netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

czy warto mieć nadzieję

1 075 odpowiedzi113 965 wyświetleńzałożony przez kobieta w rozterkach, 03.01.2013

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » czy warto mieć nadzieję

Strony Poprzednia 1 … 5 6 7 8 9 … 17 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 391 do 455 z 1 076 ]

391 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-20 00:58:42)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Mój jeszcze mąż nie uważa raczej , że psychologowie to niezbędna rzecz . Uważa, że to że chodzę na terapię to kolejne moje dziwactwo. Mówił wielokrotnie , że zamiast tracić tam czas powinnam po prostu żyć. Nie uważa analizy za zasadną.
Co do dzieci - córki sie trzymają , starsza trzyma pieczę nad młodszą. Mają dobry kontakt - jeśli starsza córka uzna, że młodsza sobie nie radzi - powie mi o tym i wtedy będę się martwić.

rogacz76 napisał/a:

Wartości które przekazujemy Naszym dzieciom mają ogromny wpływ na Ich przyszłe związki.

Wiem o tym doskonale . Miałam ojca alkoholika , zobacz co mam w dalszym życiu .
Jeszcze mąż ma obojga rodziców alkoholików - popatrz na to co napisałam dotąd.
Często myślę o tym jak bedą miały moje córki - teraz już chyba za późno , wzorce wyniosły.
Starsza mówi, ze jestem najlepszą matka pod słońcem , nie chciałaby innej - mamy doskonały kontakt. Może to chociaż inaczej wpłynie na nie obie. 
Dlatego też lepiej, żeby nie patrzyły już dłużej na to nasze cierpienie.
Im szybciej sprzedamy dom i kupimy mieszkanie, tym lepiej.

392

Odp: czy warto mieć nadzieję

Przywitać się przyszłam - zaraz jadę do terapeutki.
Co po nocy .
Przyjęłam już do świadomości to, że mąż mnie już nie chce - nie mogę powiedzieć że się z tym pogodziłam.
Nadal mi ciężko bardzo.
Czuję, że straciłam coś bardzo ważnego. Poczucie straty wywołuje ogromny smutek, po prostu jestem bardzo przygnębiona.
Wiem, że muszę zająć się sprawami technicznymi - mam nadzieję, że znajdę w sobie siłę żeby przez to przejść.
Rozmawiałam dziś z młodszą córką , powiedziała że jej też jest czasem smutno. Powiedziałam jej, że to zrozumiałe , ze rozumiem ją , że zaopiekuję się nią, niczego jej nie zabraknie. Że jakoś sobie wspólnie poradzimy.

393

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Przywitać się przyszłam - zaraz jadę do terapeutki.
Co po nocy .
Przyjęłam już do świadomości to, że mąż mnie już nie chce - nie mogę powiedzieć że się z tym pogodziłam.
Nadal mi ciężko bardzo.
Czuję, że straciłam coś bardzo ważnego. Poczucie straty wywołuje ogromny smutek, po prostu jestem bardzo przygnębiona.
Wiem, że muszę zająć się sprawami technicznymi - mam nadzieję, że znajdę w sobie siłę żeby przez to przejść.
Rozmawiałam dziś z młodszą córką , powiedziała że jej też jest czasem smutno. Powiedziałam jej, że to zrozumiałe , ze rozumiem ją , że zaopiekuję się nią, niczego jej nie zabraknie. Że jakoś sobie wspólnie poradzimy.

Dobrze byłoby gdyby mężulek też rozmawiał z córkami. Najlepiej gdybyście razem usiedli i prowadzili taką rozmowę, żeby one miały przekonanie że nie tracą żadnego z rodziców.

394

Odp: czy warto mieć nadzieję
KGB napisał/a:

Dobrze byłoby gdyby mężulek też rozmawiał z córkami. Najlepiej gdybyście razem usiedli i prowadzili taką rozmowę, żeby one miały przekonanie że nie tracą żadnego z rodziców.

Dobry pomysł, zaproponuję .

395 Ostatnio edytowany przez rogacz76 (2013-02-20 12:01:43)

Odp: czy warto mieć nadzieję
KGB napisał/a:
kobieta w rozterkach napisał/a:

Przywitać się przyszłam - zaraz jadę do terapeutki.
Co po nocy .
Przyjęłam już do świadomości to, że mąż mnie już nie chce - nie mogę powiedzieć że się z tym pogodziłam.
Nadal mi ciężko bardzo.
Czuję, że straciłam coś bardzo ważnego. Poczucie straty wywołuje ogromny smutek, po prostu jestem bardzo przygnębiona.
Wiem, że muszę zająć się sprawami technicznymi - mam nadzieję, że znajdę w sobie siłę żeby przez to przejść.
Rozmawiałam dziś z młodszą córką , powiedziała że jej też jest czasem smutno. Powiedziałam jej, że to zrozumiałe , ze rozumiem ją , że zaopiekuję się nią, niczego jej nie zabraknie. Że jakoś sobie wspólnie poradzimy.

Dobrze byłoby gdyby mężulek też rozmawiał z córkami. Najlepiej gdybyście razem usiedli i prowadzili taką rozmowę, żeby one miały przekonanie że nie tracą żadnego z rodziców.

Popieram w 100%

396 Ostatnio edytowany przez lena1986 (2013-02-20 12:21:17)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Myślę, że taka wspólna rozmowa jest dobrym pomysłem. A nawet bardzo dobrym. Dzieci zwykle bardzo przeżywają rozstanie rodziców. Musisz udowodnić młodszej córce, że to nie wpłynie negatywnie na jej życie.  Aczkolwiek uważaj, dzieci w takich sytuacjach (jak właśnie taka rodzinna rozmowa na poważny temat) czują się głupio. Wiem, bo sama jak byłam młoda, w wieku gdzieś 9-10 lat, rodzice przeprowadzali ze mną takie właśnie rozmowy. Staraj się nie naciskać. Jeśli zobaczysz w jej oczach rozpacz, lub coś podobnego, puść ją do łazienki, czy do pokoju. Musi się wtedy uspokoić.
Sama przechodzę teraz ciężki okres w życiu. Mąż cały dzień - Jak tylko wróci z pracy - ...Siedzi przy swoim laptopie w sypialni i pisze z jakimiś obcymi ludźmi. Podejrzewam, że później dojdzie do spotkań. Domyślam się także, że są w tej grze nie tylko mężczyźni, ale też kobiety.
Rzadko wchodzę na to forum, bo jestem zajęta. Praca, później powrót do domu, zajmowanie się dziećmi, chwila odpoczynku, pranie, sprzątanie itd. ... I znowu praca.
Masakra.
A ja Cię, Kobietko, doskonale rozumiem. Z "mężem" nie planujemy jeszcze rozwodu, nie przechodzimy od razu do czarnego końca. Dzisiaj chcę z nim porozmawiać.
Teraz muszę iść zrobić pranie, porozkładać po szafkach dzieci...
Później może tu jeszcze zajrzę, ale nie obiecuję.
Czytaj jakieś śmieszne historie, kawały, spędzaj dużo czasu z córkami.
Życzę Ci powodzenia, Kobietko. smile

397

Odp: czy warto mieć nadzieję
lena1986 napisał/a:

Musisz udowodnić młodszej córce, że to nie wpłynie negatywnie na jej życie.

Staram się , rozmawiam z nią spokojnie, rzeczowo .

No i nastała środa, pokazało się nasze ogłoszenie na stronie biura nieruchomości - dziwnie uczucie , jakby to nie dotyczyło mnie - wyparcie?
Byłam u terapeutki - poruszyłyśmy dziś kilka ważnych kwestii:
- kwestia mojej zbyt krytycznej oceny innych ludzi ,
- kwestia braku przyjaciół i znajomych ,
- kwestia lęku przed otwarciem się przed innymi ,
- kwestia lęku przed pokazaniem swojego prawdziwego oblicza , tego bez makijażu i wrażliwego, uczuciowego z obawy przed odrzuceniem,
- kwestia lęku , że to prawdziwe oblicze może nie zostać pokochane i blokada z tego wynikająca,

Doszłam do wniosku , że dotąd w życiu niewiele dawałam z siebie tej "prawdziwej ja" , wrażliwej, czasem płaczącej, emocjonalnej. Kiedy było mi źle - włączała mi się "złość". Płakałam kiedy nikt nie widział. Mam poblokowane emocje i ogromny opór i lęk przed otwarciem się przed innymi ludźmi. Bo mnie skrzywdzą, bo mnie nie polubią takiej jak jestem, bo mnie nie pokochają, bo mnie nie zaakceptują. Łatwiej jest być twardą babą która ze wszystkim sobie radzi niż otworzyć się przed kimś, dać cząstkę siebie i w jakiś sposób uzależnić się od tej osoby.
Tak naprawdę - tej mojej wrażliwej strony mnie , tej prawdziwie uczuciowej mnie - nikt chyba nie zna. Tylko ja sama.


I temat  najważniejszy  - od wielu sesji próbowała znaleźć powód tego, że bliżej mi od zawsze do samotności i depresji niż do radości i szczęścia. Znalazła niedawno, dziś do tego wróciłyśmy.
Jestem wcześniakiem, kiedy się urodziłam ważyłam 1,5 kilo , wiele tygodni leżałam w inkubatorze walcząc. Wtedy były czasy , kiedy mama tylko dojeżdżała z pokarmem, nie siedziało się przy dziecku w szpitalu.
Terapeutka przedstawiła mi to w formie ćwiczenia , kazała mi zamknąć oczy i wyobrazić sobie siebie :
kiedy ta maleńka drobna, chuda dziewczynka przeżyła poród który łatwy nie był, od razu zabrano ją od ciepłej znajomej mamy i położono w sterylnym obcym inkubatorze. Płakała , wołała mamę , płakała długo - ale ona nie przychodziła , tylko pielęgniarki zaglądały od czasu do czasu nie przytulając tylko karmiąc i przebierając. Płakała tak długo, że wypłakała całą tęsknotę , poddała się , pogodziła się z samotnością nic już nie oczekując. Potem już nie miała nawet siły płakać.

Uwierzcie - łzy kapały mi jak grochy.

Mama wiele razy  mówiła mi, że byłam dzieckiem które broniło się przed bliskością , a ona też nie była ciepła osobą która dawała z siebie uczucia - wręcz przeciwnie. Silna twarda baba - żona alkoholika która dźwigała na barkach cały dom. A ja nie siadałam na kolanach , nie przytulałam się sama , nie prosiłam o tą miłość która mi się należała, byłam typem samotnika, w szkole byłam na uboczu , miałam tylko jedną koleżankę. Nie było we mnie takiej dziecięcej radości.

Dotarła dziś moja terapeutka do korzeni, o których w życiu bym nie pomyślała, że mogą być tak ważne i mieć taki wpływ na całe życie. Niemowlę które poznało smutek i samotność jako pierwsze swoje uczucie - i to uczucie najbardziej zapamiętało, to uczucie zostało najbardziej znajome już do końca życia. I jako nawet dorosły człowiek - uciekam przed radością- mam jej w sobie niewiele , bo jest mi dużo bardziej obca niż samotność i smutek . I to właśnie w tą ciemną stronę uciekam kiedy siedzę i zapadam się w sobie od wielu lat.
Znalazłam podłoże swojej depresji.
To bardzo przykre. Mam nadzieję, że da się coś z tym zrobić.
Terapeutka obiecała, że będziemy nad tym pracować. I nad wieloma innymi rzeczami.

Ufff ... sie rozpisałam - dzisiejsza terapia nie była łatwa , ale postanowiłam sie tym z wami podzielić. Też z nadzieją, że może są osoby które czytają mój wątek , a które nie chcą poddać się terapii z powodu niewiary w jej pozytywny skutek.
Jeśli się trafi na dobrego terapeutę - to taka terapia daje naprawdę wiele . Potrafi sprawić, że zaczynamy coraz bardziej rozumieć siebie.
Polecam.

398

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Znaleźć powód tego, że bliżej mi od zawsze do samotności i depresji niż do radości i szczęścia.
kiedy ta maleńka drobna, chuda dziewczynka przeżyła poród który łatwy nie był, od razu zabrano ją od ciepłej znajomej mamy i położono w sterylnym obcym inkubatorze. Płakała , wołała mamę , płakała długo - ale ona nie przychodziła , tylko pielęgniarki zaglądały od czasu do czasu nie przytulając tylko karmiąc i przebierając. Płakała tak długo, że wypłakała całą tęsknotę , poddała się , pogodziła się z samotnością nic już nie oczekując. Potem już nie miała nawet siły płakać.
Uwierzcie - łzy kapały mi jak grochy.

Od lat psychologowie bija na alarm, ze pierwsze 3 - 4 lata zycia dziecka decyduja o jego przyszlosci. Ktos kto w to nie wierzy to tu ma przyklad:

kobieta w rozterkach napisał/a:

korzenie, o których w życiu bym nie pomyślała, że mogą być tak ważne i mieć taki wpływ na całe życie. Niemowlę które poznało smutek i samotność jako pierwsze swoje uczucie - i to uczucie najbardziej zapamiętało, to uczucie zostało najbardziej znajome już do końca życia.

I co sie dzieje potem, jakie sa tego skutki w doroslym zyciu?

jako nawet dorosły człowiek - uciekam przed radością- mam jej w sobie niewiele , bo jest mi dużo bardziej obca niż samotność i smutek . I to właśnie w tą ciemną stronę uciekam kiedy siedzę i zapadam się w sobie od wielu lat.

Ogrom pracy nad Toba z psychologiem i samej ze soba... ale do zrobienia i przeksztalcenia...

399

Odp: czy warto mieć nadzieję

Bags
Istnieje podejrzenie że,szanowny małżonek to podobny przypadek.

400

Odp: czy warto mieć nadzieję
bags napisał/a:

Ogrom pracy nad Toba z psychologiem i samej ze soba... ale do zrobienia i przeksztalcenia...

Tak .
Zrozumiałam , że żeby zmienić swoje życie nie mogę zmieniać innych ludzi tylko muszę zmienić siebie , swoje patrzenie na samą siebie.  Pokochać siebie, zaakceptować , poczuć się ważną sama dla siebie żeby pozwolić poczuć się ważną dla kogoś innego. Uwierzyć, że mogę być ważna i potrzebna, doceniona. Ale tylko wtedy kiedy sama zmienię o sobie zdanie , kiedy sama dla siebie stanę się ważna. Wtedy zrozumiem, że ktoś inny może mnie pokochać taką jaka jestem naprawdę - jeśli ja sama siebie pokocham.
A z całą stanowczością mogę powiedzieć, że nie akceptuję siebie , zawsze miałam z tym problem - kiedyś zaburzenia odżywiania (bulimia), nigdy nie akceptowałam swojego ciała , do dziś mi zostało.

Zmartwiłam się dzisiaj , uświadomiłam sobie, ze moje dziewczyny są takie jak ja - nie potrafią prosić o miłość . Starsza z wiekiem stała się inna - potrafi się do mnie przytulić, pokazać jaka jestem dla niej ważna, pokazać smutek. Młodsza jest bardziej zamknięta na emocje. Nie potrafi o nich rozmawiać , i z okazywaniem też ma problem.
Muszę zmienić swoje zachowanie, żeby mogły czerpać ze mnie , żeby brały tą miłość garściami - żeby zapamiętały mnie uśmiechniętą i ciepłą a nie tylko wiecznie smutną i martwiącą się . Bo ja tak zapamiętałam swoją mamę z czasów kiedy najbardziej jej potrzebowałam. Taki wzorzec wyniosłam i taki przekazałam dalej. Jest już późno, ale nigdy ponoć nie jest za późno.

401 Ostatnio edytowany przez bags (2013-02-20 20:50:07)

Odp: czy warto mieć nadzieję
rogacz76 napisał/a:

Bags
Istnieje podejrzenie że,szanowny małżonek to podobny przypadek.

ale jak widac "na zalaczonym obrazku" ciezszego kalibru, bo woli prace z alkoholem i pudlem zamiast tak jak autorka watku - nad soba.

Kobieto w rozterkach...
Na to nigdy nie jest za pozno, bo jesli nawet nikt Ciebie nie pokocha po tym "remoncie", to sama siebie pokochasz... nowa "ja".
Tymczasem "Zakochaj sie w zyciu" Ewy Folley do poczytania do poduszki big_smile

Mozna zmienic wiele w swoim zyciu, mozna do czegos dojsc i cos o sobie sie dowiedziec. Ale trzeba przede wszystkim tego chciec...

402

Odp: czy warto mieć nadzieję
rogacz76 napisał/a:

Bags
Istnieje podejrzenie że,szanowny małżonek to podobny przypadek.

Mogę z całą pewnością stwierdzić, że uczucia ma zakopane bardzo głęboko bo przecież niemożliwe żeby nie miał ich wcale.
Ale teraz już nie mogę mu pomóc , on sam musi chcieć nad tym pracować.
Odciął się ode mnie , może gdy zostanie sam - wtedy dojrzeje do takiej pracy nad sobą żeby się rozwinąć. A może po prostu znowu pójdzie na łatwiznę i ucieknie jednak w uzależnienia, znajdzie sobie kobietę której tak jak mnie przez wiele lat wystarczy że tylko będzie po prostu.
To już poza mną jest.
Teraz muszę pracować nad sobą , pomóc sobie . Też dla moich córek które w końcu kocham nad życie.

403

Odp: czy warto mieć nadzieję

Właśnie.Nigdy nie mów nigdy.
Szkoda że,musieliście się o tym tak boleśnie przekonać.Tzn.Ty i Twoja rodzina.
Jest jeszcze jedno powiedzenie które napewno znasz.
Co Nas nie zabije to Nas wzmocni.
I tego Wam życzę.

404 Ostatnio edytowany przez rogacz76 (2013-02-20 20:39:59)

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
rogacz76 napisał/a:

Bags
Istnieje podejrzenie że,szanowny małżonek to podobny przypadek.

Mogę z całą pewnością stwierdzić, że uczucia ma zakopane bardzo głęboko bo przecież niemożliwe żeby nie miał ich wcale.
Ale teraz już nie mogę mu pomóc , on sam musi chcieć nad tym pracować.
Odciął się ode mnie , może gdy zostanie sam - wtedy dojrzeje do takiej pracy nad sobą żeby się rozwinąć. A może po prostu znowu pójdzie na łatwiznę i ucieknie jednak w uzależnienia, znajdzie sobie kobietę której tak jak mnie przez wiele lat wystarczy że tylko będzie po prostu.
To już poza mną jest.
Teraz muszę pracować nad sobą , pomóc sobie . Też dla moich córek które w końcu kocham nad życie.

Nie wiem czy pamiętasz ale to zachowanie męża jest jakże typowe dla uzależnionych.
"Jak nie myślę o problemie to tak jakby wcale nie istniał"
Prawda?.Już to chyba z mężem przerabiałaś.Pamiętasz co wtedy "obudziło" Go z tego letargu?.Co było impulsem do zmian?.
Bo napewno nie były nim tylko Twoje słowa.
Przypomnij sobie też co takiego sprawił Twój mąż że,wybrałaś ratowanie rodziny.Gdzie był ten impuls?.Chyba nie przyznałaś się od razu?.Broniłaś tego zauroczenia?.

405

Odp: czy warto mieć nadzieję
rogacz76 napisał/a:

Nie wiem czy pamiętasz ale to zachowanie męża jest jakże typowe dla uzależnionych.
"Jak nie myślę o problemie to tak jakby wcale nie istniał"
Prawda?.Już to chyba z mężem przerabiałaś.Pamiętasz co wtedy "obudziło" Go z tego letargu?.Co było impulsem do zmian?.
Bo napewno nie były nim tylko Twoje słowa.

Skoro Autorka zaczęła radzić sobie z emocjami powiedz mi po kiego ciągle wciskasz tutaj tego mężulka?

Kobieta nie powinna się teraz skupiać na mężu, bo jest potrzebna sobie i dzieciom.
Do niego na chwilę obecną i tak nic nie dotrze bo ma pocieszenie w pudełku z monią.

Do znudzenia z tym mężem wyskakujesz - facet nie chciał terapii , twierdzi że psychologowie to zbyteczny twór więc co ? może jeszcze Kobieta ma stać się jego terapeutką ?

406

Odp: czy warto mieć nadzieję
rogacz76 napisał/a:

Nie wiem czy pamiętasz ale to zachowanie męża jest jakże typowe dla uzależnionych.
"Jak nie myślę o problemie to tak jakby wcale nie istniał"
Prawda?.Już to chyba z mężem przerabiałaś.Pamiętasz co wtedy "obudziło" Go z tego letargu?.Co było impulsem do zmian?.
Bo napewno nie były nim tylko Twoje słowa.

Wtedy kiedy podjął się leczenia alkoholizmu , wiele lat wstecz - to już chyba 8 albo 9 , to było po moim załamaniu nerwowym , po prostu widział że już więcej nie udźwignę, interweniowali moi rodzice. Ja myślę, że on wtedy bał się utraty dziecka , że odejdę. I ten lęk przed stratą dał mu bodziec do leczenia.

Ale teraz już nie zadziałało , bo go zraniłam -  nie byłam dla niego już tak ważna jak wtedy i nie podjął walki o nas , o siebie. Wolał odpuścić z nadzieją, że samemu będzie lepiej . Że jakoś sobie poukłada to życie sam.

407

Odp: czy warto mieć nadzieję

Cześć.Miło patrzeć,że idziesz w dobrym kierunku...
  Pracuj nad sobą,warto.Ja niestety nie mam na to czasu,pieniędzy,chęci.Każdy ma jakiś bagaż emocjonalny,który nosi od dzieciństwa.
Jestem córką alkoholika(niska samoocena),jakiego męża sobie wybrałam-tyrana,który całkowicie mnie podporządkował.Młode dziewczyny wybierają sobie mężów podobnych do ojca(NIEŚWIADOMNIE).Mąż nie był alkoholikiem,miał zaburzenia osobowości.
Do dziś walczę ze swoimi kompleksami,bo dlaczego mam się czuć gorsza.Dzieci alkoholików mają prawo żyć normalnie(tego zawsze chciałam-normalności-bez kłótni,wyzwisk..).
Niestety niska samoocena przeszkadza mi w pracy.Inni mnie inaczej postrzegają,niż jestem w rzeczywistiści.Z początkiem stycznia dostałam awans na zastępcę kierownika,co z tego jak sama się nie czuję w tej roli.Nie lubię rządzić ludżmi,radzę sobie,ale jak widzę fałsz w okół siebie to  chciałabym odciąć się od tego.
Powodzenia i nie poddawaj się..

408

Odp: czy warto mieć nadzieję
KGB napisał/a:

Kobieta nie powinna się teraz skupiać na mężu

Właściwie to nawet gdybym chciała teraz cokolwiek dla niego zrobić , to nie mogę - nie mam żadnego pola manewru. I nie chcę.
On zdecydował, wybrał.
Ja musiałam dojrzeć do tego, żeby się z tym pogodzić, że nie mogę już nic zrobić.
Nie jest lekko , są i gorsze chwile ale chyba teraz już z górki.

Z tym , że ja dostrzegłam że nie o samą zdradę tu chodzi , tylko o każdego z nas osobno. Zaczęłam analizować - dlaczego tak się stało, że nie byliśmy nigdy blisko, nie potrafiliśmy dać z siebie więcej.
I jeśli chodzi o mnie - zaczynam spostrzegać co powinnam zmienić w sobie i z czym się uporać, żeby móc stworzyć w przyszłości zdrowe relacje samej z sobą i jeśli będzie mi dane - też z innym człowiekiem. Pracuję nad tym .

Mam przede wszystkim w sobie lęk , ogromny lęk żeby w akcie desperacji za miłością nie ulokować znowu kiedyś emocji w człowieku który będzie podobny w aspekcie emocjonalnym do męża- bo takie to przecież znajome (znasz to , prawda? mechanizmy współuzależnienia się kłaniają).

409 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-20 21:24:55)

Odp: czy warto mieć nadzieję
Feniks 7 napisał/a:

Każdy ma jakiś bagaż emocjonalny,który nosi od dzieciństwa.
Jestem córką alkoholika(niska samoocena)

Ja tez miałam ojca alkoholika , wiem o czym piszesz.
Dowartościowania i podniesienia swojej samooceny dopatrywałam się w innych zamiast wypracować to w sobie.
Kiedy inni źle o mnie mówili - to był dla mnie koniec świata - że może tak faktycznie jest , że jestem do niczego.
Zobacz jak łatwo mój mąż wpędził mnie w stan sprzed tygodnia - potrafił codziennym "to twoja wina wszystko" sprawić, że uwierzyłam w to i świat mi się załamał, że skończyło mi się życie i na nic już nie zasługuję. Chciałam z sobą skończyć.
A przecież jestem co prawda stara , ale jeszcze wyględna, pracuję, dokształcam się jeszcze, jestem inteligentna, mam wspaniałe córki dla których warto żyć.
Ale byłam tak uzależniona od tego co mój mąż o mnie myśli i co do mnie czuje a właściwie czego już nie czuje , że nie widziałam nic poza tym.
Poczułam się nikim.

Gdybym miała poczucie własnej wartości na odpowiednim poziomie, szacunek do siebie - to przede wszystkim poprosiłabym męża o troskę, zainteresowanie, docenienie, prezent bez okazji, słowa "kocham, tęsknię, pokażę ci jaki potrafię być czuły" -  kilka lat wstecz , starała się to wyegzekwować bo mi się to należy.
I jeśli bym tego nie otrzymała - zakończyłabym związek a nie szukała dowartościowania , pocieszenia w romansie.

Ale stało się jak się stało.
Dobrze, że zaczynam się ogarniać i pracować nad sobą . Mojemu małżeństwu już nie pomogę bo ono się skończyło, ale mogę pomóc sobie i moim dziewczynom żeby potrafiły być kiedyś szczęśliwe w związkach. Żeby nauczyć ich tego wszystkiego czego u mnie dotąd nie widziały.

bags napisał/a:

Kobieto w rozterkach...
Na to nigdy nie jest za pozno, bo jesli nawet nikt Ciebie nie pokocha po tym "remoncie", to sama siebie pokochasz... nowa "ja".
Tymczasem "Zakochaj sie w zyciu" Ewy Folley do poczytania do poduszki big_smile

zanabędę i się zapoznam, dzięki smile

bags napisał/a:

Mozna zmienic wiele w swoim zyciu, mozna do czegos dojsc i cos o sobie sie dowiedziec. Ale trzeba przede wszystkim tego chciec...

chcę...

410

Odp: czy warto mieć nadzieję

https://www.youtube.com/watch?v=i-zoWVzvfWo

411 Ostatnio edytowany przez Animus (2013-02-21 00:10:03)

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Zrozumiałam , że żeby zmienić swoje życie nie mogę zmieniać innych ludzi tylko muszę zmienić siebie , swoje patrzenie na samą siebie.  Pokochać siebie, zaakceptować , poczuć się ważną sama dla siebie żeby pozwolić poczuć się ważną dla kogoś innego. Uwierzyć, że mogę być ważna i potrzebna, doceniona. Ale tylko wtedy kiedy sama zmienię o sobie zdanie , kiedy sama dla siebie stanę się ważna. Wtedy zrozumiem, że ktoś inny może mnie pokochać taką jaka jestem naprawdę - jeśli ja sama siebie pokocham.
A z całą stanowczością mogę powiedzieć, że nie akceptuję siebie , zawsze miałam z tym problem[b] - kiedyś zaburzenia odżywiania (bulimia), nigdy nie akceptowałam swojego ciała , do dziś mi zostało.

Zmartwiłam się dzisiaj , uświadomiłam sobie, ze [b]moje dziewczyny są takie jak ja - nie potrafią prosić o miłość . Starsza z wiekiem stała się inna - potrafi się do mnie przytulić, pokazać jaka jestem dla niej ważna, pokazać smutek. Młodsza jest bardziej zamknięta na emocje. Nie potrafi o nich rozmawiać , i z okazywaniem też ma problem.
Muszę zmienić swoje zachowanie, żeby mogły czerpać ze mnie , żeby brały tą miłość garściami - żeby zapamiętały mnie uśmiechniętą i ciepłą a nie tylko wiecznie smutną i martwiącą się . Bo ja tak zapamiętałam swoją mamę z czasów kiedy najbardziej jej potrzebowałam. Taki wzorzec wyniosłam i taki przekazałam dalej. Jest już późno, ale nigdy ponoć nie jest za późno.

Nie musisz zmieniać siebie. Spytaj, czy chcesz?

Kobieta w rozterkach, jesteś na dobrej drodze. Może wycofasz tę ofertę sprzedaży domu. Może się okazać, że to będzie zupełnie inny dom za chwilę.

Nie musisz prosić o miłość. Ona sama wywoła wzajemność, gdy pozwolisz jej pokochać i zaakceptować najpierw siebie. Bez akceptacji nie ma miłości. Bez akceptacji siebie nie możemy nikogo pokochać. Bez akceptacji nie pozwalamy kochać innym.

A bez miłości kopiemy tylko doły. A doły to depresja jest, najlepsza z możliwych.

412

Odp: czy warto mieć nadzieję
Animus napisał/a:

Nie musisz zmieniać siebie. Spytaj, czy chcesz?

Kobieta w rozterkach, jesteś na dobrej drodze. Może wycofasz tę ofertę sprzedaży domu. Może się okazać, że to będzie zupełnie inny dom za chwilę.

Nie musisz prosić o miłość. Ona sama wywoła wzajemność, gdy pozwolisz jej pokochać i zaakceptować najpierw siebie. Bez akceptacji nie ma miłości. Bez akceptacji siebie nie możemy nikogo pokochać. Bez akceptacji nie pozwalamy kochać innym.

A bez miłości kopiemy tylko doły. A doły to depresja jest, najlepsza z możliwych.

Nie ma możliwości wycofania sprzedaży domu.
Mąż podjął decyzję, chce się usamodzielnić . Nie widzi nadziei dla nas, i mi jej nie daje. A ja nie chcę żyć już złudnymi nadziejami.
Dopuszczać do swojej głowy scenariuszy  happy endu po to, żeby żyć kolejne miesiące w męce i braku zaufania kiedy zasiada do kompa. Do Moni, czy może innej Beatki albo Ani.
Ja już nie wytrzymałabym tego.

Tak, chcę się zmienić , zaakceptować swoje ciało i siebie ze wszystkim co mam - słabościami i silnymi stronami , wadami i zaletami.
To moja praca która muszę wykonać.
Nie wykonam jej skupiając się na tym czy mąż aktualnie nie romansuje sobie i nie układa przyszłości beze mnie popijając piwko co jeszcze większym napawałoby mnie lękiem o przyszłość (wiemy, że dla alkoholika to powrót do nałogu, równia pochyła).

Nie wykluczam - że kiedyś, jak dotrze do niego jaki nie był w tym związku , zrozumie czego nie dawał i zechce pracować nad sobą, nad swoimi nałogami - tak szczerze - to może jeszcze spróbujemy . Choć to bardzo mało prawdopodobny scenariusz.
Kocham go , jego łagodny wzrok, jego uśmiech, ciepło jego ciała - zawsze będzie dla mnie ważny.
Ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, Animus.

413

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, Animus.

Nie zachęcam Cię do przeskakiwania. Wyruszyłaś w drogę. To najważniejsze. W ogóle nie myśl o tym, co On robi. Skup się na możliwościach własnych.

414

Odp: czy warto mieć nadzieję
Animus napisał/a:

Nie zachęcam Cię do przeskakiwania. Wyruszyłaś w drogę. To najważniejsze.

Ciężko jeszcze , sam wiesz - świeże to wszystko , są gorsze chwile kiedy mam po prostu ochotę podejść do niego, przytulic sie i znowu żebrać : " może spróbujmy jeszcze raz" . Ale zaraz przychodzi ogarnięcie - że przecież prosiłam wiele razy , on już nie chce. Nie widzi nadziei.

Animus napisał/a:

W ogóle nie myśl o tym, co On robi. Skup się na możliwościach własnych.

Staram się - muzyka w laptopie pozwala mi nie słyszeć.
Nie słyszę = mniej myślę.
Staram się myśleć o sobie , na razie właściwie bardziej o tych sprawach technicznych - oglądam mieszkania , wyobrażam sobie jak to będzie być samej z sobą i dziećmi, jak urządzę mieszkanie, co zabiorę stąd. Rozmawiałam ze starszą córką - będę miała pomoc w przeprowadzce, jej przyjaciele pomogą nam.
Bo tak naprawdę zostałam sama - nie mam znajomych ani przyjaciół chyba też z własnego wyboru , oddaliłam się od wszystkich już bardzo dawno temu. Moi rodzice już nie dadzą rady pomóc . Cieszę się , ze zaczynam myśleć o przyszłości zamiast siedzieć , płakać i roztrząsać. Nie było dobrze kiedy tak było - a było jeszcze w ubiegłym tygodniu . Co się stało to się nie odstanie . Mam teraz wpływ tylko na siebie.

415 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-21 10:56:26)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Kolejny poranek .
Mam problem ostatnio z zasypianiem , siedzę do późna na kompie i się szwendam po domu. Łażę taka niewyspana.
Dziś do późna w pracy , potem lekarz ... ściągnę do domu kole 19.
Ciężki dzień się szykuje. Boję się też diagnozy. Zobaczymy.

Czuję się jakoś nijako - pogodziłam się z nieuchronnością sytuacji i pozostała pustka , smutek.

416 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-21 21:13:07)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Nastał wieczór - i co tam dziś?

Po takiej rozmowie którejś z kolei jak odbyłam właśnie z "jeszcze mężem" mam ochotę strzelić sobie w łeb...
Wiem, wiem - alkoholicy to świetni manipulanci - potrafią wpędzić w poczucie winy . System iluzji i manipulacji doskonale rozwinięty na poziomie hard. Nie daję się .
Nie byłam idealną żoną, ale on też nie był idealnym mężem. Od zawsze błąd komunikacji, a właściwie jej brak - a teraz komunikacja polega tylko na wzajemnym obwinianiu. Próbie wybielenia siebie.

To co .... posłuchamy muzyki? smile

edit:

kurcze, dlaczego to wszystko takie trudne ... kiedy patrzę na niego to mam wrażenie, że wystarczyłoby z obu stron trochę zrozumienia, uczucia, troski - i dałoby się wszystko naprawić ... daliśmy sobie po liściu w twarz i można by teraz od zera startować ze świadomością , że wystarczy chęć i zmiana obycia z zamknięcia wzajemnego  na ciepło i troskę ... dlaczego tak się nie da? sad
dałoby się - ja zrozumiałam, ze nie dawałam z siebie tyle ile mogłam dać , że mówiąc sobie , rozmawiając - można być z sobą blisko ... wiem że on też zrozumiał, że wiele złego, bycie obok było kwestią wzajemnego nie zrozumienia i braku poszanowania swoich potrzeb , braku komunikacji, rozmowy o oczekiwaniach - wiem, że dałoby się to wypracować... pracować nad wzajemnym zaufaniem ... nad pracą nad sobą samym ...
ale to zależy od tego żeby zrozumieć swoje błędy i dostrzec co było źle, chcieć poprawić...

chciałabym - szkoda, że on już nie chce....
kurcze, wciąż kocham - minie kiedyś? sad

417 Ostatnio edytowany przez Animus (2013-02-22 00:16:14)

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

[...]
chciałabym - szkoda, że on już nie chce....
kurcze, wciąż kocham - minie kiedyś? sad

Jak kochasz, to nie minie.

"W tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz."

Nie zakładałbym, że nie chce. Może nie wie jak, a "niechcenie" jest asekuracją.

Jedyna metoda: małe kroczki. Żadnych oczekiwań. Żadnej perspektywy. Żadnego proszenia o miłość.

A wyobraź sobie taką sytuację, pukasz, wchodzisz i mówisz:

"Hej mój CIĄGLE BYŁY, mam ochotę się przytulić przez dwie minuty. Chcesz, czy masz coś lepszego do roboty?"

Po dwóch minutach uwieńczonych sukcesem możesz zapytać, jak będzie potrzeba:

"Prolongujemy, czy masz dość?"

Można bardziej "konkretnie", ale może z tym zaczekać na rozwój "niechcenia".

418

Odp: czy warto mieć nadzieję
Animus napisał/a:

Jak kochasz, to nie minie.

Wiesz - kocham - zrozumiałam już po fakcie niestety.
Zawsze mi się wydawało, że to jest człowiek z którym mogę się zestarzeć , nawet teraz kiedy myślę o sobie za 20 lat , to jego widzę przy swoim boku . Nadal chcę się z nim zestarzeć. Znam go, jego ciało, jego emocje, to co lubi a czego nie lubi, na tej bazie  nawet biorąc pod uwagę to co sobie zrobiliśmy - można by stworzyć naprawdę coś pięknego jeszcze - tak mi się wydaje .
To jeśli chodzi o mnie.


Animus napisał/a:

"W tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz."

Nie zakładałbym, że nie chce. Może nie wie jak, a "niechcenie" jest asekuracją.

Jeśli chodzi o niego, mam wrażenie że po prostu ma na tą chwilę inne wymagania, oczekiwania, uważa że nie jest w stanie się zmienić, zmienić spojrzenia na sprawy ... że nie jest w stanie zrozumieć wielu rzeczy a tym samym ich zmienić w sobie.
Na przykład sprawa uzależnień. Widzi tylko to od alkoholu , nie widzi innych.
Nie widzi, że mnie zaniedbywał - widzi tylko tyle, że poszłam w bok bo mi kwiatków nie kupował i na lotnisko nie odwiózł.
Nie widzi , że wszystko to właściwie stało się , bo się od siebie oddaliliśmy , bo on sobie stworzył świat w którym mu wygodnie, a mnie traktował jak część domu , nie jak kobietę która potrzebuje uwagi, troski , zaopiekowania - tak, samemu z siebie żeby to dać, bo się chce a nie bo się proszę. A ja jego nie traktowałam jak mężczyznę tylko jak kolejne dziecko którym trzeba się zaopiekować. Wina pośrodku.
Nie widzi , więc nic z tym robił nie będzie. Jest też bardzo zraniony i ma kompletny brak zaufania, czy za 5 lat nie odwinę mu tego samego numeru - nie potrafi zrozumieć, że jeśli w związku jest prawidłowa komunikacja, jeśli się rozmawia o swoich oczekiwaniach to zna się swoje uczucia, emocje - wie się mniej więcej czego ta druga osoba oczekuje. Albo można wyłapać moment, w którym zaczyna być źle. U nas tego nie było.
Nie znaliśmy  swoich emocji , były dla nas nieważne wzajemnie.
Nasz poziom egzystencji wspólnej był bardzo płytki- tak mi się wydaje.

Animus napisał/a:

Jedyna metoda: małe kroczki. Żadnych oczekiwań. Żadnej perspektywy. Żadnego proszenia o miłość.

A wyobraź sobie taką sytuację, pukasz, wchodzisz i mówisz:

"Hej mój CIĄGLE BYŁY, mam ochotę się przytulić przez dwie minuty. Chcesz, czy masz coś lepszego do roboty?"

Po dwóch minutach uwieńczonych sukcesem możesz zapytać, jak będzie potrzeba:

"Prolongujemy, czy masz dość?"

Można bardziej "konkretnie", ale może z tym zaczekać na rozwój "niechcenia".

Jest tak ... nadal potrafimy zasnąć wtuleni. Wczoraj bardzo brakowało mi ciepła , poszłam do sypialni.
Wczoraj dowiedziałam się, że w marcu czeka mnie pewien zabieg , bardzo się boję - zapytałam czy ze mną pojedzie , powiedział że pojedzie.
Powiedział ostatnio, że pomoże przy przeprowadzce w miarę swoich możliwości.

To nie jest tak, że on nic nie czuje do mnie i jest wredny - ale nie wiem co to jest co czuje. Może po prostu z jego strony pozostała przyjaźń?
Ja myślę, że to rozstanie jest potrzebne nam obojgu.
Już jesteśmy zmęczeni po prostu.
Nie wiem co będzie dalej - kiedy myślę, że mógłby sobie kogoś znaleźć , pokochać - to serce mi pęka.
Może czas wyleczy?

419

Odp: czy warto mieć nadzieję

Kochana, już kiedyś pisałam ci że czas nie leczy ran, ale sprawia że mniej boli - o tym mogę Cię zapewnić.

Czytam twoje posty i wyczuwam naturalną dla tego okresu ambiwalencję. Jednego dnia twoje posty o nim są przepełnione złością i goryczą a następnego dnia piszesz o nim z czułością. To normalne!

To w jaki sposób napisałaś ostatni post - piękne... przepełnione nadzieją. Widzisz ? wszystko zależy od tego z jakiego punktu patrzymy. Jeśli patrzymy przez pryzmat wyrządzonych krzywd przepełnia nas żal, gorycz etc. a jeśli spojrzymy przez pryzmat ciepła, uczuć, emocji związanych z dotykiem, dobrych chwil - jesteśmy pełni nadziei i tęsknoty. Jak znaleźć równowagę ?
Równowagi należy szukać w racjonaliźmie. W tym co chcemy a co możemy osiągnąć. W tym co jest realnie dobre a tym co nam się wydaje,że jest .

Realnie: jeśli szanowny małżonek ruszyłby mózgownicą i poszedł również na terapie - sam z siebie i dla siebie, podjął się pracy nad sobą, poświęcił więcej uwagi rodzinie i w tym samym czasie ty również dokonywałabyś podobnych działań - jest szansa ratować małżeństwo, poprzez budowanie więzi, naukę szacunku, komunikacji etc.....
W momencie kiedy ktoś nie chce podjąć działań ponad te, które dotychczas wykonał i próbował wykonać to jaka jest szansa ruszyć do przodu ? głupi przykład: chcę pokonać większy dystans na rowerze, ale wiem, że dopóki nie naprawię przerzutek to nie osiągnę tego celu - ale stwierdzam że przerzutki to głupi wynalazek i idę w zaparte.  Dwa zakończenia:
1. syzyfowa praca
2.poddaje się, nie dojadę.

Konkludując, wszystko jest możliwe ale trzeba chęci i wszystko mogłoby się odmienić gdyby w jego głowie "styknęły" odpowiednie neurony.

Miej na uwadze również, że kiedy coś się kończy widzimy praktycznie same pozytywne cechy. Często się to zdarza i też często jest to przyczyną tego, że kobiety tudzież mężczyźni wciąż są uwikłani w bezsens związku.

420

Odp: czy warto mieć nadzieję

KGB - tak , masz rację z tymi huśtawkami ... bo było wiele dobrych chwil , ale tez tych złych - kiedy czułam, że jesteśmy tak daleko od siebie że już nawet dla siebie nieważni. I te dobre , i te złe się wspomina , i stąd zależne od tego huśtawki.

Kiedy jestem obok niego, potrafimy sie przytulić , tak normalnie pogadać to wydaje się, że przezwyciężenie wspólne tego co jest - jest możliwe . Kiedy kłócimy się, przerzucamy winą - mamy oboje wrażenie, że ta druga strona nic nie rozumie i nie zrozumie.

Wiem, że widać w moich wpisach tą huśtawkę.

Wciąż trudno mi zaakceptować fakt , że on nie chce mnie już. Gdzieś tam w podświadomości tli się jeszcze resztka nadziei- ale on mi jej nie daje . To moja nadzieja , taka iluzoryczna.

Wiem na rozum, że teraz to już tylko samej trzeba zająć się sobą,  serce nie odpuszcza.
Pewnie dopóki się nie wyprowadzimy - tak jeszcze będzie . A i potem nie minie tak od razu. Ale zajmę sie urządzaniem mieszkania, rozwiązywaniem problemów bieżących , jakoś będzie .

Na teraz - rozum swoje a serce swoje .

421

Odp: czy warto mieć nadzieję

Wieczór.
W osobnej sypialni, szanowny z piwkiem przed kompem , ja przed swoim - bez piwka, bo jutro wykłady, prowadzić będę więc nie ma co szaleć. W ogóle nie mam ostatnio ochoty na alkohol, odrzuca mnie - nawet jednego piwa nie potrafię wciągnąć do porządku.

Dziś z młodszą oglądałyśmy mieszkania, meble na allegro, tapety - zdecydowałyśmy że sobie urządzimy mieszkanie nowocześnie smile
W salonie widzę szarości i turkus , młoda sama sobie tapety wybierze - obiecałam jej , ze sama sobie moze swój pokój zaprojektować.
Jest to jakieś oderwanie od myślenia o emocjach  . Pomaga.

422

Odp: czy warto mieć nadzieję

Dasz radę kobietko, na razie jeszcze dużo tego myślenia o mężu, o tym, co robi  w porównaniu do myśli o wystroju wnętrz w nowym mieszkanku.To normalne, naturalne, ja czuję, że naprawdę go bd mocno kochałaś, że ta miłość jeszcze jest.
Mam wrażenie, że jemu jest tak łatwiej, jeszcze jesteś, nie marudzisz o piwo, ( a nie oszukujmy się komfort picia dla niego ma znaczenie) i nie wyskakujesz z tekstami o Moni.Nie neguję tego, że cię nie kocha, wręcz myślę, że jednak coś do cb czuje, tylko teraz z jego nałogami, tak jest mu prościej.Być może, kiedy zrobi się pusto w jego nowym mieszkaniu, zda sobie sprawę z tego, co stracił.
Mimo wszystko miłego wieczorku, ja sama mam dziś dylematy, czy po naszych przejściach da się żyć jeszcze razem szczęśliwie.Mąż wyjeżdża do pracy za granicę, a ja już tworzę wizję zdrady, kłamstw itp.Typ DDA normalnie, chyba przydałaby mi się jakaś dodatkowa terapia.

423

Odp: czy warto mieć nadzieję
iwetka28 napisał/a:

Dasz radę kobietko, na razie jeszcze dużo tego myślenia o mężu, o tym, co robi  w porównaniu do myśli o wystroju wnętrz w nowym mieszkanku.To normalne, naturalne, ja czuję, że naprawdę go bd mocno kochałaś, że ta miłość jeszcze jest.

jest jeszcze , to prawda ....

iwetka28 napisał/a:

Mam wrażenie, że jemu jest tak łatwiej, jeszcze jesteś, nie marudzisz o piwo, ( a nie oszukujmy się komfort picia dla niego ma znaczenie) i nie wyskakujesz z tekstami o Moni.

staram się trzymać nerwy na wodzy - gdybym się burzyła, wskoczyłby z hasłem, że decyzja podjęta i nie mam nic do gadania w jego sprawach ...
znam go, tak by zareagował najpewniej...

iwetka28 napisał/a:

Nie neguję tego, że cię nie kocha, wręcz myślę, że jednak coś do cb czuje,

też tak myślę, tylko to widocznie za mało .... żeby zawalczyć tak na 100%  ....

iwetka28 napisał/a:

tylko teraz z jego nałogami, tak jest mu prościej.

zgadza się .... mnie też teraz komputer bardzo pomaga ... odciąga od złych myśli ....

iwetka28 napisał/a:

Być może, kiedy zrobi się pusto w jego nowym mieszkaniu, zda sobie sprawę z tego, co stracił.

może tak , ale to taki typ człowieka , że przyjmuje życie jakim jest ... tak po prostu, przechodzi do porządku dziennego i tyle...

iwetka28 napisał/a:

Mimo wszystko miłego wieczorku, ja sama mam dziś dylematy, czy po naszych przejściach da się żyć jeszcze razem szczęśliwie.Mąż wyjeżdża do pracy za granicę, a ja już tworzę wizję zdrady, kłamstw itp.Typ DDA normalnie, chyba przydałaby mi się jakaś dodatkowa terapia.

no niestety , my -DDA mamy trudniejsze życie od tych ze zdrowych rodzin bez obciążeń , doskonale wiem co czujesz - mam podobnie ,
do tego niska samoocena, brak akceptacji siebie ... tylko pogłębiają to co jest ...
żeby się dało tak na "pstryk" zacząć normalnie funkcjonować, ale to niestety ciężka praca nad sobą.... na terapii niestety przede wszystkim ...

424

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Byłam u terapeutki - poruszyłyśmy dziś kilka ważnych kwestii:
- kwestia mojej zbyt krytycznej oceny innych ludzi ,
- kwestia braku przyjaciół i znajomych ,
- kwestia lęku przed otwarciem się przed innymi ,
- kwestia lęku przed pokazaniem swojego prawdziwego oblicza , tego bez makijażu i wrażliwego, uczuciowego z obawy przed odrzuceniem,
- kwestia lęku , że to prawdziwe oblicze może nie zostać pokochane i blokada z tego wynikająca,

Doszłam do wniosku , że dotąd w życiu niewiele dawałam z siebie tej "prawdziwej ja" , wrażliwej, czasem płaczącej, emocjonalnej. Kiedy było mi źle - włączała mi się "złość". Płakałam kiedy nikt nie widział. Mam poblokowane emocje i ogromny opór i lęk przed otwarciem się przed innymi ludźmi. Bo mnie skrzywdzą, bo mnie nie polubią takiej jak jestem, bo mnie nie pokochają, bo mnie nie zaakceptują. Łatwiej jest być twardą babą która ze wszystkim sobie radzi niż otworzyć się przed kimś, dać cząstkę siebie i w jakiś sposób uzależnić się od tej osoby.
Tak naprawdę - tej mojej wrażliwej strony mnie , tej prawdziwie uczuciowej mnie - nikt chyba nie zna. Tylko ja sama.
[...]
Ufff ... sie rozpisałam - dzisiejsza terapia nie była łatwa , ale postanowiłam sie tym z wami podzielić. Też z nadzieją, że może są osoby które czytają mój wątek , a które nie chcą poddać się terapii z powodu niewiary w jej pozytywny skutek.
Jeśli się trafi na dobrego terapeutę - to taka terapia daje naprawdę wiele . Potrafi sprawić, że zaczynamy coraz bardziej rozumieć siebie.
Polecam.

Jakby o mnie napisane wink Ja co prawda dojrzałam już do terapii i nikt wołami mnie od tego nie odciągnie, ale z pewnością wiele osób skorzysta z Twojego doświadczenia smile

kobieta w rozterkach napisał/a:

Wiem, wiem - alkoholicy to świetni manipulanci - potrafią wpędzić w poczucie winy . System iluzji i manipulacji doskonale rozwinięty na poziomie hard. Nie daję się.

Ha, właśnie na innym wątku chwaliłam się, jak to dzisiaj nie pozwoliłam wygrać manipulantowi smile
Ja też kocham, choć czasami nabieram takiego dziwnego dystansu, że wiem iż potrafiłabym żyć bez niego... Napisałam "dziwnego", bo to niepodobne do mnie. A pewnie powinnam napisać "normalnego" wink Zawsze było: albo kochać z całkowitym oddaniem, albo uczucia zamknąć na cztery spusty...

425

Odp: czy warto mieć nadzieję
tezkobieta napisał/a:

Jakby o mnie napisane wink Ja co prawda dojrzałam już do terapii i nikt wołami mnie od tego nie odciągnie, ale z pewnością wiele osób skorzysta z Twojego doświadczenia smile

To byłoby budujące gdyby choć jedna osoba przeczytawszy to - chciała popracować w ten sposób nad sobą wink

tezkobieta napisał/a:

Ha, właśnie na innym wątku chwaliłam się, jak to dzisiaj nie pozwoliłam wygrać manipulantowi smile
Ja też kocham, choć czasami nabieram takiego dziwnego dystansu, że wiem iż potrafiłabym żyć bez niego... Napisałam "dziwnego", bo to niepodobne do mnie. A pewnie powinnam napisać "normalnego" wink Zawsze było: albo kochać z całkowitym oddaniem, albo uczucia zamknąć na cztery spusty...

Skrajności , mało tych "szarych" barw a więcej tych czarnych albo białych . Znam , znam wink
Też kwestia pracy nad sobą - że nie wszystko albo nic , tylko trzeba umieć wypośrodkować.... trudne , ale da się ... ponoć big_smile

426

Odp: czy warto mieć nadzieję

Jadę sie uczyć ... miłego dnia wszystkim odwiedzającym smile

427

Odp: czy warto mieć nadzieję

W dzisiejszych Wysokich Obcasach jest rozmowa "Tyle miłości, ile wolności" z Andrzejem Wiśniewskim, psychologiem i psychoterapeutą. Przeczytaj ją, bo warto.

428

Odp: czy warto mieć nadzieję
Wielokropek napisał/a:

W dzisiejszych Wysokich Obcasach jest rozmowa "Tyle miłości, ile wolności" z Andrzejem Wiśniewskim, psychologiem i psychoterapeutą. Przeczytaj ją, bo warto.

Dziś już nigdzie u mnie na wsi nie dostanę, jutro tym bardziej . Jak się uda w poniedziałek, to kupię - no chyba , że jest gdzieś do dostania on line. Poszukam.
Ale to i tak na nic , mąż trwa w swojej decyzji bardzo stanowczo. Nie widzi ze mną przyszłości i nic na to nie mogę już poradzić sad


Na dziś - jest mi jakoś wyjątkowo ciężko. Od wielu dni aż tak ciężko mi nie było.
Jestem przygnębiona, przybita, czuję bezsens wszystkiego sad
Rozmawiałam z koleżanką na wykładach , która również jest w trakcie rozstania po wieloletnim związku małżeńskim - popłakałyśmy sobie.
Bardzo ciężko mi dziś.... bardzo.

429

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
Wielokropek napisał/a:

W dzisiejszych Wysokich Obcasach jest rozmowa "Tyle miłości, ile wolności" z Andrzejem Wiśniewskim, psychologiem i psychoterapeutą. Przeczytaj ją, bo warto.

Dziś już nigdzie u mnie na wsi nie dostanę, jutro tym bardziej . Jak się uda w poniedziałek, to kupię - no chyba , że jest gdzieś do dostania on line. Poszukam.
Ale to i tak na nic , mąż trwa w swojej decyzji bardzo stanowczo. Nie widzi ze mną przyszłości i nic na to nie mogę już poradzić sad


Na dziś - jest mi jakoś wyjątkowo ciężko. Od wielu dni aż tak ciężko mi nie było.
Jestem przygnębiona, przybita, czuję bezsens wszystkiego sad
Rozmawiałam z koleżanką na wykładach , która również jest w trakcie rozstania po wieloletnim związku małżeńskim - popłakałyśmy sobie.
Bardzo ciężko mi dziś.... bardzo.

Kochana, napisałaś post nr 300...gratulacje:) a taki pełen zwątpienia ten post. Nie myśl tak, ten związek się na teraz zakończył, jeśli tak mogę powiedzieć. na dziś koniec. Jak tu obudzić coś, on nie chce- on sam nie chce to co poradzić? Sama go do chcenia nie przekonasz, ale to przecież wiesz. To co sie dzieje to koniec i początek. Znam parę co rozwiodła się w podobnej stagnacji, koszmarnej niemocy. Po 2 latach brali znów ślub. ale to byli inni ludzie. Ona wiedziała czego chce i na co się godzi a na co nie, on wiedział, że mu zależy.
zobacz, masz dzieci, masz mozliwośc mieszkania. a ja jeszcze biedna se muszę ojca znaleźć, żeby dziecko urodzić. A jak nie to nie, teraz skupiam się na mojej pracy i zmienianiu fryzur.
Trzymaj się

430

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Czytam forum od jakiegoś czasu , ale odwagi brak dotąd żeby napisać. Lęk przed oceną i krytyką - chyba. Ale jednak zdecydowałam sie, jestem na rozstaju.
13 lat życia z mężem -związek zaczął się nie najlepiej - walka  z jego alkoholizmem , ale walczyłam - udało się po kilku latach- dziecko dawało mi siłę . Potem były zadania do wykonania : remont mieszkania, nowy samochód, budowa domu - zadaniowo tworzyliśmy bardzo zgrany tandem. Rzuciliśmy się w wir zajmowania sobie czasu wszystkim tylko nie sobą. Ale mimo wszystko było też zaufanie , miłość - czego zabrakło? rozmów , zainteresowania, troski, emocji , czułości, wspólnego spędzania czasu. Komputer - każdy miał swój , mąż gry on line , ja pewne forum , bez podtekstów czy flirtów, tematyczne . Mąż zaczął spędzać coraz więcej czasu , ja też, bardzo oddaliliśmy się od siebie.  Miłość niezadbana jest smutna.
I stało się, poznałam kogoś kto mi dał to czego nie otrzymałam w małżeństwie. Romans trwał kilka miesięcy, mąż się dowiedział.
Były łzy , chęć wybaczenia i naprawy -  z jego strony bardzo. Z mojej też. Ale coraz więcej czasu zaczął spędzać przy grze zagłuszając emocje , zaczęły się rozmowy przez skype , zamykanie w pokoju , w dodatku zaczął popijać piwo , dla trzeźwego alkoholika to oznacza powrót do nałogu, równia pochyła. Niedawno stwierdził, że nie jest w stanie mi wybaczyć i się z tym sam uporać, poszliśmy na terapię małżeńską. Byliśmy kilka razy. Nie widzę w nim chęci walki . Jest mu dobrze tak jak jest , jak stwierdził - czeka aż problem sam się rozwiąże w sensie, ze może on kogoś pozna albo ja a na razie chciałby trwać w tym co jest . Ja nie chcę - takie zawieszenie sprawia, ze pogłębia się moja depresja. Czasem mam myśli samobójcze. Siły do tego, żeby jakoś się trzymać daje mi córka - bardzo ją kocham.
Minęło 8 miesięcy od tej chwili którą gdybym mogła - cofnęłabym za wszelką cenę.
Kocham męża , ale nie mogę przebić tego muru który postawił wokół siebie. Bardzo cierpię kiedy wracam z pracy i słyszę całe popołudnie i wieczór radosną rozmowę za ścianą kiedy to rozmawia przez skype i gra w tą swoją grę popijając piwko- twierdzi, że z kolegami on line. Mnie nie poświęca już czasu.
Ostatnio rozmawialiśmy sporo o rozstaniu , o kupnie mieszkań , o technicznej stronie rozstania.
Ale mieszkamy jeszcze razem , mam nadzieję - ponoć nadzieja umiera ostatnia.
Bardzo mi ciężko , cierpię , z jednej strony chciałbym być z nim , kocham go - z drugiej zastanawiam się czy po 13 latach życia "obok" jesteśmy w stanie zmienić się na tyle, żeby spełnić swoje oczekiwania , żeby być blisko. No i kwestia zaufania i wybaczenia. On nie wybacza - taki typ, tak twierdzi i ja też wiem że taki jest.
Zastanawiam się od wielu dni , czy warto mieć nadzieję ...

Witam,masz bardzo podobna sytuacje do tej jaka ja mialam-no niestety jestem juz po rozwodzie-mąż podal mnie o rozwod -wyprowadzil sie i po miesiacu wyprowadzki znalazl na necie juz inną i do 3ech miesiecy byl rozwod-ja placze po nocach rozpamietując cudowne wspomnienia z mężem..........faceci po zdradzie zmieniają sie.......oni ntylko mowia ze wybaczaja ale jak tylko sie znajdzie okazja odwetu to ci wyciagaja te zdrade-znajdzie sobie inna bo nie stac go bylo na dojrzale wyjscie z tej sytuacji,,,,yh

431 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-23 21:07:10)

Odp: czy warto mieć nadzieję
pani_zupa napisał/a:

Kochana, napisałaś post nr 300...gratulacje:)

no widzisz , jak zleciało?
pisanie pomaga - naprawdę pomaga , w chwilach zwątpienia...
jestem wdzięczna wszystkim, że dali i dają mi wsparcie - proszę o jeszcze wink , jeszcze długa droga przede mną , będą gorsze i lepsze chwile , jesteście mi potrzebni smile

pani_zupa napisał/a:

a taki pełen zwątpienia ten post. Nie myśl tak, ten związek się na teraz zakończył, jeśli tak mogę powiedzieć. na dziś koniec. Jak tu obudzić coś, on nie chce- on sam nie chce to co poradzić? Sama go do chcenia nie przekonasz, ale to przecież wiesz. To co sie dzieje to koniec i początek. Znam parę co rozwiodła się w podobnej stagnacji, koszmarnej niemocy. Po 2 latach brali znów ślub. ale to byli inni ludzie. Ona wiedziała czego chce i na co się godzi a na co nie, on wiedział, że mu zależy.

tutaj chyba życie napisze inny scenariusz - tak mi się zdaje ...

pani_zupa napisał/a:

zobacz, masz dzieci, masz mozliwośc mieszkania.

tak, mam wspaniałe córki które są dla mnie ogromnym wsparciem - kocham je obie nad życie , są bardzo mądre i dojrzałe - to chyba najlepsze co mi w życiu wyszło smile

pani_zupa napisał/a:

a ja jeszcze biedna se muszę ojca znaleźć, żeby dziecko urodzić. A jak nie to nie, teraz skupiam się na mojej pracy i zmienianiu fryzur.
Trzymaj się

znajdziesz, znajdziesz .... byle nie taki "honorowy dawca" z pilotem tudzież myszką w ręku tylko dojrzały świadomy życia mężczyzna który potrafi się zaopiekować kobietą i rozwiązywać problemy nie chowając się za zamiennikami jak za spódnicą mamuni wink

danika napisał/a:

Witam,masz bardzo podobna sytuacje do tej jaka ja mialam-no niestety jestem juz po rozwodzie-mąż podal mnie o rozwod -wyprowadzil sie i po miesiacu wyprowadzki znalazl na necie juz inną i do 3ech miesiecy byl rozwod-ja placze po nocach rozpamietując cudowne wspomnienia z mężem..........faceci po zdradzie zmieniają sie.......oni ntylko mowia ze wybaczaja ale jak tylko sie znajdzie okazja odwetu to ci wyciagaja te zdrade-znajdzie sobie inna bo nie stac go bylo na dojrzale wyjscie z tej sytuacji,,,,yh

bo po zdradzie już nic nie jest takie samo , już nigdy nie będzie jak kiedyś  , bo skoro zdrada została popełniona - to coś było w związku nie halo...
ale da się - można, czytałam wątki gdzie związki są wiele miesięcy, lat po zdradzie - i dojrzale podeszły do problemu skupiając się na tym co było źle, co poprawić , co można dać z siebie żeby było lepiej, żeby sytuacja się nie powtórzyła, jak być dla siebie wsparciem, jak stworzyć bliskość, odzyskać zaufanie i szacunek...  ale to dotyczy dojrzałych świadomych ludzi - i ciężkiej pracy nad samym sobą i związkiem ...
u mnie też skończy się rozwodem , najpierw musimy uporządkować techniczne sprawy jak sprzedaż domu , zakup mieszkań - a potem dopiero rozwód, tak jest łatwiej od strony formalnej załatwić wszystko...

boję się ... boje się samotności, boje się że nie spotkam już nigdy nikogo kto będzie w stanie mnie pokochać i że ja nie będę już mogła pokochać i zaufać....
boję się samotności - mam 38 lat , nigdy nie byłam sama - pewnie na początku poświęcę się rozwojowi siebie samej i dzieciom ... a potem? na starość nie będzie miał kto podać przysłowiowej szklanki herbaty ...
takie kobiety "z odzysku" , po przejściach w tym wieku - mają szansę na poważny , normalny związek jeszcze?

432

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
pani_zupa napisał/a:

Kochana, napisałaś post nr 300...gratulacje:)

no widzisz , jak zleciało?
pisanie pomaga - naprawdę pomaga , w chwilach zwątpienia...
jestem wdzięczna wszystkim, że dali i dają mi wsparcie - proszę o jeszcze wink , jeszcze długa droga przede mną , będą gorsze i lepsze chwile , jesteście mi potrzebni smile

pani_zupa napisał/a:

a taki pełen zwątpienia ten post. Nie myśl tak, ten związek się na teraz zakończył, jeśli tak mogę powiedzieć. na dziś koniec. Jak tu obudzić coś, on nie chce- on sam nie chce to co poradzić? Sama go do chcenia nie przekonasz, ale to przecież wiesz. To co sie dzieje to koniec i początek. Znam parę co rozwiodła się w podobnej stagnacji, koszmarnej niemocy. Po 2 latach brali znów ślub. ale to byli inni ludzie. Ona wiedziała czego chce i na co się godzi a na co nie, on wiedział, że mu zależy.

tutaj chyba życie napisze inny scenariusz - tak mi się zdaje ...

pani_zupa napisał/a:

zobacz, masz dzieci, masz mozliwośc mieszkania.

tak, mam wspaniałe córki które są dla mnie ogromnym wsparciem - kocham je obie nad życie , są bardzo mądre i dojrzałe - to chyba najlepsze co mi w życiu wyszło smile

pani_zupa napisał/a:

a ja jeszcze biedna se muszę ojca znaleźć, żeby dziecko urodzić. A jak nie to nie, teraz skupiam się na mojej pracy i zmienianiu fryzur.
Trzymaj się

znajdziesz, znajdziesz .... byle nie taki "honorowy dawca" z pilotem tudzież myszką w ręku tylko dojrzały świadomy życia mężczyzna który potrafi się zaopiekować kobietą i rozwiązywać problemy nie chowając się za zamiennikami jak za spódnicą mamuni wink

danika napisał/a:

Witam,masz bardzo podobna sytuacje do tej jaka ja mialam-no niestety jestem juz po rozwodzie-mąż podal mnie o rozwod -wyprowadzil sie i po miesiacu wyprowadzki znalazl na necie juz inną i do 3ech miesiecy byl rozwod-ja placze po nocach rozpamietując cudowne wspomnienia z mężem..........faceci po zdradzie zmieniają sie.......oni ntylko mowia ze wybaczaja ale jak tylko sie znajdzie okazja odwetu to ci wyciagaja te zdrade-znajdzie sobie inna bo nie stac go bylo na dojrzale wyjscie z tej sytuacji,,,,yh

bo po zdradzie już nic nie jest takie samo , już nigdy nie będzie jak kiedyś  , bo skoro zdrada została popełniona - to coś było w związku nie halo...
ale da się - można, czytałam wątki gdzie związki są wiele miesięcy, lat po zdradzie - i dojrzale podeszły do problemu skupiając się na tym co było źle, co poprawić , co można dać z siebie żeby było lepiej, żeby sytuacja się nie powtórzyła, jak być dla siebie wsparciem, jak stworzyć bliskość, odzyskać zaufanie i szacunek...  ale to dotyczy dojrzałych świadomych ludzi - i ciężkiej pracy nad samym sobą i związkiem ...
u mnie też skończy się rozwodem , najpierw musimy uporządkować techniczne sprawy jak sprzedaż domu , zakup mieszkań - a potem dopiero rozwód, tak jest łatwiej od strony formalnej załatwić wszystko...

boję się ... boje się samotności, boje się że nie spotkam już nigdy nikogo kto będzie w stanie mnie pokochać i że ja nie będę już mogła pokochać i zaufać....
boję się samotności - mam 38 lat , nigdy nie byłam sama - pewnie na początku poświęcę się rozwojowi siebie samej i dzieciom ... a potem? na starość nie będzie miał kto podać przysłowiowej szklanki herbaty ...
takie kobiety "z odzysku" , po przejściach w tym wieku - mają szansę na poważny , normalny związek jeszcze?

a co ja mam powiedziec?ja mam 42 lata i w lutym tego roku sąd orzekl na pierwszej juz rozprawie rozwod-mąż mnie podal bo chcial ulozenia sobie zycia przy boku innej...yh ja chcialam dojrzale rozwiazac problem-zaprponowalam mu prace nad naszymi charakterami a on najzwyklej zwial do mamusi i tam go ta jego gąska odwiedza teraz-mlodsza od niego z 3letnim dzieckiem na dodatek,,,,yh-boli mnie jak pomysle o tym wszystkim .....na dodatek ja zostalam sama z utrzymaniem domku i corki 17toletniej-nie mam tez z nikąd pomocy bo nie mam juz rodziców

433

Odp: czy warto mieć nadzieję
danika napisał/a:

a co ja mam powiedziec?ja mam 42 lata i w lutym tego roku sąd orzekl na pierwszej juz rozprawie rozwod-mąż mnie podal bo chcial ulozenia sobie zycia przy boku innej...yh ja chcialam dojrzale rozwiazac problem-zaprponowalam mu prace nad naszymi charakterami a on najzwyklej zwial do mamusi i tam go ta jego gąska odwiedza teraz-mlodsza od niego z 3letnim dzieckiem na dodatek,,,,yh-boli mnie jak pomysle o tym wszystkim .....na dodatek ja zostalam sama z utrzymaniem domku i corki 17toletniej-nie mam tez z nikąd pomocy bo nie mam juz rodziców

Widzę cechy wspólne - mój mąż też uważa, że nie ma nad czym pracować wink
ja pracuję - sama nad sobą teraz , już wypłakałam u psycholożki łzy porażki związku , i ostatnie spotkanie było naprawdę owocne... mam nadzieję, że idzie ku dobremu praca nad sobą... za dużo jeszcze żeby chwalić się sukcesami, ale idzie chyba ku dobremu smile
Ja mam dwie córki , ale moi rodzice żyją i pomagają mi , są wsparciem choć wiem że też mają mi za złe porażkę tego związku .
Na domku nie zostaniemy , jednej osobie ciężko byłoby utrzymać i spłacić druga osobę. Dwa małe mieszkania, to myślę jest dobre wyjście. Nie zarabiam kokosów, ciężko będzie - ale mam nadzieję, że dam radę.

434 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-23 23:24:09)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Właśnie czytam : "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" ... ja pierdziele, że tak powiem yikes
Uśmiałam się jak już dawno nie - świetna książka , no - może w   kilku kwestiach teorie wyolbrzymione , ale daje do myślenia ... polecam smile

435

Odp: czy warto mieć nadzieję

Czytałam zołzy dawno temu, ostatnio ,, miłość wymaga stanowczości'' - jeżeli nie czytałaś to naprawdę warto, szkoda tylko, że tak późno się do niej zabrałam, chyba za późno już na wszystko. Na wysokie obcasy będę polować w poniedziałek, przejrzałam początek artykułu, który wielokropek proponowała i też mnie wciągnęło.

436

Odp: czy warto mieć nadzieję

Kobietko wysłałam ci kilka e-book na maila, w tym również pozycję o której wspomniała nika76. Nie wszystkie miałam okazję przeczytać a też nie wszystkie chciałam ponieważ nie umiem się przekonać do "poradników" typu zołzy, ale wiem że mają dużą grupę zwolenników - dlatego przesłałam ci wszystko co kiedyś dostałam od użytkowniczki tego forum, sama zadecydujesz co chcesz przyswoić smile .

Zachęcam również do nabycia "Sztuka skutecznego porozumiewania się " bardzo cenna książka, zawierająca ćwiczenia ( warto więc nabyć egzemplarz dla siebie ) , napisana przystępnym językiem, jak przeczyta się ją kilka razy to zaczyna "świtać" dlaczego w niektórych sytuacjach mieliśmy/mamy wrażenie że mówimy, prosimy a ktoś i tak swoje smile. Polecam.

Miłego dnia życzę wszystkim czytającym i przesyłam caaaałe mnóstwo pozytywnej energii smile:)

437

Odp: czy warto mieć nadzieję
Wielokropek napisał/a:

W dzisiejszych Wysokich Obcasach jest rozmowa "Tyle miłości, ile wolności" z Andrzejem Wiśniewskim, psychologiem i psychoterapeutą. Przeczytaj ją, bo warto.

Kurcze , specjalnie po wykładach pojechałam do galerii zakupić, zakupiłam z Majewskim na okładce - i nie ma tego artykułu tam - to ma być jakieś inne wydanie? Nic innego u nas w empiku nie było - tylko to ...
A ewentualnie dałoby radę zrobić skan i wrzucić tu, na forum?

nika76 napisał/a:

Czytałam zołzy dawno temu, ostatnio ,, miłość wymaga stanowczości'' - jeżeli nie czytałaś to naprawdę warto, szkoda tylko, że tak późno się do niej zabrałam, chyba za późno już na wszystko. Na wysokie obcasy będę polować w poniedziałek, przejrzałam początek artykułu, który wielokropek proponowała i też mnie wciągnęło.

Zapoznałam się wczoraj z książka którą polecasz - pierwszą połowe przeczytałam wnikliwie , drugą że tak powiem "przeleciałam" wink
Więc tak - pomijając cały aspekt wiary (jestem niewierząca) - wydaje mi się, że chodzi o "twardą miłość" - tak to nazywano na terapii współuzależnień...
Przede wszystkim szacunek do samego siebie , na pierwszym miejscu - potem stawianie granic i egzekwowanie ich. I szacunek do partnera.
Właściwie w każdej z książek dostępnych jest chyba podobnie . Poczytam kolejne ktore dostałam od KGB , to się okaże smile

KGB napisał/a:

Kobietko wysłałam ci kilka e-book na maila, w tym również pozycję o której wspomniała nika76. Nie wszystkie miałam okazję przeczytać a też nie wszystkie chciałam ponieważ nie umiem się przekonać do "poradników" typu zołzy, ale wiem że mają dużą grupę zwolenników - dlatego przesłałam ci wszystko co kiedyś dostałam od użytkowniczki tego forum, sama zadecydujesz co chcesz przyswoić smile .

Dzięki wielkie, będę czytać, czytać , czytać... wink

KGB napisał/a:

Zachęcam również do nabycia "Sztuka skutecznego porozumiewania się " bardzo cenna książka, zawierająca ćwiczenia ( warto więc nabyć egzemplarz dla siebie ) , napisana przystępnym językiem, jak przeczyta się ją kilka razy to zaczyna "świtać" dlaczego w niektórych sytuacjach mieliśmy/mamy wrażenie że mówimy, prosimy a ktoś i tak swoje smile. Polecam.

Oooo, to koniecznie muszę przeczytać - w takim codziennym życiu się przyda , w pracy też.

KGB napisał/a:

Miłego dnia życzę wszystkim czytającym i przesyłam caaaałe mnóstwo pozytywnej energii smile:)

Dzięki wielkie, Tobie też wink

U mnie dziś lepiej - byłam na wykładach , mamy część zajęć łączonych z nową grupą , poznałam nowych ludzi - zawsze to jakaś odmiana smile
Kurcze - jak to jest , ze każdy kto mnie poznaje czuje respekt - ponoć sprawiam wrażenie z wyglądu i obycia twardej , ostrej babki która wie czego chce ... co prawda mam taki dość konkretny jak na babę sposób bycia , i odważna fryzurę - ale żeby się mnie od razu bać ???!!! big_smile Dopiero przy bliższym poznaniu okazuje się, że jednak mam ludzkie odruchy i uczucia wink

Zaraz sprzątać będę chałupę bo jutro przychodzi agent nieruchomości spisać umowę i porobić profesjonalne foty na stronę z ogłoszeniem, bo te moje bidne z kombajna to takie jakieś niewyraźne ...
Zajrzę później , jak się ogarnę z chałupa smile

438

Odp: czy warto mieć nadzieję

Posprzątałam ... stresa mam przed jutrzejszym dniem - ważny dzień , to tak jakby zamknięcie pewnego rozdziału .
Podpiszemy umowę z biurem nieruchomości .
Wiem, że kryzys jest i sprzedaż domu trochę może potrwać - strasznie mnie to męczy . Skoro decyzja podjęta wolałabym to od ręki załatwić. No cóż - nic na to nie poradzę . Przeczekać trzeba . 

Rozmawiałam  z jeszcze mężem na temat psów . Niestety nie poradzę sobie na blokach z dwoma psami - konkretnie chodzi o córkę - nie da razy dwóch naraz wyprowadzać. Chcę żeby On zabrał jednego , jednego weźmie mój tato , i jeden zostanie ze mną plus kot . Taki układ jest do przyjęcia.

Sączę sobie depseradoska - jutro trzeba się zwlec o 6.50 młodą do szkoły zawieźć , koniec ferii.

Dziś mi lepiej ... zobaczymy jutro ...

439 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-25 11:08:33)

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Dziś mi lepiej ... zobaczymy jutro ...

Nadeszło "jutro" - czuję pustkę, smutek ... ale taki stonowany .... bezradność ...
Nie mogłam spać w nocy , córka też nie - jestem niewyspana ...
Ech ... dziś mam takie odczucie , że już nic mnie w życiu nie spotka ...
Przykro mi po prostu że nic nie jest łatwe ....

No nic , trzeba jakoś przeżyć ten dzisiejszy dzień , ciężki moment wizyty Pana od nieruchomości - nie ma co się mazgaić i płakać nad rozlanym mlekiem .
Trzeba iść do przodu .
Ma ktoś pomysł jak odsuwać od siebie smutne , złe myśli kiedy nachodzą? Jak się nie dać im zdominować? jakieś techniki może ktoś wypracował sobie? Chętnie skorzystam z doświadczeń w tym temacie ...

440

Odp: czy warto mieć nadzieję

Kolejny poranek .
Staram się myśleć o sobie - czytam e-boki , oglądam w internecie oferty mieszkań, tapety , meble ... i czas już zacząć przygotowywać się do czerwcowych egzaminów.

Wczoraj był Pan z biura nieruchomości - posiedział godzinkę, zebrał wywiad , foty porobił , odpowiedzieliśmy na pytania - myślałam, że się będę stresować albo czuć ogromny żal z którym nie będę mogła sobie poradzić - bo to w końcu ważny krok naprzód , ale o dziwo - było spokojnie - zero lęku , stresu czy czegokolwiek innego.

Teraz tylko czekać na "oglądaczy" i mam nadzieję kupca zdecydowanego i szybkiego.
Z kupnem mieszkania dla męża nie będzie problemu - nie ma wygórowanych wymagań.
Natomiast znalezienie mieszkania dla mnie i córki będzie trudniejsze , wymagania spore: M3 albo M4 , piętro max.2 , ścisłe centrum miasta , z wyremontowaną kuchnią i łazienką (resztę sobie sama potrafię zrobić , po budowie domu mi zostało wink ) . Mam nadzieję, że się trafi coś fajnego.

Na dziś - sporo pracy się szykuje - jestem ponadto niewyspana znowu - siedziałam do późna przy kompie oglądając mieszkania.

A co do emocji - myślę, że umarła we mnie już ta chęć walki , nadzieja . Jest spokój .
Widzę też w mężu  uprzejmość - i nic ponadto. Może faktycznie wypaliło się w nim wszystko ?

441 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-26 22:48:32)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Wieczór - mam obniżony nastrój znowu. Przygnębienie, zmęczenie , osłabienie ....
Spałam po południu , miałam ochotę tak do rana w opakowaniu przekimać , ale się zreflektowałam i wstałam córkę dopilnować żeby nie poszła spać o 24.
Wzięłam prysznic i chyba znowu pójdę spać ... nie do życia dziś jestem.

Obrazek dodany przez użytkowniczkę

442

Odp: czy warto mieć nadzieję

O rany  - ależ miałam sen , KOSZMAR. Postanowiłam od razu opisać, bo potem zapomnę.
Śniła mi się osławiona Monia i mój jeszcze mąż.
Całego nie pamiętam , ale pamiętam urywki - mieszkaliśmy tak jak teraz- jeszcze razem , ale  mąż odwijał takie numery , że szok. Jak rozmawiali przez telefon , to stał przy mnie i mówił do niej na głos : "kochanie , dobrze , tak zrobię, wiesz że jesteś najważniejsza , oczywiście że przyjadę wieczorem" - po czym kończył rozmowę i z ironicznym uśmiechem twierdził " widzisz? tak się kocha kobietę" .
Innym razem wchodzę do jego pokoju , a tam ona siedzi mu na kolanach i zaczynają się ze mnie śmiać i całować na moich oczach .
A na końcu snu jeszcze mąż stwierdził , że kocha ją nad życie , że ja jestem tylko szmatą w tym domu , nie liczę się, mogłoby mnie nie być. Przez cały sen dawał mi jasno do zrozumienia , że Monię kocha nad życie a ja jestem tu tylko popychadłem .
W tym śnie towarzyszyły takie emocje , tak ogromny ból i zraniona miłość, że normalnie obudziłam się z płaczem. Strasznie w nim cierpiałam.
SZOK ... dawno nie miewałam koszmarów , ale ten był taką emocjonalną młócką , że od razu po wstaniu mam doła sad

443 Ostatnio edytowany przez nika76 (2013-02-27 09:05:55)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Też miewam takie koszmary z udziałem męża, bardzo często budząc się rano zaczynam od razu płakać. Dzisiaj poranek fatalny, znowu ryczałam po przebudzeniu.
Myślę, że sny są wynikiem naszych niepokojów, tego z czym nie możemy się pogodzić.
Mam do Ciebie pytanie: czy rozmawiałaś z psychologiem na temat huśtawek, czemu się tak dzieje, że raz góra, a za chwilę dół. Mam podobnie i zastanawiam się ile taki stan może potrwać.

444 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-02-27 09:32:48)

Odp: czy warto mieć nadzieję
nika76 napisał/a:

Też miewam takie koszmary z udziałem męża, bardzo często budząc się rano zaczynam od razu płakać. Dzisiaj poranek fatalny, znowu ryczałam po przebudzeniu.
Myślę, że sny są wynikiem naszych niepokojów, tego z czym nie możemy się pogodzić.

Tak, chyba masz rację .
Nie potrafię mu uwierzyć że to nie było nic takiego - bo wiem i on wie, że  było , że to było i jest chyba nadal coś dla niego bardzo ważnego.  pomimo tego, że zapewnia inaczej.
Nadal mam ogromny żal do niego i do tej kobiety.
Do niego o to, że wpuścił ją do swojego serca podczas kiedy jeszcze byliśmy małżeństwem. Kiedy potrzebowałam go, jego zaangażowania żeby wyjść z tej pierniczonej depresji, żeby się obudzić. A on po prostu znalazł sobie odskocznię. Nie szukał sposobów rozwiązania swoich i moich problemów, nie zaproponował terapii małżeństw kiedy nie dawał rady ze swoimi emocjami , nie zrobił nic żeby z tym się uporać, tylko zatopił sie w grze  i dał ponieść uczuciu do Moni.
Do niej - że nie mając informacji, że facet jest po rozwodzie , albo że chociaż złożył papiery , wiedząc, że jest żonaty (choćby nie wiem jaki kryzys był w związku) - zabrała się za niego . Że wpieprzyła się ze swoim sercem i buciorami w jego życie.
Tak czuję - że gdyby nie ona , mogłoby jeszcze być inaczej . A on ja wpuścił.
W momencie , kiedy się zaangażowali , już było pozamiatane po raz drugi. Po raz pierwszy pozamiatałam ja - zdradzając. Ale związki wychodzą z takich kryzysów , jeśli oboje chcą. Ja chciałam, ale mam poczucie wewnętrzne , że to przez nią on juz nie chciał ratować tego. Nie mógł dać z siebie więcej. Miał tą furtkę - i ta furtka go blokowała, trzymała.

Jest to dla mnie nadal trudne.
Kocham nadal męża, potrafię czasem przyjść w nocy do jego łóżka i się wtulić, bo tak brakuje mi jego ciepła i miłości.
Staram się go w dzień unikać, bo jest dla mnie bardzo trudny każdy kontakt z nim . Tak po prostu , emocjonalnie.
Teraz już świadomie uciekam do swojego pokoju chroniąc swoją psychikę przed kolejnymi porażkami , odtrąceniami z jego strony. Czytam ebooki , łażę po necie, pogadam trochę z córą.
Nadal zamykam drzwi naszych pokoi , bo mam w sobie ogromny lęk przed tym chyba co zobaczyłam w śnie dzisiejszym . Że usłyszę , jak jej mówi coś co mnie zaboli tak, że nie zniosę tego.
Nie wierzę mu , że nie zostawił sobie furtki, że z nią skończył i nie romansuje . Nie dał mi nigdy żadnych powodów, żebym mu w to uwierzyła.
Mam w sobie nadal tą miłość . Stąd taki strach.
No pacz .. zaś ryczę. Dobrze, że jeszcze jestem sama w pracy i nikt nie musi tego oglądać.


nika76 napisał/a:

Mam do Ciebie pytanie: czy rozmawiałaś z psychologiem na temat huśtawek, czemu się tak dzieje, że raz góra, a za chwilę dół. Mam podobnie i zastanawiam się ile taki stan może potrwać.

Rozmawiałam , psycholożka mówi, że ją to martwi. Że nie potrafię konsekwentnie iść w obranym kierunku (przecież decyzja podjęta) , tylko w sobie się zadręczam .
Mówiła, że to wielopłaszczyznowy problem .
Mieszkamy razem- to dodatkowo utrudnia zamknięcie pewnych rozdziałów.
Ponadto gdzieś w głębi serca mam tą nadzieję, miłość którą starałam się zabić i nie potrafię.
Mam wyrzuty sumienia .
Mam złość na siebie , na męża, na Monię.
Mam ogromne poczucie bezradności i bezsilności .
Taka mieszanka musi powodować huśtawki w zależności od dnia , nastroju.
Myślę, że tylko czas tutaj pomoże. Dużo czasu.

445

Odp: czy warto mieć nadzieję

Mnie dobija ta uprzejmość z jego strony. W sercu inna kobieta i na nic innego wobec mnie nie może się już zdobyć.  Uczucia mam podobne do Twoich - bezsilność wobec tego, co się dzieje, miesza mi się to, co jakiś czas ze wściekłością na niego, na siebie - że jestem taka naiwna, a do tego mam jeszcze poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Mieszanka wybuchowa, dzisiaj idę na zumbę, chwytam się wszystkiego co może te emocje rozładować, bo mam wrażenie, że eksploduję.
Wszystko pomaga na chwilę.

446

Odp: czy warto mieć nadzieję
nika76 napisał/a:

Mnie dobija ta uprzejmość z jego strony. W sercu inna kobieta i na nic innego wobec mnie nie może się już zdobyć.

U mnie tak samo.
Chłodna uprzejmość - zgadza się na wszystko po kolei : poprosiłam o podwózkę w sobotę na urodziny koleżanki z pracy - powiedział, że zawiezie i odbierze, ostatnio zgodził się pojechać ze mną na początku marca na zabieg.
Pod tą uprzejmością naszych jeszcze mężów może kryć się wszystko , wszystkiego po trochu:  niechęć do spięć , potrzeba świętego spokoju, wyrzuty sumienia  , poczucie winy że już nic oprócz tego nie potrafią z siebie nam dać .


nika76 napisał/a:

Uczucia mam podobne do Twoich - bezsilność wobec tego, co się dzieje, miesza mi się to, co jakiś czas ze wściekłością na niego, na siebie - że jestem taka naiwna, a do tego mam jeszcze poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Mieszanka wybuchowa, dzisiaj idę na zumbę, chwytam się wszystkiego co może te emocje rozładować, bo mam wrażenie, że eksploduję.
Wszystko pomaga na chwilę.

Ja wręcz przeciwnie - etap złości mam albo już za sobą, albo jeszcze przed sobą.
Jestem spokojna, osłabiona, tylko bym spała, wiecznie zmęczona, płaczliwa , na nic nie mam siły ani chęci.

447

Odp: czy warto mieć nadzieję

Niestety, również zasilam szeregi kobiet, które chciałyby... tylko mąż nie chce.
Ja nie zdradziłam co prawda, ale zrobiłam wiele, żeby nam się nie udało.
Noszę w sobie ciężar winy.

Od roku mieszkamy ze sobą i od roku wiem, że za chwilę się wyprowadzi. Kolejny termin "ostateczny" to 1 marca.
Nie wiem, czy wyprowadzi się rzeczywiście, czy jest to kolejny termin - straszak.

Wiem jednak, że to dłużej w takiej formie jak teraz trwać nie może.

448

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Niestety, również zasilam szeregi kobiet, które chciałyby... tylko mąż nie chce.

To chyba najgorsze co może usłyszeć kobieta: "przykro mi , nie kocham cie już , nie wyobrażam sobie dalszego życia z tobą" .
Poczucie , że ktoś przestał kochać , szanować, liczyć się z  tobą. Pozbawienie w jednej chwili czegoś ważnego, najważniejszego-miłości.
Współczuję Ci bardzo , wiem co przeżywasz.

Bellatrix napisał/a:

Ja nie zdradziłam co prawda, ale zrobiłam wiele, żeby nam się nie udało.

I tak bywa. Są w życiu różne sytuacje, czasem małżeństwo dopada kryzys .... tylko skoro Ty robiłaś , żeby się nie udało - dlaczego mąż nie walczył o to , żeby się udało?
Jeśli Ty czegoś nie robisz, druga strona powinna zastanowić się co się dzieje złego i starać się rozwiązać problem. Zainteresować się, rozmawiać, szukać problemu i starać się rozwiązać go.
Ktoś zdradził, ktoś drugi nie dbał o to żeby być tym jedynym .... ktoś się nie stara , ktoś drugi to ignoruje .... ktoś się oddala - ktoś drugi nie stara się o to żeby być bliżej. Związek to ciężka praca nad relacjami - OBU STRON.
Więc widzisz - nic nie jest tylko czarne albo tylko białe.

Bellatrix napisał/a:

Noszę w sobie ciężar winy.

Tak jak i ja - ogromny , niestety z tym trzeba nauczyć się żyć. Łatwo nie jest.
Ale winę trzeba na swoje barki brać tylko za siebie , nie za to co zrobił albo nie zrobił mąż.
Na rozpad związku pracują obie strony - tak jak na jego rozwój.
Tak myślę.


Bellatrix napisał/a:

Od roku mieszkamy ze sobą i od roku wiem, że za chwilę się wyprowadzi. Kolejny termin "ostateczny" to 1 marca.
Nie wiem, czy wyprowadzi się rzeczywiście, czy jest to kolejny termin - straszak.

Może on nie chce odejść skoro tak przesuwa terminy , tylko nie wie co ma robić? Może chce ratować związek jeszcze tylko nie wie jak?

Bellatrix napisał/a:

Wiem jednak, że to dłużej w takiej formie jak teraz trwać nie może.

Takie zawieszenie , miotanie jest najgorsze. Jakakolwiek decyzja jest lepsza niż brak decyzji. Napięcie związane z zawieszeniem jest bardzo niszczące. Wiem z doświadczenia.
Ja też chyba jeszcze wewnętrznie nie pogodziłam sie z tym, że go straciłam. Pewnie stąd te moje huśtawki nastrojów.
Ale nie mam pola manewru , pozostało mi przyjąć jego decyzję .
Ale może Ty masz jeszcze jakieś pole manewru . Chcesz  ogóle?

449

Odp: czy warto mieć nadzieję

Nie jest tak, że nie widzę tego, co złe w moim mężu.
Nie bronię go wtedy, kiedy na to nie zasługuje.

On zawinił również - zwłaszcza przez ostatni rok. Zwłaszcza przez to, że w ciągu tego roku ona wciąż była obecna w naszym życiu, a argument, że to tylko rozmowy, do mnie nie przemawia.

Mój mąż chce odejść... przynajmniej tak mówi. Powstrzymują go jedynie względy materialne (sytuacja trochę podobna do Waszej). I mówi to bardzo zdecydowanie, nie dając nawet cienia szansy na próbę odbudowania naszego małżeństwa.

To boli mnie chyba najbardziej. Zdradził, odszedł, wrócił. Ale przez rok od jego powrotu nie czułam nawet raz, że mu zależy na mnie. Nawet raz nie okazał mi uczucia.
To ja prosiłam o szansę dla nas.
A on po prostu mnie zlekceważył.

Mimo wszystko nadal chcę, żeby był ze mną. Ale żeby był naprawdę, nie tylko fizycznie.
Wiem, że tego chcę. Tylko mieć tego nie mogę.

450

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Nie jest tak, że nie widzę tego, co złe w moim mężu.
Nie bronię go wtedy, kiedy na to nie zasługuje.

On zawinił również - zwłaszcza przez ostatni rok. Zwłaszcza przez to, że w ciągu tego roku ona wciąż była obecna w naszym życiu, a argument, że to tylko rozmowy, do mnie nie przemawia.

Tak jak do mnie ten argument tez nie przemawia .
Tym bardziej , że w kilka dni po moim "odkryciu" mieli się spotkać .
Gdybym nie odkryła - byłoby "po" . Mąż sie tłumaczy , że mogłoby do niczego nie dojść.
Nie wierzę - wiem jak to działa, poznałam na własnej skórze - pewnie dlatego nie wierzę.
No i wiem też jak działa "pisanie" , rozmowy przez komunikator głosowy. Człowiek się angażuje, bardzo.
Zaangażował się , powiedział na "świeżo" (a to co powiedziane  pierwsze jest najbardziej prawdziwe) że nie jest mu obojętna, że ją kocha. Z czasem się wycofał z tego, zaczął mnie obśmiewać, że takie pisanie przez internet to nic takiego. Starał się umniejszyć swoją winę, wybielić się.
BZDURA.
To jest coś wielkiego - obca kobieta poznała jego emocje, uczucia, życie , wpuścił ją do swojego serca i życia ... usłyszała słowa które na zawsze już utkwiły mi w pamięci - wielka szkoda, że nigdy nie skierowane do mnie .
To boli , i nie jest to nic takiego.
To zdrada.
Może nawet gorsza niż bzyknięcie jakiejś panienki po pijaku na imprezie.
Bo panienkę na imprezie można bzyknąć jednorazowo nie angażując się w to specjalnie - łatwa to dała. Natomiast wielomiesięczne odkrywanie siebie , swojej duszy, swoich myśli , swoich obaw, swoich oczekiwań (z wzajemnością) przed inną kobietą odstawiając żonę na tor boczny - to boli bardziej niż takie bzyknięcie. Inna kobieta zna najskrytsze pragnienia, emocje , babrze w jego sercu i umyśle. Wiele miesięcy. Na dodatek planują spotkanie i jak piszę "miał pokazać jej jaki będzie czuły" .
No proszę cię - może ściemniać że to nic takiego, ale to chyba okłamywanie już tylko samego siebie. Ja tego nie kupuję.

Nie ma co licytować się "kto bardziej" zawinił. Kogo bardziej zabolało.
Być może mnie zabolało bardziej, że ktoś grzebał w jego sercu niż jego zabolało to to że ktoś dotykał mojego ciała.
Każdy ma inny próg bólu.
To już nieważne.

Bellatrix napisał/a:

Mój mąż chce odejść... przynajmniej tak mówi. Powstrzymują go jedynie względy materialne (sytuacja trochę podobna do Waszej).

Daj mu odejść, nie możesz zrobić nic innego.
Zachowaj szacunek do siebie , nie poniżaj się, nie proś.
Ja prosiłam, rozmawiałam, wybebeszyłam swoje emocje - nie pomogło.

Bellatrix napisał/a:

I mówi to bardzo zdecydowanie, nie dając nawet cienia szansy na próbę odbudowania naszego małżeństwa.

Nie możesz nic zrobić oprócz tego że dasz mu odejść.
Może z czasem , będąc sam - zrozumie co stracił.
Ty zajmij się sobą, swoim rozwojem, hobby , rób sobie małe przyjemności.
Stań się kobietą zadowolona z siebie .
Bądź szczęśliwa z nim, bez niego czy z kimkolwiek innym - może spotkasz na swojej drodze kogoś kto naprawdę cie doceni i pokocha.
Tak powoli zaczynam rozumieć, że szczęście jest w nas samych i przede wszystkim trzeba mieć poczucie własnej wartości i być szczęśliwym samym z sobą.
Tak mądrze wyczytałam z książek.
Wiem, że ciężko to wprowadzić z marszu w życie , ale da się. Robię drobne kroczki , staram się poprawiać sobie nastrój , pracować nad sobą, czytać książki ... nie zawsze sie udaje bo jest to trudne .

Ale może kiedyś będę mogła sobie powiedzieć: tak, akceptuję siebie z całym inwentarzem, ze swoimi wadami i zaletami , jestem wartościową ciekawą osobą , zasługuję na to co najlepsze i po to będę sięgać, mam szacunek do siebie i do swojego ciała i dlatego nie zgadzam się na żebranie o czas i o miłość , nie zgadzam się na ochłapy z pańskiego stołu - mnie należy się to co najlepsze. Pracuję, wychowuję dzieci , uczę się , mam znajomych , mam swoje zainteresowania - jestem bardzo wartościową osobą przede wszystkim dla samej siebie.
I jeśli to osiągnę, jeśli będę mogła stanąć nago przed lustrem i to powiedzieć wierząc, ze tak jest - wtedy znaczyć to będzie że wygrałam z samą sobą . Że inni ludzie tylko powiększają moje szczęście , wzbogacają  mnie - a nie tworzą je bo bez nich jestem nieszczęśliwa. Chodzi mi tu o na przykład mężczyzn.

Bellatrix napisał/a:

To boli mnie chyba najbardziej. Zdradził, odszedł, wrócił. Ale przez rok od jego powrotu nie czułam nawet raz, że mu zależy na mnie. Nawet raz nie okazał mi uczucia.
To ja prosiłam o szansę dla nas.
A on po prostu mnie zlekceważył.

Powiem z ręka na sercu - ja się tak zachowałam po zdradzie.
Co mną kierowało?
Wstyd, wyrzuty sumienia, nie do końca wyleczone z romansu serce, mnogość ambiwalentnych emocji z którymi nie mogłam sobie poradzić. Zamknęłam się w depresji , nie poradziłam sobie z walką o związek wtedy.
Chciałam walczyć dopiero kiedy odkryłam Monię, to dało mi kopa, że przecież tracę osobę którą tak naprawdę kocham.
Jak widać -  obudziłam się za późno, straciłam go.
Nie czekał- znalazł inną , nie chciał mi pomóc z tej depresji się wyrwać. Może nie potrafił?


Bellatrix napisał/a:

Mimo wszystko nadal chcę, żeby był ze mną. Ale żeby był naprawdę, nie tylko fizycznie.

To trudne .
Skoro jego serce należy teraz do kogoś innego, choć w jakiejś części - to on tej części tobie nie da.
Możesz stawać na rzęsach , tańczyć nago na rurze , być wzorową żoną - NIE PORADZISZ. Ponadto on nie ma do Ciebie szacunku, że godzisz się na takie traktowanie.
Co możesz zrobić jeśli chcesz spróbować coś uratować ? Stanowczo dać mu odejść. Wystawić walizki za drzwi ze słowami : " Kocham cię, ale nie godzę się na takie traktowanie , nie uniosę tego. Jeśli zdecydujesz kiedyś, że chcesz być ze mną , to wróć i bądź dla mnie mężem a nie współlokatorem. Ale wiedz, że nie będę czekała wiecznie."
Wiem, też nie chciałam w to jeszcze niedawno uwierzyć.
Ale to jedyne wyjście.
Ja już nie walczę - dlatego tego nie robię.
Zdecydowaliśmy sie rozstać , dojrzałam do tego że nie chcę być z nim  jako człowiekiem takim jaki jest teraz . Człowiekiem dla którego są ważniejsze rzeczy niż szczęście swojej kobiety i walka o rodzinę. Dla którego ważniejsza jest gra i jakaś Monia , które zaważyły na naszym "być albo nie być" w chwili ratowania małżeństwa na terapii na która notabene sam przystał.
Wolę być sama i nie żebrać więcej nigdy u nikogo o czas i uwagę , o miłość.
To na rozum.
Serce jeszcze myśli inaczej, ale powoli mu tłumaczę wink .

Bellatrix napisał/a:

Wiem, że tego chcę. Tylko mieć tego nie mogę.

Teraz nie możesz , jego serce nie należy do ciebie w takiej części , w jakiej byłoby to dla ciebie satysfakcjonujące.
Nie dostrzega tego co masz dla niego, co chciałabyś mu dać i czego chciałabyś od niego.

451

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Starał się umniejszyć swoją winę, wybielić się.
BZDURA.
To jest coś wielkiego - obca kobieta poznała jego emocje, uczucia, życie , wpuścił ją do swojego serca i życia ... usłyszała słowa które na zawsze już utkwiły mi w pamięci - wielka szkoda, że nigdy nie skierowane do mnie .
To boli , i nie jest to nic takiego.
To zdrada.

Zdaje się, że postępowania nasi mężowie mają identyczne. I identyczne tłumaczenia.

Czasem nie wiem, czy on naprawdę nie widzi nic złego w rozmowach z nią (choćby były jedynie przyjacielskie - a tak twierdzi), czy mówi tak, bo chce umniejszyć swoja winę.

Według mnie jeśli przez rok nie potrafił zakończyć z nią znajomości, rozmawiał z nią, żalił się jej na swój nieszczęśliwy los, to to rzutowało na porozumienie między nami. I nadal rzutuje. Dla mnie nie znajdował czasu na normalną rozmowę, wręcz unikał jej. Moje zarzuty traktuje jako czepianie się.
Patrzył i patrzy na mnie przez jej pryzmat, powtarza jej słowa.
Mąż nie chce zrozumieć, że bez zakończenia tej znajomości nam się zwyczajnie nie uda.

Tylko że coraz częściej mam wrażenie, że jemu wcale nie zależało na tym, żeby się udało.
Utrzymanie kontaktu z nią jest dla niego ważniejsze ode mnie.
Nie wiem, czy ja kocha. Możliwe, że nie. Ale ona najprawdopodobniej daje mu to, czego ja dać nie chcę - racji. Ona przyklaskuje jego poczynaniom i wspiera go w tym. Zastanawiam się po co to robi, skoro ma męża i teraz już chyba nie zamierza go zostawiać. Ale może to taki pies ogrodnika - sam nie weźmie i drugiemu nie da.

Mąż nie chce zrozumieć, że mnie jego zdrada boli i rani do żywego. On uważa, że nie da się niczego naprawić, najlepiej odejść i budować sobie szczęście z kimś innym. Twierdzi, że będzie sam. Ale wiem, że w jego przypadku taki stan będzie trwał króciutko. Mój mąż musi być w centrum uwagi.

Musi być dla kogoś całym światem.

kobieta w rozterkach napisał/a:

Nie możesz nic zrobić oprócz tego że dasz mu odejść.
Może z czasem , będąc sam - zrozumie co stracił.

Być może kiedyś zrozumie, ale wątpię, że wówczas zawalczy o nas. To jedno. Drugie - jeśli odejdzie, powrotu już nie będzie. Nie narażę się kolejny raz na taką huśtawkę nastrojów, na traumę, którą tak naprawdę teraz przeżywam.

Wydaje mi się, że jeśli zaapeluję do jego zdrowego rozsądku, to on zrozumie i da nam szansę. Ale wiem, że to tak nie działa. Wiem, że logiki na tę chwile w nim nie ma.
Wiem też, że nie mam żadnego wyboru.

Na innym wątku http://www.netkobiety.pl/p1419871.html#p1419871 (chodzi mi o tę konkretną stronę) Endaluzja pisała o tym, jak walczy o utrzymanie swojego małżeństwa. Jej walka ma sens, bo chcą tego oboje. Ja walczę z wiatrakami.

452

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Zdaje się, że postępowania nasi mężowie mają identyczne. I identyczne tłumaczenia.

Czasem nie wiem, czy on naprawdę nie widzi nic złego w rozmowach z nią (choćby były jedynie przyjacielskie - a tak twierdzi), czy mówi tak, bo chce umniejszyć swoja winę.

Według mnie jeśli przez rok nie potrafił zakończyć z nią znajomości, rozmawiał z nią, żalił się jej na swój nieszczęśliwy los, to to rzutowało na porozumienie między nami. I nadal rzutuje. Dla mnie nie znajdował czasu na normalną rozmowę, wręcz unikał jej. Moje zarzuty traktuje jako czepianie się.
Patrzył i patrzy na mnie przez jej pryzmat, powtarza jej słowa.
Mąż nie chce zrozumieć, że bez zakończenia tej znajomości nam się zwyczajnie nie uda.

Mój też nie zrozumiał.
Też uważał, że wystarczy że powiedział jej że teraz kontakty będą tylko koleżeńskie i to powinno załatwić sprawę mojego zaufania.


Bellatrix napisał/a:

Tylko że coraz częściej mam wrażenie, że jemu wcale nie zależało na tym, żeby się udało.

A wiesz? Ja tez mam takie samo wrażenie w mojej sprawie.

Bellatrix napisał/a:

Utrzymanie kontaktu z nią jest dla niego ważniejsze ode mnie.

Bo jest.
Gdyby nie było - zawalczyłby o Ciebie.
Dla mojego ważniejsze były dwie sprawy - gra , w której notabene codziennie się z Monią kontaktował.

Bellatrix napisał/a:

Nie wiem, czy ja kocha. Możliwe, że nie. Ale ona najprawdopodobniej daje mu to, czego ja dać nie chcę - racji. Ona przyklaskuje jego poczynaniom i wspiera go w tym. Zastanawiam się po co to robi, skoro ma męża i teraz już chyba nie zamierza go zostawiać. Ale może to taki pies ogrodnika - sam nie weźmie i drugiemu nie da.

U mnie inaczej - Monia jest wolna najprawdopodobniej , ma dwoje dzieci . Małych dzieci.
Kobieta która ma dzieci, miała kiedyś męża i wiedząc co może przeżywać żona w takiej sytuacji - weszła w ten układ.
Ona jest dla mnie niczym.


Bellatrix napisał/a:

Mąż nie chce zrozumieć, że mnie jego zdrada boli i rani do żywego.

Nie zrozumie, bo umniejsza.
Nie przyzna się choćby go żywcem przypalali, bo wtedy musiałby dopuścić do siebie jaką krzywdę ci wyrządził.
Nikt nie lubi czuć się winny.

Bellatrix napisał/a:

On uważa, że nie da się niczego naprawić, najlepiej odejść i budować sobie szczęście z kimś innym.

Tak jak mój. Nigdy nie chciał walczyć o ten związek, popłynął z nurtem, wygodnie dla siebie sobie życie ułożył, a potem nie chciał walczyć o nas.
Broni się zdradą moją i uważa, że wszystko co się potem podziało jest moją winą.
Rozumiesz? uważa, że moją winą jest , że zachorowałam na depresję - wymyśliłam ją sobie ponoć  (zdiagnozowaną u lekarza psychiatry) , moja winą jest że nie widać było postępów w wleczeniu i trwało to tak długo (kilka miesięcy), moją winą jest że znalazł pocieszenie w innej kobiecie.

Bellatrix napisał/a:

Być może kiedyś zrozumie, ale wątpię, że wówczas zawalczy o nas. To jedno. Drugie - jeśli odejdzie, powrotu już nie będzie. Nie narażę się kolejny raz na taką huśtawkę nastrojów, na traumę, którą tak naprawdę teraz przeżywam.

Też tak podobnie czuję.
To co przeżyłam w ciągu ostatniego roku było koszmarem . Nigdy wcześniej w tak krótkim czasie nie przeżywałam tak silnych emocji.
Raz w życiu załamałam się tak naprawdę , kiedy nie potrafiłam się podnieść - kiedy swoim piciem tak mnie wykończył psychicznie , że miałam już dość wszystkiego. Po tym załamaniu i interwencji moich rodziców zaczął się leczyć.
Raz w życiu .
A teraz - w ciągu kilku miesięcy miałam już kilka takich załamań , w tym jedno - to ostatnie na tyle poważne, że miałam myśli samobójcze.
Ja też nie chcę więcej tego przeżywać.
Ja wiem, że on po prostu nie chce być dla mnie tym kim ja chciałabym, żeby był - nie chce być blisko. Nie chce pokazywać emocji . Emocje zagłuszył sobie grą i utopił w Moni.

Bellatrix napisał/a:

Wydaje mi się, że jeśli zaapeluję do jego zdrowego rozsądku, to on zrozumie i da nam szansę. Ale wiem, że to tak nie działa. Wiem, że logiki na tę chwile w nim nie ma.
Wiem też, że nie mam żadnego wyboru.

Zdrowy rozsądek w tej sytuacji?
Nie - tylko twoja konsekwencja w działaniu  , obrona swoich granic i godności.

Bellatrix napisał/a:

Na innym wątku http://www.netkobiety.pl/p1419871.html#p1419871 (chodzi mi o tę konkretną stronę) Endaluzja pisała o tym, jak walczy o utrzymanie swojego małżeństwa. Jej walka ma sens, bo chcą tego oboje. Ja walczę z wiatrakami.

Masz rację - ratowanie czy odbudowa związku jest możliwa tylko wtedy kiedy chcą oboje.
U Ciebie nie ma obopólnej woli walki . U mnie też nie było.

453

Odp: czy warto mieć nadzieję

Czytam właśnie książkę "Pokochać siebie" Anny Dodziuk - przeczytałam dopiero 10 stron , a już wiem że to będzie bardzo wartościowa lektura .
Polecam każdemu bez względu na to w jakim zakątku życia się obecnie znajduje smile

454

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

U mnie inaczej - Monia jest wolna najprawdopodobniej , ma dwoje dzieci . Małych dzieci.
Kobieta która ma dzieci, miała kiedyś męża i wiedząc co może przeżywać żona w takiej sytuacji - weszła w ten układ.
Ona jest dla mnie niczym.

Kiedyś mi ta franca powiedziała, że ona zachowała się w ten sposób (tzn.  miała romans z moim mężem), bo jej mąż też jej kiedyś tak zrobił. I ona w ramach odwetu.
Nie wyobrażam sobie zrobić coś takiego drugiej kobiecie, tym bardziej jeśli - jak mówi - sama to przeżyła.
Jakim trzeba być człowiekiem, żeby w ten sposób podchodzić do sprawy...
Poza tym, ona też nie ma dzieci. Szukała po prostu rozrywki w sieci. Tak mi się zdaje.

Rozmawiałaś kiedykolwiek z tą Monią?
Ja próbowałam z babiszonem rozmawiać. W nadziei, że zrozumie, że rani mnie tak samo jak mój mąż, że jeśli utrzymują dalej kontakt, to niszczą również jej męża. Jednak jej bezczelność nie zna granic. Jest po prostu bezczelna. Gdybyś jej posłuchała, miałabyś wrażenie, że masz do czynienia z czystą niewinnością... na wszystko ma wytłumaczenie, na rozmowy erotyczne z moim mężem, na ich wspólne zdjęcia (całujących się). Szkoda gadać nawet.

Kiedyś ktoś mądry mi powiedział: z kochanką męża się nie rozmawia. Żałuję, że nie posłuchałam. G...o, które śmierdzi, omija się z daleka.

kobieta w rozterkach napisał/a:

Nie zrozumie, bo umniejsza.
Nie przyzna się choćby go żywcem przypalali, bo wtedy musiałby dopuścić do siebie jaką krzywdę ci wyrządził.
Nikt nie lubi czuć się winny.

Ta sama mądra osoba zapytała mnie, po co mi to "manie" racji. Wiem, że być może uratowałabym małżeństwo dzięki temu, że zamknęłabym dziób za przeproszeniem i pozwoliła mężowi na swobodne życie. Tylko myślę, że poniekąd jest to kwestia godności... Nie ja zawiniłam w tej sytuacji, starałam się przez ten rok pracować nad swoimi wadami. Zrobiłam dużo. Mąż nawet tego nie zauważył. Tak pochłonęło go niwelowanie własnej winy, umniejszanie jej i zacieranie śladów, że zamknął się całkowicie na mnie. Myślę, że specjalnie wręcz zaniża moją wartość, żeby siebie usprawiedliwić, żeby udowodnić sobie i światu, że musiał ode mnie odejść, bo taką straszną zołzą byłam. Może się mylę i oby tak było, ale jego zachowanie na to wskazuje.

Przyznam, że wczoraj prosiłam go o to, żeby spróbował jednak dać nam szansę... Efekt wiadomy. Żaden. Choć dziś jakby milej ze mną rozmawiał.
Jeden z powodów, jakie podał, to: w niedzielę on nie może pospać, bo co chwilę otrzymuję telefony.
Można śmiać się przez łzy.

kobieta w rozterkach napisał/a:

Masz rację - ratowanie czy odbudowa związku jest możliwa tylko wtedy kiedy chcą oboje.
U Ciebie nie ma obopólnej woli walki . U mnie też nie było.

Gdzieś tu po forum krąży jakaś zasada iluś tam kroków. Jeden punkt jest idealny dla zrozumienia drugiej osoby: nie wierz w słowa, patrz na czyny (jakoś tak to szło). Jednym z błędów, jakie popełniałam, było to, że zbyt wielką uwagę przywiązywałam do słów. Słowa były koszmarne, ale czyny dawały nadzieję. Może gdybym była dobrą obserwatorką, zauważyłabym w odpowiednim czasie, że mąż próbuje się zmienić. Ale nie zauważyłam.

Staram się teraz obserwować i dochodzę do zaskakujących wniosków.
Nie jest tak, że nasi mężowie się zmieniają, że takich ich nie znałyśmy. Oni są tacy sami, jak byli. My też jesteśmy takie same. Zmienia się jedynie relacja.

455

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Rozmawiałaś kiedykolwiek z tą Monią?

Nie - kiedyś napisałam jej tylko na NK już nie pamiętam dokładnie , ale coś w stylu, że zabrała ojca dziecku a mnie męża i nie życzę jej żeby kiedykolwiek doświadczyła takiego bólu. Po czym zablokowała mnie na NK.
To była chwila słabości, nie liczyłam na jakąkolwiek odpowiedź i nie pomyliłam się.
Ale szlag mnie trafił dopiero w momencie , kiedy mój wspaniałomyślny mąż jakiś czas później powiedział mi, że zbyt poważnie to biorę i do tego podchodzę i że Monia też się uśmiała z mojej reakcji na całą sytuację.
Rozumiesz? mój co prawda jeszcze , ale jednak mąż wtedy jeszcze próbujący ratować na terapii związek  (albo udający przed samym sobą że próbuje) pokazał ile ma do mnie szacunku jako też do jeszcze swojej żony - w oczach innych ludzi . Pokazał tym samym, że wolno jakiejś obcej kobiecie naśmiewać się z jego żony, ignorować jego żony uczucia. Tak, tylko że ona wtedy nie była mu już obca - była ważniejsza niż ja.
Rozumiesz?
Byłam w szoku - on nie widział w tym nic niestosownego.
Zresztą - jakoś nie dziwi , niejednokrotnie  mi wmawiał że moje uczucia są nieważne , że wyolbrzymiam albo wmawiam sobie .
Nie liczył się z nimi po prostu.

Bellatrix napisał/a:

Ta sama mądra osoba zapytała mnie, po co mi to "manie" racji.

Tak sobie myślę, że to nie chodzi o manie tej racji . O przegadanie sobie .
Mnie bardziej chodziło o to, żeby zrozumiał - bo ja przyznałam sie do winy , być może zbyt późno ale ukorzyłam sie po tej zdradzie - dotarło do mnie co mu zrobiłam, jak wielką krzywdę wyrządziłam , jak go skrzywdziłam i jak bardzo żałuję . I powiedziałam mu to.
Natomiast chciałam usłyszeć tylko jedno: że on wie co ja czuję kiedy każdego wieczora szedł i idzie do niej do kompa , że zrozumiał jaką krzywdę mi tym wyrządza , że wie jak bardzo mnie ranił i nadal rani i przeprasza mnie za to. W zamian usłyszałam to co już wiesz z wcześniejszych wpisów.
Nie chciałam przepychania kto bardziej a kto mniej winny - ja chciałam tylko, żeby on zrozumiał co mi zrobił, jak ja to przeżywam w sobie i co czuję. Chciałam żeby choć raz nie zignorował tego co ja czuję.
Nie miało nic takiego niestety miejsca.
Zaślepiony swoim cierpieniem i uciekaniem od problemów- nie widział mojego cierpienia.

Bellatrix napisał/a:

Gdzieś tu po forum krąży jakaś zasada iluś tam kroków. Jeden punkt jest idealny dla zrozumienia drugiej osoby: nie wierz w słowa, patrz na czyny (jakoś tak to szło). Jednym z błędów, jakie popełniałam, było to, że zbyt wielką uwagę przywiązywałam do słów. Słowa były koszmarne, ale czyny dawały nadzieję. Może gdybym była dobrą obserwatorką, zauważyłabym w odpowiednim czasie, że mąż próbuje się zmienić. Ale nie zauważyłam.

Może mój też próbował?
Może też nie zauważyłam?
Nie wiem tego.
Widać próby były mizerne.

Bellatrix napisał/a:

Staram się teraz obserwować i dochodzę do zaskakujących wniosków.
Nie jest tak, że nasi mężowie się zmieniają, że takich ich nie znałyśmy. Oni są tacy sami, jak byli. My też jesteśmy takie same. Zmienia się jedynie relacja.

Tu się nie zgodzę - człowiek się rozwija , zmienia w trakcie swojego życia - za tydzień nie będziesz już taka sama, będziesz bogatsza o nowe doświadczenia, nową wiedzę  , z nowym zdaniem na wiele tematów.
Relacja też się zmienia - jest zależna od tego jak bardzo albo jak mało się staramy.

Natomiast teraz wiem na pewno, że zaniedbanie związku na jakimkolwiek etapie , brak komunikacji, oddalenie się od siebie , powoduje kryzys - z którego wiele małżeństw nie wychodzi cało. Bo walka o związek nie zaczyna się kiedy jest  już kryzys - walka o związek to od samego początku staranie się żeby ten związek był jak najlepszy , jak najdojrzalszy i żeby partnerzy czuli się w nim zawsze wzajemnie ważni , docenieni , potrzebni.

Posty [ 391 do 455 z 1 076 ]

Strony Poprzednia 1 … 5 6 7 8 9 … 17 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » czy warto mieć nadzieję

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026