Czesc Dziewczyny...
Czytam Was od paru dni i zastanawiam sie czy sie odezwac...rozwazam za i przeciw,bo wiem,ze czesc z Was,ta bardziej krytyczna,bedzie mnie oceniac...ale czesc chyba zrozumie przez co przechodze...moze zrobi mi sie troche lzej jak sie wygadam...hmm...
Jestem ta "drugą"...
I tez nigdy bym nie przypuszczala,ze nia bede...
Poznalismy sie dawno temu...kilkanascie lat...
"dzialo sie" miedzy nami kilka razy...nasze drogi sie schodzily i rozchodzily...ale nigdy nie bylismy para...
Zeszly sie ponownie dwa lata temu...kiedy oboje bylismy juz w powaznych zwiazkach......spotykalismy sie calkiem niewinnie...kawki,herbatki...
Wiedziałam,że nic nie może się wydarzyć...oboje na drodze do ołtarza,wymieniający doświadczenia z zakresu organizacji weselnej,ja jeszcze karmiąca matka,kochana (jakby się mogło wydawać) narzeczona...a jednak to COŚ...
Trwalo to kilka miesiecy...przyszedl dzien w ktorym jednak "mleko sie rozlalo"...Padly pewne propozycje,na ktore wydawalo mi sie wtedy,ze chocbym nie wiem jak chciala nie moge zareagowac...chcialam walczyc o swoja rodzine...I zerwalam kontakt...
Zblizaly sie daty slubow..
Moj do skutku nie doszedl...odwolalam wszystko prawie w ostatniej chwili z wielu roznych wzgledow o ktorych nie chce opowiadac...
Nie mialam odwagi odezwac sie do Niego...uwazalam,ze juz za pozno...ozenil sie...
poltora miesiaca pozniej dostalam smsa...niby zwyczajnego,a mnie powalil z nog...w glowie kolatalo sie tylko jedno pytanie:DLACZEGO???PO CO???Dlaczego akurat teraz....gdzie poslubna euforia,zapatrzenie w zone...
Spotkalismy sie...jedna chwila i trzymal mnie w ramionach,calowal,glaskal...mialam....mileismy poczucie jakby dzialo sie cos naturalnego,cos co po prostu musialo sie wydarzyc...
On w szoku,byl pewien,ze wyszlam za maz...moj placz, pytania...
Potem cisza.
W sumie zrozumiała dla mnie lecz jakże bolesna...
Mój związek dogorywał...w ogóle mnie to nie interesowało...nie miałam ochoty na nic...tylko dziecko trzymało mnie przy w miarę normalnym funkcjonowaniu...musiałam wstawać,jeść,uśmiechać się...
Miałam wrażenie,że życie ucieka mi przez palce...czułam się więźniem własnego umysłu,bo moje cholerne myśli uciekały tylko w jedną stronę...
Potem zaczęły się dramaty i tragedie w moim najbliższym otoczeniu,choroba,śmierć bliskich...Splot wydarzeń kilku miesięcy spowodował,że udało mi się odsunąć Go na dalszy plan...
A potem pustka totalna...zostałam tylko ja i moje dziecko...
W ciagu kilku raptem miesiecy odeszli wszyscy w ktorych otoczeniu zylysmy...
I w tych najgorszych dla mnie chwilach,kiedy zdawalo mi sie,ze moje zycie sie skonczylo,ze wegetuje...znowu sie pojawil...
Tym razem nie myslalam juz o niczym innym,jak o tym jak bardzo Go pragne,jak bardzo potrzebuje,jak Go kocham...
Alez bola te slowa,nawet teraz kiedy je pisze.
Mialam dosc myslenia o wszystkich innych,o wszystkim innym...chcialam pomyslec choc raz o sobie...
Mysle,ze gdyby pojawil sie w tamtym momencie ktokolwiek inny nigdy nie wpakowalabym sie w cos takiego...ale to byl On...
Dal mi z siebie bardzo duzo w tamtym czasie...czulam jego wsparcie,zainteresowanie,pomoc...widywalismy sie prawie codziennie,setki smsow,rozmow telefonicznych...po prostu ze mna byl...choc wcale nie musial...
O zonie nie rozmawialismy...ja wlasciwie wyparlam jej osobe zupelnie z mojej swiadomosci...
Padly pewne slowa,byly powazne rozmowy...modlilam sie w duchu,zeby podjal dobra decyzje...
Niestety jak to zwykle w takich historiach bywa los przyniosl rozczarowanie...
"nie zrobie TEGO...byc moze popelniam najwiekszy w zyciu blad,ale po prostu nie potrafie tego zrobic"
Miesiac ciszy.
Zaczelam pic...najpierw kulturalnie,w towarzystwie,ktorego szukalam jak powietrza...bo tak na prawde potrzebowalam pretekstu do picia...
Ale przyszlo takie zalamanie i taka depresja,ze juz sie nie potrafilam pohamowac...ktoregos wieczoru pijac sama ze soba,skonczylam sie tak ze wyladowalam z glowa w toalecie...Otwarly mi sie oczy...Boze,pyalam siebie...co ja do cholery robie???za sciana spi moje dziecko...
Przestalam...zaczelam sie zbierac do kupy...robiac to troche jak automat,bo w przeciagu calego roku musialam to robic pare razy...
Ale jakos sie doprowadzilam do porzadku...nie powiem,bo w chwilach najczarniejszej rozpaczy wyslalam do niego kilka smsow nie blagajac o nic...raczej z desperackimi pytaniami...
Nie musialam sie bac,ze zona cos odkryje,bo dla mnie ma inny numer...
Znow sie odezwal...umowilismy sie...wiedzialam co chce powiedziec,wiedzialam co powinnam powiedziec...ale ktoras z Was powiedziala juz w jakims poscie dokladnie to co dzialo sie ze mna...do czasu jak nie spojrzal mi w oczy wiedzialam jak mam sie zachowac...ale wystarczylo,ze wzial mnie w ramiona i o niczym innym juz myslec nie umialam....tylko o tym jak cholernie za nim tesknie,jak cholernie mi Go brakuje...
Nasze relacje zmienily sie mocno...boli mnie to bardzo,ale godze sie na ta namiastke,sama nie wiem dlaczego....wiem jakie to uwlaczajace mojej godnosci a jednak nie potrafie powiedziec NIE.
To on gra pierwsze skrzypce...widzimy sie kiedy on moze,rozmawiamy kiedy on moze....raporty od esek dostaje czasem po kilku dniach...
Mimo to robie dobra mine do zlej gry...nie ma juz rozmow z gatunku tych powaznych...nie czuje juz jego bliskosci,czulosc tylko czasem...
Wiele razy pytam sama siebie dlaczego sie na to godze?nie znam do konca odpowiedzi....mysle,ze glowny powod jest taki,ze to po prostu ON...
Ze tyle lat mam go w glowie,ze nie potrafie zapomniec(...nigdy nie potrafilam...)...
Ale pewnie rowniez dlatego,ze boje sie samotnosci...choc nie wiem ktora samotnosc jest gorsza...ta kiedy na prawde jest sie samym,czy ta kiedy tkwi sie w czyms takim...
Mam pustke w glowie...
Czasem lezac w cieplym lozku dopadaja mnie mysli,ze tak chcialabym zasnac i juz sie nie obudzic...
Ale odwracam sie na drugi bok i patrze na moje szczescie...i wiem,ze mam dla kogo zyc..jednak jakie to jest zycie...