Ja miałam tak, że chleb nigdy mi jakoś szczególnie nie smakował (wyjątek stanowił taki jeszcze ciepły, prosto z piekarni ;P), który zawsze traktowałam jako zapychacz, żeby nie zjadać tego, co dobre za dużo
chyba tak robi większość ludzi, dopóki się nie skapnie, że zamiast zapychać się chlebem można zjeść jedną kromkę grubo posmarowaną masłem (tak robiły kiedyś nasze babcie /przynajmniej moja tak robiła/ nie dawały nam 3 kromek z ledwo zaklejonymi masłem dziurkami, ale jedną pajdę z kilkumilimetrową warstwą masła).
Na tyle nie lubię chleba, że nawet moja córka j e d y n ą formę chleba, jaką uznaje to chleb + masło orzechowe o grubości pół centymetra
wędliny, ser itd je bez chleba
takie "pańskie dziecko". Jeżeli już to jadałam/jadam pełnoziarnisty chleb żytni.
Dlatego z tym miałam łatwiej, natomiast uwielbiam (uwielbiałam?) wszelkiego rodzaju kasze, fasolki, makarony (makarony to wprost paczkami :S ) ziemniary w każdej postaci, oraz cukier do kwadratu. Niestety do tej pory nie jestem w stanie wypić gorzkiej herbaty z przyjemnością.
truskaweczka19 napisał/a:Aha rozumiem Iceni smile No tak, to jest uzależnienie, bo staram się rzadko jeść takie rzeczy jak pizza, ale jak jem, to na razie nie jest to 1 czy 2 kawałki, tylko np połowa pizzy, a i całą kiedyś dałam radę zjeść. Też tak miałaś kiedyś? Pisałaś chyba, że też miałaś za dużą insulinę, też czasem miałaś osłabienie? Chociaż fakt, to może tak działać, a cukier mam w normie, niedawno sprawdzałam. Jeżeli z czasem uda mi się jeść mało węglowodanów, to jedno dobre, że np pomarańcze, które uwielbiam są bardzo zdrowe
Jeżeli chodzi ci o osłabienie typu podatność na infekcje, to nie, ale u mnie dawało się we znaki osłabienie fizyczne - ja byłam cały czas senna i taka rozmemłana często. Nagminnie rano zasypiałam, obudzenie się w ciągu 15 minut było niemal niewykonalne, przeczekiwanie 3 10-minutowych trybów drzemki to był u mnie typowy sposób budzenia się - potrzebowałam 30 minut (!) żeby rano być w stanie zwlec się z łóżka.
Senność po posiłku to już był dramat - to był główny bodziec, który mi zapalił w głowie czerwoną lampkę i kazał się zastanowić co jest nie tak - ja potrafiłam zjeść ok 11 rano drożdżówkę (z kawą!) i z trudem się powstrzymywać, żeby nie usnąć. A to były klasyczne objawy kłopotów z insuliną 
Teraz mam budzik ustawiony na tę samą godzinę i budzę się sama przed alarmem a w pracy piję kawę z przyzwyczajenia nie z konieczności 
I to jest wynik tylko zmiany diety.
Druga sprawa to ŁZS - fakt, ze zaczęłam używać też specjalnego szamponu w tamtym okresie, ale szampon mi się skończył prawie miesiąc temu, a skóra nadal jest bez żadnych zmian 
Ostatni objaw, na który zwróciłam uwagę niedawno, to fakt, ze skończyły mi się bolesne owulacje - do tej pory miałam tak, że regularnie, co miesiąc przez kilkanaście godzin bolał mnie odpowiedni jajnik. Bolał na tyle, że czasem musiałam brać tabletkę przeciwbólową, bo z trudem mogłam zgiąć nogę po danej stronie (według gina jajniki są absolutnie zdrowe, a ta bolesność jest "typowa"). A teraz jedynie czuję lekki ucisk/tkliwość.
Edit: Aha, jeszcze to nie wszystko
Po pierwsze - ogromnie skurczył mi się żołądek - jestem w stanie najeść się 300-400 g/ml albo 500 ml zupy i to mi wystarcza jako pełen posiłek - nie muszę czuć pełnego żołądka żeby odczuć sytość - kiedyś miałam kolosalnie rozepchany żołądek przez michy surówek/sałatek itd... bo w ten sposób zabijałam potrzebę ciągłego jedzenia, ale micha cieniutkiej zupki albo główka sałaty z pomidorami choć ma niewiele kalorii super rozpycha żołądek
Dopiero teraz to widzę jak się nauczyłam zaspokajać głód na przykład dwoma tłustymi schabowymi z kilkoma różyczkami brokuła i szklanką groszku 
Po drugie po schudnięciu, kiedy sobie porównałam wymiary obecne z wymiarami z tej samej wagi, ale sprzed utycia - mam teraz o 6 cm mniej w talii i tyle samo mniej w pępku! Znacznie zmniejszyła mi się otyłość brzuszna - wymiary bioder są takie same, a w biuście mam więcej o jakieś 1,5 do 2 cm
- mam inną figurę tylko od diety
nadal kiepską, ale przynajmniej już ludzką 