Były wątki "kur domowych", były wątki "karierowiczek"*, były wątki konfrontujące jedną i drugą postawę. W każdym z nich pojawiały się wady i zalety danego stanu rzeczy, argumenty, przekonywania i w ogóle cała lista pokazująca, że "właśnie tak jest fajnie". Jednak nie o tym chcę tutaj rozmawiać.
Interesuje mnie inna kwestia - plusy pozostania w domu (mówię tutaj o takim rozwiązaniu na stałe, a nie tymczasowej sytuacji spowodowanej np. urodzeniem dziecka, niemożnością znalezienia etatu czy przebranżowieniem) są raczej oczywiste, ale... czy potrafią zniwelować minusy? Czy wszystkie kobiety, które postanawiają zająć się domem, a utrzymanie rodziny zostawić mężowi, przemyślały dokładnie wszystkie konsekwencje i jakoś (jak?) się na nie przygotowały?
Do rzeczy - mam na myśli sytuacje, które w dowolnym momencie mogą spowodować, że mąż rodzinę przestanie utrzymywać (odejdzie do innej, odejdzie tak sobie, umrze, zachoruje, straci pracę itd.). Co wtedy? Zakładając, że mamy już trochę więcej lat niż przeciętna osoba poszukująca pierwszej pracy, ewentualni pracodawcy kręcą nosem na "przez ostatnie 20/30/X lat zajmowałam się domem", do emerytury jeszcze kawał czasu, a i nic właściwie na nią nie jest odłożone, żyć za coś trzeba, a pieniądze od męża zrobiły zdecydowane STOP? Załóżmy optymistycznie, że jakieś tam oszczędności są, ale nie na tyle oszałamiające, żeby przeżyć za nie nie wiadomo jak długo. Co wtedy robicie? Zastanawiałyście się nad taką sytuacją, postanawiając zrezygnować z pracy? Można się w ogóle na taką ewentualność przygotować?
* Nie bierzcie dosłownie tych określeń. ![]()