Ismena1976 napisał/a:Mussuka,zgadzam sie z Toba.Wiele osob ma mi za zle,ze nie potrafie zyczyc dobrze mojemu eks...Bo nie potrafie....Bo zrobil mi taka krzywde,ze sie nie da.Byc moze jest tak,ze dla uspokojenia wlasnego sumienia,dla wlasnego komfortu powinno sie przebaczac.Ale jeszcze trzeba umiec!Mysle,ze wiekszosc ludzi nie potrafi.I uwazam,ze ci,ktorzy mowia jak to pieknie przebaczyli,zwyczajnie klamia.Sa nieszczerzy.Nie znam czlowieka,ktory przezylby koszmar zdrady i -po chrzescijansku-wybaczyl.Moze sa jakies wyjatkowo szlachetne jednostki,ale...Osobiscie-watpie.Pzdr.
Ta sa:) Na papierze moze, albo na ekranie.
Rozne rzeczy mozna sobie i innym wmawiac, nawet to, ze zdrada uszlachetnia te osobe zdradzona, ze dodaje jej sil, ze ta ponizona i oszukana wbrew calemu klamstwu i podlosci, rodzi sie silniejsza, jak ten Feniks z popiolow wstaje. Pic na wode i tyle.
Zdrada nie uszlachetnia nikogo, zdrada nie dodaje sil, zdrada jest podla i ponizajaca, odbiera wiare i ufnosc. OK,dodaje sil? Chyba tylko w takim sensie, ze osoba zdradzona juz wie, jaka podlosc moze ja spotkac, juz wie, ze przysiega malzenska to tyle, co pusty banal, i wie, ze odtad moze liczyc juz tylko na siebie i sobie wierzyc. Zdradzajacemu nigdy nie uwierzy. Wie, ze moze upasc, wiec teraz lepiej usiasc, zeby mniej bolalo. To jest ta sila i ta przemiana na plus? Ja to nazywam otworzeniem klapek i asekuracja na przyszlosc. Pod roznymi pieknymi haslami niezaleznosci, odrodzenia itd. "teraz licze sie tylko ja" - oczywiscie, bo kto inny ma sie jeszcze liczyc? Jest jeszcze jakies MY? Bylo, ale nie ma.
To chyba naturalne, ze zloczyncy ciezko zyczyc dobrze. Nie chodzi o to, zeby sobie codziennie w jego laleczlke woodoo szpile wbijac, ale po co te monumenciki z goofienek stawiane ku czci i pamieci tego, co to kiedys bylo ladne i fajne? Po co, skoro on to wlasnorecznie i wielokrotnie zbrukal i oplul? Co bylo to bylo a co jest to jest. Z czasem bol minie i zlosc tez, ale nigdy nie uwierze, ze taka podlosc mozna wybaczyc i odlozyc ad akta. No chyba, ze ktos jest naprawde uzalezniony i uwaza, ze go to wybaczenie tak uszlachetni, ze a noz widelec ON wroci i sie nawroci. Ale tego nawet nie chce komentowac.
Nie chodzi o zlorzeczenie, jak tu jedna pani sugeruje, o jakies zacietrzewienie, to bzdura.
Ale chodzi o szczerosc wobec siebie, wobec wlasnych uczuc. Nie trzeba tej osoby karac szczegolnie, spiskow knuc, plakatow o jego rozwiazlosci rozklejac, rodziny buntowac. Wystarczy jasny prosty i szczery komunikat - zraniles mnie i nigdy Ci tego nie wybacze ani nie zapomne. Z nami koniec i widziec Cie wiecej nie chce. Placisz alimenty i to tyle, czego od Ciebie oczekuje. Rozdzial nasze malzenstwo uwazam za zamkniety.
Proste i jasne? A te wypisy o tesknocie za tym co bylo, o tym, jak moglo byc a sie nie stalo, to rozpamietywanie czemu on to zrobil, czemu mnie to spotkalo - co z tego za pozytek? Jedynie sily odbiera i wlecze sie taka historyjka z przeszosci za kobieta jak kula u nogi i pozniej wypisuje - skad wziac sily? Ano wlasnie ze stanowczosci i konsekwencji. A nie babrania sie w przeszlosci.
A to co napisalam, ze na starosc takie jednostki jak maz autorki watku, zazwyczaj same zostaja, to czesty przypadek. Kochanka nagle znudzona odchodzi, bo on wolny juz nie tak atrakcyjny (do tego uszczuplony o alimenty), lata leca, nowych panienek nie przybywa, dzieci wlasne - TEZ zdradzone i nie tak milosierne jak mamusie nie garna sie do tatusia eks alfonsa - malo takich znacie? Ale ja nadal uwazam, ze to zasluzona kara za ich kryzysy wieku sredniego, kryzysy w malzenstwie i inne wmowione niedociagniecia ze strony zbyt kiepskiej malzonki.