Już zaczynam rozumieć ideę zwierzania się z problemów na forach...
Eh, dzisiaj miala miejsce dość dziwna sytuacja z chłopakiem. Generalnie robię latawiec na zaliczenie - myślałam, że zdążę go zrobić, zanim chłopak do mnie przyjdzie, ale niestety, przeliczyłam się i kończyliśmy go razem. Jednak wciąż myślałam, że wszystko się opłaci, jak ta przeklęta rzecz poleci - ale nie bardzo chciał latać (a prototyp latał!), w dodatku trochę się połamał... Chyba nie muszę mówić, że trochę i mnie to podłamało. Już nawet nie chodzi o to zaliczenie, bo kilka drobnych korekt i poleci (chyba), ale o sam fakt straconego czasu z facetem. Miało być pięknie, a wyszła porażka. Ze sto razy go przepraszałam, że dziś było tak beznadziejnie i że to się nie powtórzy... A on do mnie, że nie uważa tego czasu za beznadziejny, bo ze mną (?!). I przykro mu, że uważam ten czas za bezsensowny i stracony.
Dodam, że nie chodzi tylko o ten jeden dzień. On mi bardzo często pomaga w różnych rzeczach związanych z moimi studiami (ma większe doświadczenie w takich technicznych rzeczach), a ja nie mam szansy mu pomóc w czymkolwiek, bo nie znam się na jego branży kompletnie (odkąd się znamy, trochę się to zmieniło, ale nie jestem w tym mądrzejsza od niego i raczej nigdy nie będę). W dodatku to on pracuje i często płaci za różne rzeczy, a ja, cóż, "jestem studentem i nie mam pieniędzy" (na sam ww. latawiec poszło już z 80 zł, a ile jeszcze może pójść...ratunku). Jak tylko mam pieniądze, to staram się płacić za siebie i kupować mu różne prezenty, ale jak na moje to wciąż za mało... Czuję się ciężarem i boję się, że wkrótce ode mnie odejdzie...
Ma ktoś jakiś pomysł, co z tym zrobić...? O pracę się mogę starać (jak zawsze) tylko na wakacje, mój kierunek niestety wymaga zbyt wiele. A rezygnować bym nie chciała... A może znowu sobie wymyślam jakieś głupoty...
Ps. Rozmawiałam z nim już o tym, jakby co. Twierdzi, że pieniądze nie mają znaczenia i że jestem wsparciem. "Wsparcie", też mi coś...