Sytuacja wyglada tak, ja mam 20 lat, chlopak 22 i chcemy razem zamieszkac. Kilka miesiecy temu, stwierdzilismy ze najpierw odlozymy troche pieniędzy aby pozniej razem zamieszkac/cos wynajac. Mieszkamy daleko od siebie bo dzieli nas ok 90km, wiec oczywistym jest ze tesknimy za soba. Jesteśmy razem juz 3 lata i bardzo sie kochamy. W weekend powiedzial mi bym zwolnila sie ze swojej pracy, poszla do pracy w jego miescie a mieszkala u niego (mieszka z rodzicami). Ja zdziwiona, bo ustalismy inaczej zapytalam go czy zartowal bo chce wiedziec, czy mam nad czym sie zastanawiac. Mowil ze nie, ale pozniej tak sie platal w zdaniach ze wyszlo ze żartował. Powiedzial mi ze nic nie robie, ze leżę w łóżku calymi dniami, ze po pracy od razu klade sie spac (mysle ze to normalne gdy pracuje sie nawet do 14h) a gdy mam wolne to leżę i ogladam telewizję. Gdy mam wolne jestem u niego, sprzatam mu caly pokoj ktory zabalaganil przez czas kiedy mnie nie bylo, robie mu pranie, prasuje, obiad ugotuje, ogolnie wymieniac mozna by bylo bez konca. Gdy wraca z pracy, ma wszystko podane na tacy. On umyc naczynia? Umyc podloge? Pozamiatac? Poprasowac? Nigdy. To kobiece zajecie. Kobieta wg niego powinna gotowac, prac, prasowac, sprzatac, zajmowac sie dzieckiem, ogolnie zrobic wszystkie prace domowe, chodzic tez do pracy. On ewentualnie moze cos naprawic jak sie zepsuje. Uwaza również ze bez niego nie jestem w stanie znalezc sobie zajecia co jest nieprawdą. Ze bez niego sobie nie poradzę itp. Jestem młoda. Nie chce zmarnowac sobie zycia. Co mogłabym zrobic?
~ wiele razy bylam gotowa odejsc. Niestety, nie jestem na tyle silna.