Kurcze... znowu się zdołowałam .
Nie chcę już myśleć o tym - stało się.
Czas iść do przodu - nie chce mnie , to nie. Nic nie poradzę.
Podobne tematy
Rozumiesz? mój co prawda jeszcze , ale jednak mąż wtedy jeszcze próbujący ratować na terapii związek (albo udający przed samym sobą że próbuje) pokazał ile ma do mnie szacunku jako też do jeszcze swojej żony - w oczach innych ludzi . Pokazał tym samym, że wolno jakiejś obcej kobiecie naśmiewać się z jego żony, ignorować jego żony uczucia. Tak, tylko że ona wtedy nie była mu już obca - była ważniejsza niż ja.
Rozumiesz?
Rozumiem. Bo w moim przypadku było to samo. Mój mąż miał do mnie pretensje, że zachowałam się niestosownie wobec jego kochanki.
Zadziwia mnie ta powtarzalność zachowań... Mąż ciągle mnie poucza, że nie wszyscy są tacy sami, ale tutaj trudno oprzeć się generalizowaniu. Mechanizm wciąż jest ten sam. On uważa siebie za człowieka niepowtarzalnego, a robi dokładnie to samo, co tysiące przed nim i tysiące po nim.
Oczywiście nasze zachowanie - jak widać też - jest podobne.
Liczyłaś na zrozumienie, pisząc do niej?
Ja liczyłam na zwykłą, ludzką, kobiecą solidarność. Pomyliłam się. Nauczka na przyszłość - z kochankami się nie rozmawia.
A zachowanie męża w tej sytuacji? Wyjątkowo niegodne.
Rok temu, kiedy dowiedziałam się o tym romansie, dałam jej szansę. Uznałam, że wystarczy, że jedno małżeństwo zostało zniszczone. Niech chociaż przetrwa drugie. I tak jej powiedziałam... że daję szansę, ale kontakt z moim mężem ma się skończyć. Ponieważ tak się nie stało, a "rozmowy" nadal się rozwijały, dwa tygodnie temu napisałam do jej męża na nk. Zadzwonił do mnie i... bronił jej pazurami. "Tamto" sobie wyjaśnili, on wie, że teraz to tylko przyjaźń, więc o co mi w ogóle kaman?
Typ zachowania identyczny jak jej.
Musi mieć na niego ogromny wpływ. Tak jak na mojego męża.
Skwitowałam jego występ słowami, że wiem, co widziałam i mogę się tym z nim podzielić (mam dowody), a on niech wierzy, w co chce i jak chce.
Wcześniej było mi go szkoda, myślałam, że po prostu jest człowiekiem, który niczego nawet nie podejrzewa. Teraz wiem, że on po prostu nie chce wiedzieć, że najwyraźniej tak mu wygodnie.
A co mój mąż w tym wszystkim?
Ano poprosił mnie, żebym mu udostępniła swoje konto na nk, bo on chce napisać do jej męża, żeby go przeprosić za to, że wciągnął go w takie bagno.
Zbaraniałam.
Najzwyczajniej w świecie zatkało mnie.
Odpowiedziałam, że w bagno wciągnęła swojego męża ona sama, a nie mój mąż - to po pierwsze, a po drugie - dlaczego ona mnie nie przeprasza za bagno, które stworzyła mi razem z moim osobistym mężem.
I wtedy nastąpił kilkudniowy okres żalu za grzechy mojego męża. Tak jakby zrozumiał, że jednak nawalił. Potem jednak chyba pani mu wybaczyła, bo wszystko wróciło w stare ramy.
niejednokrotnie mi wmawiał że moje uczucia są nieważne , że wyolbrzymiam albo wmawiam sobie .
Nie liczył się z nimi po prostu.
Dokładnie tak to wygląda. Poza tym tworzę sobie historyjki.
Kiedy mówię, że coś mnie boli, rani, on bagatelizuje sprawę, bo dla niego oznacza to wyrzuty sumienia, a tych przecież nikt nie lubi.
Natomiast chciałam usłyszeć tylko jedno: że on wie co ja czuję kiedy każdego wieczora szedł i idzie do niej do kompa , że zrozumiał jaką krzywdę mi tym wyrządza , że wie jak bardzo mnie ranił i nadal rani i przeprasza mnie za to.
Brawo! Ubrałaś w słowa myśl, która krążyła mi po głowie, a nie umiałam jej nazwać. Tak, to nie jest kwestia posiadania racji. Ja również zrozumiałam swoje błędy, staram się naprawiać zło, które wyrządziłam nieświadomie. Ale chciałabym, żeby wiedział, żeby czuł, że rani mnie do żywego, kiedy przedkłada obcą babę nade mnie, kiedy inna staje się dla niego ważniejsza - i nie obchodzi mnie, czy w tym momencie ona jest kochanką, czy 'przyjaciółką" i kiedy nie interesują go moje odczucia.
Tu się nie zgodzę - człowiek się rozwija , zmienia w trakcie swojego życia - za tydzień nie będziesz już taka sama, będziesz bogatsza o nowe doświadczenia, nową wiedzę , z nowym zdaniem na wiele tematów.
Relacja też się zmienia - jest zależna od tego jak bardzo albo jak mało się staramy.
Oczywiście, doświadczenia zmieniają człowieka, ale ja miałam na myśli coś innego. Nikt z dnia na dzień nie staje się człowiekiem złym, jeśli całe życie był dobry. Każdy człowiek według mnie ma jakiś stały korpus - cechy stałe odpowiadające za to, kim jest. Wierzę, że mój mąż nadal jest dobrym człowiekiem i widzę, że czasem te jego cechy ujawniają się... tyle że już nie w stosunku do mnie. On dla niej jest teraz taki, jaki kiedyś był dla mnie. Dlatego mówię, że to relacja się zmienia, a nie człowiek w swojej zasadniczej formie.
Swego czasu dużo rozmawiałam z bardzo mądrą osobą o rozległej wiedzy psychologicznej. Trochę tej wiedzy uszczknęłam. Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, jakie dziedzictwo nosicie w sobie ty i Twój mąż? Z jakich rodzin pochodzicie?
Liczyłaś na zrozumienie, pisząc do niej?
Nie wiem na co liczyłam - może też i na zrozumienie.
Byłam spanikowana , zrozpaczona - traciłam swojego męża.
Dokładnie tak to wygląda. Poza tym tworzę sobie historyjki.
Kiedy mówię, że coś mnie boli, rani, on bagatelizuje sprawę, bo dla niego oznacza to wyrzuty sumienia, a tych przecież nikt nie lubi.
Ja myślę, że mój bagatelizuje sprawę , bo po prostu nie zależy mu żeby wiedzieć co ja czuję. Dla niego moje emocje są niezrozumiałe i śmieszne. Wyrzuty sumienia? nie - bardziej "masz na co zasłużyłaś" .
Ale chciałabym, żeby wiedział, żeby czuł, że rani mnie do żywego, kiedy przedkłada obcą babę nade mnie, kiedy inna staje się dla niego ważniejsza - i nie obchodzi mnie, czy w tym momencie ona jest kochanką, czy 'przyjaciółką" i kiedy nie interesują go moje odczucia.
Ja też bym chciała,żeby kiedyś zrozumiał jaką krzywdę mi tym wyrządził.
Ja zerwałam romans , nie kontaktowałam się, poszłam do lekarza, starałam się wyleczyć emocje i depresję , robiłam coś.
On - nie zerwał romansu, kontaktu , nie walczył już o nas , stwarzał tylko pozory - zostawił sobie furtkę dla swojego jak to ją nazywa "słoneczka" . Jestem pewna, że jak tylko się wyprowadzi - spotkają się.
Kuźwa ... da się "wyłączyć" serce?
Zaś ryczę... ![]()
Nadal bardzo boli.
Wierzę, że mój mąż nadal jest dobrym człowiekiem i widzę, że czasem te jego cechy ujawniają się... tyle że już nie w stosunku do mnie. On dla niej jest teraz taki, jaki kiedyś był dla mnie. Dlatego mówię, że to relacja się zmienia, a nie człowiek w swojej zasadniczej formie.
Czy mój mąż jest dobrym człowiekiem? Jest dobrym człowiekiem.
Ale kiedy rozmawiałam ze starszą córką i powiedziałam jej, że chcę żeby kontakty zachowali przyjacielskie bo on jest dobrym człowiekiem - powiedziała, że nie jest dobrym człowiekiem dla mnie - skoro nie byłam i nie jestem dla niego najważniejsza.
Swego czasu dużo rozmawiałam z bardzo mądrą osobą o rozległej wiedzy psychologicznej. Trochę tej wiedzy uszczknęłam. Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, jakie dziedzictwo nosicie w sobie ty i Twój mąż? Z jakich rodzin pochodzicie?
Tak - oboje z rodzin alkoholowych . U mnie tato, u niego oboje rodzice.
Ja - nie mam problemu z alkoholem , ale jestem współuzależniona. Mąż - alkoholik trzeźwy lat 8 , obecnie już nie.
Pracuję z terapeutami też nad objawami współuzależnienia.
W podpisie mam adres swojego bloga, w którym opisuję całą drogę, jaką przeszłam od dnia A do dnia B, czyli do dziś.
Nie twierdzę, że jest to źródło mądrości, ale może z tego, co mówili w swoim czasie do mnie inni, da się coś uszczknąć dla siebie.
Chyba tam o tym jeszcze nie pisałam, ale moja ppsych powiedziała, że kluczem do... poznania siebie i pokochania siebie na tak trudnej drodze jest zrozumienie drugiego człowieka. Zrozumienie, że ktoś inny też ma prawo do bólu, a przede wszystkim do pomyłek.
Wiem, że to jest cholernie trudne, bo codziennie próbuję zrozumieć. Ale staram się nie obrzucać mojego męża błotem. Wiem, że jest dda, że pochodzi z generalnie bardzo trudnej rodziny po przejściach. I rozumiem, dlaczego postępuje tak czy tak. Nie, nie tłumaczę go, bo wiem również, że gdyby miał w sobie wystarczającą ilość odwagi (tak - właśnie odwagi), to przestałby odrzucać wiedzę o sobie, którą gdzieś tam pewnie podejrzewa, ale odpycha z całej siły od siebie. Gdyby był odważny, by stawić czoła problemom, zamiast przed nimi uciekać, po prostu byłby jak mąż Endaluzji....
Ale nie jest odważny.
Wybrał wyjście najłatwiejsze - ucieczkę. Najwygodniejsze.
A to nie jest już kwestią dziedzictwa, tylko po prostu charakteru.
Więc ten mój mąż słaby jest.
I choć opowiada teraz o swojej sile, otwartości, że tak właśnie go sytuacja między nami zmieniła - w sumie szczyci się chyba tym, to jednak ja widzę w nim zagubionego chłopca, który myśli, że jak będzie wystarczająco chamski, to świat będzie stał przed nim otworem.
Ale tu pojawia się kolejny problem. Tym razem ze mną. Bo kiedy myślę o nim w ten sposób, mam wrażenie, że znowu zaczynam matkować. A tego nie chcę. bo dość już matkowałam.
To, nad czym wciąż pracuję, to zrozumienie, że mój mąż jest dorosłym człowiekiem.
Cholernie trudne:)
W podpisie mam adres swojego bloga, w którym opisuję całą drogę, jaką przeszłam od dnia A do dnia B, czyli do dziś.
Nie twierdzę, że jest to źródło mądrości, ale może z tego, co mówili w swoim czasie do mnie inni, da się coś uszczknąć dla siebie.
Dzięki, ... jak będę miała więcej czasu , to zajrzę tam.
Chyba tam o tym jeszcze nie pisałam, ale moja ppsych powiedziała, że kluczem do... poznania siebie i pokochania siebie na tak trudnej drodze jest zrozumienie drugiego człowieka. Zrozumienie, że ktoś inny też ma prawo do bólu, a przede wszystkim do pomyłek. Wiem, że to jest cholernie trudne, bo codziennie próbuję zrozumieć.
Ja rozumiem, że każdy ma prawo do pomyłek. Ze zrozumieniem tego akurat nie miałam problemu.
Sama wiele ich w życiu popełniłam.
Ale wiem też, że człowiek który popełni pomyłkę - dojrzały człowiek , powinien ją zauważyć , potrafić przyznać sie do niej i powiedzieć "przepraszam". Jeśli to możliwe , powinien próbować chociaż zrozumieć tego drugiego człowieka któremu wyrządził tą pomyłką krzywdę , zrozumieć jego ból i spróbować zawalczyć żeby naprawić.
Ja zrozumiałam - za późno. Uwierz mi - wyrzuty sumienia i poczucie winy które mam będzie mi towarzyszyć do końca życia - a największą karą jest utrata miłości, zaufania- ostatecznie męża.
Mój mąż nie zrozumiał , może jeszcze nie. Może jeśli kiedyś zrozumie , że popełnił pomyłkę raniąc mnie w ten sposób , usłyszę od niego kiedyś "przepraszam za tą kobietę , przepraszam że cię tak zraniłem".
Tylko - czasem będzie już za późno. Tak jak dla mnie było za późno.
A może w ogóle nie przeprosi - może to z nią ułoży sobie życie i z nią będzie szczęśliwy i zapomni , nie będzie przejmował się tym co mi kiedyś zrobił.
Ale.
Moja psychoterapeutka dziś na sesji powiedziała mi bardzo ważną rzecz.
Po rozpadzie związku musi być żałoba. Trwa kilka ładnych miesięcy. Musi być ten czas , kiedy w głębi , tak naprawdę odczujemy stratę, żal, ból, cierpienie.
Dopiero uznanie więzi, tego jak bardzo ważny był w życiu ten człowiek - i poddanie się cierpieniu wynikającemu ze straty powoduje , że można sie rozstać z przeszłością i zacząć nowe życie a czas zabliźni rany.
Powiedziała mi to, bo znowu na sesji wyłam bitą godzinę i przepraszałam, że nie jestem w stanie nic z siebie wydukać.
Powiedziała, że to dobrze, że potrafię płakać, tęsknić, że boli, że cierpię. Że ja muszę dać sobie tą możliwość czucia. Nie mogę przestać czuć - bo kiedy to zrobię - przestanę czuć nie tylko ten ból, ale też radość, i wszystkie inne emocje.
Złym rozwiązaniem jest zakopanie się w komputerze , szukanie innych zajęć i zagłuszanie, odsuwanie emocji , albo przelanie emocji na innego człowieka - bo ten człowiek będzie taką "łatką, zamiennikiem " cerującym zbolałe serce. Nie będziemy w stanie dać mu wszystkiego. Bolące serce nie jest w stanie dać wszystkiego. Emocje zakopane , nie wypłakane , nie pogodzone po tak traumatycznym zdarzeniu jak rozpad kilkunastoletniego związku - kiedyś wyjdą w ten albo inny sposób.
Dlatego mam zadanie - wieczorami , kiedy dziecko idzie spać mam włączyć sobie cicho spokojną muzykę .... i czuć. Czuć co tam gra w duszy , pobyć sama z sobą - jak chce mi się płakać, to płakać .... jak wyć to wyć.... jak cieszyć to sie cieszyć.... jak się złościć to kląć jak szewc i rzucać epitetami nawet sama do siebie .... jak iść się przytulić to mam iść się przytulić nawet za cenę tego że obleję mu łzami cały podkoszulek .
MAM CZUĆ.
Bo żeby móc kochać kogokolwiek - trzeba czuć. WSZYSTKO.
Też czuć się znajomo ze swoimi emocjami , też z tym że jestem wrażliwa i płaczliwa bo mam teraz trudny czas , nie wstydzić się tego.
Powiedziała, że gdybyśmy z mężem od początku związku poświęcili sobie przed snem choćby pół godziny , na posiedzenie naprzeciw siebie , popatrzeniu w oczy, na twarze , na opowiedzeniu sobie wzajemnie co nas w danym dniu poruszyło, zezłościło, ucieszyło, wzruszyło - to poznalibyśmy swoje emocje, byłaby bliskość. Ale my przed snem mieliśmy każde z nas swoje życie, swoje komputery albo TV.
Przykre , ze pewnych rzeczy człowiek dowiaduje się gdy jest już za późno.
Ale staram się nie obrzucać mojego męża błotem. Wiem, że jest dda, że pochodzi z generalnie bardzo trudnej rodziny po przejściach. I rozumiem, dlaczego postępuje tak czy tak.
Ja też wiem, że jest taki bo jest nie dość, że DDA to jeszcze uzależniony . Wiem, że ma ogromny problem z emocjami i samo mu to nie minie. On po prostu nie chce czuć. Bo czucie - często boli , często wyzwala negatywne emocje , poczucie winy , ból , lęk, cierpienie.
Wybrał wyjście najłatwiejsze - ucieczkę. Najwygodniejsze.
A to nie jest już kwestią dziedzictwa, tylko po prostu charakteru.
Nie jestem w stanie powiedzieć, na ile to kwestia charakteru. Mój mąż też uciekł przed ogromnym problemem ratowania związku po zdradzie. Nie podołał, nie chciał - miał zakorzenione że nie wybaczy zdrady. Uciekł w swój świat i inną kobietę. Skreślił mnie , ale zanim to zrobił - nie zrobił według mnie wystarczająco dużo , żeby uporać się z problemem mojej depresji i wyrwania mnie z niej . Może nie potrafił? ![]()
Więc ten mój mąż słaby jest.
Tak mi się wydaje, że każdy jest w pewnym sensie słaby , każdy to co łatwiejsze wybiera chętniej.
Ale tu pojawia się kolejny problem. Tym razem ze mną. Bo kiedy myślę o nim w ten sposób, mam wrażenie, że znowu zaczynam matkować. A tego nie chcę. bo dość już matkowałam.
Matkowanie to element współuzależnienia - podstawowy.
Ja też matkowałam przez 13 lat. Można powiedzieć, że go w ten sposób wykastrowałam. Nieświadomie. Nie czuł się mężczyzną w domu.
To, nad czym wciąż pracuję, to zrozumienie, że mój mąż jest dorosłym człowiekiem.
Cholernie trudne:)
Tak, bardzo trudne.
461 2013-02-28 22:14:09 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-28 23:00:18)
Zadanie na dziś: Co straciłam, po czym płaczę.... co mi dał z siebie dobrego w ciągu tych 13 lat ...
- miłość
- ciepło
- zaufanie
- łagodność
- był obok
- mogłam się przytulić
- mogłam poprosić o pomoc
- wyrozumiałość
- był mój
- był najbliższą mi osobą
Jest po czym płakać.
Tak, był bardzo ważny . Najważniejszy . Choć nie potrafiłam mu tego pokazać.
Tak jak on nie potrafił mi pokazać jak ja ważna dla niego byłam.
Tak, był najważniejszym mężczyzną w moim życiu.
Dla mnie to czucie jest tak bolesne, że najlepiej znieczuliłabym się. U mnie to trwa już kilka miesięcy, a emocje dalej nie słabną. Mój mąż jest w innym świecie i pojęcia nie ma nawet, że ja przeżywam żałobę po związku. Dla mnie to małżeństwo rozpada się od kilku miesięcy, a on ma się świetnie, żyje jakby nic się nie działo. Dopiero teraz dociera do mnie jak mało dla niego znaczyłam, on mnie chyba nigdy nie kochał. Mam tylko nadzieję, że któregoś dnia obudzę się i tego bólu już nie będzie.
Dla mnie to czucie jest tak bolesne, że najlepiej znieczuliłabym się. U mnie to trwa już kilka miesięcy, a emocje dalej nie słabną. Mój mąż jest w innym świecie i pojęcia nie ma nawet, że ja przeżywam żałobę po związku. Dla mnie to małżeństwo rozpada się od kilku miesięcy, a on ma się świetnie, żyje jakby nic się nie działo. Dopiero teraz dociera do mnie jak mało dla niego znaczyłam, on mnie chyba nigdy nie kochał. Mam tylko nadzieję, że któregoś dnia obudzę się i tego bólu już nie
będzie.
Nika tylko ty sama musisz tego chcieć, jak na razie boisz się ( w moim odczuciu ) nawet zmienić wyrko do spania, by nie było cb obok niego.Nie pisze tu złośliwie, ale może to byłby mały krok naprzód, może jemu zapaliłoby się w końcu czerwone światło.
Kobietko, Bellatrix, czy wasi mężowie spotkali się z tymi dziewczynami w realu?Czy są to ich wyimaginowane wyobrażenia?Dziewczyny wspieram was z całego serca w waszej walce o każdy lepszy dzień.
Na dzień dzisiejszy mam męża, córkę, mnóstwo niedokończonych spraw za nami, niedomówień, obopólne słowa kocham cię i tylko tyle.Obecnie mój mąż jest w delegacji, pierwszej od bd dawna i choć wiem, że teraz jest wszystko w porządku, tak na przyszłość boję się, co będzie.
Miłej nocki dla was.
464 2013-03-01 00:03:28 Ostatnio edytowany przez nika76 (2013-03-01 00:14:59)
Iwetko
Masz rację, boję się. Napiszę o tym za jakiś czas, wtedy zrozumiesz.
Dla mnie to czucie jest tak bolesne, że najlepiej znieczuliłabym się. U mnie to trwa już kilka miesięcy, a emocje dalej nie słabną. Mój mąż jest w innym świecie i pojęcia nie ma nawet, że ja przeżywam żałobę po związku. Dla mnie to małżeństwo rozpada się od kilku miesięcy, a on ma się świetnie, żyje jakby nic się nie działo. Dopiero teraz dociera do mnie jak mało dla niego znaczyłam, on mnie chyba nigdy nie kochał. Mam tylko nadzieję, że któregoś dnia obudzę się i tego bólu już nie będzie.
U mnie też ta szarpanina trwa kilka miesięcy .
Ale decyzja o rozstaniu zapadła kilka tygodni temu.
Pewnie u mnie to jeszcze za świeże wszystko. Na razie jest masakra.
Jestem strzępkiem nerwów, miotam się, mam huśtawki nastrojów.
Współczuję Ci.
Nika tylko ty sama musisz tego chcieć, jak na razie boisz się ( w moim odczuciu ) nawet zmienić wyrko do spania, by nie było cb obok niego.
Ja zmieniłam pokój , nie wzruszyło, nie zrobiło wrażenia. Ale właściwie zrobiłam to dla siebie , żeby było mi łatwiej uporać się z emocjami , mając go koło siebie w nocy czułam jakby jeszcze był mój, jakby była nadzieja, a przecież nie dał mi jej.
Ale czasem zdarza mi się iść do sypialni spać , zabrać trochę ciepła. Wczoraj poszłam .
O coś zapytałam , i usłyszałam "nie wiem czy cię jeszcze kocham , ale to już i tak nie ma znaczenia".
Po tych słowach wzięłam swojego jaśka i wyszłam .
Zdałam sobie sprawę, że chodząc tam - sprawiałam że traktował mnie jak rzecz. Przyszła to przyszła, wypada przytulić, może jakiś seksik?
A ja wczoraj zdałam sobie sprawę, że postępując tak miałam nadzieję, że jeszcze coś się w nim obudzi - teraz czuję się jak zero, znowu żebrałam o miłość której mi nie da bo mnie nie kocha.
Nie kocha .... traktuje jak współlokatora po prostu , czysta chłodna uprzejmość. Niczego więcej nie da się tu dopatrzyć.
Musze się z tym pogodzić , z tym że go straciłam - raz na zawsze pogodzić.
Tylko jak to zrobić
Nie pisze tu złośliwie, ale może to byłby mały krok naprzód, może jemu zapaliłoby się w końcu czerwone światło.
Jeśli zależy - może tak . Jeśli nie zależy , jeśli skreślił już ten związek - niekoniecznie.
Kobietko, Bellatrix, czy wasi mężowie spotkali się z tymi dziewczynami w realu?Czy są to ich wyimaginowane wyobrażenia?
Do spotkania w realu nie doszło, bo odkryłam ich kilka dni przed umówionym spotkaniem.
Mają siebie w znajomych na wszystkich portalach - wiedzą jak wyglądają , spędzają z sobą kilka godzin dziennie grając w tą samą grę , rozmawiając przez komunikatory i pisząc. Słowa , które wtedy przeczytałam (a była to tylko jedna rozmowa) utkwiły mi w głowie i będą tam do końca życia , bo ja takich nigdy nie usłyszałam.
Czasem mam wrażenie, że on mnie nigdy nie kochał - że traktował mnie jak coś oczywistego, co jest po prostu .
Myślę , że nawet gdyby nie mój przyjaciel i jego Monia - i tak by przyszedł moment kiedy wszystko by klękło.
Dziewczyny wspieram was z całego serca w waszej walce o każdy lepszy dzień.
Jeszcze długo nie nadejdą te dobre .... może kiedyś.
Na dzień dzisiejszy mam męża, córkę, mnóstwo niedokończonych spraw za nami, niedomówień, obopólne słowa kocham cię i tylko tyle.Obecnie mój mąż jest w delegacji, pierwszej od bd dawna i choć wiem, że teraz jest wszystko w porządku, tak na przyszłość boję się, co będzie.
Miłej nocki dla was.
Ale masz to : "kocham cię" - skoro kocha , to będzie walczył. Zależy mu , chce naprawiać. To najważniejsze.
Trzymam kciuki , zaplatam wszystkie przeszczepy żeby Wam się udało.
Warto ratować coś - ale tylko wtedy gdy oboje chcą.
Nie ma sensu walka tylko jednej osoby o związek.
Wtedy pozostaje jak u mnie - walka o siebie. Zobaczymy za miesiące/lata - czy wygrana czy przegrana.
Wiem, że zmiana pokoju nic nie zmieni. Jemu nie zależy. Gdybym kiedyś zrobiła to, co robię w tej chwili miałabym 10 telefonów w ciągu dnia z pytaniem, co się dzieje. W jego życiu jest inna kobieta, a ze mną jest tylko dlatego, że przeliczył ile będzie kosztował go rozwód. To ja muszę podjąć decyzję, bo inaczej będę trwała w takim zawieszeniu. Na razie robię porządek ze sobą.
Też czułam się jak rzecz, jak przytulałam się do niego i słyszałam, że w nim wszystko się wypaliło, że nie kocha. Już tego nie robię, bo za każdym razem pozbawiałam się resztek szacunku do siebie.
Wiem, że zmiana pokoju nic nie zmieni. Jemu nie zależy. Gdybym kiedyś zrobiła to, co robię w tej chwili miałabym 10 telefonów w ciągu dnia z pytaniem, co się dzieje.
Przykre, ale prawdziwe niestety. Tak jak u mnie.
W jego życiu jest inna kobieta,
To nie jest przykre, to czyste cierpienie . Znam każdą emocję która Ci towarzyszy ![]()
a ze mną jest tylko dlatego, że przeliczył ile będzie kosztował go rozwód.
Mój przeliczył, a właściwie ja przeliczyłam już wcześniej (o głupia) kiedy gryzł się kilka miesięcy wstecz jak wybrnąć z tej sytuacji. Sprzedamy dom , kupimy dwa mieszkania. Ma lepszych samochód, lepszą wypłatę. Jemu to wystarczy.
To ja muszę podjąć decyzję, bo inaczej będę trwała w takim zawieszeniu. Na razie robię porządek ze sobą.
Ja też się staram dojść z sobą do ładu - nie udaje się na razie ![]()
Też czułam się jak rzecz, jak przytulałam się do niego i słyszałam, że w nim wszystko się wypaliło, że nie kocha.
Czułam to wcześniej , już wcześniej mówił że dla niego sex , łóżko nie łączy się z życiem i z tym co na codzień.
Ale dopiero wczoraj swoimi słowami mi uświadomił mi , jak mało dla niego znaczę.
Strasznie mi się zrobiło przykro - płakałam w poduszkę sporo czasu zanim zasnęłam.
Już tego nie robię, bo za każdym razem pozbawiałam się resztek szacunku do siebie.
Będzie mnie kusiło- przecież odwzajemniał przytulanie, przecież też lubi kiedy leżę obok, potrzebuje ciepła. Ale widać dla niego to tylko fizyczne.
Dla mnie bardzo emocjonalne. Za bardzo emocjonalne.
Poczucie straty które czuję wtedy - jest nie do zniesienia.
Zaś siedzę i ryczę .... boszszszzzz, skąd w człowieku tyle łez ![]()
...już wcześniej mówił że dla niego sex , łóżko nie łączy się z życiem i z tym co na codzień.
Będzie mnie kusiło- przecież odwzajemniał przytulanie, przecież też lubi kiedy leżę obok, potrzebuje ciepła. Ale widać dla niego to tylko fizyczne.
Dla mnie bardzo emocjonalne. Za bardzo emocjonalne.
Poczucie straty które czuję wtedy - jest nie do zniesienia.
Zaś siedzę i ryczę .... boszszszzzz, skąd w człowieku tyle łez
Właśnie, dla mojego męża też łóżko nie łączy się z życiem. Dlatego powiedziałam mu, że koniec z sexem, ja po tym cierpię, bo on na następny dzień jest zimny jak lód. Zastanawia mnie tylko to, co mi powiedział: igrasz z ogniem. Nie wiem, co to oznacza, bo między nami gorzej niż teraz być już nie może, ale widzę, że chyba było mu to na rękę. Nie zbliża się do mnie.
Dla mnie to czucie jest tak bolesne, że najlepiej znieczuliłabym się. U mnie to trwa już kilka miesięcy, a emocje dalej nie słabną. Mój mąż jest w innym świecie i pojęcia nie ma nawet, że ja przeżywam żałobę po związku. Dla mnie to małżeństwo rozpada się od kilku miesięcy, a on ma się świetnie, żyje jakby nic się nie działo. Dopiero teraz dociera do mnie jak mało dla niego znaczyłam, on mnie chyba nigdy nie kochał. Mam tylko nadzieję, że któregoś dnia obudzę się i tego bólu już nie będzie.
Nika76, opacznie interpretujesz zachowanie.
Miłości nie można zabić inaczej jak razem z sobą. Jeśli jest. Gdy Mężczyzna nie odchodzi i jest, to nie ważne co mówi. Jest i to najlepiej określa jego uczucia. Mówi, że nie kocha, aby przyspieszyć rozpad, bo stan napięcia jest gorszy, niż koniec. Dlatego na polu bitwy ciężko ranni proszą o zostawienie granatu.
Nie wszystko przeczytałem, ale sen koszmarny rozumiem jako znak ze sfery nieświadomej. Dążysz do sprzedania domu, znaku i symbolu przeszłości. Psycholożka jest zaniepokojona, bo czuje, że jesteś dokładnie jak Twój login na tym forum.
Zrobisz sobie krzywdę. Od początku tak to widziałem. Konsekwencja daje zbawienne wyniki, gdy podejmujemy słuszną decyzję, a słuszność decyzji rozpoznajemy według zgodności z sobą. Po Twoich wpisać widzę, a świadczą o tym rozterki, że nie masz zgodności, więc nie może być słusznej decyzji, a - co za tym idzie - nie masz motywacji do bycia konsekwentną.
Dokładam Ci pewnie rozterek, może to jednak ma jakiś ukryty sens...
Nika76, opacznie interpretujesz zachowanie.
Miłości nie można zabić inaczej jak razem z sobą. Jeśli jest. Gdy Mężczyzna nie odchodzi i jest, to nie ważne co mówi. Jest i to najlepiej określa jego uczucia. Mówi, że nie kocha, aby przyspieszyć rozpad, bo stan napięcia jest gorszy, niż koniec. Dlatego na polu bitwy ciężko ranni proszą o zostawienie granatu.
Nie rozumiem tego, co napisałeś. On liczył, że po słowach nie kocham to ja podejmę decyzję za niego i odejdę.
Właśnie, dla mojego męża też łóżko nie łączy się z życiem.
Nie wiem - wszyscy faceci tak mają? To normalne?
Może wypowie się jakiś mężczyzna, bo nie wiem czy warto w ogóle kiedyś szukać kolejnego, dla którego może będę tylko przedmiotem, czymś co jest obok i można po to sięgnąć kiedy ma się ochotę ![]()
Kobiety mają inaczej - żeby iść do łóżka z kimś, muszą być emocje - i na pewno nie jest to tylko pożądanie.
Dlatego powiedziałam mu, że koniec z sexem, ja po tym cierpię, bo on na następny dzień jest zimny jak lód.
Lodowato uprzejmy - bym rzekła.
Zastanawia mnie tylko to, co mi powiedział: igrasz z ogniem. Nie wiem, co to oznacza, bo między nami gorzej niż teraz być już nie może, ale widzę, że chyba było mu to na rękę. Nie zbliża się do mnie.
No tak , mój mi chociaż nie grozi.
Ale szlag mnie trafia, kiedy ja przeżywam to nasze rozstanie, płacze, emocje są skrajne jak na ostrzu noża - a on cisza , spokój , chłodna uprzejmość. Naprawdę nie kocha, chce się jak najszybciej uwolnić.
Logika i rozsądek podpowiadają, Nika żeby pogodzić się z końcem związku , że tutaj już nic z tego nie będzie. Serce nie chce słuchać. Ten dysonans jest strasznie męczący , wysysa siły , jakąkolwiek radość czy choćby chęć do czegokolwiek . Wpędza w depresję.
Dlatego wiem, że powinnyśmy wziąć teraz się za swoje życie - bez nich. Oni wybrali.
Czy będą żałować? czas pokaże....
A czy my będziemy żałować? też czas pokaże....
Jak to mówią "Ani ze mnie Matka Teresa żeby wybaczać, ani nie mam Alzheimera żeby zapomnieć" - ale może jeśli zaczniemy żyć bez nich , nauczymy się swojej wartości to w końcu wybaczymy i zapomnimy - znajdziemy szczęście w ten albo inny sposób. Każdy szczęście definiuje inaczej- każdemu coś innego potrzebne jest do szczęścia.
A może być i tak, że zatęsknią za nami kiedyś - powiedzą sobie w duszy "co ty zrobiłeś? straciłeś taką kobietę: zaradną, ładną, z sexi ciałem, inteligentną, niezależna, ciekawą" .... a my już po prostu będziemy wtedy szczęśliwe bez nich , nie będziemy ich potrzebować... a może wręcz przeciwnie - nasze drogi kiedyś znowu się zetkną? Kto to wie...
Nie wiadomo co przyniesie przyszłość...
Teraz płaczemy, cierpimy bardzo .... bardziej się nie da - przecież to strata ukochanej osoby , równoważona ze śmiercią.... ale kiedyś mam nadzieję, że i dla nas zaświeci słońce w ten albo inny sposób.
Jedyne co mi się nasuwa teraz , co mi podsuwa mózg (choć serce się z tym jeszcze nie zgadza) - to : bądźmy kobietami niezależnymi, godnymi, ciekawymi, interesującymi, sprawiającymi sobie radość , cieszącymi się życiem.
Bo przecież nie wszystko skończone - skończył się pewien etap w moim życiu - nie da się zmusić kogoś do miłości tym bardziej kiedy nosi się w sobie tak duże brzemię winy za to co się stało .... ale każdy zakończony etap jest początkiem czegoś nowego.
Mogę płakać przez jeszcze kilka miesięcy aż sprzedamy dom mając nadzieję na jakiś ochłap miłości od mojego męża i że w końcu się obudzi i pokocha z powrotem (co sie pewnie nie zdarzy bo mnie za wszystko wini i nie chce dostrzec nic więcej) ... albo zacząć ten nowy etap już teraz przygotowując się do przyszłości bez niego.
Znajdując sobie nowe zainteresowania i znajomych , czytając książki, nie umartwiając się, robiąc sobie drobne przyjemności. Nauczyć się zaopiekować się sobą, cieszyć się z tego co mi zostało.
Przecież nie jestem głupia, ani mało urodziwa. Jestem zaradna, wszystko potrafię sobie załatwić, pracuję i uczę się.
Jeszcze się podobam - wczoraj byłam w jednym mieście - ja 38-latka - łaziłam po rynku robiąc zakupy - sama z dumnie podniesioną głową z amarantowymi pasemkami , wypiętym cycem w rozmiarze 75F i wyprostowanym 58-kilowym ciałem ( jak to mnie uczono w książce "pokochać siebie" ) - i dwóch na oko 30-latków zagwizdało jak mnie zobaczyli, że się zbliżam po czym usłyszałam "wiosna się chyba zbliża, bo fajne dziewczyny wychodzą z domów" ![]()
Nawet nie masz pojęcia jak mnie to dowartościowało , jakbym mogła to bym ich wyściskała - ale tylko sie odwróciłam i powiedziałam "dziękuję" , uśmiechnęłam się i poszłam ... szczęśliwa. Taka mała rzecz , a cieszy.
Kiedy ja od swojego męża usłyszałam, że ślicznie dziś wyglądam albo że ślicznie sie uśmiecham? Albo, że mam ładne oczy? Albo , że sprawia mu przyjemność patrzenie na mnie kiedy się z czegoś cieszę?
Hmmmm.... pomyślmy - nie pamiętam, więc albo tak dawno temu albo wcale.
Tak się powinno traktować kobietę?
Cholera, przecież zasługuję na coś jeszcze w tym życiu.
Tak czy nie?
Nie wszystko przeczytałem, ale sen koszmarny rozumiem jako znak ze sfery nieświadomej. Dążysz do sprzedania domu, znaku i symbolu przeszłości. Psycholożka jest zaniepokojona, bo czuje, że jesteś dokładnie jak Twój login na tym forum.
Zrobisz sobie krzywdę. Od początku tak to widziałem. Konsekwencja daje zbawienne wyniki, gdy podejmujemy słuszną decyzję, a słuszność decyzji rozpoznajemy według zgodności z sobą. Po Twoich wpisać widzę, a świadczą o tym rozterki, że nie masz zgodności, więc nie może być słusznej decyzji, a - co za tym idzie - nie masz motywacji do bycia konsekwentną.
Dokładam Ci pewnie rozterek, może to jednak ma jakiś ukryty sens...
Animus - to ja chciałam być, ja mówiłam w ciągu ostatnich 3 miesięcy że kocham , to ja podejmowałam rozmowy o próbach rozwiązania problemów, to ja się starałam , to ja chodziłam do jego łóżka się przytulać.
On odpuścił , podjął decyzję że nie chce być ze mną. Nie kocha.
Tak, jest dysonans między jego a moją decyzją , ale przecież nie zmuszę człowieka do tego, żeby mnie kochał , szanował. Nie wejdę do jego głowy i nie każę mu tego , bo nie mam takiej mocy sprawczej.
Pozostało mi starać się pogodzić z sytuacją - a staram się jak mogę i na razie jest różnie.
Tak, mieszkamy razem - bo nie mamy innej możliwości, on nie ma się gdzie wyprowadzić jak i ja , finanse nam trzymają. To nie żaden znak, że on coś jeszcze chce próbować.
Lodowata uprzejmość, dobrze to określiłaś.
Siedzimy na laptopach, każdy przy swoim, w jednym pokoju. On nie rozmawia, ja się też nie próbuję. Okropne to jest, ale po ostatnim- daj mi spokój, nie chce mi się z tobą gadać, pierwsza nie rozpocznę rozmowy. Dość się już poniżyłam.
Do miłości nikogo się nie zmusi, ale mi cały czas serce podpowiada co innego niż rozum. Nie mam zgodności ze sobą, robię co innego niż bym chciała.
Staram się dążyć do niezależności. Tylko, że wszystko, co robię jest na siłę. Nic mi się nie chce, a przyszłość mnie przeraża.
Wszystko runęło. Mam dwie córeczki, młodsza ma 4 latka i wiem, że muszę dla nich mieć siłę.
Jeżeli chodzi o wygląd, to coś w tym jest, że my kobiety w takich sytuacjach wyglądamy korzystniej niż wcześniej.
Ja zawsze dbałam o siebie, ale teraz schudłam, ściełam włosy- zawsze miałam długie i też zauważyłam, że faceci wodzą za mną wzrokiem.
Wiem, że jestem atrakcyjna, ale to marna pociecha w tej chwili. Ostatnio zapisałam się na zumbę, polecam, jak wrócisz nie będziesz miała siły płakać i endorfinki podniesiesz.
Czytałam, że się uczysz, jak dajesz sobie radę, aby sie skupić. Przede mną kurs od kwietnia i zastanawiam się czy uda mi się odciągnąć mysli od tego wszystkiego.
Ostatnio zapisałam się na zumbę, polecam, jak wrócisz nie będziesz miała siły płakać i endorfinki podniesiesz.
Też słyszałam, że daje nieźle w kość
... pomyslę, może faktycznie się zapiszę z tym, ze ja mam teraz problem z jedzeniem, nie potrafię jeść , chudnę - przez co słaba jestem jak mucha ...
Czytałam, że się uczysz, jak dajesz sobie radę, aby sie skupić. Przede mną kurs od kwietnia i zastanawiam się czy uda mi się odciągnąć mysli od tego wszystkiego.
Nie potrafię się skupić .... przeraża mnie, że w czerwcu mam egzaminy kończące , już powinnam się przygotowywać , a nic do głowy nie wchodzi.
Szkoda by była , bo całkiem nieźle mi szło dotąd .
Muszę się zmobilizować, codziennie sobie powtarzam .... ale wiesz jak to jest jak wstajesz i zasypiasz rozbita na kawałki.
... ja mam teraz problem z jedzeniem, nie potrafię jeść , chudnę - przez co słaba jestem jak mucha .
Też nie jadłam, ale u mnie chyba zaczęły działać leki, więc teraz jest lepiej.
Ale wiem też, że człowiek który popełni pomyłkę - dojrzały człowiek , powinien ją zauważyć , potrafić przyznać sie do niej i powiedzieć "przepraszam". Jeśli to możliwe , powinien próbować chociaż zrozumieć tego drugiego człowieka któremu wyrządził tą pomyłką krzywdę , zrozumieć jego ból i spróbować zawalczyć żeby naprawić.
DOJRZAŁY... i w tym tkwi sedno sprawy.
Notabene - rozmowy z psychologiem maja to do siebie, że człowiek zaczyna widzieć i czuć więcej. Ja teraz chwilami mam wrażenie, że przerastam mojego męża o głowę, że rozumiem wiele, podczas gdy on nie wie nic. Ale nie... Nie jest to kwestia patrzenia z góry i wywyższania się, bo ja to jestem ach!, a on jest be!
Nieee... zupełnie nie o to mi chodzi.
Ja sobie tak myślę, że gdyby on też chciał się czegoś dowiedzieć, gdzieś poszperać, poczytać forum jak to, to zyskałby zrozumienie.
Na razie ja robię kilka kroków do przodu, on... kilka kroków w tył.
Czasem mam wrażenie, że on teraz wykazuje większą niedojrzałość niż przez wiele lat naszego małżeństwa.
Tylko - czasem będzie już za późno. Tak jak dla mnie było za późno.
A może w ogóle nie przeprosi - może to z nią ułoży sobie życie i z nią będzie szczęśliwy i zapomni , nie będzie przejmował się tym co mi kiedyś zrobił.
Co z tego, że kiedyś zrozumie? Co mi to da?
Nic.
Bo ja się już drugi raz nie odważę na przeżywanie tej samej traumy.
Ja zresztą nie zamierzam się już z nikim wiązać. Nie dlatego, że boję się, że nikogo sobie nie znajdę. Jeśli będę chciała, to znajdę.
Problem polega na tym, że nie odważę się nikomu zaufać tak, jak zaufałam mężowi. Gdzieś czytałam, że to jeden z objawów kobiety kochającej za bardzo. Boi się zranienia i buduje wokół siebie mur. Nie wiem, czy jestem kkzb. Wiem tylko, że nie narażę się na kolejnego faceta, który przez naście lat będzie mnie zwodzić, a potem wyrzuci jak zabawkę.
MAM CZUĆ.
Można mieć dość czucia? Ja chyba mam. Czuję pomimo rzucania się w wir zajęć. Kiedyś się z tym pewnie oswoję.
Kobietko, Bellatrix, czy wasi mężowie spotkali się z tymi dziewczynami w realu?Czy są to ich wyimaginowane wyobrażenia?Dziewczyny wspieram was z całego serca w waszej walce o każdy lepszy dzień.
Mój mąż spotykał się z nią realnie. Nawet wtedy, kiedy wrócił do mnie. Ona jest zupełnym fizycznym przeciwieństwem mnie: ja- wysoka blondynka, ona - niska brunetka. Ja - fajna, ona - paszkwil(heheheheehehe... a co... ulżę sobie:))) Ona dawała mojemu mężowi to, czego nie chciałam dać ja - rację. I w tym zawiera się cała kwintesencja kwestii.
Logika i rozsądek podpowiadają, Nika żeby pogodzić się z końcem związku , że tutaj już nic z tego nie będzie. Serce nie chce słuchać. Ten dysonans jest strasznie męczący , wysysa siły , jakąkolwiek radość czy choćby chęć do czegokolwiek . Wpędza w depresję.
Dlatego wiem, że powinnyśmy wziąć teraz się za swoje życie - bez nich. Oni wybrali.
U mnie już chyba logika jednak dochodzi do serca. Bo co ja mam z tego, że on jeszcze jest? Mnie nie kocha, dom go nie interesuje, inwestować tu nie zamierza, przyjaciół odrzucił. Miałam do niedawna fajny, ciepły dom, do którego chętnie ciągnęli ludzie. Choć nie mamy dzieci, to jednak dziecięcy głos w nim rozbrzmiewał. Teraz nie ma nic. Jesteśmy tylko ja i on. Każde w swoim świecie.
Siedzimy na laptopach, każdy przy swoim, w jednym pokoju. On nie rozmawia, ja się też nie próbuję. Okropne to jest, ale po ostatnim- daj mi spokój, nie chce mi się z tobą gadać, pierwsza nie rozpocznę rozmowy. Dość się już poniżyłam.
W tej chwili u mnie jest identycznie!
Ja teraz chwilami mam wrażenie, że przerastam mojego męża o głowę, że rozumiem wiele, podczas gdy on nie wie nic. Ale nie... Nie jest to kwestia patrzenia z góry i wywyższania się, bo ja to jestem ach!, a on jest be!
Nieee... zupełnie nie o to mi chodzi.
Ja sobie tak myślę, że gdyby on też chciał się czegoś dowiedzieć, gdzieś poszperać, poczytać forum jak to, to zyskałby zrozumienie.
Mam podobne zdanie .
Ale nie chcą się niczego dowiedzieć, a to co do nich dociera albo to co staramy się im powiedzieć - to według mojego męża na przykład babski bełkot.
Co z tego, że kiedyś zrozumie? Co mi to da?
Nic.
Bo ja się już drugi raz nie odważę na przeżywanie tej samej traumy.
Ja zresztą nie zamierzam się już z nikim wiązać. Nie dlatego, że boję się, że nikogo sobie nie znajdę. Jeśli będę chciała, to znajdę.
Problem polega na tym, że nie odważę się nikomu zaufać
Też mam podobnie - nikt nie ma pojęcia jak się boję, że kiedyś zwiążę się z nieodpowiednim mężczyzną. Jestem DDA , często nieświadomie poddaję się mechanizmom , powielam błędy.
Można mieć dość czucia? Ja chyba mam.
Ja też .
Ale wiem, ze ucieczka od czucia nic mi nie da, albo da na krótką metę.
Muszę to przeżyć ze wszystkim co ta sytuacja z sobą niesie.
Pogodzić się z sobą, z tym jak się czuję .... z nieodwracalnością decyzji , z tym całym bólem, cierpieniem, żalem, złością.
Muszę to przerobić, a czas zabliźni ... kiedyś.
U mnie już chyba logika jednak dochodzi do serca. Bo co ja mam z tego, że on jeszcze jest? Mnie nie kocha, dom go nie interesuje, inwestować tu nie zamierza, przyjaciół odrzucił. Miałam do niedawna fajny, ciepły dom, do którego chętnie ciągnęli ludzie. Choć nie mamy dzieci, to jednak dziecięcy głos w nim rozbrzmiewał. Teraz nie ma nic. Jesteśmy tylko ja i on. Każde w swoim świecie.
My nigdy nie mieliśmy domu otwartego na znajomych , ci co byli - wykruszyli się - niezadbane umiera.
Ale brakowało mi ludzi , dlatego właśnie mam takie zaprzyjaźnione forum skąd mam znajomych , spotykamy sie kilka razy w roku na zlotach po całej Polsce , piszemy on line, czasem do siebie dzwonimy - kilkadziesiąt zupełnie różnych osobowości. To mi wystarczało , potrzebowałam i potrzebuje ludzi . Mąż jest domatorem , najlepiej się czuje siedząc na zadku. Nie wychodziliśmy nigdy nigdzie razem , tylko w dwójkę.
W tej chwili u mnie jest identycznie!
Tak jak i u mnie - każde przy swoim kompie .
Cokolwiek bym robiła i cokolwiek robiłam w ciągu ostatnich 3 miesięcy - i tak zawsze lądował przy swoim kompie wieczorem.
Skoro on siadał , ja też odpuszczałam i szłam do swojego.
Możecie przeczytać to, co napisał Animus? Myślę o tym, co ja źle interpretuję.
Ale wiem, ze ucieczka od czucia nic mi nie da, albo da na krótką metę.
Muszę to przeżyć ze wszystkim co ta sytuacja z sobą niesie.
Od roku przeżywam to, o czym mówisz. Dopóki on tu jest, nie uporam się z problemem. Jak można wyleczyć się z czegoś, co wciąż tkwi przed oczami?
Prawdziwą terapie i żałobę po związku według mnie można zacząć, kiedy ten związek się skończy. Tak, jak jest teraz, mimo tego, że jest baaaardzo źle, wciąż budzi nadzieję, a dopóki ta nadzieja będzie, nie ma żałoby.
Dzisiaj mąż miał się wyprowadzić. Już przełożył do poniedziałku. Zrozumiałabym, gdyby cokolwiek chciał w naszej relacji zmienić. Ale nie chce.
Tkwi, bo mu wygodnie? Po co? Tak się żyć nie da.
Dziś zobaczyłam, że jest żałosny.
A chyba nie chcę tego widzieć.
Od roku przeżywam to, o czym mówisz. Dopóki on tu jest, nie uporam się z problemem. Jak można wyleczyć się z czegoś, co wciąż tkwi przed oczami?
Prawdziwą terapie i żałobę po związku według mnie można zacząć, kiedy ten związek się skończy. Tak, jak jest teraz, mimo tego, że jest baaaardzo źle, wciąż budzi nadzieję, a dopóki ta nadzieja będzie, nie ma żałoby.
Masz rację .... przeżywam teraz dokładnie to samo
Trudne to , wyniszcza.... huśtawki
Łatwiej byłoby gdyby już mieszkać osobno skoro decyzja podjęta....
Dzisiaj mąż miał się wyprowadzić. Już przełożył do poniedziałku. Zrozumiałabym, gdyby cokolwiek chciał w naszej relacji zmienić. Ale nie chce.
Tkwi, bo mu wygodnie? Po co? Tak się żyć nie da.Dziś zobaczyłam, że jest żałosny.
A chyba nie chcę tego widzieć.
tak mi się nasunęło....
http://www.youtube.com/watch?v=FM630I7zaXs
Możecie przeczytać to, co napisał Animus? Myślę o tym, co ja źle interpretuję.
Animusa trza zapytać .... może się jeszcze pokaże i stwierdzi co autor miał na myśli ![]()
482 2013-03-02 09:55:43 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-03-02 10:21:15)
Nowy dzień.
Zaraz jadę na wykłady , wieczorkiem imprezka urodzinowa u koleżanki.
Z czym wstałam.... hm , boli mnie serce - bolało mnie już kiedy zasypiałam , drętwiała mi ręka , myślałam że przejdzie . Od kilku dni mam też bóle głowy. Niestety tak reaguję na stres, napięcie.
Co ponadto? Zmęczenie, zrezygnowanie, brak energii ... mam kłopoty z zasypianiem ostatnio - wczoraj siedziałam do 1 chyba i kilka razy się kładłam w międzyczasie...
Zobaczymy co dzień przyniesie.
Miłego dnia wszystkim ![]()
P.S. Wczoraj miałam trochę więcej optymizmu niż dziś. Dziś mi ciężko.
Coś nieprzyjemnego mi się śniło , wstałam już zdołowana z jakimś przykrym ciężki uczuciem .
Złość chyba .... tak, to była złość ewidentnie ukierunkowana na Monię. Pewnie znowu mi się śnili, tylko nie pamiętam snu.
Boszszszzzz... kiedy to minie.
Kiedy w głowie przestanie dźwięczeć: "słoneczko, kocham cię, tęsknię, pokażę ci jaki będę czuły , kochanie" - skierowane nie do mnie , i skierowane do mnie "nie wiem czy cię jeszcze kocham, ale to i tak nie ma znaczenia".
Ja byłam tą z imienia, ona była kochanie, słoneczko.
Boli.
Pewnie tak samo jego bolało kiedy się dowiedział o moim romansie.
Strasznie to smutne wszystko. Dramat , w dwóch aktach.
Niech to już minie .
Marzenie - zasnąć i obudzić się za rok. Kiedy będzie już po wszystkim.
Kiedy będzie bolało mniej odtrącenie, brak miłości.
Gdybym mogła sprawić, że jedno się spełni - to byłoby właśnie to: zasnąć i obudzić się za rok.
Brakuje mi Ciebie , KGB - Twojego trzeźwego spojrzenia na sprawę, kopa w cztery litery żeby sie podnieść z tego marazmu...
Może mnie ktoś kopnąć i napisać, ze świat jest piękny a złe minie?
Niech to już minie .
Marzenie - zasnąć i obudzić się za rok. Kiedy będzie już po wszystkim.
Kiedy będzie bolało mniej odtrącenie, brak miłości.
Gdybym mogła sprawić, że jedno się spełni - to byłoby właśnie to: zasnąć i obudzić się za rok.
Marzę o tym samym, zasnąć i obudzić się za jakiś czas i czuć, że jestem szczęśliwa i spokojna.
Chciałabym napisać Ci, że świat jest piękny, ale niestety czuję się podobnie, więc na razie tego nie usłyszysz. Może za jakiś czas. Patrzę na Twoje wpisy i widzę duże podobieństwo do mojego pisania w swoim wątku. Też opisuję swoje uczucia jak w pamiętniku.
Mój mąż znowu na szkoleniu z koleżanką, a ja dojrzewam do decydującego starcia. Problem w tym, że na zdradę nie mam dowodów. Wszystkie ich spotkania odbywają się pod przykrywką szkoleń i podróży służbowych. Obserwuję jego zachowanie od kilku dni i widzę, że on popada chyba w depresję. Miota się i nie wie co robić.
Marzę o tym samym, zasnąć i obudzić się za jakiś czas i czuć, że jestem szczęśliwa i spokojna.
Tak jak i ja. Jeszcze kilka miesięcy szarpaniny z domem .... mam nadzieję, że jednak uda się sprzedać szybciej.
Mąż wczoraj uświadomił mi bardzo czytelnie, że nie chce ze mną być i cokolwiek bym robiła - nic to nie zmieni.
Stwierdził , że traktowałam i traktuję go jak idiotę który nic nie wie i nic nie widzi.
Niestety mąż jest typem człowieka, któremu nie da się przegadać. Jego sposób patrzenia na różne rzeczy jest według niego jedyny i prawdziwy.
Nie mam go za idiotę. Jest w błędzie. Mogę mu przypisać wiele wad: zawzięty, nieczuły, uparty, niechętny do zmian, zamknięty... ale na pewno nie jest idiotą. Zresztą wiele razy podkreślałam, ze jest inteligentnym człowiekiem.
To, że on tak to widzi , że tak go traktowałam to jest jego punkt widzenia - jedyny i prawdziwy przecież, tak?
Uważa, że go oszukuję (pale papierosy , on nie pochwala, czasem zdarzy mi się uszczknąć coś z budżetu domowego na fajki albo kosmetyk nie mówiąc mu o tym , ale on przecież piwo też kupuje za kasę wspólną).
Uważa, ze kombinuję - bo odkładam sobie kasę z budżetu domowego. Nie - odkładam sobie kasę po stówce czy dwie w miesiącu kiedy to mój tato włoży mi do kieszeni z hasłem "kup sobie spodnie, bo te ci wiszą , albo coś fajnego". Odkładam sobie i nie wydaję tej kasy już na fajki , bo wiem że jak sie podzielimy już tym co mamy to jedno zabierze pralkę, drugie lodówkę. Coś będę musiała kupić. Jego stać będzie na kupienie sobie na raty - będzie miał ponad 2000 na rękę tylko dla siebie , ja będę miała 2000 (już z alimentami) na siebie i na dziecko. Będę za to musiała utrzymać mieszkanie, siebie, córkę, psa, kota i samochód. Moi rodzice jeszcze tylko kilka miesięcy mogą mnie wspomóc jakąkolwiek pomocą, bo potem tato idzie na emeryturę.
Dlatego sobie odkładam , żeby sobie poradzić kiedy nadejdzie taka konieczność . To nie są jakieś duże pieniądze, ale na tą pralkę czy lodówkę sobie może uzbieram. Dlatego nie włączam tej kasy do budżetu domowego, tylko otrzymane do ręki nie rozpierniczam od kilku miesięcy na ciuchy tylko sobie odkładam - no, sorry - ostatnio kupiłam sobie spodnie i bluzke, bo faktycznie wszystko na mnie wisi, tak schudłam.
Czy to tak trudno zrozumieć?
Kuźwa, czy ja coś złego robię?
Może mi ktoś powie tak z boku, obiektywnie - bo może faktycznie nie widzę swojego błędu.
Czy takie myślenie "wprzód" i zabezpieczenie przyszłości to oszustwo?
A na kogo mam liczyć teraz jak nie na siebie?
On uważa, że rodzice mi pomogą - pewnie coś tam pomogą , ale nie mogę wyciągać ręki do nich - przyjmę ile pomogą, ale nie wiem ile będą mogli mi dać . Pewnie niewiele, bo tato ostatnio mówił, że powinnam myśleć tak, żeby mi wystarczyło na mieszkanie- że jeśli zostanie na ten cel mniej kasy niż się spodziewaliśmy to mąż powinien kupić tańsze mieszkanie , a ja droższe bo jestem z dzieckiem. I powinnam to wyegzekwować - więc widzę z tego, że do mieszkania raczej nie dołożą, może ewentualnie do remontu coś dadzą.
Nie wiem na czym stoję, nie wiem co mnie czeka , będę w znacznie gorszej sytuacji niż on - i on sie dziwi, że ja kasę odkładam.
No kuźwa - a da mi ?
Nie ma zaufania , wszędzie widzi że go oszukuję, kręcę, widząc cokolwiek czego nie rozumie - nie zapyta tylko snuje w głowie opowieści z krypty. Tak właśnie jest od zawsze - brak komunikacji , postawy życzeniowe , domysły ... a od roku dodatkowo w spojrzeniu na siebie wzajemnie od razu włącza się zła wola drugiej strony.
Jest ciężko, bo jak ta żyć obok siebie - nawet nie będąc razem już , tylko mieszkając.
Ciężko mi z tym, że nie wierzy w ani jedno moje słowo , uważa że jestem typem krętacza, posądza mnie o oszustwa i złą wolę.
Jestem osobą operatywną - nauczyłam sie radzić sobie sama w wielu dziedzinach , chyba najbardziej go boli to, że wie że ja wiele rzeczy potrafię sobie zorganizować, bez jego udziału i wiedzy - tak jak wtedy ten romans. I posądza , że robię teraz niewiadomoco za jego plecami.
Tylko ze cokolwiek teraz ja robię , odkładając na przykład ofiarowane przez rodziców pieniądze - robię dla siebie i dla dziecka. A nie po to, żeby jechać sobie na Majorkę. I jest tego raptem stówka, dwie w miesiącu a nie tysiak .
Przygnębiające ![]()
Chciałabym napisać Ci, że świat jest piękny, ale niestety czuję się podobnie, więc na razie tego nie usłyszysz. Może za jakiś czas. Patrzę na Twoje wpisy i widzę duże podobieństwo do mojego pisania w swoim wątku. Też opisuję swoje uczucia jak w pamiętniku.
Mnie też jest lżej jak piszę .... tak naprawdę nie mam z kim pogadać - koleżanki w pracy wolę nie gnębić, ma swoje problemy. Czasem coś zapyta jak przychodzę po przepłakanej nocy , wie że się rozstaję z mężem- ale w sumie wolę nie zarażać zdołowaniem.
Mój mąż znowu na szkoleniu z koleżanką, a ja dojrzewam do decydującego starcia. Problem w tym, że na zdradę nie mam dowodów. Wszystkie ich spotkania odbywają się pod przykrywką szkoleń i podróży służbowych. Obserwuję jego zachowanie od kilku dni i widzę, że on popada chyba w depresję. Miota się i nie wie co robić.
Współczuję Ci tego co przeżywasz.
Po prostu wiem co czujesz , tylko tyle mogę napisać . Współczuję.
Zadziwia mnie podobieństwo naszych małżeństw...
Mój mąż też jest zamknięty w sobie, zawsze wszystkie uczucia tłamsił w sobie. Tylko jeśli on mówi mi, że nie rozumie czytanego tekstu (wtedy, kiedy podsuwam mu jakieś artykuły odnośnie naszej sytuacji), to ja autentycznie zaczynam wątpić w jego inteligencję
Tak naprawdę jednak wiem, że mówi, że nie rozumie, bo nie chce zrozumieć niewygodnych dla niego treści. Lepiej pławić się w samozadowoleniu, niż mieć na karku jakieś wyrzuty sumienia.
Śmieszy mnie, kiedy opowiada, że on się nad sobą nie użala... Po co więc poleciał do mamuśki poskarżyć się na złą żonę (zapominając jednakże o pochwaleniu się nowa ukochaną)? Wiedział, że ona mi źle życzy, więc wiedział, że poprze go w całej rozciągłości. Tylko ona. I jeszcze ten babsztyl, który jest jego objawieniem. Po co tak naprawdę wciąż się z nią kontaktuje? Żeby przytuliła i pogłaskała biednego misia, tak okrutnie doświadczonego przez los.
Wiem, jestem złośliwa. Ale to, co robi mój mąż, jest tak banalnie schematyczne i w kontraście z jego myślami o wyjątkowości jego osoby po prostu śmieszy. Czas dorosnąć, drogi małżonku...
Ja też zawsze byłam tą zaradną i tą, która radzi sobie ze wszystkim. Mąż piął sie po mnie jak powój. A kiedy sama zaczęłam oczekiwać czegoś od niego, ucieka. Bo nie umie dawać. Chciałby tylko brać.
Co do finansów - mój mąż poniesie konsekwencje tego, co robi. To jest jego wybór i to on zostawia mnie w sytuacji takiej a nie innej. Ja od niego nie odeszłam, kiedy nie miał pracy czy przynosił naprawdę marne grosze. Dla mnie był to nasz wspólny problem, z którym musimy sobie poradzić. Odżył, kiedy zaczął zarabiać duże pieniądze. Teraz jest tak, że ja mam dużo niższą pensję. Trudno. Musi mi pomóc, bo nie dam rady utrzymać domu i siebie z tego, co mam.
U nas to mój mąż ciągle chce coś przede mną ukrywać. A to jakieś ekstra pieniądze, a to jeszcze coś innego. Jest w tym po prostu żałosny.
Ale mogę Ci powiedzieć, że - dbaj o siebie. Pieniądze, które odkładasz, są Twoje, bo dostajesz je od swoich rodziców, nie idą ze wspólnej kasy. Nie miej z tego powodu wyrzutów sumienia.
487 2013-03-03 12:49:47 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-03-03 13:13:09)
Zadziwia mnie podobieństwo naszych małżeństw...
Mój mąż też jest zamknięty w sobie, zawsze wszystkie uczucia tłamsił w sobie.
Taki typ - nie poradzisz.
Ja mam sobie według jeszcze męża szukać księcia z bajki który będzie za mną ganiał ![]()
Nie zamierzam sobie szukać , może kiedyś ktoś po prostu sam mnie zauważy i pokaże że można czuć się kobietą kochaną i docenianą w związku , zaopiekowaną i dopieszczoną.
Tak sobie myślę , że fajnie byłoby mieć kogoś, kto będzie otwarty, ciekawy , będzie miał jakieś zainteresowania które mi się spodobają, który kiedy mnie leń ogarnie powie "chodź kobieto, rusz doope , szkoda życia - jedziemy na koncert albo w góry".
Fajnie by było mieć takiego kogoś
A jeśli nie , to trudno , będę sama.
Może nauczę się być sama z sobą i moimi dziewczynami i wtedy to ja będę mówić do nich "ruszamy doopy , pakujemy się i jedziemy na weekend w góry do schroniska" - kasa niewielka, spacery można uskuteczniać a przygoda jednak jest ![]()
Bo szkoda życia na siedzenie ![]()
Bellatrix - może w ten sposób pomyśl . Gdzieś tam jest ktoś , dla kogoś będziesz jeszcze ważna. Jest gdzieś i kiedyś go spotkasz
.
Edit:
Bo tak sobie jeszcze myślę w nawiązaniu do tego powyższego - tak na logikę biorąc, na chłopski rozum .
Żeby być ciekawym dla siebie nawzajem , mieć o czym rozmawiać, dyskutować, wymieniać się poglądami i doświadczeniami, opiniami, emocjami - to trzeba coś razem przeżywać, robić.
Mąż miał rację: ileż można na siebie patrzeć?
Miał rację - bo z samego siedzenia i patrzenia nic nie wynika.
Coś trzeba robić - rozwijać się, żeby być interesującym dla siebie samego i dla swojego partnera.
Wtedy i jest o czym rozmawiać, i jest co razem przeżywać (a nie tylko wspólne wakacje raz w roku) ... i jest bliskość , zainteresowanie.
To co mi dał jest bezcenne - ciepło, miłość, bezpieczeństwo.
Bardzo mi będzie tego brakować . Najbardziej ze wszystkiego.
Ale wygląda na to, że nasze oczekiwania co do życia się rozbiegły .
On - stary człowiek w młodym ciele , domator, zamknięty , bezemocjonalny.
Ja - przeciwieństwo. Coś jeszcze chce zobaczyć, przeżyć, poznawać coś nowego.
Słowo "żyć" dla każdego z nas oznacza coś innego.
Dziewczyny, my ich krytukujemy, próbujemy zmienić pokazując wady, błędy.
Kto chce czytać o sobie atrykuły (Bellatrix)
W jaki sposób bedzie pisać Monia z komputera.
Napisze: gdzie byłeś, czekałam. Jesteś...:) nareszcie... co u Ciebie.
Nie napiszę: ile mam czekać. Znowu Cię nie było
To tylko taki przykład. Ale wiadomo o co chodzi.
Nie wmacniamy ich pozytywnie.
Sczerze, co lubimy.
Np.: lubię kiedy mozemy razem w spokoju porozmawiać i mnie wysłuchasz.
Lubię być blisko Ciebie.
Mówić o tym co my czujemy.
Podkreślać dobre rzeczy, ale prawdziwie.
Sama mam z tym duży problem. Uczę się.
Kobieta w rozterkach.
A może on liczył, że ty o was zawalczysz.
Pokazujesz mu tymi oszczędnościami, że już odeszłaś.
My kobiety bardzo przeżywamy zdradę. Ale dla mężczyzny jest to chyba jeszcze gorsze do przełkniecia.
Być może potrzebujecie jeszcze trochę czasu.
Oddechu, wolności.
Może on nie chce Cię stracić.
Jeśli jest taki zamknięty to Ci tego raczej nie powie. Zwłaszcza po zdradzie.
Ach, nie wiem co wam napisać.
Z tymi finansami to nie jest dobrze.
Rozumiem, że się zabezpieczasz, ale jest to też trochę niefajne.
Już zaczęłaś osobne życie. Jak po rozwodzie.
Dziewczyny, my ich krytukujemy, próbujemy zmienić pokazując wady, błędy.
Kto chce czytać o sobie atrykuły (Bellatrix)
W jaki sposób bedzie pisać Monia z komputera.
Napisze: gdzie byłeś, czekałam. Jesteś...:) nareszcie... co u Ciebie.
Nie napiszę: ile mam czekać. Znowu Cię nie byłoTo tylko taki przykład. Ale wiadomo o co chodzi.
Nie wmacniamy ich pozytywnie.
Wiem, o czym piszesz. Przez rok nie krytykowałam, starałam się wzmacniać.
Teraz też tego nie robię... na ogół.
Rozumiem sens takiego zachowania, o ile chcę, żeby mąż został ze mną za wszelką cenę.
W tym wszystkim jednak brakuje mi empatii wobec samej siebie. Ja już nie chcę być z mężem bez względu na nic. Nadal chcę z nim być. Bardzo.
Ale chcę, żeby zrozumiał, co mi zrobił i jak ja się z tym czuję, żeby następnym razem zastanowił się, czy nikogo nie krzywdzi swoim zachowaniem, żeby nie było następnego razu, żeby umiał i chciał w inny sposób rozwiązywać nasze problemy.
Co mi da pozytywne wzmacnianie? Być może człowiek dojrzały doceni, ale nasi mężowie w tej sytuacji nie wykazują się dojrzałością (bo przecież by nie zdradzali). Mężczyzna taki jak mój na tę chwilę wysnuje jeden wniosek: jestem ok, czego ona się czepia.
A przecież nie o to chodzi.
bet, ja nie neguję Twojej postawy. Ja Cię doskonale rozumiem, ale Ciebie i Twojego męża, prócz Was samych łączy masa innych spraw z dziećmi włącznie, mnie i mojego męża oprócz prawdziwego, szczerego uczucia nie może łączyć nic innego. Ja nie chcę namiastki.
Myślałam, że dam radę z namiastką.
Nie dałam.
Z tymi finansami to nie jest dobrze.
Rozumiem, że się zabezpieczasz, ale jest to też trochę niefajne.
Już zaczęłaś osobne życie. Jak po rozwodzie.
Owszem, to jest niefajne. Ale jakie inne wyjście widzisz? Być może na miejscu kobiety jeszcze bym się zastanowiła, jeszcze próbowałabym. Mają przecież przed sobą jeszcze kilka wspólnych miesięcy, dlaczego tego czasu nie próbować wykorzystać na naprawianie relacji? Notabene właśnie to mnie dobijało najbardziej w moim związku... spędziliśmy bezproduktywny rok, zmarnowaliśmy szmat czasu, bo mój mąż jak mantrę powtarzał, że to się nie uda, że JA się nie zmienię i w najlepsze konwersował z przyjaciółką.
U mnie mąż się wyprowadza jutro. Tak mówi. I wierzę, że tak się stanie. Mam zostać z niczym? Bez środków do życia?
Dziewczyny, my ich krytukujemy, próbujemy zmienić pokazując wady, błędy.
Kto chce czytać o sobie atrykuły (Bellatrix)
W jaki sposób bedzie pisać Monia z komputera.
Napisze: gdzie byłeś, czekałam. Jesteś...:) nareszcie... co u Ciebie.
Nie napiszę: ile mam czekać. Znowu Cię nie byłoTo tylko taki przykład. Ale wiadomo o co chodzi.
Nie wmacniamy ich pozytywnie.
Sczerze, co lubimy.
Np.: lubię kiedy mozemy razem w spokoju porozmawiać i mnie wysłuchasz.
Lubię być blisko Ciebie.
Mówić o tym co my czujemy.
Podkreślać dobre rzeczy, ale prawdziwie.
Sama mam z tym duży problem. Uczę się.
Wiem o co Ci chodzi, Bet .
Masz rację, tego u nas nie było ani z mojej , ani z jego strony. Nigdy.
Trudno i bardzo ciężko osobom tak poranionym jak my w ten sposób wyjść do siebie.
Marne to pocieszenie , że już wiem skoro i tak wszystko już pozamiatane a każdy taki przejaw z mojej strony będzie odbierany jako sztuczne zainteresowanie albo kombinowanie.
Kobieta w rozterkach.
A może on liczył, że ty o was zawalczysz.
Pokazujesz mu tymi oszczędnościami, że już odeszłaś.
My kobiety bardzo przeżywamy zdradę. Ale dla mężczyzny jest to chyba jeszcze gorsze do przełkniecia.
Być może potrzebujecie jeszcze trochę czasu.
Oddechu, wolności.
On mnie nie potrzebuje, Bet.
Nie chce ze mną być - nie jest w stanie tej zdrady wybaczyć. Nigdy nie będzie - takim jest człowiekiem. Nigdy nie odzyskam szacunku w jego oczach. Powtarzał mi wiele razy , że mogę być wzorową żoną , a dla niego już zawsze jako żona będę nikim.
Walczyłam przez ostatnie kilka miesięcy - być może niezbyt umiejętnie, ale próbowałam tak jak potrafiłam najlepiej.
Rozmowami, prośbami o więcej czasu wspólnie spędzanego, próbą bycia blisko , próbą znalezienia czegoś co mogłoby nas zbliżyć.
Nie odsunęłam się w łóżku, pokazywałam , mówiłam że kocham nadal.
Zarzuca, że powinnam być czysta jak łza po tej zdradzie , wiem że zawaliłam wtedy nie potrafiąc się z tego podnieść na czas , zamknęłam się w sobie nie potrafiąc poradzić sobie z emocjami. Opamiętałam się dopiero jak dowiedziałam się o Moni i dopiero to poczucie straty dało mi impuls do działania , niestety za późno.
Mówiłam mu nie raz, że człowiek w życiu popełnia błędy i każdy zasługuje na drugą szansę - twierdzi, że za błędy ponosi się konsekwencje i ja właśnie ponoszę - odchodzi ode mnie.
Może on nie chce Cię stracić.
Jeśli jest taki zamknięty to Ci tego raczej nie powie. Zwłaszcza po zdradzie.
On nie chce być ze mną , usłyszałam to już tyle razy , że nie mam wątpliwości.
Gdybym miała choć cień nadziei - pewnie spróbowałabym jeszcze coś zrobić - może inaczej. Ale nie mam.
Ach, nie wiem co wam napisać.
Z tymi finansami to nie jest dobrze.
Rozumiem, że się zabezpieczasz, ale jest to też trochę niefajne.
Już zaczęłaś osobne życie. Jak po rozwodzie.
Wiem, że to jest niefajne.
Ja sobie odkładam tylko te pieniądze, które dostaję od rodziców na coś do kupienia.
Zresztą - mąż też ma "lewizny" z pracy , które notabene pożytkuje sobie w swój sposób - czyli między innymi wydając na grę.
Nie zaczęłam osobnego życia - mamy wspólny budżet, razem robimy zakupy.
Wiem, że gdybyśmy sie oboje postarali mogłoby to nasze życie wyglądać inaczej .
Że moglibyśmy odkładać sobie wspólnie kasę i pojechać na weekend w góry , albo na jakiś koncert, albo cokolwiek innego - razem.
Tyle, że nigdy tego nie robiliśmy . Ja wiem, że gdybyśmy sie postarali oboje i dali z siebie wszystko to możnaby jeszcze coś pięknego wspólnie stworzyć. Bo wiem, że nie wszystko umarło - ale mój mąż twierdzi, że sama miłość nie wystarczy.
Niestety nie da się cofnąć czasu.
Nie mogę kazać mu chcieć ze mną być i zmienić nasz związek na bliski i ciepły podczas kiedy było przecież inaczej z obu stron.
Nie mogę mu wymazać z głowy mojego romansu , bo tak się nie da.
Nie mogę wymazać sobie z głowy Moni - też dałabym sobie za niego rękę uciąć tak jak on kiedyś za mnie.
Zawiedliśmy się oboje nawzajem na sobie .
Nie podołaliśmy.
Tu już nie ma co zbierać.
Jeszcze uzupełnię wpis , po namyśle - właściwie masz rację, Bet z tym osobnym życiem.
Od kilku tygodni tak jest że żyjemy każde w swoim pokoju - właściwie jak współlokatora mnie traktuje , ja jego chyba też. Chronimy każde swoją psychikę już na tym etapie.
To nie jest tak, że ja nie chcę być z nim i budować od nowa . To on nie chce. Nie chce być z osobą , która zrobiła mu to wszystko.
Pytanie kolejne - czy ja chcę być z osobą która świadomie nie licząc się z moimi uczuciami na granicy obłędu zafundowała mi horror pt "Dramatyczne wieczory z Monią "?
Ale ponieważ jestem otwarta na wszelkie rady , wpisy , słowa - bo chcę zrozumieć jak najwięcej i podnieść się z tego , wyciągnąć wnioski na przyszłość - to mam pytanie do czytających .
Co zrobilibyście w sytuacji już po odkryciu Moni i jego słowach , ze ją kocha i jest dla niego ważna ? Kiedy zapada decyzja jeszcze jednej szansy a mąż co wieczór zasiada do swojej internetowej miłości zdając sobie sprawę z moich uczuć i nie licząc się z nimi , kiedy jest zamknięty na mnie?
I kolejne - co zrobilibyście na moim miejscu żeby ratować wtedy? Jak? Co zrobiłam źle? Jakie pomyłki? Co powinnam była wtedy zrobić oprócz tego co zrobiłam? Jak się zachowywać?
Bo nadal nie widzę tego co mogłam zrobić kiedy on już wtedy nie chciał.
mam pytanie do czytających .
Co zrobilibyście w sytuacji już po odkryciu Moni i jego słowach , ze ją kocha i jest dla niego ważna ? Kiedy zapada decyzja jeszcze jednej szansy a mąż co wieczór zasiada do swojej internetowej miłości zdając sobie sprawę z moich uczuć i nie licząc się z nimi , kiedy jest zamknięty na mnie?
I kolejne - co zrobilibyście na moim miejscu żeby ratować wtedy? Jak? Co zrobiłam źle? Jakie pomyłki? Co powinnam była wtedy zrobić oprócz tego co zrobiłam? Jak się zachowywać?
Bo nadal nie widzę tego co mogłam zrobić kiedy on już wtedy nie chciał.
Jeśli nie było chęci z jego strony, kiedy to były tylko słowa, a nie czyny, nic "kobieto w rozterkach" nie mogłaś zrobić. Tego muszą chcieć dwie osoby, jedna nic nie zrobi choćby nie wiem jak bardzo się starała.
Witaj Kobieto
Moja wypowiedź jest wynikiem obseracji twoich początkowych postów. Wcześie były one przeznaczone bardziej dla "Ciebie".
Te ostatnie wyglądają raczej jak próba nakręcania się w spirali złości wraz z innymi "pokrzywdzonymi".
Masz prawo do złości na świat ale przystań czasem, bo takie negatywne wyładowania burzą równowagę i psują wczsniej wykonane prace nad sobą.
To wszystko. Tzymam kciuki za sukcesy w terapiiZ poważaniem
R
Masz rację - mam w sobie dużo złości. Za dużo.
Powinnam być zła przede wszystkim na siebie , bo to ja spieprzyłam sprawę.
Prawda jest taka, że kocham męża nadal i nie radzę sobie z emocjami.
Trudno mi przyjąć słowa "nie chce z tobą być" kiedy okazuje mi uprzejmość , jest pomocny i w nocy jest w stanie się do mnie przytulić.
W ogóle trudno mi przyjąć , że nie chce być ze mną - mówi, że nie wie czy kocha - ale nie jestem mu zupełnie obojętna.
Ciężko tak - bo wiem, że moglibyśmy być z sobą jeszcze i dla siebie. Tylko otworzyć się na siebie - tylko tyle i aż tyle.
Miał wobec mnie oczekiwania o których mi nie mówił- nie spełniłam ich kiedy zawaliłam i wycofał się. Dotarło do mnie.
Ja też miałam wobec niego oczekiwania o których nie mówiłam.
Nie jesteśmy jasnowidzami.
Wiem, że najlepsze co mogę zrobić teraz to zachować resztkę godności i pozwolić mu odejść.
Jest mi bardzo ciężko z tym, bo wiem że wtedy go po prostu stracę już całkiem.
Właściwie już straciłam - ale dopóki mieszkamy razem, dopóki dom nie sprzedany mam gdzieś resztki nadziei.
On nie daje mi nadziei - bardzo ciężko mi to przyjąć.
Nie potrafię uwierzyć, ze obudzę sie któregoś dnia w obcym mieszkaniu , które będzie moim nowym a obok mnie nie będzie jego.
Co mam zrobić? jak poradzić sobie z tą sytuacją kiedy w sercu nie potrafię dać mu odejść?
Jeśli nie było chęci z jego strony, kiedy to były tylko słowa, a nie czyny, nic "kobieto w rozterkach" nie mogłaś zrobić. Tego muszą chcieć dwie osoby, jedna nic nie zrobi choćby nie wiem jak bardzo się starała.
Widzę w nim gorycz krzywd które mu wyrządziłam.
Dowiedziałam się wczoraj o niespełnionych oczekiwania które we mnie pokładał po mojej zdradzie.
Nie potrafiłam wtedy zawalczyć - nie widziałam jego cierpienia , przegapiłam swoją szansę. Walczyłam zbyt późno.
Jak dać odejść osobie którą kocham?
A gdybyś zrozumiała, że Twój mąż jest człowiekiem, który podejmuje decyzje w swej sprawie? Że nie masz mu na co pozwalać? Że, jeśli odejdzie, to dlatego, że podjął taką decyzję albo, jeśli zostanie, to też będzie to jego decyzja?
Dlaczego nie chcesz zrozumieć, że ma on swoją wolę?
A gdybyś zrozumiała, że Twój mąż jest człowiekiem, który podejmuje decyzje w swej sprawie? Że nie masz mu na co pozwalać? Że, jeśli odejdzie, to dlatego, że podjął taką decyzję albo, jeśli zostanie, to też będzie to jego decyzja?
Dlaczego nie chcesz zrozumieć, że ma on swoją wolę?
Tak , ma swoją wolę .
Wiem, że nie mogę go do niczego nijak zmusić. Przerabialiśmy to dając sobie ostatnią szansę.
Nie powinnam myśleć , że mam nad nim jakąś moc sprawczą.
Bo nie mam.
Tylko tak cholernie trudno przyjąć, że tracę kogoś na kim mi tak bardzo zależy. I rodzinę.
I nie mogę nic z tym zrobić ![]()
Moja terapeutka mówi, że nie muszę się z niczym pogodzić, mam to przyjąć. Przyjąć to jak pogodę, którą mamy dzisiaj za oknem.
Nie wiem jak tego dokonać, nie jestem chyba na tym etapie w tej chwili.
Zastanawiam się czy wszystkie kobiety przeżywają podobnie rozpad małżeństwa. Mam ciągle takie odczucia, że ja jestem wyjątkiem, że inna osoba na moim miejscu nie przeżywała tak mocno tego wszystkiego.
Moja terapeutka mówi, że nie muszę się z niczym pogodzić, mam to przyjąć. Przyjąć to jak pogodę, którą mamy dzisiaj za oknem.
Nie wiem jak tego dokonać, nie jestem chyba na tym etapie w tej chwili.
Przyjąć - chyba tego samego słowa użyła moja terapeutka .
Faktycznie przyjąć i pogodzić się to nie to samo , jest różnica - tylko jak to zrobić?
Zastanawiam się czy wszystkie kobiety przeżywają podobnie rozpad małżeństwa. Mam ciągle takie odczucia, że ja jestem wyjątkiem, że inna osoba na moim miejscu nie przeżywała tak mocno tego wszystkiego.
Ja przeżywam .
Też nie wiem czy mam inaczej a inni mają lepiej, łatwiej.
Ja jestem dda tak samo jak Ty, więc może przeżywamy wszystko inaczej.
"Tylko tak cholernie trudno przyjąć, że tracę kogoś na kim mi tak bardzo zależy. I rodzinę. "
- powiedz mu to, ot tak po prostu, nie jak wstęp do rozmowy, ale tak mimochodem.
Nie wstydź się, uszczerbku na honorze też nie zaznasz.
Co jest trudnego w stwierdzeniu, że nie jest się osobą wszechmocną?
Co jest trudnego w stwierdzeniu, że nie ma się władzy nad wszystkim i wszystkimi?
Co jest trudnego w stwierdzeniu, że jest się aż/tylko człowiekiem?
Ja jestem dda tak samo jak Ty, więc może przeżywamy wszystko inaczej.
Być może inaczej , bo będąc DDA - cierpimy też pewnie na syndrom kobiety kochającej za mocno .
"Tylko tak cholernie trudno przyjąć, że tracę kogoś na kim mi tak bardzo zależy. I rodzinę. "
- powiedz mu to, ot tak po prostu, nie jak wstęp do rozmowy, ale tak mimochodem.
Nie wstydź się, uszczerbku na honorze też nie zaznasz.
Nie wstydzę się.
Niejednokrotnie idąc spać do sypialni kiedy jeszcze tam sypiałam - zasypiając i przytulając mówiłam, że bardzo będzie mi brakowało jego ciepła, że nadal kocham i tęsknię, że nie wyobrażam sobie bez niego życia , że bardzo mi na nim zależy. Mimochodem, przytulając.
Co jest trudnego w stwierdzeniu, że nie jest się osobą wszechmocną?
Co jest trudnego w stwierdzeniu, że nie ma się władzy nad wszystkim i wszystkimi?
Co jest trudnego w stwierdzeniu, że jest się aż/tylko człowiekiem?
Dla mnie zawsze było to trudne - mam problem z nadkontrolą.
Więc kiedy stanęłam przed sytuacją , która mnie pokonała - załamałam się.
Ja? Ja nie potrafię posklejać? naprawić? Ja nie potrafię? Jeśli ja nie potrafię, to kto?
Tak wygląda myślenie osoby nadkontrolnej.
Odpuścić - to dla mnie bardzo trudne słowo do wykonania.
Muszę odpuścić, przyjąć jego decyzję .... wiem to. Nic innego mi nie pozostało.
To na rozum.
Serce nie chce odpuścić, chce walczyć o niego.
Wiem od pierwszych Twych postów, że nie dopuszczasz do siebie rzeczywistości. Że zbudowałaś i umacniałaś w sobie przekonanie, że możesz wszystko, że robiłaś to i robisz to nadal z lęku.
To, co dalej Cię gubi, to Twoje myślenie, że coś musisz, że coś powinnaś. Tymczasem, nic nie musisz, nic nie powinnaś.
Są osoby, które do końca swoich dni żyją w stworzonym przez siebie świecie nakazów, zakazów, powinności. Są osoby, które są wolnymi ludźmi, sami podejmującymi decyzje o swoim życiu. Są też takie, które żyjąc przez lata według pierwszego wzoru, rezygnują z niego, stając się osobami samosterownymi.
Wiem od pierwszych Twych postów, że nie dopuszczasz do siebie rzeczywistości. Że zbudowałaś i umacniałaś w sobie przekonanie, że możesz wszystko, że robiłaś to i robisz to nadal z lęku.
To, co dalej Cię gubi, to Twoje myślenie, że coś musisz, że coś powinnaś. Tymczasem, nic nie musisz, nic nie powinnaś.
Jeśli chodzi o mojego męża - nie muszę i powinnam - ja po prostu go potrzebuję, jest dla mnie ważny ... nie z lęku - tylko dlatego, że go kocham , że chcę żeby on mnie też kochał . Jest mi najbliższą osobą , jest moją rodziną od 13 lat.
Wiem, ze nie traktowałam go właściwie - tylko jak dziecko którym należy się zaopiekować i nim sterować. Pozbawiłam go pola manewru w tym związku. Postępowałam tak jak potrafiłam, jak byłam nauczona , dominowałam.
Pewnie gdyby nie był człowiekiem uzależnionym , to walczyłby o swój teren , wywalczyłby sobie.
Ale nie walczył, oddał bez walki rejony swojego życia pod moją kontrole a ja zagarnęłam.
Wiem, powiesz mi że mam odpuścić. Że mam dać mu odejść. Że mam się zająć sobą.
Nie boję się , że sobie nie poradzę w prawach egzystencjonalnych - poradzę sobie.
Boję się, że nie będę potrafiła żyć bez jego miłości i bez mojej miłości do niego. Bez niego. Bez osoby która mnie kocha, podpiera. Jest .
Są osoby, które do końca swoich dni żyją w stworzonym przez siebie świecie nakazów, zakazów, powinności. Są osoby, które są wolnymi ludźmi, sami podejmującymi decyzje o swoim życiu. Są też takie, które żyjąc przez lata według pierwszego wzoru, rezygnują z niego, stając się osobami samosterownymi.
Kiedyś mój problem nadkontroli był tak ogromny, że nie radziłam sobie z nim. Gdybyś wtedy mnie posluchała - zobaczyłabyś różnicę.
Wtedy kontrolowałam siebie (bulimia) , kontrolowałam mieszkanie (porządek) , kontrolowałam kasę , musiałam być perfekcjonistką, wszystko zrobić najlepiej i ja sama.
Teraz mam w domu bałagan w tygodniu , sprzątamy w weekend i nie przeszkadza mi to. Teraz nie mam bulimii , staram się nie zajadać emocji. Kasą rządzimy się od kilku miesięcy na spółkę z mężem i jakoś wychodzi, choć są zgrzyty.
Jest różnica , tyle udało mi się wypracować na terapii dla osób współuzależnionych lata temu.
Ale problem i tak jest .
Nie da się z tego wyjść na pstryk palcem.
kobieto w rozterkach,
na moje posty odpowiadasz stwierdzeniem, że "kiedyś było gorzej". Takie zdanie odbieram jako obronę, a przecież ani nie neguję Twej przeszłości, ani nie atakuję Ciebie. Napisałam to, co sądzę o teraźniejszym Twym zachowaniu i myśleniu.
I zaskoczę Cię. Nie napiszę ani słowa o tym, co musisz, co powinnaś, co masz zrobić. Tych dwóch pierwszych sformułowań, wyrzuciwszy je ze swojego słownika, od dawna nie używam. Tego ostatniego też nie napiszę. Dlaczego? Przeczytaj zdania z mej sygnatury.
506 2013-03-03 23:33:53 Ostatnio edytowany przez pani_zupa (2013-03-03 23:35:25)
Piszesz, że "chcesz, żeby Cię kochał". To chcenie nie może się spełnić, to takie oczywiste, jasne. Chciejstwo to trudna rzecz, wszyscy to w sobie mamy. On jest wolny, i wspaniałe, że nie chce być z Tobą z przymusu.
Kręcisz się w kółko, mieszając wątki niezwykle praktyczne (tapety, problemy z zakresu nieruchomości, zabezpieczenie własnego budżetu) z pewną patetycznością i melodramatem: ja kocham, on nie chce kochać, a tak bym chciała. Mieszanina żalu, tęsknoty i złości, że on nie chce.
Puścić tego swojego wewnętrznego egola, dać wolność sobie, bo Twój mąż zadba o własną niezależnie co będziesz chciała. A serce... serce słucha mózgu, nawet w zakresie zwykłego pik pik.
Zrozumiałam, że mam dać sobie wolność, bo on i tak zrobi co zechce bez względu na to czego ja chcę.
Że mam odpuścić, zrezygnować z walki o niego bo i tak nic nie wywalczę.
Że mam się poddać.
508 2013-03-03 23:45:07 Ostatnio edytowany przez pani_zupa (2013-03-03 23:45:39)
Zrozumiałam, że mam dać sobie wolność, bo on i tak zrobi co zechce bez względu na to czego ja chcę.
Że mam odpuścić, zrezygnować z walki o niego bo i tak nic nie wywalczę.
Że mam się poddać.
Nie poddać. Nie traktować tego w ogóle jak walki.
509 2013-03-03 23:59:46 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-03-04 00:01:34)
Nie poddać. Nie traktować tego w ogóle jak walki.
czyli zacząć żyć własnym życiem .... tak, po prostu ...
zapomnieć:
- że mam męża ,
- że go tracę,
- udawać przed sobą i wszystkimi że jestem z życia zadowolona chociaż mi się małżeństwo sypie, a właściwie już posypało, i w wieku 38 lat zostaję sama z dzieckiem,
- udawać przed sobą że ten facet co ze mną mieszka to w ogóle - kim dla mnie jest i co robi w mojej kuchni?
- zająć się sobą i mieć wszystko w doopie
i to według Was pomoże mi odzyskać męża, czy w ogóle już go skreśliłyście i ma to powyższe na celu tylko ratowanie mojej psychiki?
bo nie kumam ....
Wiem, że nikt nie ma instrukcji obsługi małżeństwa , bo gdyby taka była to nie byłoby rozwodów, ale zawsze mi się wydawało że to właśnie pokazywanie jak bardzo zależy jednemu na drugim jest kluczem do sukcesu , a nie olanie i profesjonalne zajęcie się własnym egoizmem.
Ale z drugiej strony skoro on już podjął decyzję i nie chce - to nic po mnie w tym związku , a raczej braku związku.
Sorki za jad i sarkazm , ale to chyba resztki jakiejś cholernej życzeniowej nadziei przeze mnie jeszcze przemawiają . Cały czas mam nadzieję, ze ktoś tu wpadnie i punkt po punkcie wypisze mi co mam konkretnie zrobić, żeby odzyskać męża.
A wy mi piszecie , że nic mam nie robić i zająć się sobą bo cokolwiek zrobię - i tak go nie odzyskam.
Mam sobie to wtłuc do pustej głowy , wyryć na czole , tak?
Jak mam to zrobić, skoro codziennie na niego patrzę i mam go na wyciągnięcie ręki ? i wiem, że mogę podejść i on mnie przytuli .... bo nie wszystko w nim umarło....
gdybyśmy mieszkali oddzielnie - byłoby znacznie łatwiej ....
Nie zauważyłam ani jednego postu, w którym ktokolwiek namawiałby Cię do udawania czegokolwiek.
Nikt nie napisał też, że nic między Tobą a Twym mężem zdarzyć się nie może. Sporo za to uwag, że różne rzeczy są możliwe.
Wiele osób napisało, że szarpiąc swego męża, zmuszasz go do okopania się na pozycji, którą zajął.
Za jad i sarkazm dziękuję.
511 2013-03-04 00:11:07 Ostatnio edytowany przez pani_zupa (2013-03-04 00:12:50)
pani_zupa napisał/a:Nie poddać. Nie traktować tego w ogóle jak walki.
czyli zacząć żyć własnym życiem .... tak, po prostu ...
zapomnieć:
- że mam męża ,
- że go tracę,
- udawać przed sobą i wszystkimi że jestem z życia zadowolona chociaż mi się małżeństwo sypie, a właściwie już posypało, i w wieku 38 lat zostaję sama z dzieckiem,
- udawać przed sobą że ten facet co ze mną mieszka to w ogóle - kim dla mnie jest i co robi w mojej kuchni?
- zająć się sobą i mieć wszystko w doopiei to według Was pomoże mi odzyskać męża, czy w ogóle już go skreśliłyście i ma to powyższe na celu tylko ratowanie mojej psychiki?
bo nie kumam ....Wiem, że nikt nie ma instrukcji obsługi małżeństwa , bo gdyby taka była to nie byłoby rozwodów, ale zawsze mi się wydawało że to właśnie pokazywanie jak bardzo zależy jednemu na drugim jest kluczem do sukcesu , a nie olanie i profesjonalne zajęcie się własnym egoizmem.
Ale z drugiej strony skoro on już podjął decyzję i nie chce - to nic po mnie w tym związku , a raczej braku związku.Sorki za jad i sarkazm , ale to chyba resztki jakiejś cholernej życzeniowej nadziei przeze mnie jeszcze przemawiają . Cały czas mam nadzieję, ze ktoś tu wpadnie i punkt po punkcie wypisze mi co mam konkretnie zrobić, żeby odzyskać męża.
A wy mi piszecie , że nic mam nie robić i zająć się sobą bo cokolwiek zrobię - i tak go nie odzyskam.
Mam sobie to wtłuc do pustej głowy , wyryć na czole , tak?Jak mam to zrobić, skoro codziennie na niego patrzę i mam go na wyciągnięcie ręki ? i wiem, że mogę podejść i on mnie przytuli .... bo nie wszystko w nim umarło....
gdybyśmy mieszkali oddzielnie - byłoby znacznie łatwiej ....
Czytam pierwsze zdania pierwszego postu jaki napisałaś w tym wątku. Walecznie od zarania.
Przykro mi, że tak Ci ciężko, ale wcale nie namawiam, żebyś udawała iż jesteś szczęśliwa. Między zrozumieniem a szczęściem przecież kawał drogi.
Trzymaj się
Nie zauważyłam ani jednego postu, w którym ktokolwiek namawiałby Cię do udawania czegokolwiek.
Nikt nie napisał też, że nic miedzy Tobą a Twym mężem zdarzyć się nie może. Sporo za to uwag, że różne rzeczy są możliwe.
Wiele osób napisało, że szarpiąc swego męża, zmuszasz go do okopania się na pozycji, która zajął.
Odpuścić. Dać mu wolność . I sobie.
Dla mnie to znaczy jedno - układanie sobie życia na nowo.
Bo za rok jak się nagle obudzi a ja wyjdę z tego pierniczonego załamania , kiedy ja już sama sobie to życie ułożę z sobą i dzieckiem , kiedy stracimy nasz dom w który włożyliśmy tyle serca i energii, to za przeproszeniem może mnie pocałować.
Człowiek dojrzały według mnie powinien rozmawiać, mówić o potrzebach i oczekiwaniach , szukać rozwiązań i kompromisów. Rozwiązywać problemy a nie od nich uciekać w komp i wirtualne lale.
Nie bawić się w urażoną dumę i "se poszaleję, to potem zobaczę czy mi się jeszcze zachce wrócić" albo jak on to mówi "nie wiem czy to dobra decyzja, ale jak się okaże niedobra to wtedy się będę martwił" , tylko starać się pokonać w sobie opory i ograniczenia i dla dobra rodziny wziąć życie za rogi i starać się naprawiać. Skoro nie wszystko umarło, a wiem że tak jest.
Przepraszam Was bardzo - tak myślę.
Ja wybaczyłabym Monię i dałabym z siebie 100%, gdyby chciał dać też z siebie dla ratowania tego związku. Nie chciał.
Więc nie to nie .
Zostanę sama , poradzę sobie doskonale bo potrafię się zorganizować logistycznie w każdej sytuacji ... powrotów nie będzie kiedy już stanę na nogi.
Szanse były .
Nie zmuszę.
Czas zabrać się za siebie i zapewnienie przyszłości sobie i dziecku.
Czytam pierwsze zdania pierwszego postu jaki napisałaś w tym wątku. Walecznie od zarania.
Przykro mi, że tak Ci ciężko, ale wcale nie namawiam, żebyś udawała iż jesteś szczęśliwa. Między zrozumieniem a szczęściem przecież kawał drogi.
Trzymaj się
Właśnie nie rozumiem.
Wybacz - nie rozumiem jak można przedkładać komputer i swoją dumę urażoną nad szansę uratowania , odbudowy małżeństwa kiedy jest na to jeszcze szansa. Nad rodzinę , nad dziecko , nad to co udało nam się osiągnąć.
No naprawdę nie rozumiem. Pewnie nie zrozumiem. Pewnie dlatego, że ja bym wybaczyła. A on nie potrafi.
I pewnie stąd we mnie tyle złości.
I tyle.
pani_zupa napisał/a:Czytam pierwsze zdania pierwszego postu jaki napisałaś w tym wątku. Walecznie od zarania.
Przykro mi, że tak Ci ciężko, ale wcale nie namawiam, żebyś udawała iż jesteś szczęśliwa. Między zrozumieniem a szczęściem przecież kawał drogi.
Trzymaj sięWłaśnie nie rozumiem.
Wybacz - nie rozumiem jak można przedkładać komputer i swoją dumę urażoną nad szansę uratowania , odbudowy małżeństwa kiedy jest na to jeszcze szansa. Nad rodzinę , nad dziecko , nad to co udało nam się osiągnąć.
No naprawdę nie rozumiem. Pewnie nie zrozumiem. Pewnie dlatego, że ja bym wybaczyła. A on nie potrafi.
I pewnie stąd we mnie tyle złości.
I tyle.
Ja przeczytałam, że od początku było ciężko, nałóg, walka, każde ze swoim komputerem. Zdrada jako konsekwencja braku ciepła, złej komunikacji. Dom jako zadanie, dziecko dodawało sił.
Patrzysz na całość w aspekcie tego co zbudowaliście i co się wydarzyło po tej Twojej zdradzie, a przecież od początku musieliście się w tej relacji trudzić. Trud, trud, trud. I wierzysz, że ta praca organiczna obowiązuje też Twojego męża i te lata mozołu obligują do kochania...i walki.
Dziecko ma tatę nadal, dom to dom.
Kolejny koszmar - właśnie się obudziłam z rykiem.
"Wynajęte mieszkanie , kilka osób, biurko z komputerem moje w jednym rogu pokoju, jej w drugim . Siedzi i pisze moim mężem - szczęśliwa, zadowolona, uśmiech od ucha do ucha. Wstaje , paraduje dumnie przed moim biurkiem ze znaczącym uśmiechem na twarzy , potem znowu siada , znowu się szczerzy do monitora , przesyła buziaczki, potem znowu wstaje i do mnie z uśmieszkiem. I tak kilka razy.
Nie wytrzymuję, przypieram ją do ściany , trzymam taką przerażoną i mówię żeby się odpieprzyła od mojego męża. I wchodzi mój mąż - rzuca się na mnie , Monia skarży jaka to ja niedobra . Odpycha mnie, przytula Monię." Budzę się.
Uczucia: złość , żal, cierpienie, rozczarowanie.
Było to tak masakryczne , po wstaniu trzęsłam się i miałam w sobie tyle złości, ze poszłam na fajkę. A tam akurat mąż wstał do pracy, przy kawie sobie leżał. Powiedziałam mu, że dziękuję mu za wielomiesięczny wjazd na psychę kiedy to siedział sobie z nią wieczorami a ja wyłam w poduszkę. Teraz wychodzi w postaci koszmarów. Oczywiście co zrobił: zignorował, skwitował uśmieszkiem i stwierdził, że mam sobie iść.
Tak, jestem zła , wściekła.
Co zrobił gdyby mu zależało? przytuliłby...
Ale na moich uczuciach nigdy mu nie zależało.... na tym co ja czuję i dlaczego. Więc czego tu się spodziewać.
Ja przeczytałam, że od początku było ciężko, nałóg, walka, każde ze swoim komputerem. Zdrada jako konsekwencja braku ciepła, złej komunikacji. Dom jako zadanie, dziecko dodawało sił.
Patrzysz na całość w aspekcie tego co zbudowaliście i co się wydarzyło po tej Twojej zdradzie, a przecież od początku musieliście się w tej relacji trudzić. Trud, trud, trud. I wierzysz, że ta praca organiczna obowiązuje też Twojego męża i te lata mozołu obligują do kochania...i walki.Dziecko ma tatę nadal, dom to dom.
Był trud , była walka z jego nałogiem , było wiele złego.
Ale było też dobre - wiele dobrego.
Życie nie jest bajką - są lepsze i gorsze dni, chwile, okresy w związkach.
Wydaje mi się, że każdy związek jest jakąś walką o to , żeby sie udało. Nad wypracowaniem sobie w nim zachowań, priorytetów, norm, wspólnych kompromisów.
Związek to nie sielanka.
Tak, to był trudny związek. Zdałam sobie sprawę po 13 latach jak bardzo trudny dla nas obojga.
Ale zdałam sobie też sprawę , jakie popełniliśmy błędy . Zdając sobie z tego sprawę - można ich uniknąć w przyszłości. Budując, naprawiając, ratując.
Rezygnacja z tego i pójście w nowy związek - pewnie, że można. Ale czy to nie łatwizna, łatka?
Skoro kocham i w nim nie wszystko umarło?
Nie powiedział : "nie kocham cię", tylko "nie wiem czy cię jeszcze kocham" .
Naprawdę bardzo mi zależy na nim, nigdy nikogo nie kochałam tak jak jego. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero w ciągu ostatniego roku - jak bardzo. Dlatego to takie trudne , wiem że jest mimo tego całego trudu - miłością mojego życia , człowiekiem z którym chciałabym się zestarzeć.
Dlatego to takie trudne. Odpuścić. Serce tego nie przyjmuje , bo nie chce go stracić , choć rozum podpowiada że to się już stało.
Płakać, płakać, płakać.... to mi ostatnio wychodzi najlepiej.
Płacz teraz , kobieto ... nic innego cie zostało.
Więc płaczę. Niemalże codziennie.
Płaczę.
516 2013-03-04 07:01:12 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-03-04 09:07:24)
Dziś po południu mam zabieg , mąż jedzie ze mną . Wieczorem wrócę do domu . Boję się bólu , będzie bolało.
...Powiedziałam mu, że dziękuję mu za wielomiesięczny wjazd na psychę kiedy to siedział sobie z nią wieczorami a ja wyłam w poduszkę. Teraz wychodzi w postaci koszmarów. Oczywiście co zrobił: zignorował, skwitował uśmieszkiem i stwierdził, że mam sobie iść.
Tak, jestem zła , wściekła.
Czy potrafiłabyś nie wpływać w żaden sposób na niego, nie robić wyrzutów, odpuść, nawet jak Ci ciężko.
Myślę, że zrobiłaś już wszystko, co było możliwe aby ratować małżeństwo.
Jeżeli Twój mąż miałby zmienić zdanie to nie tędy droga. On musi poczuć, że ma wybór, a Ty wciągasz go cały czas z powrotem.
Czemu to piszę? Ja tak zrobiłam, zostawiłam go w spokoju. Nie wiem co dzieje się w tej chwili z moim mężem, ale usłyszałam dzisiaj po raz pierwszy od ośmiu miesięcy, że on mnie kocha, że chce ze mną być. Tylko, że w ja nie wiem, co z tym zrobić, nie wierzę mu.
Trzymam kciuki za zabieg, będzie dobrze.
"Ale na moich uczuciach nigdy mu nie zależało"
519 2013-03-04 09:52:09 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-03-04 10:00:56)
Czy potrafiłabyś nie wpływać w żaden sposób na niego, nie robić wyrzutów, odpuść, nawet jak Ci ciężko.
Tak, wiem że powinnam się pohamować. Niestety czasem nie jest to łatwe , jestem cholerykiem ![]()
Myślę, że zrobiłaś już wszystko, co było możliwe aby ratować małżeństwo.
Tak, do mnie też to zaczyna docierać. Że nic już nie mogę.
Cholernie trudne dopuścić to do siebie.
Wiem, że wszyscy wiecie i widzicie to już od dawna. Ja tez to widzę. Tylko tak trudno to przyjąć.
Znowu od kilku dni jestem w dole jak Rów Mariański , może dlatego że zaczyna do mnie docierać prawda.
Że już nic tu nie mogę.
Jeżeli Twój mąż miałby zmienić zdanie to nie tędy droga. On musi poczuć, że ma wybór, a Ty wciągasz go cały czas z powrotem.
Mój mąż nie zmieni zdania , powinnam w końcu to przyjąć i się z tym pogodzić . Byłoby mi łatwiej. Dużo łatwiej .
Moje iluzoryczne myślenie jest trudne do odpędzenia, kiedy mieszka się razem i ma wrażenie, że jednak dopóki jest obok - jest szansa, że jeszcze można coś zrobić dopóki jest obok.
Byłoby łatwiej z nim nie mieszkać i nie czuć tej nadziei- rozstać się , wyprowadzić, odpłakać, zacząć nowe życie.
Takie mieszkanie razem jest jak posypywanie solą ran.
Czemu to piszę? Ja tak zrobiłam, zostawiłam go w spokoju. Nie wiem co dzieje się w tej chwili z moim mężem, ale usłyszałam dzisiaj po raz pierwszy od ośmiu miesięcy, że on mnie kocha, że chce ze mną być.
I tego właśnie najbardziej się boję.
Że rozstaniemy się, wyprowadzimy , podniosę się z tego upadku (a łatwo nie będzie) - i on się obudzi wtedy.
Wtedy , kiedy będzie już za późno. Za późno na cokolwiek.
A może się boję, że się nie obudzi w ogóle?
Tylko, że w ja nie wiem, co z tym zrobić, nie wierzę mu.
Moja reakcja byłaby taka sama.
Znam siebie - po tym rozstaniu cierpienie będzie tak wielkie, że nie będę chciała tego przechodzić ponownie. Czasem mam wrażenie, że czuję , odczuwam bardziej niż inni.
Może dlatego, że emocje zawsze miałam głęboko schowane przed wszystkimi - kontrolowałam bardzo i nie pokazywałam, obudziły się we mnie i pokazuję je dopiero od kilku miesięcy . Nie potrafię nad nimi panować.
Trzymam kciuki za zabieg, będzie dobrze.
dzięki ![]()
"Ale na moich uczuciach nigdy mu nie zależało"
Tak to odczuwam ... kiedy patrzę wstecz na te 13 lat to widzę, że nie czuł empatii wobec mnie.
Nie widział , albo nie chciał widzieć moich emocji. A może zbyt słabo pokazywałam.
Na pewno za bardzo chowałam.
Ale przecież bywałam chora , kiedy było mi źle i potrzebowałam żeby zrobił sam z siebie herbatę , przykrył kocykiem i posiedział ze mną.
Bywałam smutna , nigdy nie zapytał dlaczego.
Bywałam zła i zdołowana - omijał mnie szerokim łukiem.
Bywałam zrozpaczona kiedy siedział z Monią - wiedział o tym, nie zrobił nic żeby mi ulżyć stwierdzając, że przystałam na jego granie kiedy daliśmy sobie tą ostatnią szansę ratowania. A ja byłam oszalała z zazdrości, z rozpaczy że z nią siedzi, z kobietą której pisał i mówił że kocha. Nie obchodziło go to , nie widział mnie w tym.
Nie widział moich emocji nigdy , były dla niego nieważne.
Tak to odbieram.
Kobieta w rozterkach, zauważyłam, że odkąd pojawiłą się inna w małżeństwie to również uświadomiłam sobie , że kocham męża.
To taka dziwna reakacja.
Trudno jest jednoznacznie stwierdzić co czuje Twój mąż. Czy jest w stanie Ci wybaczyć.
Wiesz,k jego romans ma inny wymiar.
Napisać można wszystko. Ale czynów chyba nie było.
Udaremniłaś coś co mogło nie mieć większego znaczenia.
Nie da się chyba kochac kogoś przez internet. Możan być zauroczonym, pochłonietym.
Mam takei wrażenie, że on nie pali się do rozstania. Chciałby , żebyś do tego nie dopuściła.
Pytałaś co można zrozbić.
Usunąć się.
Żyć własnym życiem. To znaczy. Ja zorganizowałabym sobie czas, aby jak najmniej odczuwać jego brak.
Nie zabiegałabym o czułość, ale też byłabym dla niego dobra.
Również ze względu na siebie.
Ile może trwać taki romans internetowy.
Przecież on też ma swoje potrzeby.
Postawiłabym sprawę jasno.
Nie mogę się z tobą rozwieźć.
Nie potrafię. Kocham Cię, więc nie będę w sądzie kłamać.
Jęsli chcesz to sam się tym zajmij oraz sprzedażą domu.
Pragnę zostać w nim z Tobą i wierzę, że jest jeszcze jakaś szansa aby się poukładało i byśmy tworzyli rodzinę.
Czy on już wystąpił o rozwód?
Dom można sprzedać później.
Nie ważne co on mówi. Zawsze może zmienić zdanie. Może potrzebuje czasu.
Zaczęło ci zależeć rzeczywiście trochę późno.
Cierpliwość...
Ja nie rozumiem stwierdzeń: starciłam czas.
Dlaczego uważasz, ze starciłaś.
Skąd wiesz, jaki by on był gdybyś podjęła inne decyzje.
Oceniamy nasza sytuację na chwilę obecną.
To czy był on stracony dowiesz się za jakiś czas.