Witajcie.
Zacznę od początku. Ja i moja dziewczyna mamy po 23 lata. Jesteśmy ze sobą długo, nawet bardzo długo bo niecałe 8 lat. Z początku nikt nie wierzył, że będziemy ze sobą tak długo, w końcu byliśmy dzieciakami, kiedy zaczynaliśmy związek. Były 2 rozstania, pierwsze jakieś 5 lat temu a drugie 2 lata temu. Generalnie pierwsze zerwanie to raczej moja wina : spełnianie każdej zachcianki, robiłem co tylko chciała, byłem zazdrosny, kontrolowałem i tak dalej. Koniec końców wróciliśmy do siebie po 2 miesiącach i jakos to szło dalej.
Drugie zerwanie było 2 lata temu. Ciągłe kłótnie o wszystko, pretensje i tak dalej. Decyzja o rozstanie była wspólna, jednak źle się czułem po tym zerwaniu. Brak chęci na cokolwiek, brak apetytu i tak dalej. Moja dziewczyna zupełnie inaczej - ulga, zabawa, dużo lepsze samopoczucie. Po jakimś czasie zacząłem wracać do siebie. Wtedy to u niej zaczęło robić się źle. Smutek, płacz, prośby i błagania o próbę ratowania tego i tak dalej. Mi też szkoda było tego całego czasu bo jakieś sześć lat - po wielu namowach zgodziłem się na próbę to odbudować.
Było w sumie nieźle. W między czasie zaczęliśmy pracować i razem mieszkać. Wspólne wakacje, wyjazdy za granicę i tak dalej. Generalnie był spokój, czasem robiła zaczepki i kłótnie o zaręczyny. '' Wszystkie koleżanki się dziwią, że tyle czasu i niezaręczeni '', " pewnie nie myśli o Tobie na poważnie '', '' to taki typ faceta, nigdy się nie oświadczy'' + masę innych które sobie sama dopowiedziała. Jednak nie. Ja chcę i chciałem się oświadczyć, jednak chciałem trochę czasu odczekać, szczególnie po tych rozstaniach, upewnić się, że nie pójdzie to na marne. Miałem wszystko zaplanowane na wakacje w tym roku.
Od jakieś 3 tygodniu na nowo. Kłótnie, pretensje, potem ciche dni, brak czułości. Ona nie wie, czy to jest miłość na całe życie, czy jest sens być dalej razem, gdybym chciał to bym się oświadczył już dawno, po za tym jest strasznie słabo i źle, ciągle się kłócimy i nie tak powinien wyglądać związek (jej aktualna wersja, wg. mnie wcale nie jest jakoś źle, tymbardziej że miesiąc temu powiedziała, że widzi moją zmiane na lepsze, że się staram i tak dalej). Zdurniałem przez to wszystko do kwadratu.
Ja rozumiem i zdaje sobie sprawę, że prawie 8 lat to szmat czasu, inni się zaręczają po roku,dwóch,trzech i tak dalej. Ale mamy jednak dopiero po 23 lata, a ja chciałem się upewnić, że to będzie na poważnie i już bez żadnych jazd, rozstań ale się chyba ostro pomyliłem. Ostatnio zasugerowała przerwę, żeby zastanowić się czy jest sens dalej być razem i czy to jest ta miłość na zawsze. Ona nic o moich planach zaręczonych nie miała i nie ma pojęcia. Dla mnie to taki wstęp do rozstania się. Powiedziałem o co o tym myślę i zasugerowałem, że jeśli nic do mnie nie czuje i nie chcę dalej być to wystarczy się rozstać i nie marnować więcej tego czasu bo tyle wystarczy jeśli i tak ma zamiar się potem rozstać przez inne pierdoły. Ona oczywiście uważa że mnie kocha, ale musi się zastanowić nad wszystkim czy to ma sens i te całe pierdzielenie w kółko.
Czy to wszystko moja wina, że przedłużałem tyle czasu zaręczyny? A może to coś z nią jest ?
Proszę o porady, pozdrawiam