chaber, ale mam wrażenie, że nie dopuszczasz myśli, że ludzie są naprawdę bardzo różni. Upierasz się moim zdaniem niemądrze przy tym, że kobity to takie i takie z zasady. A tu nie ma zasady! Wielu ludzi (i płec nie gra tu roli) pewnie lubi podejmować decyzje - od tak dla zasady. Inni tylko w sprawach dla nich istotych, a jeszcze innym generalnie jest wszystko jedno. I akurat moje małżeństwo należy chyba do jakiejś środkowej pomiędzy dwiema ostatnimi kategoriami. Ja nie znoszę robić zakupów i faktycznie mój mąż chodzi z listą, bo on umie taką rozsądną listę zrobić i zgodnie z nią wrócić z zakupami z których jest tydzień sensownych obiadów. Ja nie umiem i nie znoszę tego robić. Poza jarzynami (urok warzywniaka tuż pod domem) nie znam cen spożywki i często pytam czy serek za 2zl to tanio, drogo, czy normalnie. Bo nie wiem, mam inne zaintersowania i serio lubie jak moj maz zrobi zakupy pod konkretne obiady i ja nue musze juz o tym mysleć, planowac i decydowac.
Mąż wie, że mam niezły kontakt ze swoją mamą. Że w wielu sprawach się radzę, że wiele jej opowiadam. Tyle, że on nie ma nic przeciwko. JAkby miał, to bym nie mówiła. Jest przy tym cały szereg spraw o których nie mówię mamie, bo są tylko nasze. Nie tłumaczę się też kto jaką decyzję uważa za słuszną - bo i po co mamie taka wiedza? - jedynie często dzielę się z nią już ostatecznie podjętą. I gwoli ścisłości - nie jestem przypępowiona. Jestem klasycznym okazem kobiety, która w miarę lat coraz bardziej docenia w matce to, czego wczesniej nie dostrzegała i nie ceniła.
Staram się nie truć męzowi o wyższości mojego wieszania piżamy w łazience, nad jego rzucania pod poduszkę, bo to naprawdę nie ma wielkiego znaczenia. Nie robię scen, kiedy mąż na obiad zaordynuje fryty i lody. A w sprawach ważnych decydujemy wspólnie. Naprawdę wspólnie. W mniej ważnych czasem któreś się uprze - na konkretny film, na pójście wcześnie spać, na spacer w deszczu i upiera się i wymusza tak, że drugie musi ustąpić. Ale to nasze życie, nasze wybory i wara obcym od tego jak co się u nas odbywa.
Napisałaś, chaber, mądrą rzecz gdzieś w poprzednich postach i zgadzam się w zupełności, bo te sama zasadę wyznaję - my żyjemy tak, jak nam pasuje i nikt nie ma prawa komentować i próbować "naprawiać", bo dla nas działa bez zarzutu. I to chyba sedno. Znam mężów, którzy są szczęśliwi z tym, że żona im koszule i gatki każdego dnia wyciąga z szafy i decyduje gdzie pojadą na wakacje, znam żony, które naprawdę nie wiedzą ile mają pieniędzy na wspólnym koncie, bo mąż dysponuje, płaci rachunki, mówi kiedy można poszaleć, a kiedy oszczędzać. Kilka małżeństw takich znam i oni serio są od wielu lat bardzo szczęśliwi i zgodni. Ludzie są różni. Nie ma jednego schematu. I cały sukces małżeństwa to znaleźć sobie podobnego "świra".