Ojej, jakbym z Tobą mieszkała, to bym musiała chyba chodzić w zatyczkach do uszu stale.
Ja jestem okropnie zła jak mi ktoś coś istotnego wyspojleruje.
Btw - przypomniało mi się, jak ktoś mi opowiadał, że wypożyczył jakiś kryminał z biblioteki, a tam na jednej z pierwszych stron było zakreślone imię i strzałka z podpisem "To on zabił." 
A więc w "Kwiatach..." mamy perfekcyjną rodzinę - piękna mama, piękny tata i stadko pięknych, grzecznych dzieci. Ale piękny tata ginie w wypadku samochodowym, a piękna mama jest całkiem od życia oderwana, nie umie na siebie zarobić ani najprostszych spraw załatwić, więc zabiera dzieci do swojego domu rodzinnego. Okazuje się, że jej rodzice są bardzo bogatci, ale wychowywalo ją bardzo surowo w takich biblijnych zasadach. Ojciec jej nie akceptował jej małżeństwa, a tym bardziej nie zaakceptowałby jej dzieci, więc mamusia sprytnie ukrywa je na strychu z pomocą swojej matki, czyli ich babci, dość wrednej i okrutnej. Na kilka dni, aż przygotuje grunt, żeby powiedzieć ojcu prawdę. Kilka dni zmienia się w kilka tygodni, potem miesięcy, w końcu lat. Mamusia żyje sobie w tym czasie beztrosko piętro niżej, nawet znajduje sobie nowego faceta.
W końcu dzieci dowiadują się, że są owocem kazirodztwa, bo ich tata był bodajże stryjem matki i dlatego jej rodzina nie akceptowała tego związku i nie zaakceptowałaby dzieci. Do tego ich dziadek dawno zmarł, a w testamencie zapisał wszystko córce pod warunkiem, że nie miała dzieci z pierwszego związku. Przedsiębiorcza mamusia postanawia więc zabić dzieci, bo przecież nie ma wyboru i pozbyć się problemu raz na dobre. To się nie do końca udaje.