Postanowiłam, że zaczęłam ta historię tutaj i skoro bardzo potrzebuję się oczyścić otrzymać wsparcie również tutaj to zrobię i poszukam.
Moje podejrzenia były słuszne, równoległe poza mną dwa związki, zdrady, kłamstwa, upokorzenie ...
W końcu 2 stycznia br. miałam odwagę, żeby powiedzieć, że to koniec - moja świadoma decyzja, trudna jak żadna do tej pory (tak wówczas myślałam). Prosił o wybaczenie, przepraszał, tłumaczył, zaproponował terapię. Zgodziłam się. Jego brak pracy, przygotowywanie się do państwowego egzaminu, koszty z tym związane, jednym słowem - wspierałam, pomagałam licząc na zmiany. Nastapiły i owszem - nie zdradzał, nie miał tajemnic, na moje prośby utrzymywaliśmy bliższe relacje z jego i moją najbliższą rodziną ... i zaczęła się rodzić agresja, przemoc fizyczna. JEGO. W zasadzie, nie było tygodnia bez kłótni a czasami dnia bez kilku pod rząd. On mi zarzucał, że się czepiam a ja walczyłam o to, że skoro utrzymuję nas "chwilowo", to nie chcę jeszcze robić za "służącą". W domu po powrocie z pracy nigdy nie zobaczyłam obiadu - sama musiałam go dla nas robić, sporadycznie był porządek, chcieliśmy kiedyś psa, pozwoliłam mu wybrać rasę, płeć, imię - myślałam, że w ten sposób z miejsca go pokocha, bedzie się nim zajmował bo będzie czuł, że jest naprawdę jego. No tak, jak byłam w pracy, przez 9 godzin potrafił 2 razy go wyprowadzić na dwór, nie pomogły tłumaczenia ze to szczeniak, że po każdym przebudzeniu, jedzeniu, zabawie, trzeba go na chwilę chociaż wyprowadzić, żeby załatwił swoje potrzeby na dworze, że dwa razy to za mało. Oczywiście przed pracą ja musiałam wstawać wcześniej i go wyprowadzić, nakarmić a jak się pokłociliśmy to mój chłopak w ogóle nie wychodził - robił mi na złość. W zasadzie zawsze kiedy miałam zdanie inne od jego, kiedy się o coś pokłóciliśmy to robił mi na złość nie pomagając w niczym albo nawet wycofując się z tego, do czego przed kłótnią się zobowiązał.
Agresja z jego strony - twierdzi, że moja wina bo go prowokuję. Nie jestem idealna, jestem impulsywna i nie pozwalałam na ignorowanie i lekceważenie mnie i wspólnych obowiązków czy zobowiązań (przecież psiak to ogromne zobowiązanie wobec tego stworzenia) - wtedy obrywałam, bo pozwoliłam sobie na postawienie się. Nawet słyszałam, że powinnam się go bać, bo jest silniejszy i go nie prowokować, nie stawiać się. Długo by pisać.
Bliskości nadal nie było, czułości również brak (a przynajmniej bardzo rzadko), miłości z jego strony nie czułam w ogóle.Codziennie się zastanawiałam po powrocie z pracy w jakim stanie zastanę mieszkanie, czy jego jedynym zajęciem jest ślęczenie przed kompem CAŁODNIOWE i granie w gry, zamiast konkretnie szukanie jakiejkolwiek pracy, byle zarabiać, byle wyjść do ludzi. Byl na kilku rozmowach, ale nic z tego nie wyszło, domyślam się tylko, że to jego charakter był problemem, bo merytorycznie jest super do zawodu przygotowany. Wiecie to taki typ człowieka, który na kobietach potrafi zrobić wrażenie - inteligentny, przystojny, pewny siebie ... Ale to tylko pozory. Nie posiada umiejętności budowania pozytywnych relacji międzyludzkich, nie ma przyjaciół, nie ma bliższych znajomych, nie utrzymuje kontaktów z jedynym bratem, z mama się nie dogaduje a z ojcem jedynie kwestie zawodowe go łączą.
Od końca kwietnia do dnia dzisiejszego mam nieustannie siniaki na rękach - jego dzieło. W zeszłą niedzielę tak mnie pobił, że mam całe ramie sine - jeden potężny rozległy siniec na rękach.
I tak sobie myślę, ponad dwa lata razem, ponad rok wspólne mieszkanie. Przez ponad rok nie było dobrze, nie skupiał się na naszym związku bo były inne kobiety, później bo uczył się do egzaminu państwowego, później bo stres związany z oczekiwaniem ponad miesięcznym na jego wyniki, później po bardzo dobrze zdanym egzaminie bo brak pracy ... Zawsze coś. Ja przez ten czas starałam się dbać o niego i nasz związek - w miarę jak prawda o nim wychodziła na jaw - co raz mniej, nie ukrywam. Utrzymywałam nas, finansowałam jego potrzeby, naprawę jego auta, bo moje sprzedałam i za jego namową że skoro on nie pracuje to oszczędniej nie kupować nowego - nie kupiłam. Laptopa zalał mi kawą, w wyniku czego jest on zniszczony, przywiózł swój stary stacjonarny, który z miejsca kazałam sformatować bo miał tam zdjęcia tych dziewczyn i wielu innych.
Jestem wykonczona, chodze do psychologa, źle sypiam, spadło jeszcze bardziej moje poczucie własnej wartości, zniknęła wiara w ludzi.
Rozstałam się z nim, wczoraj zabrał częśc swoich rzeczy, po reszte ma wrócić w poniedziałek jak będę w pracy. Zostałam sama (niestety dalej go kocham więc jest strasznie), z długami, bez samochodu, komputer łaskawie powiedział, że mi zostawi, chociaż nie wiem czy go w poniedziałek nie weźmie i ze szczeniakiem. Usłyszałam, że zniszczyłam mu życie, że żałuje że mi zaufał. Został bez pieniędzy, pojechał oczywiście do mamy. Zaproponowałam,że jak prześle mi fakturę za telefon którego nie ma za co zapłacić to mu ją zapłacę, że tylko tyle mogę dla niego zrobić. Odmówił.
Tęsknię za nim, chociaż zrobił mi tyle złego, wyrządził taką krzywdę. Myślę, że dług spłacę do końca roku, nie wiem jeszcze czy go powiększę, żeby kupić auto ... Mama chciała przyjechać na trochę, żeby było mi lżej - odmówiłam, nie chcę zeby widziała moje siniaki, które pewnie jeszcze długo będą znikać.
Nie wiem, czy fakt, że na spokojnie, nie w kłótni i świadomie się rozstaliśmy spowoduje, że nie będę chciała jego powrotu?
Potrzebuję wsparcia, jestem w rozsypce, co gorsza czuję ze go faktycznie zwiodłam i źle mi z tym.
Wszyscy radzili, żebym się z nim rozstała - nawet on sam, twierdzi, że on się nie zmieni i lepiej mi będzie bez niego i że zależy mu na moim dobru. Wiem jednak, że nikt tego za mnie nie przejdzie, koleżanki poradzą, ale każda ma swoje życie, swoj związek, swoje problemy. Chyba dlatego tutaj to wyrzuciłam z siebie, żeby dostać wsparcie w tych trudnych chwilach od was, żeby móc pisać kiedy bedzie mi źle, kiedy będę chciała się z nim skontaktować a rozum będzie mówił "nie".
Czuję się tak, jakby wszystko się dla mnie skończyło, jakbym nie miała szans na poznanie kogoś "normalnego" i stworzenia normalnego zdrowego związku, bez toksycznego układu i życia w ciągłej sinusoidzie ...
Wiem, że bardzo długi wywód, ale wierzcie jest on kroplą w morzu ...