Skrajna obawa czy wręcz paranoja, wynikająca z nieprzepracowanych traum, może zniszczyć nawet najlepszą relację.
Ta sobie myślę, że gdybym miał takową partnerkę, która wszędzie węszy zdradę czy owo "zacieśnienie więzi", to musiałbym ją chyba w takim razie pytać, czy mogę samemu iść do piekarni po pieczywao, bo tam pracuje taka jedna ładna młoda dziewczyna i ona ostatnio się do mnie uśmiechnęła, jak kupowałem bułki.
Jeśli zdrada czai się wszędzie, to po co ja mam z domu wychodzić. Tak samo wszelkie wyjazdy służbowe, kontakty towarzyskie(tak, nawet będąc w związku utrzymuje te kontakty) itp. Musiałbym założyć jakiś taki, hmm, męski pas cnoty czy coś
Aha, no i oczywiście mam przyjaciółki, ok możę bardziej pasuje określenie "koleżanki", z którymi absolutnie NIC by się nie działo, gdyż nie są dla mnie atrakcyjne na tyle, aby do czegoś doszło. Zatem spotkań z nimi też ma się obawiać?
Czy tu jest gdzieś forsowany pogląd, że potencjalnie każde spotkanie dwóch osób płci przeciwnej zakończyć ma się seksem/romansem/powstaniem zażyłości?
Dobra komedia..