pennylane właśnie znalazłam identyczny na tablicy za 120 zł.
Laski tym razem to ja muszę się wygadać. Może jestem przewrażliwiona, to mi napiszcie szczerze.
Nie wiem czy wspominałam, ale moja teściowa ma raka, niestety sprawa wygląda dość dramatycznie, ma już przerzuty i generalnie cierpi, ale ona sama nic o tym nie wie, bowiem siostra mojego męża i całe jej otoczenie (wraz z moim mężem) postanowiło jej nic o stanie zdrowia nie mówić.
Co prawda ona wie, że ma raka w łopatce przerzutowego z nerki, ale nie wie o płucach (nadal pali), nie wie o węzłach chłonnych, nie wie jakie rozmiary maję te wszystkie zmiany.
Osobiście tego absolutnie nie rozumiem, mąż mnie pyta czy byłabym taka odważna gdyby chodziło o moją mamę, ale tak, śmiem twierdzić, że moja mama mimo dramatycznej diagnozy powinna wiedzieć i by wiedziała bo ma do tego prawo, to ona ma prawo decydować (czy ktokolwiek inny) o swoim leczeniu.
Tylko te osoby o których wspomniałam stali się poniekąd więźniami swojego pomysłu, czyli najpierw diagnoza, że nerka - ale lekarz od chemii zasugerował by sprawdzić jeszcze płuca (kolejny wycinek) na co rodzina męża już się nie decyduje bo teściowa o płucach przecież nie wie. Jak dla mnie stali się panami życia i śmierci tej kobiety.
Pisałam już wcześniej - jak byłam u teściów - uważam, że to złota kobieta, ma tylko jeden problem.
Jest uzależniona od leków, ona dziennie łyka 11 tabletek - sorry - teraz już 12 sztuk (zaraz do tego dojdę).
Jak jej pomagałam gdy byłam tam tydzień to natknęłam się na co najmniej trzy szafki wypełnione lekami, dodajcie do tego trzy siatki wypełnione lekami.
I do tego fajki, może nie dużo, ale jednak.
Jak teraz wygląda leczenie?
Otóż siostra męża (bo co jakiś czas coś od kogoś usłyszy) zamawia jakieś specyfiki.
Mój mąż przywiózł od zakonników zioła (nie wziął od nikogo za to żadnej kasy), mniej więcej dwa razy w miesiącu 200 zł idzie z naszego budżetu na bioenergoterapeutę.
Zamówione zostały mikroelementy, oczywiście połowę płaciliśmy (przy nich nie można palić).
Bioenergoterapeuta nie wiem w zasadzie po co skoro organizm teściowej jest dosłownie odurzony lekami, bo bierze także morfinę.
Leczenie szpitalnego brak.
Do czego zmierzam?
Z racji tego, że centrum onkologiczne jest bardzo blisko te pierwsze wizyty - chodzenie po gabinetach - spadło na mnie, słuchałam co lekarze mieli do powiedzenia, prowadziłam teściową dosłownie za rękę.
A i tak siostra męża potrafiła zadzwonić z pretensjami. Że np. biopsja według niej powinna trwać jeden dzień, a było inaczej, jakbyśmy mieli na działanie szpitala jakikolwiek wpływ, nie wspomnę, że dzięki mojemu Klientowi biopsja została zrobiona w marcu, a nie w maju!
Albo gdy lekarz od chemii stwierdził, że nie zdecyduje o podaniu chemii bez obejrzenia pacjentki (coś takiego, no nie?) to zadzwoniła i powiedziała, że mąż ma do niego wrócić, płakać, paść na kolana i to wybłagać, bo to w końcu jego matka!
Siostra męża według mnie zaczęła wedle swoich pomysłów i decyzji terroryzować przede wszystkim nas.
Nie zadzwoni do męża z zapytaniem "co słychać?", tylko wieczne pretensje. Pretensje o to, że robi remont, że jedzie na wczasy (opcja z wojska) - zresztą pierwszy raz od bardzo dawna mój mąż tak wypoczywa.
Przypomnę jeszcze, iż tydzień zajmowałam się teściową i przyjechałam do niej ze swoim jedzeniem - wiadomo leki kosztują. Nawet te przyjmowane jak leci - wybaczcie sarkazm, może to okrutne co piszę, wiem.
Z prezentu na ślub od teściów - wyciągnęliśmy 200 zł i też oddaliśmy teściom.
I teraz znowu w trakcie wczasów, na tym zadupiu, zaznaczam siostra męża ma internet, zadzwoniła ciotka męża i powiedziała, żeby mąż zamówił jakieś tam pestki, kolejne tabletki i syrop i, że jest to prośba od siostry męża.
Czyli raz: nie dość, że poprosiła o to kogoś innego, a ta osoba zwróciła się do męża, to potem rzecz jasna przyszedł SMS z kolejną kwotą do uregulowania na pół przez męża i jeszcze wcześniej był telefon znowu z pretensjami, że mąż jednak miał zamówić coś innego.
Powiem Wam, ch** mnie dziś strzelił.
Czy my śpimy na kasie?
Jeszcze dziś pisałam Wam o wyprawce, o tym, że mam mniej w tym miesiącu wypłaty, a w domu do dokończenia jest remont.
Ja rozumiem, że mama męża jest chora i człowiek w takim momencie zrobi wszystko by najbliższą osobę ratować, ale ten brak ustalenia czegokolwiek i wieczne żale w pakiecie wyprowadziły mnie dziś z równowagi.
Tu chodzi raptem o 60 PLN, ale czy postępowanie siostry męża jest właściwe?
Spodziewam się, że zaraz znowu coś zamówi (bo coś od kogoś usłyszała) i połowę rachunku dostaniemy my mimo, że nawet tego nie ustali, nie przygotuje na taką ewentualność.
Co robić?
To wszystko co Wam napisałam powiedziałam mężowi, ale czy to coś zmieni?