No właśnie.
Ja mam tak jak chaber z tym nadmiarem spędzanego razem czasu. I ja i Mąż lubimy mieć czas, który spędzamy bez siebie.
Np. jak w ostatni długi weekend - Mąż mnie pyta, czy nie mam nic przeciwko, bo chciałby pojechać na kilka dni w góry (on uwielbia takie samotne wypady, bierze namiot, śpiwór i zaszywa się na jakimś pustkowiu), ja na to, że oczywiście nic nie mam przeciwko.
Pojechał a ja już miałam sto pomysłów na to, co zrobię z tym czasem - mogę zaprosić przyjaciółki na babską bibę, albo zostać pod kołdrą i poczytać książkę, oglądać filmy których mój Mąż nie trawi..... mogę robić mnóstwo rzeczy bez Niego.... co nie znaczy, że nie tęsknię, tęsknię, ale nie mam 2 lat i wiem przecież, że jak Mąż mi znika z oczu, to nie znaczy że już nie wróci ![]()
Oczywiście jeśli facet ma np. dwoje małych dzieci, a każdy wieczór spędza w knajpie z kumplami (bo też znam i takich), to jest coś nie halo, ale przesada w drugą stronę - że jak ktoś ma żonę i dzieci to już mu nic nie wolno tylko kąpać i przewijać - zwykle źle się kończy...
I też się zastanawiam po co faceci biorą sobie takie żony, które im robią sceny, nie wypuszczają nigdzie? Na co oni liczą? - kenobi, bags, to trochę pytanie do Was.
A może są tacy, którym to po prostu nie przeszkadza?
Mój Mąż zanim poznał mnie, przez kilka lat był związany z taką dziewczyną bluszczem, która mu na nic nie "pozwalała" i strzelała fochy o byle co........ no i się w końcu rozstali...
I po tych doświadczeniach jak widzę błysk w jego oku w odpowiedzi na to, że ja mu "pozwalam"
na samotny wypad w góry, to wyobrażam sobie jak on się musiał wtedy czuć.... więc jakbym mu mogła "nie pozwolić"? i po co miałabym te zakazy stosować? co by mi to miało dać?