnie starsza, a już z dzieckiem ze 4 lata, i facetem. Ten syn niegrzeczny, lata po całym sklepie, jej partner jak mniemam ojciec dziecka, ma na to wyeb...i jeszcze strzela focha, że ona tak długo mierzy, a ona w jakiejś za ciasnej kiecce jeszcze szuka dziecka po sklepie. Nie kupiła w końcu nic bo ta sukienka która była ładna, to za droga. Słuchajcie ja na jej miejscu wpadłabym w taką wściekłość, że kamień na kamieniu by nie pozostał, mi jako feministce zwyczajnie scyzoryk się w kieszeni otwiera, jak widzę takie sytuacje. No a ja, właśnie wzięłam wypłatę, zaszalałam, byłam u kosmetyczki, spędziłam kilka godzin w galerii handlowej, kupiłam sobie fajne rzeczy i jeszcze mi reszta została. I o to mi właśnie chodzi, mam całkowitą wolność, mogę sobie kupić co mi się podoba i nikt nie ma prawa mi słowa powiedzieć, bo to są moje decyzje i moje życie. Boje się związku, bo nie chce właśnie tak beznadziejnie skończyć, poza tym nie lubię dzieci i raczej nie chce własnych. Brzydzi mnie to jak żyje w Polsce wiele pseudo rodzin. Sorry, że tak ostro, ale pisze co czuje.
Jeżeli mowa o facetach...
W sumie do to mam prawie pustą kartę. Z wyjątkiem... jednego- aktualnego. To bez wątpienia moja pierwsza miłość. W sumie to ja nie lubię facetów, mam do nich dystans. Szczególnie stronie od rówieśników z którymi nie mam wspólnych tematów, źle się czuje w ich towarzystwie, to są takie dwa inne światy, że szok. M jest starszy trochę więcej niż 10 lat. To duży plus. Poza tym jest po rozwodzie i jest wojskowym. Nie jest narwanym szowinistą, co na gwałt chce rodzinę i dzieci, wręcz przeciwnie, ceni sobie wygodne życie. Konkret. Najważniejsze, nie jest typem nieudacznika który jest zazdrosny jak błazen, o seksowne ubrania, o kolegów z roku, o dyskoteki (na które i tak nie chodzę) to jest typ prawdziwego macho, on na takie pierdoły nie zwraca uwagi. Każdy mieszka u siebie, czasem ja nocuje u niego, rzadziej on u mnie. Mamy podobne poczucie humoru, podobne zainteresowania, poglądy. Ale też na co dzień każdy z nas ma swoje życie, małżeństwo, czy jakiekolwiek dzieci, bardzo by nam skomplikowały, utrudniły i zatruły życie. Dlatego usunęłam. Od tamtej pory, nie do końca sobie radzę. Jestem pewna, że go kocham, mimo, że czasem bywa despotą, że nie znosi sprzeciwu, że ma słabość do alkoholu i kobiet. Zależy mi na nim, na naszej relacji. Tyle, że ja nie dorosłam do tej decyzji o poważnym związku, nie wyobrażam sobie siebie w roli żony, na razie, w przyszłość pewnie mogłabym być, ale po warunkiem, że po ślubie nie wiele by się zmieniło. Nie zamierzam uczyć się gotować, być ostoją rodziny. Ja w sumie jeszcze sama siebie nie utrzymuje, pomagają mi mama i dziadkowie. Moja pensja idzie na moje potrzeby i jeszcze coś zaoszczędzę. Nie ma większych obowiązków i zobowiązań, Lubię zorganizować wszystko tak by mi było po prostu wygodnie. Jestem zwolenniczką prostych rozwiązań. Jemu w sumie też pomagają, ale to jest inaczej bo on ma duże mieszkanie, stabilną pracę. Na razie mówi, że dobrze jest jak jest. Ale co będzie jak mu się odmieni, jak będzie chciał założyć rodzinę? Mieć dzieci? Ja się nie zamierzam do niczego zmuszać. Ja go nie chce przetrzymywać, nie chce żeby mi kiedyś wypominał, że prze-zemnie nie ma dzieci, czy ze nie zdążył się ożenić, założyć rodziny czy coś. W sumie to moja rodzina go prawie nie zna, ja im często coś o nim opowiadam jak o przyjacielu, ale nie wiedzą, że praktycznie żyjemy razem. Moi znajomi go znają, nie mam problemu przed rówieśnikami, którzy nie są dla mnie autorytetami i nie obchodzi mnie co o nas myślą. Ale rodzice to co innego, rodzice są bardzo ważni, jacy by nie byli. Robię grunt. On uważa, że nie muszę na razie nic mówić, po co komplikować. I tak, żyjemy razem bez żadnych kroków na przód, on kiedyś się chciał mną pochwalić przed rodziną to mnie zaprosił. Czasem czuje się jak maskotka, w rękach innych. I czuje, ze to moja wina wszystko, że nie potrafię stworzyć innej relacji, że jestem rozchwiana emocjonalnie, że wewnętrznie jestem dzieckiem. Ale co z nim? Tu mi na nim zależy, ale robię krok w przód i dwa w tył.
Co ja robię źle?
