Na początku chciałbym się Wam wszystkim przedstawić. Nazywam się Tomek, mam 23 lata. Z góry chciałbym Was przeprosić za to, że ten tekst będzie nieco przydługi. Ale chciałbym Wam wszystko dokładnie opisać - i poznać Wasze zdanie na ten temat.
Rok temu, podczas imprezy pod akademikiem, poznałem pewną wspaniałą dziewczynę - K. Porozmawialiśmy ze sobą, zaprosiliśmy się na fb do znajomych i najzwyczajniej w świecie rozeszliśmy. Ale potem nie utrzymywałem z Nią kontaktu, nie napisałem choćby głupiego "cześć". Czemu? Z 2 powodów: po pierwsze stwierdziłem, że taka wspaniała dziewczyna nie zechce rozmawiać z takim przeciętnym człowiekiem, jak ja, a po drugie - była zaraz po rozstaniu, więc stwierdziłem, że na pewno ma dość facetów i nie zechce ze mną pisać. Przełom nastąpił, kiedy miałem urodziny - napisała do mnie i złożyła mi życzenia. I wtedy zaczęła się nasza znajomość.
Rozmawiało się nam wprost fantastycznie. Studiowaliśmy w tym samym mieście, więc mieliśmy bliski kontakt. W sumie, to się stało samo. Zakochaliśmy się w sobie ze wzajemnością. To było niesamowite, ponieważ nawet nie musiałem o Nią zabiegać. Mieliśmy bardzo podobne poglądy, w podobny sposób patrzyliśmy na świat. Oboje lubiliśmy czytać książki, dyskutować o nich. Mieliśmy podobne zainteresowania.
Niestety, po sesji przyszedł czas na wrócenie do swoich rodzinnych miejscowości. I nagle odległość z kilometra urosła do 200 km. K była z tego powodu bardzo smutna, ale pocieszałem ją, jak tylko mogłem. Codziennie spędzaliśmy wieczorem parę godzin na skypie tylko po to, aby rozmawiać. Postanowiliśmy razem pojechać na wakacje - na mazury. To były najwspanialsze wakacje mojego życia.
Potem nastąpił powrót na studia i znowu zamieszkaliśmy w tym samym mieście. W osobnych mieszkaniach - to było za wcześnie, aby mieszkać razem. I wtedy pojawiły się zgrzyty.
K miała bardzo dużo znajomych, była duszą towarzystwa. Zawsze radosna, z wielką chęcią zjednywała sobie ludzką sympatię. I miała też dużo kolegów. Z tego powodu stałem się o nią bardzo zazdrosny. Nie chciałem, aby spotykała się ze swoimi kolegami. Nie chciałem, aby wchodziła na imprezy, gdzie będzie dużo facetów. Nie chciałem nawet, aby sporadycznie wychodziła na kawę ze swoimi bliskimi znajomymi z liceum/studiów. Nie chciałem, aby tanczyła z innymi facetami.
Starałem się jej o tym mówić, że nie podoba mi się to. Ona twierdziła, że moja zazdrość jest chora. Że wszystkich traktuje jak ludzi, że ja to ja jestem jej wybrankiem. A ja dalej mówiłem swoje. Do tego dochodził mój porywczy charakter - jestem cholerykiem. Nie zrozumcie mnie źle - nigdy nikogo nie uderzyłem, nigdy nikomu źle nie życzyłem. Ale czasem się denerwuję. Podnoszę wtedy głos. A K była bardzo wrażliwa - wszystko to bardzo przeżywała. I czasem płakała. Wtedy próbowałem ją uspokoić. Czułem się podle, że mój Anioł płacze. I zawsze obiecywałem jej, że nigdy nie zamknę jej w klatce. Że będzie mogła się spotykać z kolegami, ale niech nie każe mi się z tego powodu cieszyć. Niestety - nie potrafiła zrozumieć mojej zazdrości.
W sumie to nie była zwyczajna zazdrość. Nie bałem się, że mnie zdradzi. Było mi po prostu smutno, że spędza czas z innymi kolegami, że chce z nimi utrzymywać kontakt. Że chce z nimi trochę spędzić czasu, że przez to nie jestem tym jedynym. Chciałem ją mieć tylko dla siebie - i nie oddawac innym.
Starałem się być dla niej dobry tak, jak tylko potrafię. Robiłem zawsze to, co chciała. Jak o czymś marzyła, starałem się jej pomóc to zrealizować. Pisałem do niej wiersze. Jeżeli była chora - gotowałem jej, biegałem po leki. Jak była smutna, przygnębiona - zawsze przy niej byłem i pocieszałem. I zawsze obiecałem poprawę. I chciałem być dla Niej lepszy. Wiedziałem, że zazdrośc jest zła. Ale zawsze znalazłem powód, aby się czegoś doczepić.
Tydzień temu przyszła do mnie. Powiedziała, że ze mną zrywa. Że ma dość zazdrości i zaborczości. Wtedy mój świat się załamał.
Czlowiek bowiem żałuje czegoś dopiero wtedy, jak to straci. Zacząłem bardzo dużo czytać i oglądać o zazdrości. Że to uczucie niszczy związki. Poszedłem do spowiedzi- aby wyznać swoje winy wobec K (jestem katolikiem - podobnie jak Ona). Na swoje szczęście natrafiłem na bardzo mądrego księdza, z którym miałem przyjemność po ludzku porozmawiać. Powiedział mi, że nie można nikogo zmusić, aby kochał. Ale jeżeli ja czuję do tej osoby tak dużo - to warto próbować, starać się. Ale przede wszystkim - trzeba się starać być szczęsliwym samym z sobą. Bo jeżeli samemu będzie się nieszczęśliwym, to nigdy nie stworzy się szczęśliwej relacji.
Strasznie żałuję tego, że byłem dla K taki, jaki byłem. To złota dziewczyna, mądra, inteligenta, zaradna, szczęśliwa - a przede wszystkim jest dobrym człowiekiem. I dla mnie też była dobra. Kocham ją całym sercem. Chciałbym ją odzyskać. Ale wiem, że dużo razy ją zawiodłem. Za dużo. Chciałem jej zasugerować, abyśmy zrobili przerwę w związku - abym mógł wszystko na spokojnie i powoli przemyśleć. Opracować plan ratunkowy - dla siebie. Dla swojej zazdrości. Ale nie chciała o tym słyszeć.
Strasznie chciałbym nawiązać z Nią kontakt. Napisać do Niej. Ale boję się. Boję się, że jeszcze bardziej mnie znienawidzi. Wiem, że wybaczyła mi moje winy. Ale nie chce być ze mną. Powiedziała, abym dał jej odejść, nie pisał do niej. Ale wiem, że cały czas chodzi w naszyjniku, jaki dostała ode mnie na urodziny. Nie pozbyła się pamiątek ze mną związanych. Mam ochotę kupić różę, napisać od niej list ze wszystkimi moimi postanowieniami, z prośba o danie mi jeszcze jednej, tej ostatniej, prawdziwej szansy. Pójść do jej mieszkania, położyć go na wycieraczce. Ale zwyczajnie w świecie się boję.
Chciałbym na koniec przestrzec wszystkich ludzi, którzy są zazdrośni o swoją drugą połówkę: wyzbyjcie się tego! Kochajcie bez zazdrości! To Was zniszczy. Pozwólcie drugiej stronie robic to, co się jej podoba (o ile oczywiście jest to moralne), a tylko bardziej się Was przywiąże. Nie popełnijcie takiego błedu jak ja, bo będzie potem tego żałować do końca życia.
Straciłem Anioła. Gdybym tylko mógł cofnąć czas...