Aktorstwo dobre i złe. - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ŚWIAT FILMU » Aktorstwo dobre i złe.

Strony Poprzednia 1 2

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 66 do 76 z 76 ]

66

Odp: Aktorstwo dobre i złe.

A czemu z tym Grindhousem? Co prawda pół filmu kilka lasek ciągle nawija ze sobą ale nieźle nawija. Plus Ford Mustang na szosie i boski Kurt Russel. Czego chcieć więcej. Mikkelsen to mógłby zagrać Thorgala gdyby mieli ekranizować komiks. Viggo Mortensen jest fajny, choć przez jakiś czas wydawał mi się dość papierowy ale trafiło mi się parę filmów, gdzie odstawał od sztampy macho i dawał radę. Na przykład przed Władcą Pierścieni nie kojarzyłem, że grał w Urodzonym 4 lipca big_smile
Z podobnych aktorów starszej daty polecam jednak Rutgera Hauera. Facet jest po prostu niesamowity. Ten jego wieczny kpiarski uśmieszek i przeszywające, niebieskie oczy. Finałowa scena Blade Runnera, gdy umierający Roy Batty mówi o gwiazdach jest niesamowita. Zresztą w ogóle polecam ten film, jest obecnie zremasterowany i wcale się nie zestarzał. Rutger to trochę lajtowa wersja Klausa Kinskiego, który jest super ale raczej trudno go lubić.

Zobacz podobne tematy :

67

Odp: Aktorstwo dobre i złe.
truskaweczka19 napisał/a:
Volver napisał/a:
truskaweczka19 napisał/a:

Dla mnie w tych trzech co widziałam był rewelacyjny, to już sporo, dlatego tym bardziej chętnie obejrzę inne z nim smile

truskaweczko będę już pewnie namolna ale... koniecznie zobacz "Pragę" ! smile Duet  Stine Stengade i Madsa Mikkelsena wprost rozłożył mnie na łopatki. To chyba mój ulubiony film z Madsem. Często do niego wracam i wciąż mi się nie nudzi. Kilka scen niezmiennie wbija mnie w fotel. Cudowne są też wątki poboczne w tym filmie i czasami taki śmiech przez łzy...
Film niestety dość trudny do zdobycia z polskimi napisami.

Ok poszukam smile Chętnie obejrzę smile Teraz jeśli chodzi o angielski, to mam trochę do powtórzenia, więc po ang średnio, bym zrozumiała, ale za jakiś czas jak pouczę się, to będzie lepiej. No, ale oczywiście najlepiej byłoby z polskimi napisami big_smile

Truskaweczko, czy udało Ci się może znaleźć i obejrzeć "Pragę"  z polskimi napisami ? Pytam... albowiem gdyż ponieważ... stałam się całkiem  niedawno posiadaczką "czegoś" na ten kształt... wink Także jakbyś reflektowała, to się odezwij proszę. Chętnie się z inną fanką Madsa podzielę czym chata bogata... big_smile

68 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2014-12-16 05:27:14)

Odp: Aktorstwo dobre i złe.

Volver, wyszło tak, że jeszcze wcześniej nie oglądałam, ale teraz szukałam i jest dostępny online z napisami wink Chociaż i wysłać byś mi mogła, bo miło na pewno by mieć potem ten film na dysku smile Któregoś dnia, niebawem go obejrzę na pewno smile

69

Odp: Aktorstwo dobre i złe.

1) Hmm... uważam, że Johnny Depp zrobił się od paru lat leniwy i leci od dłuższego czasu na tych samych gestach, mimice, a do tego doszła jeszcze zmanierowana gra aktorska... trochę tak, jakby Johnny Depp parodiował Johnny'ego Deppa... i to nie jest jakaś złośliwość z mojej strony czy  trollowanie... po prostu byłam jego fanką długie lata, obejrzałam mnóstwo filmów z nim i ze smutkiem przyznaję, że to, co kiedyś wydawało mi się geniuszem, teraz zblakło... Nie mówię, że Depp jest złym aktorem, po prostu się zagubił i tyle... wpadł w pułapkę własnej osoby... bo to, co kiedyś było uznawane za świeżość, nietuzinkowość, droga pod prąd, teraz jest już oklepane i przestało zadziwiać (w ilu dziwaków można się wcielić, aby ludzie nie zaczęli stwierdzać, że na dobrą sprawę wszyscy są tacy sami?)

2) Tom Cruise... z nim mam problem... poniekąd dlatego, że nie widziałam z nim wszystkich filmów, więc mogę się mylić... nie przekonuje mnie jednak, bo wydaje mi się nieszczery... nie da się jednak zaprzeczyć, że patrząc obecnie na Cruise'a, nie sposób zapomnieć o jego szaleństwie w życiu prywatnym i w tym momencie nie wiem, co decyduje o mojej niechęci... Prawdą jest jednak, że początki miał świetne i nie powinno się o nich zapominać (to sprawa trochę podobna jak z Deppem)

Dwaj powyżsi to tacy poplątańcy... niby ich nie lubię, ale w jakiś tam sposób cenię, natomiast:

3) Steve Carell... nie przepadam... nie podoba mi się zewnętrznie, nie podoba mi się wewnętrznie... gra w komediach, ale mnie kompletnie nie śmieszy, zresztą kompletnie mi on do komedii nie pasuje... może czas zmienić gatunek filmowy? bardzo głośno się ostatnio mówi w środowisku filmowym, że Carell do takiego też wniosku doszedł, a rola w Foxcatcher przyniesie mu nominację do Oscara... kto wie... film na pewno obejrzę

4) Ben Stiller - tego to wręcz nie znoszę, podobnie jak Carell nie śmieszy mnie, jest jakiś taki... sama nie wiem... słaby i już

Co do aktorek to chyba nie mam jakiejś takiej, która by mnie szczególnie irytowała lub raziła swoją grą aktorską... tzn. chodzi mi o aktorki, grające role pierwszo- lub drugoplanowe, bo na epizodyczne to szkoda czasu... Może Anne Hathaway... odkąd zagrała w "Nędznikach" stała się dla mnie nieznośna... rola w "Interstellar" tylko potwierdziła, że nie pasuje do dramatów.

70

Odp: Aktorstwo dobre i złe.

Za to o dobrym aktorstwie z większą przyjemnością napiszę smile

Aktorzy:

1. Robin Williams - to, że niedawno jeden z najlepszych współczesnych aktorów popełnił samobójstwo nie ma nic do rzeczy, że został przeze mnie wymieniony jako pierwszy... Gdyby żył, również by się tu znalazł... Wydaje mi się, że Robin był jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym, aktorem, którego znałam z imienia i nazwiska. Jako mała dziewczynka ciągle prosiłam rodziców o wypożyczanie filmów z nim na kasetach VHS. Pokochałam go całym sercem za Panią Doubtfire, czy Jumanji. "Jumanji" widziałam nieskończoną ilość razy, to chyba mój najukochańszy film z dzieciństwa. Posiadał dar, bo nikt tak nie potrafił rozbawić do łez jak on... np. w "Good morning Vietnam", czy w epizodycznych rólkach jak ginekolog w "Dziewięciu miesiącach", o disneyowskim Dżinie w "Aladynie" nie wspominając. Ale Robin Williams to przede wszystkim role dramatyczne, sceny z nim nierzadko były nasycone emocjami, co tylko potwierdza jak bardzo był wrażliwym człowiekiem. Genialne role w "Stowarzyszeniu Umarłych Poetów", w "Buntowniku z wyboru" z którego dostał Oscara, w "Przebudzeniach", "Patchu Adamsie" i wielu wielu innych (wymieniłam swoje ulubione)... Oglądałam ostatnio na yt ostatnią scenę ze "Stowarzyszenia..." i autor na końcu dopisał takie oto słowa, pod którymi i ja się podpisuję: "Thank you, Robin... for making us laugh, for making us cry, for touching our souls."

2. Tom Hanks - oj wiele filmów, wiele wielkich ról... jednakże chciałabym obejrzeć z nim chociaż jeden film, gdzie gra tego złego, bo choć uważam, że jest świetnym aktorem, to po latach czasem się zastanawiam, czy może on wszystkich nie oszukuje i tak naprawdę on jest taki idealnym, wspaniały, poczciwy, którego się po prostu lubi, a tak naprawdę, gdyby miał zagrać kogoś innego, to okazałoby to się gigantyczną porażką ;p Nie no żartuję ;p (Ale Williams ma chociażby na koncie rolę w "Bezsenności")
Za co kocham Toma Hanksa? Za "Filadelfię", za "Forresta Gumpa", za "Szeregowca Ryana", oprócz tego dochodzą świetne role w "Zielonej mili", "Cast away", "Złap mnie jeśli potrafisz", czy ostatnio w "Ratując pana Banksa".

3. Robert De Niro - to prawda, że ostatnio nie zagrał w niczym dobrym, a jego role są cieniami dawnych dni, ale jak go nie kochać za "Ojca Chrzestnego", "Chłopców z Ferajny", "Wściekłego byka", "Taksówkarza", "Kasyno", "Prawo Bronxu", "Dawno temu w Ameryce", albo za świetne role w dramatach takich jak chociażby "Przebudzenia" czy "Chłopięcy świat"?

4. Leonardo DiCaprio - mam z nim ostatnio problem... raz, że odnoszę wrażenie, że za bardzo się stara, grając pod Akademię, jednocześnie zatracając dawny urok, za który pokochał go cały świat, a dwa za to, co wyprawia prywatnie (kto oprócz mnie oglądając z Wilka z Wall Street zastanawiał się, gdzie przestawał grać i po prostu był sobą? wink ) Pomijając to wszystko DiCaprio to złoty chłopak Hollywoodu, który rozpoczynał podobnie jak dzisiaj Jennifer Lawrence, tyle że ona ma więcej szczęścia lub dzisiaj Akademia stała się mniej wybredna, a i nominacje są zabawne w porównaniu z tymi sprzed 20 lat (wystarczy spojrzeć, kto  w '94 był nominowany). A to ciekawe, bo Leonardo oprócz roli w "Co gryzie Gilberta Grape'a zagrał w tym samym roku w równie ciekawym projekcie "Pokój Marvina". Porównałam go z Lawrence, bo podobnie jak ona miał świetny start i role u boku najznakomitszych aktorów. Potem posypały się role lepsze lub gorsze (ja tam uważam, że Titanic to arcydzieło i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej, a sama znajdę dziesiątki argumentów, dlaczego na to miano zasługuje). W każdym razie bywało u niego ciężko, aż nadszedł dzień, gdy rozpoczął współpracę z Martinem Scorsese, a jego kariera powróciła na właściwy tor. Filmów wiadomo jest mnóstwo od 2002 r. Oglądałam zresztą wszystkie. Moje ulubione, hmm... u Scorsese na pewno "Infiltracja" i "Wyspa tajemnic", poza nimi kocham i widziałam wiele razy "Krwawy diament" (jeśli ktoś nie widział, polecam), bardzo lubię "Incepcję" i "Django", z bardziej ambitnych "Droga do szczęścia" Sama Mendesa.

5. Edward Norton - ma w sobie coś takiego... nawet nie wiem, co to, ale widząc go, od razu się jakoś wewnętrznie cieszę... filmem przełomowym w moim wypadku był "Malowany welon", w którym swoją rolą zrobił na mnie ogromne wrażenie... dopiero potem zaczęłam poznawać jego dokonania. Świetny w "Lęku pierwotnym" znakomity debiut, podobał mi się też w "Czerwonym smoku", "Więźniu nienawiści" i oczywiście w "Fight Clubie", który z niewiadomych mi przyczyn urósł do rangi kultowego i przez wielu wymienianych jako swój ulubiony film... Przyznaję, że mam ogromne braki, jeśli chodzi o jego filmografię. Z ostatnich filmów widziałam owoce mariażu z Wesem Andersonem - Kochankowie z Księżyca (pomyłka, wytrwałam do końca tylko dla Edwarda) oraz Grand Budapest Hotel (pełen zachwyt i zrozumienie w końcu, za co ludzie kochają filmy Wesa)

Chciałabym jeszcze wymienić kilku innych aktorów, z którymi nie kojarzę ani jednego złego filmu, a którzy nigdy mnie nie zawiedli: Ralph Fiennes, Daniel Day-Lewis, Gary Oldman, Geoffrey Rush, Ewan McGreggor, Morgan Freeman, Alan Rickman.

Powinien się tu też oczywiście znaleźć Jack Nicholson, ale dopiero odkrywam jego filmografię, choć niewątpliwie jest wielkim aktorem i aż żal, że przestał grać (widziałam do tej pory Lot, Lepiej być nie może i Czułe słówka - wszystkie oscarowe... a, no i Infiltrację, a to trochę za mało, choć pewnie ze wszystkich wymienionych jest najlepszy, a już na pewno mógłby kogoś z podium zepchnąć). Świadomie nie wymieniłam Ala Pacino, uznawanego pewnie za najlepszego aktora obecnych czasów (wiadomo, trylogia, "Człowiek z blizną", "Zapach kobiety", "Adwokat diabła", "Bezsenność" świetny duet z Williamsem - to po prostu znakomite filmy)

Z nieżyjących z dawnych czasów, a moich ulubionych chciałabym wyróżnić Jamesa "Jimmiego" Stewarta za wiele ról, ale przede wszystkim za "Anatomię morderstwa". Siedząc niedawno na przeglądzie filmów prawniczych nie mogłam od ekranu oderwać oczu... co to była za rola, mój Boże! kto tak teraz gra? A także Clarka Gable'a - wiadomo, "Przeminęło z wiatrem", ale też "Ich noce" (kto nie zna, niech odszuka i obejrzy). Śmiem twierdzić, że współczesne komedie romantyczne czerpią garściami z fabuły "Ich nocy" (scenariusz został zresztą nagrodzony Oscarem, to jeden z nielicznych filmów, który otrzymał najważniejszych 5 nagród: najlepszy film, reżyseria, scenariusz i role pierwszoplanowe).

*Muszę tu jednak jeszcze kogoś wymienić, mianowicie Michaela Fassbendera. Jestem nim tak zauroczona. Filmy, w których gra nie są może arcydziełami, daleko im do stania się kiedykolwiek kultowymi, ale jego gra jest tak niesamowita, przykuwająca, powalająca. Zabrakło mi aż słów, żeby opisać jak bardzo podziwiam jego warsztat aktorski. Od pojawienia się w "Bękartach wojny" był jeszcze "Wstyd", "Jane Eyre", nowi X-meni, 12 years a slave. Ostatnio oglądałam go w dziwnym dość filmie Frank. O jego sukcesie może świadczyć chociażby fakt, że Fassbender prawie w ogóle nie pokazuje twarzy (nosi wielką plastikową -chyba- głowę, a mimo to gra cały czas, naprawdę... trzeba być naprawdę dobrym aby zagrać całą gamę emocji, pracując wyłącznie ciałem i głosem.

Aktorki: tu wybaczcie, ale charakterystyki będą krótkie, bo już i tak siedzę za długo nad tym komentarzem

1. Boska Meryl Streep - czy jest rola, której ta kobieta nie potrafiłaby zagrać? Parę miesięcy temu Ellen Degeneres postanowiła to sprawdzić w swoim programie, poszukajcie sobie na yt, jest z czego się pośmiać wink

2. Judi Dench - żałuję, że nie znam ról z lat jej młodości, a jedynie te z ostatnich 20 lat... niezwykła aktorka, skupiająca na sobie całą uwagę... ja w ogóle cenię sobie bardzo brytyjskich aktorów, są zupełnie inni od amerykańskich. Ich gra jest bardziej szlachetna, umiejętności aktorskie są latami szlifowane na deskach teatrów w dramatach szekspirowskich, coś niezwykłego... i to aż bije po oczach na ekranie. Oprócz Judi widać to świetnie u Maggie Smith

3. Helena Bonham Carter - boska Helena, której udało się przytrzymać przy sobie to, co wypuścił z rąk Johnny Depp... O tym, że Helena do normalnych nie należy wiadomo od dawna. Chyba każda jej rola (a przynajmniej większość, które widziałam) jest przepełniona żywymi, prawdziwymi emocjami i w żadnym wypadku nie odczuwa się ani grama fałszu... Są to role bardzo często niepokojące, balansujące na granicy szaleństwa, jak chociażby moja ulubiona jej rola w "Fight Clubie". Jest po prostu świetna. Film może być słaby, ale ona swoją osobą sprawia, że chcąc nie chcąc zawyżam mu ocenę, wyłącznie dla Heleny.

4. Jennifer Connely - prawdę mówiąc, nie wiem, czy ktoś ją wymieniał, a uważam, że zasługuje na wyróżnienie... jako dziecko debiutowała w "Dawno temu w Ameryce", kilka lat później zagrała w głośnym "Requiem dla snu", a potem był "Piękny umysł", w którym przyćmiła Russela Crowe'a. Plus oczywiście mój ukochany "Krwawy diament". Szkoda, że od lat nie widziałam jej w niczym interesującym.

5. Kate Winslet - wahałam się kogo by tu dać, bo ciężko tak kogoś wyróżnić, tym bardziej że aktorek jest sporo bardzo dobrych, ale Kate jest tylko jedna... a w jej grze jest tyle autentyczności... chyba w żadnej młodej aktorce nie widzę takiego podobieństwa do Meryl jak właśnie u Kate... a jestem przekonana, że ona jeszcze zagra w wielu świetnych filmach. "Titanic", w którym pamiętam bardzo mnie zachwyciła, gdy byłam małą dziewczynką, "Zakochany bez pamięci", "Marzyciel", "Droga do szczęścia", "Lektor"

Oprócz nich grzechem by było nie wskazać Cate Blanchett, Marion Cotillard, Tildy Swinton, Emmy Thompson, Hilary Swank. Ostatnio zachwycam się Jessicą Chastain odkąd zobaczyłam ją w "Służących" (cudowna, niezwykła, będzie w przyszłości bardzo znaną aktorką). Bardzo lubię Keirę Knightley choć wielu ją krytykuje (miło się na nią patrzy, jej uroda pasuje do filmów kostiumowych, choć podobała mi się też we współczesnych, np. w "Last night"), a także Rachel MacAdams (pasuje do komedii romantycznych idealnie i to takich własnie komedii w starym dobrym stylu).

71

Odp: Aktorstwo dobre i złe.
marchewa91 napisał/a:

Za to o dobrym aktorstwie z większą przyjemnością napiszę smile

Aktorzy:

1. Robin Williams - to, że niedawno jeden z najlepszych współczesnych aktorów popełnił samobójstwo nie ma nic do rzeczy, że został przeze mnie wymieniony jako pierwszy... Gdyby żył, również by się tu znalazł... Wydaje mi się, że Robin był jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym, aktorem, którego znałam z imienia i nazwiska. Jako mała dziewczynka ciągle prosiłam rodziców o wypożyczanie filmów z nim na kasetach VHS. Pokochałam go całym sercem za Panią Doubtfire, czy Jumanji. "Jumanji" widziałam nieskończoną ilość razy, to chyba mój najukochańszy film z dzieciństwa. Posiadał dar, bo nikt tak nie potrafił rozbawić do łez jak on... np. w "Good morning Vietnam", czy w epizodycznych rólkach jak ginekolog w "Dziewięciu miesiącach", o disneyowskim Dżinie w "Aladynie" nie wspominając. Ale Robin Williams to przede wszystkim role dramatyczne, sceny z nim nierzadko były nasycone emocjami, co tylko potwierdza jak bardzo był wrażliwym człowiekiem. Genialne role w "Stowarzyszeniu Umarłych Poetów", w "Buntowniku z wyboru" z którego dostał Oscara, w "Przebudzeniach", "Patchu Adamsie" i wielu wielu innych (wymieniłam swoje ulubione)... Oglądałam ostatnio na yt ostatnią scenę ze "Stowarzyszenia..." i autor na końcu dopisał takie oto słowa, pod którymi i ja się podpisuję: "Thank you, Robin... for making us laugh, for making us cry, for touching our souls."

2. Tom Hanks - oj wiele filmów, wiele wielkich ról... jednakże chciałabym obejrzeć z nim chociaż jeden film, gdzie gra tego złego, bo choć uważam, że jest świetnym aktorem, to po latach czasem się zastanawiam, czy może on wszystkich nie oszukuje i tak naprawdę on jest taki idealnym, wspaniały, poczciwy, którego się po prostu lubi, a tak naprawdę, gdyby miał zagrać kogoś innego, to okazałoby to się gigantyczną porażką ;p Nie no żartuję ;p (Ale Williams ma chociażby na koncie rolę w "Bezsenności")
Za co kocham Toma Hanksa? Za "Filadelfię", za "Forresta Gumpa", za "Szeregowca Ryana", oprócz tego dochodzą świetne role w "Zielonej mili", "Cast away", "Złap mnie jeśli potrafisz", czy ostatnio w "Ratując pana Banksa".

3. Robert De Niro - to prawda, że ostatnio nie zagrał w niczym dobrym, a jego role są cieniami dawnych dni, ale jak go nie kochać za "Ojca Chrzestnego", "Chłopców z Ferajny", "Wściekłego byka", "Taksówkarza", "Kasyno", "Prawo Bronxu", "Dawno temu w Ameryce", albo za świetne role w dramatach takich jak chociażby "Przebudzenia" czy "Chłopięcy świat"?

4. Leonardo DiCaprio - mam z nim ostatnio problem... raz, że odnoszę wrażenie, że za bardzo się stara, grając pod Akademię, jednocześnie zatracając dawny urok, za który pokochał go cały świat, a dwa za to, co wyprawia prywatnie (kto oprócz mnie oglądając z Wilka z Wall Street zastanawiał się, gdzie przestawał grać i po prostu był sobą? wink ) Pomijając to wszystko DiCaprio to złoty chłopak Hollywoodu, który rozpoczynał podobnie jak dzisiaj Jennifer Lawrence, tyle że ona ma więcej szczęścia lub dzisiaj Akademia stała się mniej wybredna, a i nominacje są zabawne w porównaniu z tymi sprzed 20 lat (wystarczy spojrzeć, kto  w '94 był nominowany). A to ciekawe, bo Leonardo oprócz roli w "Co gryzie Gilberta Grape'a zagrał w tym samym roku w równie ciekawym projekcie "Pokój Marvina". Porównałam go z Lawrence, bo podobnie jak ona miał świetny start i role u boku najznakomitszych aktorów. Potem posypały się role lepsze lub gorsze (ja tam uważam, że Titanic to arcydzieło i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej, a sama znajdę dziesiątki argumentów, dlaczego na to miano zasługuje). W każdym razie bywało u niego ciężko, aż nadszedł dzień, gdy rozpoczął współpracę z Martinem Scorsese, a jego kariera powróciła na właściwy tor. Filmów wiadomo jest mnóstwo od 2002 r. Oglądałam zresztą wszystkie. Moje ulubione, hmm... u Scorsese na pewno "Infiltracja" i "Wyspa tajemnic", poza nimi kocham i widziałam wiele razy "Krwawy diament" (jeśli ktoś nie widział, polecam), bardzo lubię "Incepcję" i "Django", z bardziej ambitnych "Droga do szczęścia" Sama Mendesa.

5. Edward Norton - ma w sobie coś takiego... nawet nie wiem, co to, ale widząc go, od razu się jakoś wewnętrznie cieszę... filmem przełomowym w moim wypadku był "Malowany welon", w którym swoją rolą zrobił na mnie ogromne wrażenie... dopiero potem zaczęłam poznawać jego dokonania. Świetny w "Lęku pierwotnym" znakomity debiut, podobał mi się też w "Czerwonym smoku", "Więźniu nienawiści" i oczywiście w "Fight Clubie", który z niewiadomych mi przyczyn urósł do rangi kultowego i przez wielu wymienianych jako swój ulubiony film... Przyznaję, że mam ogromne braki, jeśli chodzi o jego filmografię. Z ostatnich filmów widziałam owoce mariażu z Wesem Andersonem - Kochankowie z Księżyca (pomyłka, wytrwałam do końca tylko dla Edwarda) oraz Grand Budapest Hotel (pełen zachwyt i zrozumienie w końcu, za co ludzie kochają filmy Wesa)

Chciałabym jeszcze wymienić kilku innych aktorów, z którymi nie kojarzę ani jednego złego filmu, a którzy nigdy mnie nie zawiedli: Ralph Fiennes, Daniel Day-Lewis, Gary Oldman, Geoffrey Rush, Ewan McGreggor, Morgan Freeman, Alan Rickman.

Powinien się tu też oczywiście znaleźć Jack Nicholson, ale dopiero odkrywam jego filmografię, choć niewątpliwie jest wielkim aktorem i aż żal, że przestał grać (widziałam do tej pory Lot, Lepiej być nie może i Czułe słówka - wszystkie oscarowe... a, no i Infiltrację, a to trochę za mało, choć pewnie ze wszystkich wymienionych jest najlepszy, a już na pewno mógłby kogoś z podium zepchnąć). Świadomie nie wymieniłam Ala Pacino, uznawanego pewnie za najlepszego aktora obecnych czasów (wiadomo, trylogia, "Człowiek z blizną", "Zapach kobiety", "Adwokat diabła", "Bezsenność" świetny duet z Williamsem - to po prostu znakomite filmy)

Z nieżyjących z dawnych czasów, a moich ulubionych chciałabym wyróżnić Jamesa "Jimmiego" Stewarta za wiele ról, ale przede wszystkim za "Anatomię morderstwa". Siedząc niedawno na przeglądzie filmów prawniczych nie mogłam od ekranu oderwać oczu... co to była za rola, mój Boże! kto tak teraz gra? A także Clarka Gable'a - wiadomo, "Przeminęło z wiatrem", ale też "Ich noce" (kto nie zna, niech odszuka i obejrzy). Śmiem twierdzić, że współczesne komedie romantyczne czerpią garściami z fabuły "Ich nocy" (scenariusz został zresztą nagrodzony Oscarem, to jeden z nielicznych filmów, który otrzymał najważniejszych 5 nagród: najlepszy film, reżyseria, scenariusz i role pierwszoplanowe).

*Muszę tu jednak jeszcze kogoś wymienić, mianowicie Michaela Fassbendera. Jestem nim tak zauroczona. Filmy, w których gra nie są może arcydziełami, daleko im do stania się kiedykolwiek kultowymi, ale jego gra jest tak niesamowita, przykuwająca, powalająca. Zabrakło mi aż słów, żeby opisać jak bardzo podziwiam jego warsztat aktorski. Od pojawienia się w "Bękartach wojny" był jeszcze "Wstyd", "Jane Eyre", nowi X-meni, 12 years a slave. Ostatnio oglądałam go w dziwnym dość filmie Frank. O jego sukcesie może świadczyć chociażby fakt, że Fassbender prawie w ogóle nie pokazuje twarzy (nosi wielką plastikową -chyba- głowę, a mimo to gra cały czas, naprawdę... trzeba być naprawdę dobrym aby zagrać całą gamę emocji, pracując wyłącznie ciałem i głosem.

Aktorki: tu wybaczcie, ale charakterystyki będą krótkie, bo już i tak siedzę za długo nad tym komentarzem

1. Boska Meryl Streep - czy jest rola, której ta kobieta nie potrafiłaby zagrać? Parę miesięcy temu Ellen Degeneres postanowiła to sprawdzić w swoim programie, poszukajcie sobie na yt, jest z czego się pośmiać wink

2. Judi Dench - żałuję, że nie znam ról z lat jej młodości, a jedynie te z ostatnich 20 lat... niezwykła aktorka, skupiająca na sobie całą uwagę... ja w ogóle cenię sobie bardzo brytyjskich aktorów, są zupełnie inni od amerykańskich. Ich gra jest bardziej szlachetna, umiejętności aktorskie są latami szlifowane na deskach teatrów w dramatach szekspirowskich, coś niezwykłego... i to aż bije po oczach na ekranie. Oprócz Judi widać to świetnie u Maggie Smith

3. Helena Bonham Carter - boska Helena, której udało się przytrzymać przy sobie to, co wypuścił z rąk Johnny Depp... O tym, że Helena do normalnych nie należy wiadomo od dawna. Chyba każda jej rola (a przynajmniej większość, które widziałam) jest przepełniona żywymi, prawdziwymi emocjami i w żadnym wypadku nie odczuwa się ani grama fałszu... Są to role bardzo często niepokojące, balansujące na granicy szaleństwa, jak chociażby moja ulubiona jej rola w "Fight Clubie". Jest po prostu świetna. Film może być słaby, ale ona swoją osobą sprawia, że chcąc nie chcąc zawyżam mu ocenę, wyłącznie dla Heleny.

4. Jennifer Connely - prawdę mówiąc, nie wiem, czy ktoś ją wymieniał, a uważam, że zasługuje na wyróżnienie... jako dziecko debiutowała w "Dawno temu w Ameryce", kilka lat później zagrała w głośnym "Requiem dla snu", a potem był "Piękny umysł", w którym przyćmiła Russela Crowe'a. Plus oczywiście mój ukochany "Krwawy diament". Szkoda, że od lat nie widziałam jej w niczym interesującym.

5. Kate Winslet - wahałam się kogo by tu dać, bo ciężko tak kogoś wyróżnić, tym bardziej że aktorek jest sporo bardzo dobrych, ale Kate jest tylko jedna... a w jej grze jest tyle autentyczności... chyba w żadnej młodej aktorce nie widzę takiego podobieństwa do Meryl jak właśnie u Kate... a jestem przekonana, że ona jeszcze zagra w wielu świetnych filmach. "Titanic", w którym pamiętam bardzo mnie zachwyciła, gdy byłam małą dziewczynką, "Zakochany bez pamięci", "Marzyciel", "Droga do szczęścia", "Lektor"

Oprócz nich grzechem by było nie wskazać Cate Blanchett, Marion Cotillard, Tildy Swinton, Emmy Thompson, Hilary Swank. Ostatnio zachwycam się Jessicą Chastain odkąd zobaczyłam ją w "Służących" (cudowna, niezwykła, będzie w przyszłości bardzo znaną aktorką). Bardzo lubię Keirę Knightley choć wielu ją krytykuje (miło się na nią patrzy, jej uroda pasuje do filmów kostiumowych, choć podobała mi się też we współczesnych, np. w "Last night"), a także Rachel MacAdams (pasuje do komedii romantycznych idealnie i to takich własnie komedii w starym dobrym stylu).

Masz podobny gust do mojego, wszakże, do wymienionych przez Ciebie mistrzyń gry aktorskiej, dołożyłbym jeszcze Dianne Wiest oraz Kathy Bates. Przeważnie obsadzane są w rolach drugoplanowych lub nawet epizodach, ale każde z nich to perełki. smile

72

Odp: Aktorstwo dobre i złe.

oj tak, że też o Kathy zapomniałam smile mistrzyni drugiego planu... ona nawet grając sprzedawczynię wiewiórek, potrafi przyćmić obsadę big_smile Dianne znam głównie z filmów Allena, u innych reżyserów chyba jej nie widziałam, albo po prostu nie kojarzę w tej chwili

73

Odp: Aktorstwo dobre i złe.

O, i wiem, o kim oczywiście zapomniałam, ale to zrozumiałe, bo nie sposób wymienić od razu za jednym zamachem wszystkich ulubionych aktorów.

Jest przecież jeszcze genialny Philip Seymour Hoffman, nieodżałowana strata dla amerykańskiego kina. Mistrz drugiego planu, ale i w rolach pierwszoplanowych wyróżniający się na tle innych. Poza tym w czymkolwiek by nie zagrał, choćby był to nie wiem, jak cienki film, sceny z Hoffmanem zawsze się wybijały - weźmy taką Polly z Jennifer Aniston z nie lubianym przeze mnie Stillerem ("Nadchodzi Polly"). Hoffman doprowadził mnie do łez i spazmatycznego śmiechu w scenie z koszykówką big_smile

Wiadomo, mógłby żyć dłużej i zagrać jeszcze w wielu filmach, ale pozostawił po sobie całkiem duży dorobek artystyczny. Ale jakby go zestawić z Heathem Ledgerem, który też zmarł zbyt szynko? Ten nawet skrzydeł nie rozwinął, a miał warunki i umiejętności, które sprawiłyby, że wszedłby do aktorskiej czołówki. A taki River Phoenix? Młody, zdolny, zmarł głupią śmiercią, chyba nawet najgłupszą z całej trójki. Miał zadatki na świetnego aktora... Cóż, przynajmniej na świecie pozostał jego brat smile Z tego miejsca też przepraszam, że zapomniałam powyżej umieścić Joaquina Phoenixa

74

Odp: Aktorstwo dobre i złe.
marchewa91 napisał/a:

oj tak, że też o Kathy zapomniałam smile mistrzyni drugiego planu... ona nawet grając sprzedawczynię wiewiórek, potrafi przyćmić obsadę big_smile Dianne znam głównie z filmów Allena, u innych reżyserów chyba jej nie widziałam, albo po prostu nie kojarzę w tej chwili

Mówisz o Kathy w "Wyścigu szczurów" z Whoopi Goldberg"?
Tak się składa, że wraz z nią w komedii "Partner", asystentkę głównej bohaterki zagrała Dianne Wiest. Na pewno widziałaś!

75

Odp: Aktorstwo dobre i złe.
marchewa91 napisał/a:

O, i wiem, o kim oczywiście zapomniałam, ale to zrozumiałe, bo nie sposób wymienić od razu za jednym zamachem wszystkich ulubionych aktorów.

Jest przecież jeszcze genialny Philip Seymour Hoffman, nieodżałowana strata dla amerykańskiego kina. Mistrz drugiego planu, ale i w rolach pierwszoplanowych wyróżniający się na tle innych. Poza tym w czymkolwiek by nie zagrał, choćby był to nie wiem, jak cienki film, sceny z Hoffmanem zawsze się wybijały - weźmy taką Polly z Jennifer Aniston z nie lubianym przeze mnie Stillerem ("Nadchodzi Polly"). Hoffman doprowadził mnie do łez i spazmatycznego śmiechu w scenie z koszykówką big_smile

Wiadomo, mógłby żyć dłużej i zagrać jeszcze w wielu filmach, ale pozostawił po sobie całkiem duży dorobek artystyczny. Ale jakby go zestawić z Heathem Ledgerem, który też zmarł zbyt szynko? Ten nawet skrzydeł nie rozwinął, a miał warunki i umiejętności, które sprawiłyby, że wszedłby do aktorskiej czołówki. A taki River Phoenix? Młody, zdolny, zmarł głupią śmiercią, chyba nawet najgłupszą z całej trójki. Miał zadatki na świetnego aktora... Cóż, przynajmniej na świecie pozostał jego brat smile Z tego miejsca też przepraszam, że zapomniałam powyżej umieścić Joaquina Phoenixa

Talent Philippa Seymoura Hoffmana błysnął już w "Zapachu kobiety", o głównej roli w "Capote" nie wspomnę.
Ledger i River Phoenix, a nawet Hoffman kojarzą mi się, poza talentem, także - ze względu na śmierć za młodu, z Jamesem Deanem. Smierć innego rodzaju, ale wywołuje podobnie przygnębiające wrażenie.
Co do brata Rivera, także uważąm, że Phoenix, to jeden z najlepszych aktorów średnio-młodego pokolenia, hollywodzkich przynajmniej. Jako demoniczny uzurpator w "Gladiatorze" wypadł znakomicie.
Poza tym, wśród młodych aktorów (na szczęście żyjących i mam nadzieję, że kochają życie) wymieniłbym jeszcze Seana Austina.
Moim zdaniem w trylogii Jacksona, na głowę pobił wszystkich młodych aktorów w niej występujących.
A do czołowki dojrzałych, prawdziwych gwazd kina dołączyłbym jeszcze Seana Peena oreaz Kevina Spacey`a.

Pozdrawiam.

Posty [ 66 do 76 z 76 ]

Strony Poprzednia 1 2

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ŚWIAT FILMU » Aktorstwo dobre i złe.

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024