netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

czy warto mieć nadzieję

1 075 odpowiedzi113 961 wyświetleńzałożony przez kobieta w rozterkach, 03.01.2013

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » czy warto mieć nadzieję

Strony Poprzednia 1 … 9 10 11 12 13 … 17 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 651 do 715 z 1 076 ]

651

Odp: czy warto mieć nadzieję

Heee... przez chwilę też tak myślałam:)
Ale pewności mieć nie będziemy:)))

652

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Heee... przez chwilę też tak myślałam:)
Ale pewności mieć nie będziemy:)))

Zaręczam z całą odpowiedzialnością za moje słowa że,nie Jestem mężem kobiety w rozterkach.

653 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-03-28 22:02:47)

Odp: czy warto mieć nadzieję
zagubiona_i_co_dalej napisał/a:

mając kontakt z kochankiem utwierdzasz swojego męża w słuszności podjętej decyzji.

Chciałabym już zamknąć ten etap, żyć dalej bez tego cierpienia i rozpaczy wewnętrznej - pewnie stąd i z wielu innych powodów wznowienie tego kontaktu.
Być może nie jest to najmądrzejsze w świecie posunięcie - czas pokaże, ale tak właśnie staram się zapomnieć o mężu, próbuję tak sobie poradzić z emocjami , z odrzuceniem, brakiem miłości.
Bo wiem, że on mnie już nie kocha a życie jest zbyt krótkie na to, żeby przeżyć je na czekaniu.
Możecie mnie potępić , wysnuwać swoje mądrości życiowe bazując na swoich własnych doświadczeniach , ale nie bierzecie pod uwagę jednej rzeczy.
Nie przyjmujecie tego co ja piszę.
Tak jak mój mąż - nie przyjmuje tego co mu mówię , nie wierzy , nie ufa, nie szanuje. Nie przyjmuje.
Nie rozumiecie i on nie rozumie, że jeśli mówię, że kocham to kocham , że jeśli chcę ratować to chcę ratować , jeśli piszę tu że cierpię wewnętrznie i staram się zagłuszyć rozpacz w sercu po stracie która się stała tak jak potrafię(nie mówię, że mądrze) , to staram sie zagłuszać wszelkimi możliwymi sposobami żeby nie zwariować. Jeśli mówię, że wystarczyłoby jedno jego słowo i ja bym dała z siebie wszystko - a on mi mówi, ze już nie chce- to mnie pozostaje to przyjąć. Jeśli on nie chce mojej miłości , gardzi moją walką i mną - to ja tego nie przeskoczę. Z uczuciami się nie dyskutuje, one po prostu są.


Mam wrażenie, że patrzycie na życie stereotypem : bo małżeństwo trzeba ratować za wszelką cenę. Bo męża / żonę trzeba siłą wręcz, kombinacjami zmusić do tego żeby chciał zostać , żeby chciał kochać i być.
Nie widzicie, że czasem jest tak że można już nie chcieć , że każdy jest dorosły i decyduje za siebie.
Co chcecie mi udowodnić?
Że ja zawiniłam i jak Matka Teresa powinnam siedzieć z balkonikiem w wieku 80 lat na ławeczce i czekać na mężusia , bo może zachce?
Że to ja zawiniłam bardziej i wyrzuty sumienia powinny nie dać mi żyć? Wierzcie - nie dają.
Ale wiem jedno - do ratowania małżeństwa trzeba dwojga. Ja jestem sama. Nie zmuszę go w żaden sposób, żeby chciał.
Pozostaje mi zapomnieć - jak najszybciej, bo cierpienie jest. Pozostaje zamknąć ten rozdział bo już nie chcę więcej dawać sobie nadziei, której on mi cienia nawet nie daje.

Nie patrzcie na mnie jak na potwora - jestem tylko człowiekiem i nie mówię, że moje wszystkie decyzje są mądre. Nie są. Ale radzę sobie z sobą tak jak potrafię na tu i teraz.
Czuję , że decyzja o moim kontakcie z przyjacielem jest społecznie i moralnie nieakceptowana.
Że mnie za nią potępiacie.
Ale każdy ma prawo do szczęścia jak i każdy ma prawo popełniać błędy.
Mój mąż też ich wiele popełnił. Popełniliśmy ten sam błąd. Jego nie potępiacie.
Dlaczego nie mówicie złego słowa na niego? na człowieka który co wieczór krzywdził mnie w niewyobrażalny sposób przez wiele tygodni?
Dlatego, bo uważacie że na to zasłużyłam.
Tylko czy zemsta i zawiść są tu dobrym doradcą? Gdzie tu dojrzałość?
Gdzie jego dojrzałość i stanięcie na wysokości zadania , wkład w ratowanie związku?
Jakiego związku? Związku z uzależnieniem w tle- pomijając wszystkie inne przesłanki potępiacie mnie i namawiacie do czekania na człowieka, dla którego największą na świecie miłością i rzeczą najważniejszą jest kolejne z rzędu uzależnienie. Człowieka, który w doopie miał mnie przez 13 lat i dziecko , które nie zna wzorca prawdziwego poświęcającego czas ojca. Ojca grającego w gry planszowe z dzieckiem, pomagającego odkrywać świat. Namawiacie mnie na czekanie na ojca i męża który najpierw chlał i twierdził, że on nie zrobił mi nic złego tym nigdy, a następnie ojca i męża który z lubością dniami grał na konsoli z bratem, kolegami i w końcu ojca i męża który schowany za swoim monitorem miał w doopie całe moje i córki życie emocjonalne.
Na takiego człowieka każecie mi czekać?
Na takiego który nie zdaje sobie sprawy, że krzywdził już dużo wcześniej, właściwie od początku? Który nigdy mnie nie przeprosił za nic i nie podziękował za to co robiłam żeby on miał i dziecko miało w miarę normalne życie ?
Każecie mi czekać na człowieka uzależnionego, który nie widzi swojej choroby i nie zamierza nic z tym zrobić? Ani się leczyć, ani się rozwijać?
Już pomijając wszelkie inne aspekty tego co sie stało - właśnie dlatego nie powinnam już czekać. Żeby nie skazywać się na kolejne lata życia w samotności w związku . Ja już raz walczyłam z jego nałogiem, wiem jaka to walka. Nie chcę drugi raz - gra i pije piwo. Mieszanka bardzo dla niego zadowalająca - dla trzeźwego do niedawna od lat 8 alkoholika.
Dlaczego ten aspekt pomijacie a skupiacie sie tylko na mojej winie i na tym co powinnam?
Przecież opisałam to wszystko wcześniej.
Mąż nie jest złym człowiekiem - jest tylko niedojrzałym emocjonalnie człowiekiem z osobowością uzależnieniową. Nie leczącym się człowiekiem. Nastawionym podświadomie w swych mechanizmach na ułożenie sobie jak najwygodniejszego życia stwarzającego komfort życia w nałogach - i ja mu to dałam . Silna kobieta która weszła w role opiekuna jak nóż w masło bo sama miała ojca alkoholika.

Tego już nie widzicie, tak?
Czy zdrada jest tu ważna? Tak, jest ważna bo mogłam zakończyć ten związek inaczej niż zdradą. I wyrzuty sumienia i poczucie winy będą mi towarzyszyć do końca życia. Nie musicie mi ich jeszcze wzmacniać. Bo zdradziłam , to powinnam.
Nie , nie powinnam - choćby dlatego, że już nie chcę.
Teraz tylko trzeba czasu i żeby zrozumiało serce, że nie można żyć do końca z człowiekiem dla którego nigdy nie byłam najważniejsza i już nie będę.
Monia - idealnie trafił, dobrali się jak w korcu maku - dniami i godzinami siedzi jak on przy grze on line, cholera wie kto się zajmuje jej małymi dziećmi i z czego ona żyje skoro nie pracuje . Swój do swego ciągnie. Kiedy proponowałam wspólne hobby , zainteresowania stwierdził że nie mamy wspólnych i jedyne co mogę z nim robić to sex i mogę jeszcze grać z nim w tą grę.
To jest zdrowe podejście do życia i ratowania związku? Czy może słowa człowieka uzależnionego od gry on line i nie potrafiącego z niej zrezygnować żeby uratować małżeństwo?
Ja już nie mam siły sie kopać z jego kolejnym uzależnieniem i nie będę na niego czekać.
Niech sobie go zabiera Monia z całym inwentarzem. I nie wciskajcie mi, że coś powinnam.
Bo to co powinnam - robiłam przez 12 lat - dawałam z siebie wszystko żeby ten nasz świat jakoś sie kręcił.
Nie mówimy tu o zdrowych relacjach . To związek mężczyzny uzależnionego z kobietą współuzależnioną.
A tak jak mówiłam - ja już nie mam siły, chęci walczyć o niego. Pozostało mi walczyć o siebie.
Może kiedyś zrozumie, że jego życie nie jest normalne i sięgnie po pomoc lekarską. I zda sobie sprawę jak wiele rzeczy w życiu go ominęło. Albo z Monią zasiądą każde przy swoim kompie z przerwami na sex (jak to mnie proponował) i tak dożyją starości.
To już nie mój problem.
A ja? nie wiem co będzie , ale uważam, że powinnam po prostu żyć.
Korzystać z tego co los podaje na tacy bo nie wiem ile życia jeszcze przede mną. Może umrę za rok na raka czekając aż mąż sie obudzi i mnie pokocha , a może będę miała jutro wypadek samochodowy ... a może za 5 lat umrę na zawał.
Ale przynajmniej będę mogła sobie powiedzieć, że ten ostatni czas był dla mnie. Nie dla niego.
I tyle.


Alterego1 napisał/a:

Nie.Nie Jestem Nim.Ale to prawda.Jestem facetem.Zdradzonym facetem.Może dlatego potrafię tak dobrze Go zrozumieć.Nie wiem.

Też tak dojrzale ratowałeś swój związek jak mój mąż ratował swój?
Tez dawałeś z siebie wszystko - ale innej kobiecie zamiast powiedzieć żonie , ze kochasz , ale jesteś zraniony i nie wiesz jak to posklejać?

654

Odp: czy warto mieć nadzieję

Kobieto w rozterkach.
Tu nie chodzi o mnie tylko o Ciebie.
I uwierz że,nie pisałem tego by Cię w jakikolwiek sposób zranić itp.
Widzę tylko że,nie wiesz co robisz a już to że,wracasz do kochanka to naprawdę przegięcie.
Nierozumiesz że,gdyby tamten Cię kochał i szanował to nie pozwoliłby sobie na ten romans?.On Cie nie szanuje bo Ty nie szanujesz siebie.
Wybacz ale jak tego nie zrozumiesz to nie wyjdziesz na prostą w swoim życiu.
Ty chyba przez to wznowienie znowu zadużyłaś się w tym facecie.Choć facet to za dużo powiedziane w jego przypadku.
Zrozum w końcu że,by dowrtościować samą siebie nie potrzebujesz tego pseudo przyjaciela.Chcesz znowu zaryzykować porządne kopnięcie w 4 litery?.Warto?.
A co na to powiedzą Twoje dzieci?.Myśl też o Nich a nie o sobie.
Ponowie pytanie koleźanki Bellatrix.
Jak to jest z tą Twoją miłością do męża a jak ona się też ma do kochanka?.Kochasz obydwu?.To niemoźliwe.

655 Ostatnio edytowany przez Bellatrix (2013-03-28 22:19:46)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Mylisz się. Nie uważam Cię za żadnego potwora.
Powiedziałam, że zaakceptuje każdy Twój wybór, bo to jest TWÓJ wybór.
Chciałam swoimi postami pokazać Ci, a raczej doprowadzić Cie do wniosku, że nie kochasz swojego męża.
Uświadomić Ci to, co w sumie widać już od dawna.
A wiesz czemu?
Bo wtedy byłoby Ci łatwiej. Gdybyś tę świadomość zyskała.
Nie odnoszę się do Twojego męża, bo nie on jest przedmiotem naszej rozmowy. Tylko TY!

656

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Mylisz się. Nie uważam Cię za żadnego potwora.
Powiedziałam, że zaakceptuje każdy Twój wybór, bo to jest TWÓJ wybór.
Chciałam swoimi postami pokazać Ci, a raczej doprowadzić Cie do wniosku, że nie kochasz swojego męża.
Uświadomić Ci to, co w sumie widać już od dawna.
A wiesz czemu?
Bo wtedy byłoby Ci łatwiej. Gdybyś tę świadomość zyskała.
Nie odnoszę się do Twojego męża, bo nie on jest przedmiotem naszej rozmowy. Tylko TY!

Własnie tak.Gdyby Twój mąż kobieto tu napisał to dostałby to samo co Ty.A może nawet gorzej.Ja Jestem facetem ale jak widzę u innego facia jakieś błędy to nie ma zmiłuj.O ile widzę te błędy.

657

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Zrozum w końcu że,by dowrtościować samą siebie nie potrzebujesz tego pseudo przyjaciela.Chcesz znowu zaryzykować porządne kopnięcie w 4 litery?.Warto?.

Być może ryzykuję kopnięcie.
Ale może jednak da mi to trochę radości , odrobinę szczęścia, zapomnienia.

Alterego1 napisał/a:

A co na to powiedzą Twoje dzieci?.Myśl też o Nich a nie o sobie.

Starsza córka (20 lat) mnie wspiera , uważa że powinnam po prostu żyć dobrze się bawiąc. Że człowiek, dla którego nie byłam najważniejsza na mnie nie zasługuje. Nie neguje mnie za kontakt z przyjacielem - podchodzi do tego że to są moje decyzje i powinnam robić to co daje mi radość.
Młodsza - oczywiście nie rozmawiam z nią na ten temat. Tłumacze jej zawsze, ze to że oboje z ojcem ją kochamy i że jest dla nas obojga najważniejsza. Staram sie poświęcać jej dużo czasu. Może kiedyś mnie potępi a może nie - nie wiem tego.


Bellatrix napisał/a:

Mylisz się. Nie uważam Cię za żadnego potwora.
Powiedziałam, że zaakceptuje każdy Twój wybór, bo to jest TWÓJ wybór.
Chciałam swoimi postami pokazać Ci, a raczej doprowadzić Cie do wniosku, że nie kochasz swojego męża.
Uświadomić Ci to, co w sumie widać już od dawna.
A wiesz czemu?
Bo wtedy byłoby Ci łatwiej. Gdybyś tę świadomość zyskała.

Kocham go na swój sposób - czy gdybym nie kochała tak bym cierpiała i rozpaczała ? czy chciałabym tak bardzo ratować? Czy po 13 wspólnych latach jakiekolwiek by nie były - można nie kochać, nie czuć przywiązania , poczucia straty?
nie da sie tak ...
jest to miłość , ale jak powiedziałaś już gdzieś wcześniej - miłość to nie wszystko....

co do przyjaciela - jest dla mnie na swój sposób ważny , nie jest mi obojętny - ale co to dokładnie jest - czas pokaże...

658

Odp: czy warto mieć nadzieję

Może to wyrzuty sumienia? Przywiązanie? Wspólne życie? Żal za tym, co Was łączyło?

659

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Może to wyrzuty sumienia? Przywiązanie? Wspólne życie? Żal za tym, co Was łączyło?

Na pewno to wszystko też.

660

Odp: czy warto mieć nadzieję

Przemyśl sobie dokładnie to wszystko, co dziś tu zostało powiedziane.

661

Odp: czy warto mieć nadzieję

Ok.Nie mam już siły Ci tego tłumaczyć.
Popłyń z prądem jak nastolatka bo taką przedstawiasz teraz tezę.
Tylko pomyśl czy dla tych kilku chwil w ramionach pseudo przyjaciela warto stracić szacunek do samej siebie?.
PS. co do przyjaciela - jest dla mnie na
swój sposób ważny , nie jest mi
obojętny - ale co to dokładnie jest -
czas pokaże...
To jest potwierdzenie tego że,nie kochasz męża.Nie wypieraj się że nie.
Gdybyś kochała to ten pseudo przyjaciel nie istniałby dla Ciebie.
To stara prawda jak świat światem stoi.Z tym nastawieniem to całe Twoje chciejstwo naprawy od początku było palcem na wodzie pisane.
Widać już jasno że,od pewnego czasu jestes znowu pod jego wpływem.Niestety.
Napiszę Ci to jako facet.
Gdybym był na Jego miejscu zanim doszło do tego romansu i znałbym zasady które Ja znam to mogłabyś tańczyć przede mną nawet nago i nie ruszyłoby mnie to.Dlaczego?.
Bo mam zasady.A jedną z nich jest to żę mężatek/zajętych się nie rusza.
A gdybym zrobił to jak On to wstyd nie pozwoliby mi spojrzeć Tobie w oczy.
Nie będę pisał bardziej dosadnych okresleń na temat tego gościa bo nie chcę zniżać się do Jego poziomu.
Jeszcze jedno.
Czytasz tu historie od jakiegoś czasu więc zwróć szczególną uwagę na to co piszą mężczyźni po zdradzie ich ukochanej osoby.Może to da Ci coś więcej do myślenia.

662 Ostatnio edytowany przez Alterego1 (2013-03-28 23:01:25)

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Może to wyrzuty sumienia? Przywiązanie? Wspólne życie? Żal za tym, co Was łączyło?

Tylko tyle?.A gdzie jest ta miłość?
PS.Do admina.
Sorry źe,tak post pod postem ale nie dałem rady wkleić w jednym poście wszystkiego

663

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Przemyśl sobie dokładnie to wszystko, co dziś tu zostało powiedziane.

Będzie to możliwe tylko pod jednym warunkiem.Jak uwolni się od wpływu kochanka.W tym jest problem od samego początku.

664

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Czytasz tu historie od jakiegoś czasu więc zwróć szczególną uwagę na to co piszą mężczyźni po zdradzie ich ukochanej osoby.Może to da Ci coś więcej do myślenia.

Mężczyźni są różni .
Nie każdy odczuwa tak samo , nie każdy wybacza, nie każdy chce ratować, nie każdy kocha nadal, niektórzy są bardziej dojrzali inni mniej.
Mężczyzna też człowiek . Ja tez jestem człowiekiem i wiem co przeżywałam kiedy dowiedziałam się o Moni, i kiedy mi powiedział że ją kocha. Mogę sobie wyobrazić właśnie dlatego to co on przezywał.
Mogę postawić się po dwóch stronach barykady i powiem Ci jedno - zdrada to nie wszystko. Najważniejsze umieć ogarnąć emocje po zdradzie i zdecydować czego się chce dalej. On zdecydował, bo nie potrafi mi wybaczyć. Ja bym potrafiła. Więc sam widzisz - nie uogólniaj i nie sądź tylko na podstawie siebie i wpisów na tym forum .

665

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
Alterego1 napisał/a:

Czytasz tu historie od jakiegoś czasu więc zwróć szczególną uwagę na to co piszą mężczyźni po zdradzie ich ukochanej osoby.Może to da Ci coś więcej do myślenia.

Mężczyźni są różni .
Nie każdy odczuwa tak samo , nie każdy wybacza, nie każdy chce ratować, nie każdy kocha nadal, niektórzy są bardziej dojrzali inni mniej.
Mężczyzna też człowiek . Ja tez jestem człowiekiem i wiem co przeżywałam kiedy dowiedziałam się o Moni, i kiedy mi powiedział że ją kocha. Mogę sobie wyobrazić właśnie dlatego to co on przezywał.
Mogę postawić się po dwóch stronach barykady i powiem Ci jedno - zdrada to nie wszystko. Najważniejsze umieć ogarnąć emocje po zdradzie i zdecydować czego się chce dalej. On zdecydował, bo nie potrafi mi wybaczyć. Ja bym potrafiła. Więc sam widzisz - nie uogólniaj i nie sądź tylko na podstawie siebie i wpisów na tym forum .

Czyli lepiej zrezygnować?.W imię czego?.

666

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:
Bellatrix napisał/a:

Przemyśl sobie dokładnie to wszystko, co dziś tu zostało powiedziane.

Będzie to możliwe tylko pod jednym warunkiem.Jak uwolni się od wpływu kochanka.W tym jest problem od samego początku.

Znowu mylisz się myśląc, że tak wielki wpływ ma na mnie. Rok nie miałam z nim kontaktu. Naprawdę próbowałam ratować moje małżeństwo i nie myślałam o nim zbyt często.
Czemu teraz się skontaktowałam? Bo chcę skorzystać z tej szansy ... jak będzie z tego coś fajnego, to będzie ... jak nie to nie. Nie trzymam się go kurczowo ... mylisz pojęcia.

667

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Czyli lepiej zrezygnować?.W imię czego?.

ale z czego zrezygnować.... z człowieka , który mnie już nie kocha i dla którego zawsze na pierwszym miejscu było coś innego , nie ja?
przeczytałeś dokładnie to co napisałam o tym jak wyglądało nasze życie? przeczytałeś o tym, że on najpierw musi się leczyć z uzależnień a dopiero później zrozumieć cokolwiek?
bo mam wrażenie, że piszesz tylko przez pryzmat mojej zdrady chcąc wzbudzić moje poczucie winy ....

668

Odp: czy warto mieć nadzieję

Mylisz się.
Piszę byś zrozumiała samą siebie.
PS.Słyszałaś o tzw.syndromie małpki?.

669

Odp: czy warto mieć nadzieję

Bellatrix zapytała mnie na priv czy kocham męża czy wyobrażenie o nim ... to bardzo dobre pytanie jest. I tak cholernie trudna odpowiedź.
Chyba kocham to , że był. Tak po prostu - można kochać kogoś za to tylko, że jest? chyba można.... tak mi się wydaje ...
I bardzo mi żal tego, że nie był jaki mógł dla mnie być. Tak jak ja nie byłam dla niego też taka jakiej oczekiwał.

670 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-03-28 23:21:38)

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Mylisz się.
Piszę byś zrozumiała samą siebie.
PS.Słyszałaś o tzw.syndromie małpki?.

Nie słyszałam , teraz poczytałam.
Zbyt szybkie wejście w nowy związek.
Niewątpliwie jest zbyt szybkie - choć nie wiem czy to w ogóle będzie jakiś związek (czas pokaże) , ale jak to ujęła Bellatrix - to dla mnie w tej chwili jest klin klinem. Pewnie nie jest dobre , ale może tego właśnie teraz potrzebuję żeby o mężu zapomnieć. Bo muszę to zrobić, zapomnieć o tym co w sercu. Powody były wymienione już 1000 razy , więc nie będę się powtarzać.
Nie zmuszę do chcenia męża, a sama nie uratuję.
I już nawet nie chcę - na rozum ... choć serce jeszcze nie przyjmuje.

671

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
Alterego1 napisał/a:

Mylisz się.
Piszę byś zrozumiała samą siebie.
PS.Słyszałaś o tzw.syndromie małpki?.

Nie słyszałam , teraz poczytałam.
Zbyt szybkie wejście w nowy związek.
Niewątpliwie jest zbyt szybkie - choć nie wiem czy to w ogóle będzie jakiś związek (czas pokaże) , ale jak to ujęła Bellatrix - to dla mnie w tej chwili jest klin klinem. Pewnie nie jest dobre , ale może tego właśnie teraz potrzebuję żeby o mężu zapomnieć. Bo muszę to zrobić, zapomnieć o tym co w sercu. Powody były wymienione już 1000 razy , więc nie będę się powtarzać.
Nie zmuszę do chcenia męża, a sama nie uratuję.
I już nawet nie chcę - na rozum ... choć serce jeszcze nie przyjmuje.

Ok.To chociaź uratuj samą siebie.
Mam nadzieję że,kiedyś to zrozumiesz.Oby nie było za późno...dla Ciebie.
Dobranoc

672 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-03-29 12:10:54)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Obrazek dodany przez użytkowniczkę


Alterego1 napisał/a:

Ok.To chociaź uratuj samą siebie.
Mam nadzieję że,kiedyś to zrozumiesz.Oby nie było za późno...dla Ciebie.

Życie jest tylko jedno. Każdy ma prawo do dążenia do szczęścia. Zawsze jest jakieś ryzyko, że coś nie wyjdzie. Czy wychodząc za mąż zakładałam rozpad tego związku ? Nie.
Teraz tez nie wiem co mnie czeka, ale ...

Obrazek dodany przez użytkowniczkę

673

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

http://dajlajka.pl/obrazki/aa9a03a0eb6c … 889436.jpg


Alterego1 napisał/a:

Ok.To chociaź uratuj samą siebie.
Mam nadzieję że,kiedyś to zrozumiesz.Oby nie było za późno...dla Ciebie.

Życie jest tylko jedno. Każdy ma prawo do dążenia do szczęścia. Zawsze jest jakieś ryzyko, że coś nie wyjdzie. Czy wychodząc za mąż zakładałam rozpad tego związku ? Nie.
Teraz tez nie wiem co mnie czeka, ale ...

http://www.demotywery.pl/uploads/2011_0 … e-Zyje.jpg

Ale nie po trupach do celu kobieto w rozterkach.Nie po trupach.
Można osiągać swoje życiowe cele w inny sposób.

674

Odp: czy warto mieć nadzieję

Tak pewnie myślał mój mąż jak wdał się w romans.
A tak swoja drogą, to właśnie pomyśl..., żyje się tylko raz.
Jeszcze się nawet nie wyprowadziłaś. Jeszcze wspólne mieszkanie.
Nie mogę czytać jak piszesz o miłości do męża. O tym, że Ci szkoda.
To wydaje się być takie nieszczere.

675 Ostatnio edytowany przez Alterego1 (2013-03-29 13:44:55)

Odp: czy warto mieć nadzieję
bet napisał/a:

Tak pewnie myślał mój mąż jak wdał się w romans.
A tak swoja drogą, to właśnie pomyśl..., żyje się tylko raz.
Jeszcze się nawet nie wyprowadziłaś. Jeszcze wspólne mieszkanie.
Nie mogę czytać jak piszesz o miłości do męża. O tym, że Ci szkoda.
To wydaje się być takie nieszczere.

Dziwne.Ja też mam takie odczucie.Ba.Będąc na miejscu Jej męża po przeczytaniu tego wątku zachowałbym się podobnie jak On.
Tzn.Nie dałbym Jej szansy bo nie wierzyłbym w szczerość Jej intencji.
Zauważalne też jest że,od pewnego czasu Jej posty róźnią się od początkowych.Co jest tego powodem?.Pewnie wiele ale jednym pewniakiem jest odnowienie kontaktu z pseudo przyjacielem.To fakt a nie przypuszczenie.
PS.Kobieto w rozterkach.Mam prośbę.
Jeśli możesz to postaw się w sytuacji męża i postaraj się ocenić swoje postępowanie,począwszy od początku romansu aż do dzisiaj.
Czy będąc na Jego miejscu,mając też w perspektywie związek z inną kobietą,uwierzyłabyś i dałabyś kolejną szansę?.Chciałabyś tego?
Nie musisz publicznie odpowiadać na to pytanie.Zrób to w swoim sercu.

676

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Ale nie po trupach do celu kobieto w rozterkach.Nie po trupach.
Można osiągać swoje życiowe cele w inny sposób.

Cel życiowy. Nie mam w  tej chwili żadnego.
Sprzedam dom, kupie mieszkanie . Będę samodzielna , samowystarczalna.
Żyję chwilą.
O jakim celu życiowym mówisz?

bet napisał/a:

Tak pewnie myślał mój mąż jak wdał się w romans.
A tak swoja drogą, to właśnie pomyśl..., żyje się tylko raz.
Jeszcze się nawet nie wyprowadziłaś. Jeszcze wspólne mieszkanie.

Tak, podczas ostatnich kilku miesięcy mój jeszcze mąż trzymał kontakt z inną kobietą.
W perspektywie chciał ją poznać wcześniej czy później. Wiąże z nią plany , miał cały czas u niej "furtkę".
Podczas tego całego czasu który był miał i tego który będzie miałby z nią kontakt i wiedział, że ona czeka na niego , że wystarczy jedno jego słowo.
Wiedział, że ma coś w perspektywie , był i jest spokojny. Zdecydowany , że nie chce już mnie i tego małżeństwa.
Mówi: "trudno, nie wyszło misiu".
I tak byłby z nią , jakkolwiek by nie było , wybierał się na zlot w lipcu na którym i tak by się spotkali, bo to zlot z jego gry. Myślicie, że czytaliby tam poezję?
Moja informacja o kontakcie z przyjacielem była dla niego tylko bodźcem :teraz już mogę. Przyspieszyła tylko sprawę.
Miałam oczywiście nadzieję, że usłyszę " nie róbmy tego, spróbujmy" - myślałam, że może poczuje że mnie traci i coś się w nim obudzi. Zapytałam go wtedy o to, powiedziałam że ja nadal czekam i wystarczy jedno jego słowo że jednak chce ratować i  zerwę ten kontakt .
Ale niestety nie. Pokazał w tym momencie na czym mu najbardziej zależy . I ok - jasne postawienie sprawy.

A ja co ...
Mam się zamęczać czekając .... na co, przepraszam?
Sprzedaż domu może trwać nawet rok.
Przez rok mam siedzieć i patrzeć , cierpieć  wiedząc że ona jest w jego sercu ? A w lipcu gryźć ściany jakby pojechał podczas kiedy ja tu na niego jednak czekam?
Mam siedzieć i się kiwać jak jeszcze niedawno patrząc w ścianę i zagłuszać muzyką rozmowy dochodzące z jego pokoju?
Mam sobie odmawiać szansy przeżycia czegokolwiek ? szansy na być może szczęście?

Być może jest to klin klinem , a nawet na pewno - ale przedstawiłam tak sprawę przyjacielowi , i on wie. Powiedziałam mu, że nie wiem czy coś z tego będzie , ale postanowił spróbować dać nam szansę na to co będzie - cokolwiek to będzie. Postawiłam sprawę uczciwie. Tak, być może to egoistyczne podejście , niemądre. Ale jest jakieś. Jest mi łatwiej z tym, że mam wsparcie u kogoś podczas kiedy jeszcze mąż już sobie układał i układa życie z kimś innym.
Nie będę czekać  bo się zestarzeję w tym oczekiwaniu.
Czekałam, nawet wtedy kiedy z nią gadał każdego wieczoru w grze , czekałam aż rzuci tym pieprzonym uzależnieniem i dostrzeże to co najważniejsze - rodzinę. Miałam nadzieję, ze zachowa sie dojrzale tak jak ja się kiedyś nie zachowałam .... ale nie doczekałam się i sie nie doczekam. Bo gra i Monia mu przesłaniają to co z w życiu ważne,. Bez leczenia sie od tego nie uwolni, nie popracuje sam nad swoimi emocjami , nie da rady.
Ale już o tym pisałam.
Klin klinem - tak, to jest dobre określenie tego co się dzieje.
Może okazuje tym brak szacunku do siebie.
Możecie mnie potępić , ale inaczej cierpiałabym znacznie bardziej. Nie chce już cierpieć.

bet napisał/a:

Nie mogę czytać jak piszesz o miłości do męża. O tym, że Ci szkoda.
To wydaje się być takie nieszczere.

Myśl co chcesz. Nie wiesz co jest w moim sercu.
Kocham - i dla swojego zdrowia psychicznego muszę przestać jak najszybciej .
Mąż nie dał mi nadziei na bycie razem.
Jak inaczej mam ci to napisać?
Co mi da , że będę cierpieć kolejne miesiące patrząc jak popołudniami i wieczorami zamyka się z nią w pokoju?
Da mi coś , że będę siedzieć na doopie i się zadręczać?
Nie da.
Być może kontakt z przyjacielem nie jest dobrym pomysłem w chwili tak dużego rozchwiania emocjonalnego , ale przynajmniej już nie płacze tak często wieczorami i niem koszmarów nocnych z Monią i moim jeszcze mężem w rolach głównych.

Szkoda życia na  mrzonki.
Szkoda patrzeć na starzejące się ciało będąc samemu.
Szkoda nie wykorzystać szansy na być może szczęście.
Szkoda czasu na czekanie które skończy się niedoczekaniem. 
Szkoda życia , szkoda czasu. Nie wiem ile mi go jeszcze zostało. Każdy dzień może być ostatnim. Ale przynajmniej przeżyję go dla siebie , a nie dla kogoś kto mnie już nie chce.

Rozumiem natomiast Wasz stosunek do tego co się dzieje ... to niezgodne z normami etycznymi i moralnymi w tym kraju niby katolickim. Tylko że ja już dawno przestałam się przejmować tym co ludzie gadają... gadali, gadają i gadać będą.
Ważne , żeby w  życiu szukać szczęścia i być szczęśliwym. Jeśli nie tak, to inaczej .
To nie jest za wszelką cenę .... teraz to już jest "pomimo".
I tyle .

677

Odp: czy warto mieć nadzieję

No tak.Czyli wracasz do punktu wyjścia.
Nie lepiej odciąć to co było i iść dalej?.Przed siebie?.
Jesteś tu już dość długo wiec znasz zapewne mętodę bagsa.Stosowałaś już ją?.Wiesz co ma na celu?.

678

Odp: czy warto mieć nadzieję

Kobieto w rozterkach, nie oceniam Cię. Piszę o tym jakie są moje odczucia czutając Twoje posty.
I zastanawia mnie czemu się tak bronisz..., jakbyś chciała innych przekonać do swoich racji pisząc, że nie przejmujesz się opinią innych.
Pisać, że się kogoś kocha jest pieknie...

679

Odp: czy warto mieć nadzieję
bet napisał/a:

Kobieto w rozterkach, nie oceniam Cię. Piszę o tym jakie są moje odczucia czutając Twoje posty.
I zastanawia mnie czemu się tak bronisz..., jakbyś chciała innych przekonać do swoich racji pisząc, że nie przejmujesz się opinią innych.
Pisać, że się kogoś kocha jest pieknie...

Dokładnie.
Podobno nie po słowach a czynach Nas osądzać będą.

680

Odp: czy warto mieć nadzieję

Zastanawia mnie jeszcze jedno.
Dlaczego skupiasz się na winie męża i swojej za rozpad związku a jednocześnie wcale nie bierzesz pod uwagę winy tego pseudo przyjaciela.
Wypowiadasz się o Nim tak pozytywnie nie dostrzegając tego że,gdyby nie On(i Ty oczywiście)to Twój mąż nie miałby teraz tej Moni itd.
Czy może jest tak że,Ty kochasz tego kochanka a z mężem to raczej przyzwyczajenie lub coś w tym stylu?.

681

Odp: czy warto mieć nadzieję

Witajcie czytający wątek kobiety, nie było mnie chwile i zanim przebrnęłam przez zaległe posty "spuchła mi głowa " - straszny chaos - zapewne wynikający z tego, że tak właśnie jest teraz w głowie kobiety w rozterkach .

Kobietko, czytając twoje wypowiedzi można się zakręcić. Piszesz o walce i miłości do męża, za chwilę w tonie pretensjonalnym piszesz do użytkowników, którzy sugerują żebyś walczyła ( czekała ) - to świadczy o tym jak bardzo się już pogubiłaś, jak bardzo rozchwiane emocje teraz tkwią w tobie.
Skupię się teraz chwilę na mężu, chociaż nie wiem co jeszcze mogę dodać. Twój rozsądek wszystko wie, jeśli chodzi o serducho hmm zastanawiam się na ile potrafisz nazwać uczucia.
Czy to co czujesz to szeroko rozumiana miłość?, czy np. poczucie straty ? uczucie porażki ? uczucie obawy  " co dalej, przecież pół życia byłam z nim , miałam męża, dom rodzinę jak to teraz będzie " ?

To wszystko zrozumiałe, te wszystkie uczucia towarzyszą zawsze przy rozstaniu ale nie zawsze oznaczają, że się kogoś kocha. Ale to już kwestia subiektywna i ja nie będę narzucać swojego zdania bo sama najlepiej wiesz co czujesz, wspomniałam o tym aspekcie bo warto wziąć pod uwagę.

Wasze małżeństwo jest fikcją od dawna, co zdecydowanie przyczyniło się do tego że w waszym życiu pojawił się ktoś trzeci, teraz znowu się ktoś pojawił. Serio myślisz, że dałoby się to naprawić ?
Wiesz dlaczego ktoś tu napisał, że nie walczysz tak naprawdę ? bo nie walczysz! tylko mówisz, sygnalizujesz mężowi "Halo, ja czekam" - czekasz i co ? i nic więcej a wiesz dlaczego ? bo wcale nie jesteś przekonana o tym , że chcesz nadal tego, że jest o co walczyć. Bo o co ? doskonale wiesz Ty i każdy kto miał do czynienia z nałogowcem, że nie ma o co walczyć.
Dając mu wolność, uwolnisz sama siebie. Odetchniesz.
Jak napisałaś o tym, że ta monia jest jego żoną w grze to mój poziom zażenowania przekroczył znacznie granice. Co za absurd 40 - dziestoletni chłop uwikłany w  wirtualny związek. Kochana czy ty to widzisz ? czy naprawdę robi na tobie wrażenie ten człowiek ? to daremne.... nie ma czasu dla córek bo woli się bawić w sieci z wirtualną żoną. Czy ty słyszysz jak to brzmi ? czy naprawdę jesteś gotowa zniżyć się do takiego poziomu ?   

Powiedziałam ci już jak to wygląda. Wiem, że bardzo boli odrzucenie ale przeżyjesz, musisz zaakceptować ten ból i będzie ci łatwiej przez to przebrnąć.

Kilka zdań w temacie "przyjaciela". Odnowienie kontaktu - robisz to na co masz ochotę, nawet jeśli miałabyś go traktować instrumentalnie to umówmy się : chłop jest dorosły i sam wyznacza granice jak traktują go ludzie.
Mam jednak nadzieję, że nie myślisz o tej znajomości w kategoriach romansu, związku ? Jest zdecydowanie za wcześnie aby decydować się na takie kroki i nie ma sensu bardziej bałaganić sobie w życiu.

682

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Dziwne.Ja też mam takie odczucie.Ba.Będąc na miejscu Jej męża po przeczytaniu tego wątku zachowałbym się podobnie jak On.
Tzn.Nie dałbym Jej szansy bo nie wierzyłbym w szczerość Jej intencji.
Zauważalne też jest że,od pewnego czasu Jej posty róźnią się od początkowych.Co jest tego powodem?.Pewnie wiele ale jednym pewniakiem jest odnowienie kontaktu z pseudo przyjacielem.To fakt a nie przypuszczenie.

Moje początkowe wpisy były bardzo emocjonalne, miałam w sobie ogromne poczucie winy i silną wolę walki o męża którą prowadziłam już wcześniej, zanim zaczęłam tu pisać . Walczyłam jak potrafiłam , nigdy tak o nikogo nie walczyłam. Potem odkryłam Monię i świat mi się zawalił. Złość, żal, rozpacz - pewnie to wszystko co on czuł kiedy się dowiedział o moim romansie.
Nadal walczyłam. Byłabym w stanie wybaczyć, gdyby chciał to ratować. Ale on nie chciał. Skreślił mnie już dużo wcześniej i moja walka przyszła za późno.
Postawcie się w mojej sytuacji: przeczytałam to co czytane być nie powinno - coś czego nigdy od niego nie usłyszałam , potem powiedział mi że ją kocha i jest dla niego ważna i że spotka się z nią .... a potem z litości kiedy się załamałam postanowił dać mi jeszcze nadzieję, szansę i co zrobił? siedział z nią każdego wieczora . Wolał spędzać wieczory grając i rozmawiając z Monią podczas kiedy wiedział, że ja za ścianą umieram w tym czasie emocjonalnie każdego wieczoru po kawałku.

Moje początkowe wpisy były przesiąknięte ciężkimi smutnymi emocjami : wyrzutami sumienia, szarpaniną wewnętrzną, rozpaczą, poczuciem winy, lękiem, złością, żalem. Na przemian z nadzieją kiedy dawał szansę i ją zabierał.
Potem , kiedy usłyszałam po raz setny, że mam się z tym pogodzić bo on już nie chce ze mną być i nie potrafi - starałam się to przyjąć i się z tym pogodzić. Nie pogodziłam się aż do dziś.
Nadal w rozmowach daję mu informację, że wystarczy żeby tylko chciał  ze mną być i ja rzucam wszystko i jestem dla niego. Ale ja wiem, że już się nie doczekam - w każdej rozmowie dostaję taką informację zwrotną.
On ma już w sercu od kilku miesięcy kogoś innego , nie mnie. 
I taka refleksja mnie naszła, że najbardziej docenia się to co się traci. Dopiero kiedy się straci.
Ja doceniłam , kiedy straciłam.
Ale wiem, że czasu nie cofnę. Nie sprawię, żeby mąż mi wybaczył , kochał mnie i chciał ze mną być. Nie mam mocy sprawczej żeby tego dokonać. Nikt nie ma.
Jeśli myślicie , że mi lekko i łatwo to jesteście w błędzie.
Toczę ogromną walkę wewnętrzną cały czas. Moje serce i uczucia walczą z logiką. Raz wygrywa serce które kocha męża i wpadam w załamanie , raz wygrywa rozum który podpowiada "żyj, życie jest tylko jedno" - i wygrywa to co od męża dalekie ale może choć odrobinę radosne.
I tak toczy się ta moja walka , co widać na forum. Stąd i wpisy różne w zależności od dnia . Huśtawka.
Teraz jestem na etapie klina - bo chcę się wyleczyć skoro została mi zabrana wszelka nadzieja. Wszelkimi sposobami.


Alterego1 napisał/a:

PS.Kobieto w rozterkach.Mam prośbę.
Jeśli możesz to postaw się w sytuacji męża i postaraj się ocenić swoje postępowanie,począwszy od początku romansu aż do dzisiaj.
Czy będąc na Jego miejscu,mając też w perspektywie związek z inną kobietą,uwierzyłabyś i dałabyś kolejną szansę?.Chciałabyś tego?
Nie musisz publicznie odpowiadać na to pytanie.Zrób to w swoim sercu.

Zapomniałeś, że ja to przeżyłam. On ma inną kobietę w sercu tak jak ja kiedyś miałam innego mężczyznę.
Ja bym wybaczyła i walczyła , walczyłam przecież - a  on nie potrafi.
Taka różnica między nami.
Widać mówi prawdę, że nie kocha.
Jeśli się kogoś kocha - przychodzi zrozumienie, że jesteśmy ludźmi a ludzie popełniają błędy.
On błędu mi nie wybaczył i nie wybaczy.


Alterego1 napisał/a:

No tak.Czyli wracasz do punktu wyjścia.
Nie lepiej odciąć to co było i iść dalej?.Przed siebie?.

Pewnie lepiej ..... ale nie łatwiej.

Alterego1 napisał/a:

Jesteś tu już dość długo wiec znasz zapewne mętodę bagsa.Stosowałaś już ją?.Wiesz co ma na celu?.

Wiem. Zajęcie się sobą i rozwój osobisty.

bet napisał/a:

Kobieto w rozterkach, nie oceniam Cię. Piszę o tym jakie są moje odczucia czutając Twoje posty.
I zastanawia mnie czemu się tak bronisz..., jakbyś chciała innych przekonać do swoich racji pisząc, że nie przejmujesz się opinią innych.
Pisać, że się kogoś kocha jest pieknie...

No ale czym jest miłość? Ma się ją w sercu ... kiedy patrze na męża - wiem, że mam go w sercu. To jak to nazwać inaczej?
Wszystko to co teraz robię ma na celu zagłuszenie tego co jest w sercu. Nawet jeśli jest to głupie według was - dla mnie to jest jakiś sposób. Bo ja szukam sposobu , żeby wyrzucić go z tego serca. Bo nie mam nadziei , nie dał mi jej ani grama . Straszne jest takie jednostronne cierpienie. Tak przytłaczające, drące serce od środka że naprawdę szuka sie wszelkich sposobów na to, żeby nie zwariować.
Czy ja przekonuję?
Tak, przekonuję ... bo piszę tak jak czuję i chcę żebyście mnie zrozumieli , żebyście postawili się w mojej sytuacji.


Alterego1 napisał/a:

Zastanawia mnie jeszcze jedno.
Dlaczego skupiasz się na winie męża i swojej za rozpad związku a jednocześnie wcale nie bierzesz pod uwagę winy tego pseudo przyjaciela.

Jest winny - tego, że chciał być szczęśliwy. Jest też winny rozpadu związku , choć od wielu lat w tym związku nie działo się dobrze. Mam wrażenie, że tylko przyspieszył koniec tego związku.
Być może zdecydował się słysząc ode mnie jak daleko od męża jestem. To chyba moja wina.
Gdybym go nie poznała , pewnie moje małżeństwo egzystowałoby jeszcze jakiś czas i rozpadłby się w inny sposób. A może ogarnęlibyśmy się i zaczęli żyć inaczej? Nie wiem tego.

Wiem, że nie powinnam obwiniać nikogo innego tylko siebie o ten romans.
Tak jak mąż nie obwinia Moni - on obwinia mnie, skreślił mnie tylko zapomniał mi o tym powiedzieć zanim zaczął flirt z Monią. Tak jak ja nie powiedziałam mężowi , że nie jestem szczęśliwa w małżeństwie.
Rozumiem ten mechanizm. To my jesteśmy winni - mam w sobie dużo złości na Monię i wiem, że mąż ma dużo złości na mojego przyjaciela. Ale to my zdecydowaliśmy wpuścić kogoś do swojego związku. Wszyscy ludzie szukają szczęścia, dążą do szczęścia, wykorzystują rozmaite sytuacje żeby to szczęście zdobyć.
Mój przyjaciel chciał i chce nadal mi to szczęście dać. To człowiek który ma większość z przymiotów , które wymieniłam na poprzedniej stronie a których od męża nie otrzymałam. To on bardziej chce z nadzieją, że ja kiedyś bardziej zachcę. Ja nie wiem co będzie.


Alterego1 napisał/a:

Wypowiadasz się o Nim tak pozytywnie nie dostrzegając tego że,gdyby nie On(i Ty oczywiście)to Twój mąż nie miałby teraz tej Moni itd.
Czy może jest tak że,Ty kochasz tego kochanka a z mężem to raczej przyzwyczajenie lub coś w tym stylu?.

Zrobiłam przed chwilą ćwiczenie , takie jak kiedyś na terapii. Wzięłam  dłonie do góry , zamknęłam oczy i postawiłam w wyobraźni na jednej dłoni męża, na drugiej przyjaciela i pomyślałam, poczułam jakie emocje z nimi są związane, jakie to uczucie ...  mogę powiedzieć, że
- przy mężu emocje są ciężkie, trudne, smutne, ale też bardzo ciepłe , przyjazne, dużo żalu... głębokie... lata emocji.... widzę jego błękitne ciepłe oczy jak na mnie patrzą - takie teraz obce , nieufne , czuję rozpacz odrzucenia i braku miłości, i łzy teraz same kapią po policzkach ...
- przy przyjacielu emocje są lekkie, czasem radosne, ale też czasem smutne ... nie tak głębokie bo i czasu znacznie mniej przeżyliśmy, mniej bagażu ... to co jest na tej dłoni jest dużo bardziej lekkie , choć też trudne i obarczone lękiem....

Głębsze emocje wzbudza mąż. Trudniejsze. Bardziej skomplikowane. Wieloletnie przywiązanie. Duży ciężar. Ale też jeszcze mimo wszystko nadzieja , której nie potrafię się pozbyć z serca. Bo przecież nie ma już dla nas nadziei.

683

Odp: czy warto mieć nadzieję

Hm.Wydaje mi się że,Ty wciąż nie bardzo rozumiesz jednego co dotyczy tego pseudo przyjaciela.
Pisałem Ci to już co dla zwykłego człowieka jest oczywiste.
Ten człowiek nie jest przyjacielem bo gdyby nim był w rzeczywistości to wybiłby Ci z głowy(wybacz mi te słowa)romansowanie.Tak zwyczajnie.
Dla normalnego faceta mężatka to osoba nietykalna.
Gdyby był przyjacielem to wspierałby cię w tej walce o męża i małżeństwo.Nawet kosztem swoich uczuć.
Nie obraź się ale chyba masz mylne pojęcie co do tzw.przyjaźni.
Pewnie znasz to powiedzenie że,prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie.Tak.To przemyśl Jego postępowanie po tym gdy zwierzałaś się mu ze swoich problemów.Tak zachowuje się prawdziwy przyjaciel?.
Nie.On wykorzystał sytuację,Twoją chwilę słabości i brak zdecydowania w tamtym okresie.
A teraz robi to ponownie bo nic nie nauczyło Go to co stało się w Twoim życiu.
Myślisz że,ułożysz sobie z Nim życie?.Źe będzie Ci wierny,że bedzie uczciwy itd,itd.No proszę Cię.
Szkoda mi ciebie bo ten facio widzi Twoją słabość i wykorzystuje to do własnych egoistycznych celów.

684

Odp: czy warto mieć nadzieję
KGB napisał/a:

Witajcie czytający wątek kobiety, nie było mnie chwile i zanim przebrnęłam przez zaległe posty "spuchła mi głowa " - straszny chaos - zapewne wynikający z tego, że tak właśnie jest teraz w głowie kobiety w rozterkach .

Tak właśnie jest. Chaos to dobre słowo. Każdego dnia budzę się i zasypiam  z innymi emocjami zależnie od nastroju, wydarzeń w ciągu dnia....

KGB napisał/a:

Kobietko, czytając twoje wypowiedzi można się zakręcić. Piszesz o walce i miłości do męża, za chwilę w tonie pretensjonalnym piszesz do użytkowników, którzy sugerują żebyś walczyła ( czekała ) - to świadczy o tym jak bardzo się już pogubiłaś, jak bardzo rozchwiane emocje teraz tkwią w tobie.

Pogubiłam się między sercem a rozumem.

KGB napisał/a:

Skupię się teraz chwilę na mężu, chociaż nie wiem co jeszcze mogę dodać. Twój rozsądek wszystko wie,

Tak, wie ... pisałam o tym co na rozum i to jest odzwierciedlenie logicznego podejścia do sytuacji. Rozum wie, że tego małżeństwa  już nie uda się uratować .... serce nadal się broni przed tą informacją.


KGB napisał/a:

jeśli chodzi o serducho hmm zastanawiam się na ile potrafisz nazwać uczucia.
Czy to co czujesz to szeroko rozumiana miłość?, czy np. poczucie straty ? uczucie porażki ? uczucie obawy  " co dalej, przecież pół życia byłam z nim , miałam męża, dom rodzinę jak to teraz będzie " ?

Nie potrafię na tą chwilę tego powiedzieć. Na pewno mam ciepłe miejsce w sercu które uruchamia się kiedy o nim myślę. Ale teraz nie potrafię nazwać , zaszufladkować - pewnie z czasem się okaże co to jest.

KGB napisał/a:

To wszystko zrozumiałe, te wszystkie uczucia towarzyszą zawsze przy rozstaniu ale nie zawsze oznaczają, że się kogoś kocha. Ale to już kwestia subiektywna i ja nie będę narzucać swojego zdania bo sama najlepiej wiesz co czujesz, wspomniałam o tym aspekcie bo warto wziąć pod uwagę.

Może po wyprowadzce tak szybko zniknie , że faktycznie wyjdzie że to nie była miłość tylko przywiązanie ... a może wręcz przeciwnie. Nie wiem tego teraz.

KGB napisał/a:

Wasze małżeństwo jest fikcją od dawna, co zdecydowanie przyczyniło się do tego że w waszym życiu pojawił się ktoś trzeci, teraz znowu się ktoś pojawił. Serio myślisz, że dałoby się to naprawić ?

Rozum mówi, że musielibyśmy bardzo się zmienić oboje - ludzie aż tak się nie zmieniają niestety. Nawet będąc zmienioną , inna osobą nie jest powiedziane że będzie dobrze.
Naprawa byłaby bardzo trudna o ile nie niemożliwa jeśli byśmy się zdecydowali.
Pewnie moje "chciejstwo" jest tu bardzo życzeniowe , wynikające z marzeń , nadziei. Bardziej życzeniowe niż realne.

KGB napisał/a:

Wiesz dlaczego ktoś tu napisał, że nie walczysz tak naprawdę ? bo nie walczysz! tylko mówisz, sygnalizujesz mężowi "Halo, ja czekam" - czekasz i co ? i nic więcej a wiesz dlaczego ? bo wcale nie jesteś przekonana o tym , że chcesz nadal tego, że jest o co walczyć. Bo o co ? doskonale wiesz Ty i każdy kto miał do czynienia z nałogowcem, że nie ma o co walczyć.
Dając mu wolność, uwolnisz sama siebie. Odetchniesz.

Z czasem na pewno też tak to zobaczę , tak całkiem otwarcie dopuszczę to do siebie , bez poczucia winy i wyrzutów sumienia .... bardzo chciałabym już teraz wink .

KGB napisał/a:

Jak napisałaś o tym, że ta monia jest jego żoną w grze to mój poziom zażenowania przekroczył znacznie granice. Co za absurd 40 - dziestoletni chłop uwikłany w  wirtualny związek. Kochana czy ty to widzisz ? czy naprawdę robi na tobie wrażenie ten człowiek ? to daremne.... nie ma czasu dla córek bo woli się bawić w sieci z wirtualną żoną. Czy ty słyszysz jak to brzmi ? czy naprawdę jesteś gotowa zniżyć się do takiego poziomu ?

Dopiero kiedy przeczytałam to powyższe to się uśmiechnęłam, tak szczerze - jak już dawno nie big_smile
Faktycznie , brzmi bajkowo.
Na usprawiedliwienie jego - on to chce przenieść do reala, spotkają się za tydzień .... może to dla niego tez taki "klin" jak dla mnie?
A może po prostu potrzebuje już teraz ciepła i miłości , może pogodził się już wewnętrznie z decyzją tak bardzo, że  jest gotowy układać sobie życie z kimś innym. On już bardzo dawno temu dotarł do tego , że z tego nic nie będzie bo on nie wybaczy. Tylko ja walczyłam o mrzonke, a on z litości przytakiwał dając kolejne szanse.


KGB napisał/a:

Powiedziałam ci już jak to wygląda. Wiem, że bardzo boli odrzucenie ale przeżyjesz, musisz zaakceptować ten ból i będzie ci łatwiej przez to przebrnąć.

Widzisz jak silny jest ten ból . Tak silny , że szukam naprawdę wielu sposobów na zabicie go. Może czas się z nim pogodzić po prostu , przyjąć że jest. Że to jest normalne i minie kiedyś. Po prostu go przyjąć a nie zabijać.

KGB napisał/a:

Kilka zdań w temacie "przyjaciela". Odnowienie kontaktu - robisz to na co masz ochotę, nawet jeśli miałabyś go traktować instrumentalnie to umówmy się : chłop jest dorosły i sam wyznacza granice jak traktują go ludzie.

Też tak myślę, jesteśmy dorośli .

KGB napisał/a:

Mam jednak nadzieję, że nie myślisz o tej znajomości w kategoriach romansu, związku ? Jest zdecydowanie za wcześnie aby decydować się na takie kroki i nie ma sensu bardziej bałaganić sobie w życiu.

Byłam szczera , powiedziałam że nie wiem jak będzie , że nie planuję daleko w przyszłość , że żyję chwilą. Że czas pokaże. Przyjął.

Dziękuję Ci , KGB za postawienie na odpowiednie tory.
Zobacz - zabrakło Cię w moim wątku na tygodnie i co się porobiło - zapętliłam się, zamotałam w swoich uczuciach .
Ja wiem ,  że rozumiesz mnie bardziej niż ktokolwiek z tu piszących.
Zawsze bardzo liczę się z Twoim zdaniem i jestem za nie wdzięczna.
Twoje wpisy pozwalają mi przypomnieć sobie to co najważniejsze.
Zaglądaj, potrzebuję Cię tutaj.
Cieszę się, że zajrzałaś.

685

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Szkoda mi ciebie bo ten facio widzi Twoją słabość i wykorzystuje to do własnych egoistycznych celów.

Teraz wychodzi na to, że ja jego trochę też (klinik) wink , ale teraz bardziej świadomie , przynajmniej ja.
Zobaczymy , czas pokaże.

686

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
Alterego1 napisał/a:

Szkoda mi ciebie bo ten facio widzi Twoją słabość i wykorzystuje to do własnych egoistycznych celów.

Teraz wychodzi na to, że ja jego trochę też (klinik) wink , ale teraz bardziej świadomie , przynajmniej ja.
Zobaczymy , czas pokaże.

No wiesz?.
Znasz pewnie to powiedzenie?.
Szanuj siebie samego bo nikt nie będzie szanował Ciebie.
Chyba jeszcze musisz porządnie dostać od życia po 4 literach jeśli jeszcze tego nierozumiesz.
Wybacz te słowa ale mysłę źe,cokolwiek my tu napiszemy to Ty już podjełaś decyzję,mając tego świadomość że jest zła i nic ani nikt tego nie zmieni.
Musisz się jeszcze porządnie sparzyć by w końcu zrozumieć gdzie jest zło a gdzie dobro.
Nie piszę Ci tego przez złośliwość.Daleko mi do tego.
Jedno mnie(chyba to było wczoraj)ucieszyło.Napisałaś coś źe,Cię wkurzyłem.Tak?.To dobrze.Wiesz dlaczego?.Bo czujesz i jest w Tobie nadzieja że,nie jesteś złym człowiekiem.Pogubionym to fakt.Ale nie złym.
Przyznam się szczerze że,dziś to Ty mnie wkurzyłaś.Podniosłaś mi trochę ciśnienie tym co napisałaś.
Czyźbyś wczoraj rozmawiała z tym tzw.przyjacielem?.Tak gdybam.

687

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Szanuj siebie samego bo nikt nie będzie szanował Ciebie.

Masz rację - z tym szacunkiem do samej siebie mam ogromny problem. Mam plan popracować nad tym na terapii . Na razie terapeutka musiała mnie ogarnąć z łzami i rozpaczą po związku. Ale jeszcze sporo sesji przede mną, mam nadzieję że jeszcze popracuję nad samą sobą.

Alterego1 napisał/a:

Chyba jeszcze musisz porządnie dostać od życia po 4 literach jeśli jeszcze tego nierozumiesz.

Pewnie jeszcze dostanę . Nie raz.
Takie życie - raz na wozie, raz pod wozem.

Alterego1 napisał/a:

Jedno mnie(chyba to było wczoraj)ucieszyło.Napisałaś coś źe,Cię wkurzyłem.Tak?.To dobrze.Wiesz dlaczego?.Bo czujesz i jest w Tobie nadzieja że,nie jesteś złym człowiekiem.Pogubionym to fakt.Ale nie złym.

Tak mi się wydaje , że nikt nie jest całkiem zły tak jak nikt nie jest całkiem dobry.
Są różne sytuacje , są różne decyzje i różne wybory. Jedne lepsze drugie gorsze.

Alterego1 napisał/a:

Przyznam się szczerze że,dziś to Ty mnie wkurzyłaś.Podniosłaś mi trochę ciśnienie tym co napisałaś.

A czym dokładnie Cię wkurzyłam?

688

Odp: czy warto mieć nadzieję

A jak myślisz czym?

689

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

A jak myślisz czym?

szklana kula mi się zbiła tongue
ja ogólnie wkurzającą osobą jestem, więc wole nie strzelać bo mogę trafić nie w to co trzeba wink

690

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
Alterego1 napisał/a:

A jak myślisz czym?

szklana kula mi się zbiła tongue
ja ogólnie wkurzającą osobą jestem, więc wole nie strzelać bo mogę trafić nie w to co trzeba wink

Ha,ha.Strzelaj.Najwyżej dostanę l4 i trochę odpocznę.
A tak poważnie
Wbrew pozorom szacunku nie musisz się uczyć.
Czyż nie wystarczy być uczciwym człowiekiem?
Rób tak by inni nie musieli płakać przez Ciebie.
Wiem że,nie Jesteś wierząca ale polecam stosowanie 10 przykazań.Nie musisz wierzyć by jest stosować.One są uniwersalne.Nawet dla tych co nie wierzą.

691

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Wbrew pozorom szacunku nie musisz się uczyć.
Czyż nie wystarczy być uczciwym człowiekiem?

Jestem kobietą współuzależnioną, miałam ojca alkoholika i męża alkoholika. Brak szacunku do siebie  i niskie poczucie własnej wartości są trwale wpisane w tą dolegliwość. Niezależnie od wszystkiego.
Nad tym się pracuje latami na terapii żeby się z tym uporać.
Tutaj niestety nie wystarczy być tylko uczciwym człowiekiem.

692

Odp: czy warto mieć nadzieję

Witaj Kobieto w rozterkach...

Zatrzymalem sie w zglebianiu Twojego watku po Twojej pierwszej wizycie u psychologa i juz myslalem, ze bedzie szlo ku dobremu a tu niestety... pikujesz w dol psychologiczno - depresyjny z predkoscia swiatla, "tracajac" rykoszetem kogo popadnie.
Tez walczylem z trojkatem choc nie pudelkowo - wirtualnym jak u Ciebie a calkowicie realnym. Odpadlem z tych "zawodow" dla wlasnego dobra i bezpieczenstwa zanim jeszcze stala sie ta "figura geometryczna" czworokatem, doslownie. I wyszlo mi to zdecydowanie na zdrowie.

Co Ty wyrabiasz? Co Ty probujesz jeszcze ratowac? Nie tyle czynem czy gestem ale slowem. Cokolwiek bys nie zrobila to jak grochem o sciane tak delikatnie mowiac. Nie widzisz tego?
Wypowiedz KGB popieram bez grama zwatpienia.

693

Odp: czy warto mieć nadzieję
bags napisał/a:

Witaj Kobieto w rozterkach...

Zatrzymalem sie w zglebianiu Twojego watku po Twojej pierwszej wizycie u psychologa i juz myslalem, ze bedzie szlo ku dobremu a tu niestety... pikujesz w dol psychologiczno - depresyjny z predkoscia swiatla, "tracajac" rykoszetem kogo popadnie.
Tez walczylem z trojkatem choc nie pudelkowo - wirtualnym jak u Ciebie a calkowicie realnym. Odpadlem z tych "zawodow" dla wlasnego dobra i bezpieczenstwa zanim jeszcze stala sie ta "figura geometryczna" czworokatem, doslownie. I wyszlo mi to zdecydowanie na zdrowie.

Co Ty wyrabiasz? Co Ty probujesz jeszcze ratowac? Nie tyle czynem czy gestem ale slowem. Cokolwiek bys nie zrobila to jak grochem o sciane tak delikatnie mowiac. Nie widzisz tego?
Wypowiedz KGB popieram bez grama zwatpienia.

jezzzzu ... bags , Ty żyjesz!!! tongue
to gdzie byłeś jak wpadałam w ten dół z prędkością światła, hę? trza było przyjść i kopnąć mnie w odpowiednim momencie ...

694

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
Alterego1 napisał/a:

Wbrew pozorom szacunku nie musisz się uczyć.
Czyż nie wystarczy być uczciwym człowiekiem?

Jestem kobietą współuzależnioną, miałam ojca alkoholika i męża alkoholika. Brak szacunku do siebie  i niskie poczucie własnej wartości są trwale wpisane w tą dolegliwość. Niezależnie od wszystkiego.
Nad tym się pracuje latami na terapii żeby się z tym uporać.
Tutaj niestety nie wystarczy być tylko uczciwym człowiekiem.

Ok.Idąc tym tokiem rozumowania to Ja i tak będę zdradzał bo mój ojciec zdradzał.Tak?.No proszę Cię.Nie wierz w to całkowicie.
Podam Ci przykład.
Znam rodzinę w które prawie wszystkie dzieci mają inego ojca.Matka jest alkocholiczką,ojczym także był alkocholikiem.Dzieci.Jedna jest mężatką,taką normalną.Jej brat siedzi w więzieniu za współudział w pobiciu czego skutkiem była smierć tego pobitego,wcześniej był żonaty i miał córkę z małżeństwa.Pił i bił żonę która w końcu od niego odeszła(ale nie zdradziła Go przed rozwodem).Na koniec najlepsze.Drugi brat jest braciszkiem w zakonie.
Co Ty na to?.

695 Ostatnio edytowany przez bags (2013-03-29 20:46:57)

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
bags napisał/a:

Witaj Kobieto w rozterkach...

Zatrzymalem sie w zglebianiu Twojego watku po Twojej pierwszej wizycie u psychologa i juz myslalem, ze bedzie szlo ku dobremu a tu niestety... pikujesz w dol psychologiczno - depresyjny z predkoscia swiatla, "tracajac" rykoszetem kogo popadnie.
Tez walczylem z trojkatem choc nie pudelkowo - wirtualnym jak u Ciebie a calkowicie realnym. Odpadlem z tych "zawodow" dla wlasnego dobra i bezpieczenstwa zanim jeszcze stala sie ta "figura geometryczna" czworokatem, doslownie. I wyszlo mi to zdecydowanie na zdrowie.

Co Ty wyrabiasz? Co Ty probujesz jeszcze ratowac? Nie tyle czynem czy gestem ale slowem. Cokolwiek bys nie zrobila to jak grochem o sciane tak delikatnie mowiac. Nie widzisz tego?
Wypowiedz KGB popieram bez grama zwatpienia.

jezzzzu ... bags , Ty żyjesz!!! tongue
to gdzie byłeś jak wpadałam w ten dół z prędkością światła, hę? trza było przyjść i kopnąć mnie w odpowiednim momencie ...

Ano "jeszcze" zyje...
To trza bylo w apartamencie 36 napomknac swego czasu, ze potrzebujesz "czuly gest" przyjazni forumowej na rozped w druga strone... tamtejsi terapeuci spod tej bandery tez by Ci przyszli z odsiecza na pomoc big_smile

696

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Ok.Idąc tym tokiem rozumowania to Ja i tak będę zdradzał bo mój ojciec zdradzał.Tak?.No proszę Cię.Nie wierz w to całkowicie.
Podam Ci przykład.
Znam rodzinę w które prawie wszystkie dzieci mają inego ojca.Matka jest alkocholiczką,ojczym także był alkocholikiem.Dzieci.Jedna jest mężatką,taką normalną.Jej brat siedzi w więzieniu za współudział w pobiciu czego skutkiem była smierć tego pobitego,wcześniej był żonaty i miał córkę z małżeństwa.Pił i bił żonę która w końcu od niego odeszła(ale nie zdradziła Go przed rozwodem).Na koniec najlepsze.Drugi brat jest braciszkiem w zakonie.
Co Ty na to?.

Chyba mylisz pojęcia .... tak w wielkim skrócie :

Współuzależnieni:
-pochodzą z zaburzonych, tłumiących uczucia jednostki lub dysfunkcyjnych rodzin
-obwiniają się za wszystko
-potępiają się za myśli, uczucia, wygląd, działania i zachowania
-nie potrafią przyjąć krytyki złoszczą się, zachowują obłudnie i przyjmują postawę obronną ,gdy ktoś ich wini lub krytykuje
-nie potrafią przyjąć komplementów i pochwał
-cierpią na deprywację emocjonalną ( cierpienie z powodu braku pochwał )
-mają poczucie odmienności od reszty świata
-odczuwają wyrzuty sumienia, gdy robią coś dla siebie ( zakupy dla siebie, rozrywki )
-boją się odrzucenia
-wszystko biorą do siebie
-czują się wykorzystywani przez innych ( poczucie bycia ofiarą)
-w dzieciństwie byli zaniedbywani, wykorzystywani albo czuli się odrzuceni
-są przekonani, że niczego nie potrafią dobrze zrobić
-panicznie boją się popełnienia błędów
-mają problemy z podejmowaniem decyzji
-oczekują od siebie perfekcyjności
-nie są zadowoleni z efektów swoich działań
-biorą na siebie zbyt dużo obowiązków
-żyją w poczuciu winy
-wstydzą się siebie
-uważają, że ich życie nie ma wartości
-nie wierzą, że należy im się coś dobrego od życia
-pragną miłości
-nie wierzą w to, że zasługują na miłość i na szczęście
-godzą się na rolę służebną wobec innych
-starają się udowodnić, że są równie dobrzy jak inni

697

Odp: czy warto mieć nadzieję
bags napisał/a:

Ano "jeszcze" zyje...
To trza bylo w apartamencie 36 napomknac swego czasu, ze potrzebujesz "czuly gest" przyjazni forumowej na rozped w druga strone... tamtejsi terapeuci spod tej bandery tez by Ci przyszli z odsiecza na pomoc big_smile

no widzisz .... tak to już u mnie jest z tym proszeniem o pomoc sad
a gdzieś słyszałam kiedyś  :" proś a będzie ci dane ... " wink


Ty też tak miałeś, ze serce nie słuchało rozumu .... mi też może kiedyś minie , przynajmniej mam taką nadzieję....

698

Odp: czy warto mieć nadzieję

Nie mylę bo większość tego co wymieniłaś mógłbym odnieść do samego siebie.Jestem wspóluzależniony?.Tak ale szanuję siebie a przez to inni szanują też mnie.
Nie przez moją trudną przeszłość tylko przez to jakim stałem się człowiekiem dzięki tej przeszłości.
U mnie funkcję terapeuty spełniała moja rodzina na czele z matką i babcią.

699

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
bags napisał/a:

Ano "jeszcze" zyje...
To trza bylo w apartamencie 36 napomknac swego czasu, ze potrzebujesz "czuly gest" przyjazni forumowej na rozped w druga strone... tamtejsi terapeuci spod tej bandery tez by Ci przyszli z odsiecza na pomoc big_smile

no widzisz .... tak to już u mnie jest z tym proszeniem o pomoc sad
a gdzieś słyszałam kiedyś  :" proś a będzie ci dane ... " wink

Taaa prosilem sie, plaszczylem i bedzie mi dane... wystapic o rozwod.

kobieta w rozterkach napisał/a:

Ty też tak miałeś, ze serce nie słuchało rozumu .... mi też może kiedyś minie , przynajmniej mam taką nadzieję....

Oj qrde mialem taki armagedon, ze w reklamach tepsy te "sparingi" serca i rozumu to pikus. Ale logiczne i na zdrowy rozum pojmowanie istoty sprawy z odpowiednim wsparciem technicznym wzielo gore. A ze po zacietych 7 miesiacach walki, no coz... nie ma nic od reki, jedynie po zebach mozna wylapac big_smile

700

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Nie mylę bo większość tego co wymieniłaś mógłbym odnieść do samego siebie.Jestem wspóluzależniony?.Tak ale szanuję siebie a przez to inni szanują też mnie.
Nie przez moją trudną przeszłość tylko przez to jakim stałem się człowiekiem dzięki tej przeszłości.
U mnie funkcję terapeuty spełniała moja rodzina na czele z matką i babcią.

U mnie jest tak, że to inni szanują mnie za to jaką jestem twardą zaradną kobietą , potrafiącą poradzić sobie z każdą sytuacją. Przy ludziach taka jestem , dla innych. Płakałam zawsze w ukryciu kiedy było mi ciężko. Nie pokazywałam emocji - zawsze uśmiechnięta, ale też zasadnicza. Dla innych mam dużo cierpliwości i wyrozumiałości - dla siebie nie. Dla siebie  zawsze byłam bardzo surowa. Zawsze musiałam być idealna, ładnie wyglądać, zadbana, w domu porządek, wszystko załatwione, cały dom i całe życie dźwigałam na swoich barkach i dawałam radę. Mąż był zawsze bardzo wycofany , bez inwencji na cokolwiek. Jak zaproponowałam coś - wtedy było tak albo nie z jego strony. Byłam silna , idealnie wpisałam się w role osoby współuzależnionej - opiekuna.

Aż nadszedł czas od którego już nic nie jest takie samo , rozpieprzyło mnie ostatnie półtora roku na łopaty pod każdym względem.
Nagle okazało się, ze w obliczu zaistniałej sytuacji i tym co później -  jestem słaba , nie radzę sobie z emocjami, przeszłam w ostatnim roku kilka załamań łącznie z myślami samobójczymi.
Ale dobrze, musiałam w końcu  zrozumieć że mogę być słaba, mogę popełniać błędy , że nie jestem odpowiedzialna za cały świat - i przecież mogę taka być, bo jestem tylko człowiekiem.

Oczywiście za błędy się płaci , ponosi konsekwencje - ja właśnie ponoszę.

701

Odp: czy warto mieć nadzieję
bags napisał/a:

Oj qrde mialem taki armagedon, ze w reklamach tepsy te "sparingi" serca i rozumu to pikus. Ale logiczne i na zdrowy rozum pojmowanie istoty sprawy z odpowiednim wsparciem technicznym wzielo gore. A ze po zacietych 7 miesiacach walki, no coz... nie ma nic od reki, jedynie po zebach mozna wylapac big_smile

Mój czas walki też się kończy.
Ostatnim podświadomym chyba  "podrygiem" była chęć wzbudzenia zazdrości poprzez danie "strzału w potylicę faktem kontaktu z przyjacielem" . Nie poskutkowało.

Teraz muszę chyba działać już tylko na rozum, bo moje serce nadal mnie nie słucha.

702 Ostatnio edytowany przez kobieta w rozterkach (2013-03-29 22:23:04)

Odp: czy warto mieć nadzieję
bags napisał/a:

Oj qrde mialem taki armagedon, ze w reklamach tepsy te "sparingi" serca i rozumu to pikus.

U mnie tak jest ciężko się z tym pogodzić  , bo mam w wyobraźni taki obraz, że przecież wystarczy odrobina chęci, miłości, troski, zainteresowania, empatii i wszystko jest do dogadania, naprawienia - zawsze myślałam, że dorośli ludzie w każdej sytuacji potrafią się dogadać i znaleźć kompromis.

Wystarczyłoby chcieć , przed oczyma mam że potrafilibyśmy gdybyśmy chcieli:  leżeć przytuleni przed tv, iść do restauracji i jeść deser patrząc sobie w oczy z przyjemnością,  iść do kina obejrzeć film z głową opartą na jego ramieniu, iść na spacer trzymając się za ręce , przytulić się ot tak, kiedy widzę że jest w kuchni i robi kawę, pocałować się i powiedzieć "kocham" w drodze z pokoju do łazienki, rozmawiać z sobą z zainteresowaniem , iść na na przykład na kurs tańca żeby mieć jakieś hobby i mieć o czym rozmawiać , uśmiechać się do siebie bez powodu, spontanicznie pojechać w góry na weekend. Otworzyć się na siebie , otworzyć swoje emocje i serca.
Wiem , że oboje potrafilibyśmy .... tylko dlaczego nie da się?!

Wiem, że dużo się podziało. Ale to co się podziało obudziło w nas emocje. Tych emocji miedzy nami nigdy wcześniej nie było, nie było ich w naszym związku. To co się stało pokazało nam wiele rzeczy , nauczyło nas sporo o nas samych. Wszystko ma swoje konsekwencje.

I dlatego tak trudno mi to przyjąć. Mam wrażenie, ze wystarczyłoby tak niewiele. Tylko sie otworzyć, pozostawić za sobą to co było, oddzielić kreską i zacząć od nowa , na nowych , innych warunkach , zasadach. Opartych na wzajemnym szacunku, zrozumieniu siebie i swoich emocji, na miłości takiej prawdziwej , na bólu który przeżyliśmy i którego już nigdy nie chcemy przeżywać dlatego tym bardziej należy cenić siebie nawzajem, pokazywać jak dla siebie jesteśmy ważni - codziennie. Porzucić te swoje zamienniki życia, zamknąć komputery , wylać alkohol, pokochać się na nowo bo przecież nie wszystko w nas jeszcze umarło. Przynajmniej we mnie nie.
Dlaczego się nie da? Tak po prostu?

I właśnie to powyższe , ten obrazek przed oczami w którym widzę męża robiącego to wszystko - sprawia, że tak trudno mi przejść dalej. Bo wiem, że to doświadczenie tak trudne - obudziło w nim emocje , że potrafi to z siebie dać. Tylko już nie chce mnie.
Chciałabym, żeby dla mnie taki właśnie był.
Niestety to znowu tylko postawa życzeniowa. Moja.

To co się stało nauczyło mnie jednego: osobę kochaną trzeba szanować, dbać o nią ale nie tak jak to robiłam dotąd - karmiąc  i opierając, tylko dbać o emocje , o więź, o bliskość. Pokazywać tą miłość na co dzień, mówić o swoich emocjach , o tym co się czuje , o tym że się kocha. Chcieć być z nią, spędzać czas wspólnie choćby miła to być wspólna herbata w kuchni , jeść posiłki przy wspólnym stole a nie każdy u siebie w pokoju. Trzeba dbać o miłość , pozostawiona sama sobie - umiera.
Wiem już jakich błędów mam nie popełniać w kolejnym związku.
Ta lekcja była bardzo bolesna, rozpaczliwie bolesna, ale czegoś mnie nauczyła.
Jeśli jest miłość , bliskość i więź , taka zadbana - nie szuka się tego gdzie indziej.
Dlatego o miłość trzeba dbać .
Takie przemyślenia na dobranoc.

edit:
Jeszcze jedno się u mnie zmieniło.
Potrafię bardziej okazywać miłość córkom - częściej przytulam, całuję mówię że kocham i jakie są wspaniałe i mądre- wiem, że każdy potrzebuje miłości i uczuć, dopiero ta sytuacja pokazała mi jak bardzo każdy potrzebuje. One przede wszystkim, a szczególnie ta młodsza - lubi się przytulać, a do niedawna jeszcze miała opory. Odkąd częściej ją przytulam - ona bardziej to lubi smile
Wiem, że ja też kiedyś byłam zamknięta na emocje , na uczucia - ale teraz wiem że mam cały wachlarz emocji i uczuć o które bym siebie wcześniej nie podejrzewała. Nigdy wcześniej nie czułam takiej rozpaczy , tęsknoty za utraconą miłością, żalu.
Ta sytuacja cała , te ostatnie półtora roku otwarło trochę bardziej moje serce.
Chcę okazywać miłość , już nie odbieram tego jako słabość którą ktoś wykorzysta. Wiem, że to nie słabość i nie ujma pokazywać jak się kocha. Czy to córkom, czy kiedyś komuś.  I samej sobie też.

703

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
bags napisał/a:

Oj qrde mialem taki armagedon, ze w reklamach tepsy te "sparingi" serca i rozumu to pikus. Ale logiczne i na zdrowy rozum pojmowanie istoty sprawy z odpowiednim wsparciem technicznym wzielo gore. A ze po zacietych 7 miesiacach walki, no coz... nie ma nic od reki, jedynie po zebach mozna wylapac big_smile

Mój czas walki też się kończy.
Ostatnim podświadomym chyba  "podrygiem" była chęć wzbudzenia zazdrości poprzez danie "strzału w potylicę faktem kontaktu z przyjacielem" . Nie poskutkowało.

Teraz muszę chyba działać już tylko na rozum, bo moje serce nadal mnie nie słucha.

Nie chciałem tego pisać wcześniej ale tak myślałem że,z tym przyjacielem to chodziło o wzbudzenie zazdrości u męża.Ale sama widzisz że,nie tędy droga.Prawda?
Myslę że,stać Cię na coś/kogoś lepszego jak już poukładasz te swoje puzlle życiowe.
Nie warto marnować się dla chwili słabostki.Przecież wiesz o tym od czasu gdy wszystko się wydało.Prawda?.
Zaczekaj aż los przyniesie Ci coś czego będziesz naprawdę warta.Bo Jesteś wartościową osobą.Przecież wiesz o tym.
PS.Mam jeszcze taką prośbę.
Mogłabyś opisać jak to się stało że mąż dowiedział się o wszystkim?.
Chodzi mi o to od kogo i ile czasu zajeło mu dowiedzenie się całej prawdy.Sam się domyslił?.Co konkretnie Ci powiedział i jak to wyglądało?.
Pytam bo chcę zrozumieć Jego postępowanie.Może jest coś o czym On wie a ty nie?.Może to właśnie zdecydowało że,nie chciał ratować tego co było?.
Nie jestem pewien czy jest to tylko ta gra i uzależnienie.Może to coś innego?.Wyjaśnił Ci to?
Przydałby mu się porządny kop w 4 litery np.gdy trafił na ten portal.A napewno by go tu dostał.

704

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Wystarczyłoby chcieć , przed oczyma mam że potrafilibyśmy gdybyśmy chcieli:  leżeć przytuleni przed tv, iść do restauracji i jeść deser patrząc sobie w oczy z przyjemnością,  iść do kina obejrzeć film z głową opartą na jego ramieniu, iść na spacer trzymając się za ręce , przytulić się ot tak, kiedy widzę że jest w kuchni i robi kawę, pocałować się i powiedzieć "kocham" w drodze z pokoju do łazienki, rozmawiać z sobą z zainteresowaniem , iść na na przykład na kurs tańca żeby mieć jakieś hobby i mieć o czym rozmawiać , uśmiechać się do siebie bez powodu, spontanicznie pojechać w góry na weekend. Otworzyć się na siebie , otworzyć swoje emocje i serca.
Wiem , że oboje potrafilibyśmy .... tylko dlaczego nie da się?!

Czy kiedykolwiek tak było ?

705

Odp: czy warto mieć nadzieję

Nie wiem, czy dobrze mnie Kobieto zrozumiałaś.
Nie namawiam Cię do  walki o małżeństwo.
Nie chcesz i już.
Jeśli nie chcesz Ty, nie chce On, to nie ma o czym gadać.

Jedyne, o co prosiłam, żebyś zwróciła szczególną uwagę - odpuść sobie przyjaciela.
I ja tego cały czas się trzymam.
I nie jest to kwestia, że ja jestem wierząca, a Ty nie, że Ty nie słuchasz ludzi, a inni boją się ludzkiego gadania...

Myślę, że generalnie jest to kwestia etyki. Zawiodłaś już zawiedzionego męża, zawiedziesz przyjaciela. Zresztą nieważne, czy on jest przyjacielem, czy nie jest... Jest człowiekiem.
Ale jeśli Ciebie nie będzie gryzło sumienie... to ok.

Zarzucasz swojemu mężowi, że on nie walczył. Pewnie poddał się. Ale może też jest tak, że nie umie żyć z takim brzemieniem?

Ale i tak nie o to mi dziś chodzi.
Kobieto, wiesz co dziś widzę?
Ano to, że Ty już wybrałaś. Nie bierzesz pod uwagę tego, co mówią inni. Na forum szukasz jedynie potwierdzenia swojej decyzji.

Dlaczego uważasz, że Cię nie rozumiem?

706 Ostatnio edytowany przez Alterego1 (2013-03-29 22:59:12)

Odp: czy warto mieć nadzieję
Bellatrix napisał/a:

Nie wiem, czy dobrze mnie Kobieto zrozumiałaś.
Nie namawiam Cię do  walki o małżeństwo.
Nie chcesz i już.
Jeśli nie chcesz Ty, nie chce On, to nie ma o czym gadać.

Jedyne, o co prosiłam, żebyś zwróciła szczególną uwagę - odpuść sobie przyjaciela.
I ja tego cały czas się trzymam.
I nie jest to kwestia, że ja jestem wierząca, a Ty nie, że Ty nie słuchasz ludzi, a inni boją się ludzkiego gadania...

Myślę, że generalnie jest to kwestia etyki. Zawiodłaś już zawiedzionego męża, zawiedziesz przyjaciela. Zresztą nieważne, czy on jest przyjacielem, czy nie jest... Jest człowiekiem.
Ale jeśli Ciebie nie będzie gryzło sumienie... to ok.

Zarzucasz swojemu mężowi, że on nie walczył. Pewnie poddał się. Ale może też jest tak, że nie umie żyć z takim brzemieniem?

Ale i tak nie o to mi dziś chodzi.
Kobieto, wiesz co dziś widzę?
Ano to, że Ty już wybrałaś. Nie bierzesz pod uwagę tego, co mówią inni. Na forum szukasz jedynie potwierdzenia swojej decyzji.

Dlaczego uważasz, że Cię nie rozumiem?

Moim zdaniem sporo w tym jest udziału tegoż przyjaciela.
Tak sobie gdybnę.
Hm.Kobieta w rozterkach napisała że,ucieła z nim kontakt.Ale czy On także?.
Nie twierdzę że,Ona kłamie ale czy nie było jakis smsów od czasu do czasu?
Ważne jest też to jak i co sobie powiedzieli przy rozstaniu.Jak to wyglądało?.Trudno mi uwierzyć że,tak łatwo się poddał.A może nie poddał się wcale tylko walczył i walczy dotąd?.

707

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
bags napisał/a:

Oj qrde mialem taki armagedon, ze w reklamach tepsy te "sparingi" serca i rozumu to pikus.

U mnie tak jest ciężko się z tym pogodzić, bo mam w wyobraźni taki obraz, że przecież wystarczy odrobina chęci, miłości, troski, zainteresowania, empatii i wszystko jest do dogadania, naprawienia - zawsze myślałam, że dorośli ludzie w każdej sytuacji potrafią się dogadać i znaleźć kompromis.

Tylko jak widac do tej doroslosci... trzeba "dorosnac". Niekiedy kosztem takich doswiadczen.
Niektorzy sa dorosli z domieszka 1% dziecka a niektorzy dziecinnie dorosli i - raczej - nigdy nie dorosna.

kobieta w rozterkach napisał/a:

Wystarczyłoby chcieć , przed oczyma mam że potrafilibyśmy gdybyśmy chcieli. Otworzyć się na siebie , otworzyć swoje emocje i serca.
Wiem , że oboje potrafilibyśmy .... tylko dlaczego nie da się?!

A niby chciec to moc... tylko jeszcze brakuje tego, by potrafic to zrobic.

kobieta w rozterkach napisał/a:

Wiem, że dużo się podziało. Ale to co się podziało obudziło w nas emocje. Tych emocji miedzy nami nigdy wcześniej nie było, nie było ich w naszym związku. To co się stało pokazało nam wiele rzeczy , nauczyło nas sporo o nas samych. Wszystko ma swoje konsekwencje.

"Doswiadczenia z przeszlosci - sa w konsekwencji - bagazem przyszlosci".

kobieta w rozterkach napisał/a:

To co się stało nauczyło mnie jednego: osobę kochaną trzeba szanować, dbać o nią ale nie tak jak to robiłam dotąd - karmiąc  i opierając, tylko dbać o emocje, o więź, o bliskość. Pokazywać tą miłość na co dzień, mówić o swoich emocjach , o tym co się czuje , o tym że się kocha. Chcieć być z nią, spędzać czas wspólnie choćby miła to być wspólna herbata w kuchni , jeść posiłki przy wspólnym stole a nie każdy u siebie w pokoju. Trzeba dbać o miłość , pozostawiona sama sobie - umiera. Wiem już jakich błędów mam nie popełniać w kolejnym związku. Ta lekcja była bardzo bolesna, rozpaczliwie bolesna, ale czegoś mnie nauczyła.
Jeśli jest miłość , bliskość i więź , taka zadbana - nie szuka się tego gdzie indziej.
Dlatego o miłość trzeba dbać.

AMEN

708

Odp: czy warto mieć nadzieję
KGB napisał/a:
kobieta w rozterkach napisał/a:

Wystarczyłoby chcieć , przed oczyma mam że potrafilibyśmy gdybyśmy chcieli:  leżeć przytuleni przed tv, iść do restauracji i jeść deser patrząc sobie w oczy z przyjemnością,  iść do kina obejrzeć film z głową opartą na jego ramieniu, iść na spacer trzymając się za ręce , przytulić się ot tak, kiedy widzę że jest w kuchni i robi kawę, pocałować się i powiedzieć "kocham" w drodze z pokoju do łazienki, rozmawiać z sobą z zainteresowaniem , iść na na przykład na kurs tańca żeby mieć jakieś hobby i mieć o czym rozmawiać , uśmiechać się do siebie bez powodu, spontanicznie pojechać w góry na weekend. Otworzyć się na siebie , otworzyć swoje emocje i serca.
Wiem , że oboje potrafilibyśmy .... tylko dlaczego nie da się?!

Czy kiedykolwiek tak było ?

Z tego co wymieniałam pamiętam leżenie przed tv i spacer z psami po lesie.
Czyli - nie było.
Nie widziałam nigdy siebie w jego oczach - jeśli wiesz o co mi chodzi.


Bellatrix napisał/a:

Zarzucasz swojemu mężowi, że on nie walczył. Pewnie poddał się. Ale może też jest tak, że nie umie żyć z takim brzemieniem?

Może nie umie , może nie potrafi - tak mówi, że nie potrafi wybaczyć.
On mówi to co myśli, więc tak chyba jest.


Bellatrix napisał/a:

Kobieto, wiesz co dziś widzę?
Ano to, że Ty już wybrałaś. Nie bierzesz pod uwagę tego, co mówią inni. Na forum szukasz jedynie potwierdzenia swojej decyzji.

Nie zdecydowałam co dalej odnośnie przyjaciela , cały czas się waham.
Wiem, że nie jestem gotowa na żaden poważny związek teraz.


Alterego1 napisał/a:

Moim zdaniem sporo w tym jest udziału tegoż przyjaciela.
Tak sobie gdybnę.
Hm.Kobieta w rozterkach napisała że,ucieła z nim kontakt.Ale czy On także?.
Nie twierdzę że,Ona kłamie ale czy nie było jakis smsów od czasu do czasu?
Ważne jest też to jak i co sobie powiedzieli przy rozstaniu.Jak to wyglądało?.Trudno mi uwierzyć że,tak łatwo się poddał.A może nie poddał się wcale tylko walczył i walczy dotąd?.

Taaaa ... teoria spiskowa dziejów . tongue
A śmierć Elvisa też rozkminiasz? big_smile

709

Odp: czy warto mieć nadzieję
bags napisał/a:

A niby chciec to moc... tylko jeszcze brakuje tego, by potrafic to zrobic.

Więc widać, bags że nie zawsze chcieć znaczy móc  wink

710 Ostatnio edytowany przez Alterego1 (2013-03-29 23:55:20)

Odp: czy warto mieć nadzieję

Kobieto...nie bądź złośliwa.Nie tworzę teorii spiskowych tylko gdybam.Taka teoria.Nic więcej.
Tak samo jak staram się zrozumieć Ciebie to interesuje mnie też Jego postępowanie.

711 Ostatnio edytowany przez bags (2013-03-29 23:58:26)

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:
bags napisał/a:

A niby chciec to moc... tylko jeszcze brakuje tego, by potrafic to zrobic.

Więc widać, bags że nie zawsze chcieć znaczy móc  wink

Widzisz...
kiedys - jeszcze przed swoim felernym zaobraczkowaniem - trafiem na powiedzenie, ze "kto nie chce, kiedy moze, nie bedzie mogl, kiedy bedzie chcial" i to mi sie spodobalo, bo pasowalo do tego, co mi sie w zyciu przytrafialo.
I faktycznie w walce o swoj zwiazek chcialem i moglem, mialem ku temu okazje; fachowa pomoc, z ktorej korzystam do dzisiaj w razie potrzeby. Teraz tez bym mogl i chcial, majac dalej te same a nawet wzmocnione pole do dzialania... ale wiem doskonale, ze to juz jest psu na bude (do kwadratu smile ).
Wykorzystalem swoje 5 minut do granic mozliwosci i choc nie przyniosly one takich rezultatow jak chcialem czy oczekiwalem, to i tak sowite plony tej syzyfowej pracy zebralem dla siebie. Z wymierna korzyscia na przyszlosc.
Tego samego nijak nie moge powiedziec o swojej "jeszcze" zonie, bo czynila tak jak mowi w/w powiedzenie. A plony tego zbierze takie, jak sobie swego czasu poscielila.
Decyzje podjete wbrew sobie mszcza sie na Nas, to tez wiem i doswiadczylem, czego moja "jeszcze" slubna juz malymi kroczkami zaczyna doswiadczac.
Byl czas ze ja ostrzegalem w roznych aspektach zycia codziennego, teraz mi pozostaje jej powiedziec "a nie mowilem?". Ale jednego nie jestem pewien... czy przyjdzie taki czas i bedzie mi dane jej to zakomunikowac. big_smile

712

Odp: czy warto mieć nadzieję
bags napisał/a:

kiedys - jeszcze przed swoim felernym zaobraczkowaniem - trafiem na powiedzenie, ze "kto nie chce, kiedy moze, nie bedzie mogl, kiedy bedzie chcial" i to mi sie spodobalo, bo pasowalo do tego, co mi sie w zyciu przytrafialo.
I faktycznie w walce o swoj zwiazek chcialem i moglem, mialem ku temu okazje; fachowa pomoc, z ktorej korzystam do dzisiaj w razie potrzeby. Teraz tez bym mogl i chcial, majac dalej te same a nawet wzmocnione pole do dzialania... ale wiem doskonale, ze to juz jest psu na bude (do kwadratu smile ).

Bardzo prawdziwe.

Mnie dziś trudno - piekę muffinki, zaraz będę sprzątać, mąż leży na kanapie przed TV. Ciężko tak koło niego chodzić, jak koło obcego człowieka, nie mojego już.
Ciężko mi dziś ... święta. Pójdziemy jutro do moich rodziców jak zwykle, ale jak obcy sobie. Będzie też mój brat z rodziną, trudna dla mnie sytuacja.  Moi rodzice chcieli, żeby przyszedł - jest też dla nich jak syn po tylu latach. Nie akceptowali go na początku, trochę czasu im zajęło pogodzenie się, że to z nim jestem... a potem pokochali go po prostu. Jest oczkiem w głowie mojej nadopiekuńczej mamy.
Trudne to wszystko.

Waham się co do przyjaciela. Powiedzieliście mi tu dużo rzeczy - pierwszym mechanizmem było wyparcie. A teraz się zastanawiam.
Nie wiem czego chcę na tą chwilę.

Spokojnych  Świąt wszystkim życzę.

713

Odp: czy warto mieć nadzieję

Mam pytanie.
Czy jest możliwe , że to że tak bardzo chciałam ratować to małżeństwo może wynikać z ogromnego poczucia winy , wyrzutów sumienia?
Czy to może być powodem mojego dysonansu pomiędzy rozumem a sercem?

714 Ostatnio edytowany przez Alterego1 (2013-03-31 23:30:46)

Odp: czy warto mieć nadzieję
kobieta w rozterkach napisał/a:

Mam pytanie.
Czy jest możliwe , że to że tak bardzo chciałam ratować to małżeństwo może wynikać z ogromnego poczucia winy , wyrzutów sumienia?
Czy to może być powodem mojego dysonansu pomiędzy rozumem a sercem?

Hn.Nie wiem czy jest ktoś kto potrafi odpowiedzieć na to pytanie.
Myślę że,chyba jedyną taką osobą Jesteś właśnie Ty kobieto w rozterkach.
A pytanie główne brzmi
Dlaczego chciałaś ratować swoje małżeństwo?.
Nie wiem czy znajdziesz na nie odpowiedź.
Najprostszą zdawać by się mogła ta że kochasz.Ale czy napewno jest to ta miłość?.Tego to chyba dowiesz się raczej u kresu swoich dni tak na 100%

715

Odp: czy warto mieć nadzieję
Alterego1 napisał/a:

Hn.Nie wiem czy jest ktoś kto potrafi odpowiedzieć na to pytanie.
Myślę że,chyba jedyną taką osobą Jesteś właśnie Ty kobieto w rozterkach.
A pytanie główne brzmi
Dlaczego chciałaś ratować swoje małżeństwo?.

No właśnie tak myslę nad tym od wczoraj. Wczoraj był bardzo ciężki dzień, wspólne święta, wspólne wizyty u rodziny - uruchomiły we mnie znowu "chciejstwo" które znowu skończyło sie rozmową z mężem (podczas jazdy samochodem- byliśmy sami , córki jechały drugim samochodem). Znowu dałam mu informację, że jeszcze chcę - i znowu otrzymałam zwrotnie że on nie , z wielu powodów.
To już ostatnia taka rozmowa, więcej nie będę już z nim rozmawiać.
Bo ta rozmowa uświadomiła mi jak wiele rzeczy się podziało , i jak bardzo rozbieżne były nasze oczekiwania w związku.

No i tak zastanawiam się - dlaczego tak trudno mi zwrócić sobie wolność. I pierwsza myśl, która mi wpadła to poczucie winy - które sprawia myślenie , że "ja muszę, powinnam" . Dodatkowo też sporo lęku przed przyszłością, przed samotnością, przed nieznanym.
No i nie ułatwiają tego wspólnie przeżyte lata, bo przecież było dużo dobrych chwil jednak, piękne wspomnienia.
Chyba dlatego tak trudno się uwolnić . Nie potrafię sobie wybaczyć i dać wolności, uwolnić od tego że muszę. Tak mi się wydaje, że poczucie winy mnie trzyma w tym stanie.
To tylko mój stan i moje "chcenie" - mąż przecież już dawno zrozumiał czego chce , dał sobie wolność, podjął świadomą decyzję.
Wczoraj zrozumiałam , że czas też na mnie. Że nie muszę nikomu ani sobie nic udowadniać . Tylko zacząć po prostu żyć zamykając ten rozdział.
Trudne to mieszkając pod jednym dachem , o wiele trudniejsze niż jakbyśmy mieszkali osobno, ale nie ma innej opcji - finanse nas trzymają. Musimy sprzedać dom - jak najszybciej.
I kiedy już się wyprowadzę do swojego mieszkania , na początku będzie trudniej - ale później już tylko łatwiej.


Alterego1 napisał/a:

Nie wiem czy znajdziesz na nie odpowiedź.
Najprostszą zdawać by się mogła ta że kochasz.Ale czy napewno jest to ta miłość?.Tego to chyba dowiesz się raczej u kresu swoich dni tak na 100%

Jest wiele rodzajów miłości - może nie była ona taka z fajerwerkami i motylami w brzuchu , ale jednak była. Oparta na zdawało mi sie silnych fundamentach (rodzina, spokój, bezpieczeństwo, swoje miejsce na ziemi), a niestety runęło wszystko jak domek z kart.
To nie był rok, to było 13 lat.
Na pewno była miłość , ale brak umiejętności stworzenia prawdziwej bliskości, brak umiejętności i chyba chęci w odpowiednim momencie stworzenia dojrzałych relacji , brak chęci pracy nad związkiem po obu stronach  - spowodowały , że miłość nie wystarczyła.
Tak też bywa.

Przetrwałam święta , bałam się tego bardzo i słusznie , bo jak podejrzewałam - uruchomiły sie we mnie znowu wszystkie niepotrzebne emocje . Było ciężko. Ale już "po" , teraz już z górki - swoim torem iść do przodu.

Posty [ 651 do 715 z 1 076 ]

Strony Poprzednia 1 … 9 10 11 12 13 … 17 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » czy warto mieć nadzieję

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026