Tak jak pisałam rozstanie bardzo przeżyłam. Czułam, że legły w gruzach moje plany i marzenia. Ubolewałam, że dziecko straciło ojca. Wiele łez wylałam. Długo do siebie dochodziłam. Wiadomo, pierwszy facet, pierwszy raz, wspólny poród, cztery lata związku - nie łatwo to wykreślić z pamięci. Przez 2 lata byłam sama, nie miałam głowy do randek ani chęci na poznanie kogokolwiek aż do pewnej listopadowej nocy. Nie wiem po co, ale założyłam konto na pewnym portalu i tam poznałam jego. Już w pierwszych minutach rozmowy straciłam głowę, czułam jak wali mi serce, jak sama się do siebie uśmiecham, nie mogłam opanować się od chęci pisania z nim...i tak pisaliśmy dniami i nocami, doszły sms i telefony i w końcu spotaknie. Drzałam z radości i podniecenia, szczęście mnie przepełniało i nigdy wcześniej tak się nie czułam. Z każdą randką byłam pewna, że coś się dzieje w moim sercu, na jego widok uginały mi się kolana a w brzuchu miałam motylki. Doszedł seks, bez porównania lepszy niż z pierwszym partnerem. Akceptował córkę. Był moim ideałem. Miłość kwitła pojawiły się plany, nadzieje i powoli spełniały marzenia. Postaraliśmy się o dziecko i wtedy czar prysł. Mój partner okazał się inny niż myślałam. Nakryłam go na zdradzie (fizycznej). Myślałam, że umrę....zniknął na 6mc i pojawił się gdy okazało się, że został aresztowany (odwieszone zawiasy o których pojęcia nie miałam). Czekałam prawie rok, sama, samotna z dzieckiem i drugim w brzuchu. Pracowałam, pisałam, czekałam...a on ? całą odsiadkę ciągle miał ale, wiecznie niezadowolony, zły, obrażony. Wybaczałam kolejne awantury i obelgi tłumacząc go pobytem tam. Wyszedł...nie zrobił nic dla nas, nie podjął pracy, nie interesował się dzieckiem. Pojawiła się kochanka, pierwsza, druga, trzecia...nie umiem ich już zliczyć. Żyłam w letargu, nie jadłam i nie spałam. Jedynie płakałam i czekałam na zmianę, na telefon, przyjazd. Przypominał sobie o mnie gdy brakło mu pieniedzy lub nie miał nowej zdobyczy. Posłodził a ja znów wybaczałam i zgoda trwała do kolejnej akcji. Oczywiście awantury polegały na obelgach i nie tylko...kochałam cierpiałam i tęskniłam. Nie słuchałam nikogo, żadnych rad, byłam ślepa i głucha aż do pewnej nocy gdy otworzyłam oczy. A mianowicie miał się zjawić...nie przyjechał, wysłał mi sms że ma inną, nową, że ją kocha i pragnie...dostałam milion mmsów ich wspólnych, fragmenty namiętnych rozmów itp itd. Czułam, że nie jestem w stanie dalej żyć, że to mój koniec...wiedział co przeszłam, zaufałam mu i oddalam serce a on potraktował mnie jak śmiecia. Zdradzał, oszukiwał i świadomie ranił. Długo milczał. Ja nie wiem jak zniosłam te kilka tygodni. na zmianę wyłam albo się wściekałam. W końcu zaczął pisać jak to żałuje, tęskni, kocha itp...ale między tym pisał, że brakuje mu pieniedzy nie ma na kartę, nie ma na buty - jakby oczekiwał, że dam. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nigdy nie kochał. Byłam łatwą zdobyczą bo po przejściach pragnełam miłości, stabilizacji i chciałam odzyskać rodzinę którą straciłam. dla niego byłam sponsorką/kartą płatniczą. każde kocham, pragnę, uwielbiam było kłamstwem. Potrzebuje mnie gdy mu czegoś brakuje, nie zależy mu na mnie ani na dzieciach. Jest zwykłym leniem, nierobem i kłamcą. Jego życie to gry, alkohol i kochanki....nie wiem jak i skąd znalazłam siłę by znów stanąć na nogi. łatwo nie jest, dopada mnie tęsknota i żal, nie odpisuję mu milczę lecz boje się, że znów ulegnę, dam się zwieść i będę cierpieć....