U nas z podejmowaniem decyzji jest raczej po partnersku...
Choć rzeczywiście mój Mąż często ustępuje mi w sprawach, które nie są dla niego istotne. Np. to, gdzie spędzimy wakacje. Ja mam większy zmysł organizatorski, więc On wie, że jak zgodzi się na mój pomysł, to ja się zajmę organizacją, rezerwacją i tym sposobem każdy coś "traci" ale i "zyskuje". - ja decyduję, ale też ja organizuję (więc poświęcam na to czas i energię), on idzie mi na rękę, ale ma czas wolny, bo nie musi się martwić o resztę 
Choć są i takie wyjazdy, które są dla kogoś z nas szczególnie ważne - takie "podróże życia", np. gdzieś daleko daleko w świat - wtedy staramy się spełniać te nasze marzenia a nie odpuszczać. A jeśli to się kłóci z oczekiwaniami drugiej strony, to każdy jedzie osobno i żadne z nas nie ma z tym problemu
Byliśmy już na takich osobnych wyjazdach. Każdy wraca szczęśliwy, zadowolony, pokazujemy sobie zdjęcia, opowiadamy jak było.... To, że jesteśmy małżeństwem, nie znaczy, że musimy ciągle trzymać się za ręce - skoro ktoś kocha góry, a druga osoba morze, to niech każdy czasami ma tylko to, co sam chce, bez uginania się drugiej stronie i rezygnacji z siebie...
Natomiast w sprawach wspólnych i fundamentalnych, typu: ślub, dziecko, praca, przeprowadzka, wyjazd do teściów
- zawsze siadamy i gadamy i dochodzimy do jakiejś wspólnej decyzji, choć czasami przy tym wióry lecą 
I chyba jesteśmy pod tym względem mało stereotypowi, bo np. na ślub kościelny nalegał mój Mąż, a nie ja.
Ja, kiedy się poznaliśmy, od lat żyłam z daleka od kościoła, więc wolałam cywilny, ale wiedziałam że dla mojego Męża cywilny nic nie znaczy, a kościelny jest dla niego bardzo ważny, zgodziłam się więc i wzięliśmy kościelny (w sensie konkordatowy). A w czasie naszych przygotowań do tego ślubu poznaliśmy świetnego księdza, opowiedzieliśmy mu szczerze naszą sytuację, potem zaczęliśmy spotykać się z nim na kawę, dużo rozmawialiśmy... i mogę powiedzieć, że dzięki temu właściwie na nowo się nawróciłam
Więc czasami pójście drugiej stronie na rękę, w dalszej perspektywie okazuje się korzystne i dla nas samych.
A nawet jeśli tak się nie dzieje, ale i tak gdzieś ktoś w jakimś związku podejmuje zwykle większość decyzji i stronie dominującej jak i uległej to odpowiada, to nie widzę problemu i powodu do krytykowania takich "układów". Każdy w małżeństwie czy związku jakieś tam układy i zasady ma, je zna i chyba akceptuje, skoro w nim trwa...
Jakiś psycholog, kiedyś fajnie obśmiał tą teorię, że teraz takie czasy, że jest moda na związki partnerskie, na to, żeby każdą decyzję podejmować razem, że kobieta i facet muszą zawsze "po równo" - po równo pracować, po równo zajmować się dzieckiem, po równo sprzątać, bo jak jakiś związek nie jest partnerski, to jest zuuuuyyy
a właśnie według niego to wcale nie zawsze i nie dla każdego musi być jedyna recepta na szczęście.
Zgadzam się z tym. Jak komuś dobrze w niepartnerskim, to dla mnie nie ma problemu...
Jedna kobieta ciągle podejmująca wyzwania i decyzje czuła by ciężar i czułaby, że jest w związku z dzieckiem a nie z partnerem, a inna w tej samej sytuacji będzie w niebo wzięta.
To samo facet. Jeden ma tak, drugi inaczej.
Znam facetów, którzy organizują życie swoim kobietom łącznie z tym, w czym ona ma dziś pójść na imprezę i czy w ogóle może pójść. Właściwie narzucają im wszystko i to niby dla jej "wygody" i "dobra"
A ona taka myszka pokorniutka i jej w to graj.
Więc naprawdę różne związki funkcjonują i się dobrze mają.
To kwestia charakteru, typu osobowości i wzorów wyniesionych z domu też na pewno.
Myślę więc, że to wydumany z lekka problem 
Np. co do kwestii powrotu do pracy - pewnie część kobiet nie chce wracać, bo wolą piłować paznokcie i niech mąż na nie "robi" i może wymyślają wymówki nie będąc przy tym uczciwą ani wobec swoich mężów, ani wobec siebie.
Ale moja bliska koleżanka, której sytuację rodzinną znam bardzo dobrze ma takiego męża, który bardzo nie chciał, żeby wracała do pracy po urodzeniu dziecka, bo po co jego zdaniem skoro on zarabia, ale ona się uparła, postawiła na swoim i wróciła.
Więc nie uogólniałabym.
U nas ustaliliśmy na początku ciąży, że wrócę do pracy, kiedy będę się czuła na siłach i chciała... a teraz czuję, że wrócę wcześniej niż sama na początku myślałam. Mąż zostawia tę decyzję mnie. I ja wiem, że on nie ma z tym problemu. Choć pewnie wielu facetów ma, ale się nie przyznaje, a potem pretensje do kobiet, że organizują facetom życie 
Akurat i dla mnie i dla mojego Męża ważne jest, żeby przez jakiś czas dziecko było ze mną w domu, a nie tułało się po żłobkach, więc się pod tym względem zgadzamy. Jakbyśmy mieli rozbieżne zdania, trzeba by dyskutować i coś ustalić.
I pewnie gdyby mi mój Mąż szczerze powiedział: "słuchaj, wróć do pracy jak najszybciej, bo ja nie czuję się na siłach dźwigać na barkach utrzymania całej rodziny", to okej. Wróciłabym szybciorem.
Najważniejsze, żeby być ze sobą szczerym i się dogadać.
Bo większość problemów w związkach nie bierze się stąd, że ktoś pracuje, a ktoś nie, że robi się wystawne wesele czy nie, że bierze się ślub kościelny czy nie, tylko z tego, że ludzie tego szczerze ze sobą nie umieją przegadać.
Tak mi się wydaje.
I na koniec anegdotka:
Kiedyś ktoś zapytał wesołą parę świętującą 30. rocznicę ślubu, jak to się robi, żeby tyle lat wytrwać w takim fajnym, zgodnym, pogodnym związku. Facet bez wahania odpowiedział:
- "Bo wie pani, na początku naszego małżeństwa ustaliliśmy, że ja będę podejmował decyzje w sprawach ważnych, a żona w sprawach drobnych....
- No i co?
- I wie pani co? - przez 30 lat nie było ani jednej sprawy ważnej
"