Serdecznie dziękuję Wam Dziewczyny za gratulacje
Mała Karolinka też dziękuje 
Któraś z Was pytała o poród, chętnie się podzielę, bo sama jeszcze w ciąży chciałam się dowiedzieć jak najwięcej i chętnie słuchałam opowieści, oczywiście tylko tych pozytywnych 
Teraz jak o tym myślę, to strasznie się cieszę, że już po wszystkim. Sam koniec ciąży czułam się fatalnie i nie mogłam się doczekać, kiedy już coś się zacznie. I jak na złość jakiś tydzień przed terminem zniknęły skurcze przepowiadające... Wszyscy mi mówili, że na pewno urodzę wcześniej, bo brzuch nisko, skurcze były i czop śluzowy odszedł w połowie listopada. A tutaj niespodzianka, bo naszej małej przestało się nagle spieszyć.
Po terminie chodziłam do położnej co 2 dni. Zawsze to samo: badanie moczu, mierzenie ciśnienia i tekst, że mam się nie martwić "bo w końcu przecież urodzę". Tutaj o wywoływaniu porodu myślą dopiero po 2 tygodniach po terminie i już sądziłam, że tyle będę musiała czekać. Aż tu kolejna wizyta i położna zaniepokojona mówi, że mam białko w moczu i natychmiast mierzymy ciśnienie, bo jak jest podwyższone, to może rozwijać się zatrucie ciążowe. Ja mam niskie ciśnienie, przez całą ciążę nie przekroczyło 105, a tu nagle 160. Telefon do szpitala: mamy jechać, więc do domu po spakowaną od dawna torbę i prosto do szpitala. Tam podłączają mnie pod ktg i ciśnieniomierz, który sam się uruchamia co 15 min. Pobierają krew i mocz, i wychodzi, że białka bardzo dużo, więc zapada decyzja o wywoływaniu. Na oddziale zaraz przychodzi lekarka wytłumaczyć mi co i jak ma się odbywać. Mówi, że zaaplikują 2 tabletki, które raczej niczego nie zdziałają (bo pierwszy poród i zero skurczy i rozwarcia), więc po 6 godz następne 2 i może się zacznie, a jak nie to kroplówka. Koło 20 dostaje tabletki, dalej ktg podłączone i co pół godz mierzenie ciśnienia. Do 23 nic zupełnie się nie dzieje, więc za namową położnej odsyłam mojego mężczyznę do domu, "bo przez noc nic się nie będzie działo, więc niech się wyśpi przed ważnym dniem". Zostaję sama i próbuję zasnąć, ale nic z tego. Przed 1 zaczynają sie skurcze i bardzo szybko przybierają na sile, boli bardzo, a na ktg widzę wciąż prostą linię. Przychodzi jakaś pielęgniarka i uświadamia mnie, że zupełnie nic się nie dzieje i że to pewnie nie są skurcze. Mówię, że chcę rozmawiać z lekarzem, bo MAM SKURCZE. Po chwili przychodzi lekarka: ktg źle podłączone, skurcze są regularne co 5 min. Pyta o znieczulenie- chcę, więc dostaję zastrzyk morfiny. Ulga niesamowita... Położna pyta, czy zadzwonić po partnera, bo "w każdej chwili może się zacząć". Ok 3 mój mężczyzna jest już z powrotem. Dostaję dodatkowo gas rozweselający i jadę na porodówkę. Po jakiejś godzinie morfina przestaje działać, więc proponują mi epirural (znieczulenie w kręgosłup)- chcę, więc już po chwili znów ulga
. Kiedy zaczynają się skurcze parte myślę sobie, że już teraz to " z górki". Niestety mija półtorej godziny parcia co skurcz, jestem wyczerpana, a mała nie ruszyła się nawet o milimetr... Chcą użyć kleszcze, nie zgadzam się, więc albo przyssawka, albo cesarka. W ostatniej chwili decyduję się spróbować jeszcze przyssawkę, mówią, że jeśli za 5 min nie urodzę, to cesarka... Po 3 min mam na piersi naszą córeczkę
Dzidzia duża po 3800g i 55 cm! Nie wiem jak ją urodziłam, bo jestem szczupła, wręcz chuda, a przez ciążę utyłam tylko 8 kg...
Do domku idziemy następnego dnia z rana, więc szybciutko, ale to dobrze, bo najlepiej odpoczywa się we własnym łóżku:)
Teraz mówię z zupełnym przekonaniem- nie ma co panikować i bać się porodu. Może skurcze to nic przyjemnego, ale wszystko da się przeżyć, z myślą, że wkrótce będziemy mieć nasze małe szczęście przy sobie.
U mnie poszło dość sprawnie: bo do szpitala trafiłam w piątek ok 17, w sobotę o 14:23 urodziła się Karolina, a w niedziele koło 12 byliśmy już w domu 