Dzień dobry Sabaciku
Wczoraj minęło 4 tygodnie, ostatnie dni były ciężkie. Wyłam, dociera do mnie, że mnie nie kocha ! Tydzień bez kontaktu zrobił swoje. Nadzieja niestety jeszcze nie umarła, ale próbuję się jej wyzbyć, bo musiałby zdarzyć się cud. Już wiem, że nigdy nie zadzwoni, nigdy się z nim nie zobaczę - być może nigdy nie przestanę go kochać, ale wiem że to uczucie schowam gdzieś głęboko, ukryję je w sobie. Nie mogę i nie chcę go kochać. Jest mi smutno i jednocześnie jest wściekła na niego. Tęsknię za nim, ale nienawidzę też za to co mi zrobił, że tak mnie potraktował - takie myśli ogarnęły mnie z samego rana.
A teraz czas na wycieczkę, cały dzień poza domem, wyłączenie myślenia (mam nadzieję) - jakoś ten weekend zleci
![]()
Miłego dnia
Witaj SZEFOWO
Oj - dużo smutku w tym co napisałaś. To powtarzające się słowo " nigdy" w Twojej wypowiedzi martwi mnie co do Twojego stanu emocjonalnego ( no ale to dopiero 4 tygodnie). Nic Ci na pocieszenie nie napiszę, bo Ty wszystko wiesz. Wszystkie wiemy, że przyszłość przed nami optymistyczna, jakąkolwiek przybierze formę. Co możemy, co robimy i co MUSIMY robić dziś by czas choroby skrócić, to maltretować swój rozum, by finiszował pozostawiając daaaaaaaaaaaaleko z tyłu emocje i nadzieję związane z wydarzeniami tzw ostatnich dni. U mnie 5 miesięcy mija i jak wiesz z powyższych wpisów też wracają mi te stany, jednak wtedy włączam rozum, który krzyczy " jest, jak jest, a żyć trzeba. !!!" Gdzieś tu na forum przeczytałam coś , co bardzo często sobie powtarzam w gorszych chwilach .. cyt NIE RÓB PRIORYTETU Z OSOBY, DLA KTÓREJ OKAZAŁAŚ SIĘ TYLKO OPCJĄ"
Miłego i optymistycznego dnia życzę wszystkim. Miotły w dłoń i do przodu.