A więc tak - wczoraj byli u nas.
Oboje.
Na początku rozmowa się nie kleiła, wyczuwało się napięcie.
Ale potem... Kobiety zostały, a przyjaciel poprosił mnie na stronę.
Okazało się że o ciąży żona powiedziała mu w dniu w którym do niego wróciła. Po prostu gdy zapytał ją czy wszystko w porządku - rozryczała się i powiedziała.
Przyjął to spokojnie - już wcześniej zastanawiał się czy czegoś nie złapała, i chciał wysłać ją do lekarza, choć bardziej myślał o chorobie niż ciąży.
Co do nas - powiedziała mu wszystko.
Że wiedzieliśmy (tego zresztą sam się domyślił, ona tylko potwierdziła), że namawialiśmy ją do powiedzenia mu prawdy, że poparliśmy jej decyzję o usunięciu, i że chcieliśmy unikać kontaktów dopóki ona mu nie powie.
Podsumował to krótko - że będą oboje walczyć o to, by wszystko było jak dawniej - i zależy im, by ich stosunki z nami też takie pozostały.
Nie wytrzymałem i zapytałem, czy nie ma żalu że nie powiedziałem mu wcześniej o jej ciąży - odpowiedział: A pytałem cię? Nie. Więc dobrze zrobiłeś. Gdybyś ją wydał - nie wybaczyła by ci.
Powiedział jeszcze jedno, zacytuję: zastanawiałem się, że przecież zdarzało mi się parę razy tak nachlać, że drogi do domu nie pamiętam. Gdyby wtedy, w drodze przez park wyruchał mnie jakiś murzyn, czy żona nazwała by mnie pedałem i wyrzuciła z domu? Nie. Więc nie mogę jej karać dlatego, że zrobiła jak ja tylko miała mniej szczęścia.
Tym bardziej że, jak opowiedział, przeprowadził prywatne śledztwo, podzwonił, popytał, i wszystko potwierdza jej wersję o wykorzystaniu.
Mało tego, kilka dni temu dowiedział się, że dzięki koleżance od awantury z taksówkarzem prawdopodobnie uda się namierzyć tamtego typa - w kwietniu lecimy we dwóch do Polski, sprawa jest rozwojowa.