No, jakoś wybrałam. ^^ Kursywą słowa Andrusa, normalnie Czubaszek.
Myślałam, że nauka języków przychodzi mi z łatwością. Ale żadnego nie opanowałam. Strasznie podoba mi się włoski. I nawet nadarzyła się kiedyś okazja, żeby się go nauczyć. W radiu był taki moment, że po rozgłośni na Malczewskiego kręciło się bardzo dużo Włochów. Nie wiadomo kto to, skąd się wzięli, coś podejrzewaliśmy, że oni tam u siebie coś przeskrobali. Nie wiem ? kurę zabili albo kogoś zamordowali. Jeden z nich, bardzo przystojny, bardzo sympatyczny, zaproponował, że będzie mnie uczył włoskiego. Na pierwszą lekcję umówiliśmy się w jego mieszkaniu. I wtedy się przestraszyłam. Że może ma wobec mnie jakieś zamiary. Bo jakoś tak zerkał w moją stronę. Idąc na lekcję, byłam pewna, że się na mnie rzuci. Bo przecież Włoch, to musi się rzucić! I całą drogę kombinowałam, co ja mam zrobić? Czy machnąć na to ręką i dalej się uczyć, bo nauka języków jest najważniejsza, czy uciekać. Nie doszłam do żadnego wniosku. Doszłam do jego mieszkania, a tam był jeszcze jego kolega. Jeszcze przystojniejszy. I co teraz? Jak się na mnie rzucą obaj? Ten mój ?nauczyciel? poprosił, żebym przygotowała coś do jedzenia, bo jemu się zdawało, że każda kobieta umie coś ugotować. Nie wyprowadzałam go z błędu, bo zyskiwałam kilka minut na zastanowienie się, czy uczyć się włoskiego, czy dać odpór zalotom. Niestety, jak weszłam do pokoju, okazało się, że zaloty, owszem, już trwają. Między nimi. Uciekłam. Teraz pewnie bym została, ale wtedy jakoś mnie to ubodło, że żaden nie rzuca się na mnie, a rzucają się na siebie.
(...)
A z robót domowych?
Potrafię włączyć telewizor. Jak znajdę pilota. Nie mam pralki. To znaczy tam stoi coś takiego, co mama kiedyś kupiła. Ale nie potrafię włączyć. Mama zresztą kupowała parę takich rzeczy. Na przykład takie coś ? jest drążek, a na końcu farfocle, i to się tak do wiadra wkłada. Też nie użyłam. Pani Zosia używa, dzięki niej mamy posprzątane.
Czajniki niby miały gwizdki, ale gwizdek zawsze wypadł i czajnik się spalił. Wydawało mi się, że garnków do gotowania na parze nie da się spalić, bo przecież tam jest woda. Da się spalić! Pani w sklepie z takimi urządzeniami już nawet nie pyta, po co przyszłam, tylko od razu podaje nowy garnek. Możesz sobie sprawdzić, ile garnków już spaliłam, bo zostają przykrywki. Mam jeden garnek i kilkanaście przykrywek. A, właśnie. Zapomniałam ci powiedzieć, że te żaroodporne rękawice, które mi ostatnio podarowałeś, też spaliłam.
(...)
A potrafisz coś ugotować?
Parówki. Na początku naszej znajomości próbowałam Wojtkowi też coś innego upichcić. I zawsze recenzja była taka sama: ?To jest fajne, bo to jest niepodobne do niczego?. A jak mu mówiłam, co to jest, to odpowiadał: ?Tak? W życiu bym się nie domyślił?. Jak raz upiekłam szarlotkę, to prosił, żebym mu jej dolała, bo taka dobra. Czasem robię też coś na grillu elektrycznym. Tylko chyba za długo trzymam, bo z wszystkiego wychodzi mi drewienko. Wkładam rybę albo kurczaka, a po godzinie wyjmuję drewienko. Wojtek nie lubi, pies nie ruszy, ja to czasem zjem. Ale żeby nie wyszło na to, że u mnie się niczego nie da zjeść. Uważam, że potrafię bardzo dobre hinduskie potrawy kupić w barze na mojej ulicy.
(...)
Wiesz, trudno znaleźć kogoś tak urodziwego jak Woody Allen. Nie miałam takiego szczęścia. A, przepraszam! Raz się platonicznie zadurzyłam w czeskim hokeiście. Nie mam pojęcia, jak trafiłam na mecz hokeja, jakiś znajomy musiał mnie zaciągnąć, ale strasznie mi się spodobał jeden zawodnik. Nie pamiętam, jak się nazywał. Jakoś tak śmiesznie. Parę razy byłam na meczach tylko po to, żeby go zobaczyć. Siadałam w pierwszym rzędzie, mimo że się bałam, bo oni tam taką kulką rzucają.
To się nazywa krążek?
Bałam się, że oberwę. Oni byli w hełmach, a ja bez. Nie poznałam go osobiście, potem wyjechał.
Ale robiłaś coś, żeby go poznać?
No robiłam! Siedziałam. I patrzyłam. Ale nie starczyło odwagi, żeby po meczu pójść do szatni i tak znienacka zagadnąć, czy nie wie przypadkiem, którędy do kawiarni?
Widziałaś go kiedyś bez kasku?
Nie. Może dlatego mi się tak podobał?!
(...)
[To ja opowiem historię Suprona(psa - dop. Vian). Pierwszy raz publicznie, w szczegółach, bo przez jakiś czas nawet Marysia nie była w tę historię wtajemniczana. To był mały spisek. Śmierć Niki była dla Marysi strasznym przeżyciem. Oczywiście od razu powiedziała, że już nigdy nie weźmie żadnego psa, bo kolejny raz nie byłaby w stanie takiego rozstania przeżyć. A ja oczywiście byłem pewien, że jakiś pies w domu Marysi i Wojtka powinien pojawić się jak najszybciej. Bo niewiele jest na świecie lepszych domów dla psa. Okazja przyszła sama. Przyszła korytarzem w radiu przy Myśliwieckiej. To na tym korytarzu moja redakcyjna koleżanka zapytała, czy nie znam kogoś, kto może wziąć psa ze schroniska. Że dzwoni do niej znajomy z Radomia, człowiek, który już niejedno psie nieszczęście widział, ale na to patrzeć nie może. To była psia rozpacz. Wiadomo było, że w schronisku żyć nie będzie. Plan był taki: koleżanka dała panu ze schroniska numer telefonu do Marysi, miał zadzwonić, mówiąc, że słyszał ją, jak wielokrotnie o psach mówiła w radiu i w telewizji. Miał zapytać, czy nie zna kogoś, kto mógłby pomóc w znalezieniu domu dla psa. Marysia obiecała, że popyta wśród znajomych. Po dwóch dniach pan z Radomia zadzwonił z informacją, że przypadkowo będzie jechał przez Warszawę i może pieska zabrać ze sobą. A po kolejnych dwóch, kiedy ja zadzwoniłem do Marysi, usłyszałem coś takiego: ?Wiesz, jest u mnie piesek, któremu miałam poszukać domu. Ale tak mu się przypatruję. On ma tak nienachalną urodę, że chyba u mnie zostanie. Przecież Nika patrząc na niego z psiego nieba, na pewno nie będzie zazdrosna. Przez myśl jej nawet nie przejdzie, że to w ogóle jest pies ? opow. AA].
?W schronisku nazywał się jakoś inaczej? Grosik? Czy Guzik? Nie ? Dropsik. Ale w związku z tym, że szybko się okazało, że on chowa wszystko co dostanie, czyli że jest mistrzem świata w zapasach, a parę dni wcześniej na Festiwalu Dobrego Humoru w Gdańsku byłam w jury, w którym był też znany zapaśnik Andrzej Supron, to tak się skojarzyło i tak już zostało.
Pamiętam wszystko. Jak żyły, jak patrzyły, jak umierały. Jeśli pamiętam, że miałam złamaną nogę, to tylko dlatego pamiętam, że to był jakiś problem przy wyprowadzaniu psa na spacer. Ale oczywiście wychodziłam, bo co z tego, że mnie boli, skoro on czy ona musi wyjść? To jest naprawdę ważniejsze. Ja jakoś dokuśtykam.
Opowiadasz Supronowi o swoich problemach?
Oczywiście. O wszystkich. Wojtkowi nie mówię, bo on od razu zachowałby się jak prawdziwy mężczyzna ? usiadłby i by się rozpłakał. A Supron wysłucha i zrozumie. Nie pomoże, ale wysłucha. On jest twardziel, popatrzy i wie, że jakoś dam radę.