emsi123 napisał/a:Podłącze się jako tak męska reprezentacja.
Też uważnie przeczytałem wątek i stwierdzam że my faceci mamy z wami jednak ciężko 
Zacznę w ogóle od pierwszego postu autorki. Piszesz, że wypełniłas już każdy możliwy punkt by zapomnieć o swoim eks, a właściwie dlaczego wasz związek umarł? Tego nie udało mi się wyszukać. Pomijam już fakt, że kręcił z inna na boku (co dla mnie jako strony męskiej jest rzeczą strasznie chamowatą). Zastanawiałas się czemu kręcił z inną?
Powiem tak. Moja ex nie potrafiła mnie spełniać jako faceta, wiec i ja przestałem spełniać ją jako kobietę. Nie chodzi o to, że chciałem się odegrac. Po prostu im bardziej mi okazywała, że jestem zwykły tym mniej czułem, że ona chce być najlepsza dla mnie.
Mówią, że kobieta zmienną jest. No właśnie, moja była do dziś nie dała mi znaku czego ona ode mnie oczekiwała (choć jak sama twierdziła w dniu w którym się rozstaliśmy dawały znaki). Raz miałem wrażenie, że mam być jej kolega, raz powiernikiem, raz kochankiem, a raz tylko dla jej czasu. Coś co nazywa się facet (w jej życiu) zostało podzielone na kilka różnych, wyszczegółnioncy grupy. Z czasem zacząłem się w nich gubić.
Może najwyczajniej w świecie nie pasowaliście do siebie względem światopoglądu i charakteru? Coś czego on móc chciał, zostaję przekazane przez bliższą mu kobietę?
Miło powitać przedstawiciela płci przeciwnej
Wiem dlaczego kręcił z inną. To było tak...
Jestem osobą dość zabawną i energiczną. Zawsze byłam. W ostatnim roku naszego związku podziało się jednak tak, że spadło na mnie wiele stresy, z którym nie potrafiłam sobie poradzić. W domu byłam tylko na weekendy, oczekiwałam od Niego, że zrozumie i ten czas, kiedy jestem w domu spędzi ze mną, podbuduje, no będzie dla mnie. On oczekiwał, że nic się nie zmieni i będzie jak zawsze. Ja byłam w czym przypominającym depresje, on był sfrustrowany, bo nagle miał w domu całkiem inną kobietę. W sierpniu przeprowadził ze mną poważną rozmowę, w której wytłumaczył mi jak się zmieniłam, jak jego to męczy - w dość ostrych i brutalnych słowach powiedział, że jak nic się nie zmieni to z nami koniec. Niestety, jeśli w tamtym okresie leżałam na deskach to ta rozmowa skopała mnie do reszty, rozłożyła na łopatki, pokonało mnie to. Nie był to motywacyjny kopniak. Byłam wtedy przekonana, że jestem beznadziejna i od ukochanego człowieka usłyszałam potwierdzenie. Nie umiałam z tym walczyć, chociaż starałam się. Ale ile można udawać. Poczułam się odepchnięta i usunęłam się w cień.
W tym czasie on rozwijał nową pasję okołosportową, gdzie poznał wiele kobiet, w tym kobietę z którą już wtedy kręcił i swoją aktualną. Nie mogłam się wtedy równać z dziewczyną, której zainteresowania tak idealnie szły w zgodzie z jego. Kiedy ja walczyłam sama ze sobą, szukałam starej siebie i się starałam ratować wszystko to, co się sypało oni wspólnie przeprowadzali głodówki i dumali nad wyższością naparu z pokrzywy. W domu miał smutną, zagubioną frustratkę tam kobiety, z którymi mógł zagłębiać się w nową pasję.
I tak to już poszło. Robiłam co umiałam. Szukałam tych punktów, które na nowo nas połączą, ale on już wtedy odpłynął tam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o romansie, więc myślałam że jego nagłe ożywienie i radość w domu to wynik moich działań. Niestety nie było tak. Wyjeżdżali sobie razem na wyjazdy (o których mi mówił, w większym gronie, związane z nową pasją), gdzie ich relacja mogła się pogłębiać. Jak się dowiedziałam o tym, co między nimi się działo - nie wiedziałam co robić. Unieść się dumą? Przecież zdradził.. twierdzi, że seksu nie uprawiali. Walczyć? Jak??
Ale walczyłam. Przed jego wyprowadzką, takim ostatnim rozpaczliwym zrywem nawet poprosiłam, żeby tego nie robił. Roześmiał się.
Potem dowiadywałam się kolejnych rzeczy. Że np. nasz związek był tematem rozmów jego i tych panienek. Ja byłam rozkładana na czynniki pierwsze, debatowano jak jestem winna, jak się zmieniłam.. Że kiedy ja byłam w apogeum mojej prawie-ze-depresji on mnie zostawiał, jeździł tam i na maksa po całości flirtował z tą dziewczyną.
No i sobie poszedł. Potem utrzymywał kontakt, z czego ja się cieszyłam, bo dawało mi nadzieję. Tylko ile można żyć wzlotami (zadzwonił) i bolesnymi upadkami (o których nie chce opowiadać). Proponował terapie, żebyśmy dowiedzieli się dlaczego się rozstaliśmy. Spytałam, czy to znaczy że chce spróbować na nowo. Powiedział, że nie - nie chodzi o to, żebyśmy do siebie wrócili tylko zrozumieli co poszło nie tak. Powiedziałam twarde NIE (czego teraz bardzo żałuję) i starałam się ukrócić kontakt. Potem próbowałam na wszystkie, wymienione w pierwszym poście, sposoby o nim zapomnieć. Nie udało się. Jest gorzej codziennie.
A on - ma nową, z którą tworzy no.. rodzinę. Taką na wypasie, bo ona ma dziecko. Którym on się radośnie, ochoczo i z właściwym sobie oddaniem zajmuje.
Pozamiatane. Pozamiatane, prawda?