Witajcie,
Pogoda u mnie dzisiaj bardziej nastraja na płacz niż na śmiech, ale nie zamierzam poddać się nastrojowi jaki nam funduje aura. Zresztą tego płaczu było już u mnie ostatnio za dużo. Bywały dni i wydawało mi się, że wypłakałam już wszystko do samego głębokiego dna i niemożliwym wydawało się, że znajdzie się jeszcze jakaś łza, a potem przychodził inny dzień i znowu morze łez. Tylko po co , co tak naprawdę mi daje ten płacz? Chwilowe wywalenie z siebie nagromadzonych emocji, potem ból głowy, ale nic za mnie nie rozwiązuje do niczego nie prowadzi konstruktywnego. Może się mylę.
Karolinko ja wiem z własnego doświadczenia co to płacz, co to są obawy o przyszłość, strach przed jutrzejszym dniem, ale próbuje nie poddawać się, nie zabijam nadziei, która ciągle się gdzieś tam tli. Mam nadzieję,że przyjdzie dzień, kiedy minie ból, smutek, obawy, poczuję słońce na swojej twarzy, odkryję znowu małe radości. Bo mimo naszych nieszczęść świat nadal istnieje, ludzie cieszą się z drobiazgów, kochają się, dzieci rosną. A co ja nie zasługuję na radość, spokój ducha, szczęście? Niby dlaczego? Pozdrawiam cieplutko