Dzień dobry
Jestem i ja po kilku dniach nieobecności.
Goście byli i wczoraj odjechali.
My przez cały ich pobyt kosiliśmy zboże.
Przez te wszystkie dni upał był taki, że trudno sobie wyobrazić.
Co innego w domu, co innego na polu.
Zostało nam jeszcze trochę pszenicy, która rośnie koło lasu i
jest jeszcze za wcześnie aby ją skosić.
Dla mnie te upały to tragedia, mąż bardziej to wytrzymuje.
Na polu musiałam być, bo pole jest bardzo długie i zboże nie mieściło się do zbiornika w kombajnie, by móc dojechać do brzegu.
Musiałam podjeżdżać, by mąż mógł wysypać.
Potem przyjeżdżaliśmy, by wysypać tą przyczepę pełną zboża.
I znów wracaliśmy na pole.
Wczoraj pojechaliśmy z mężem do szpitala odwiedzić koleżankę.
Mąż był raptem 10 minut, on bardzo przeżywa chorobę koleżanki.
Ja zostałam dłużej.
W tej chwili koleżanka jest pionizowana do siadania.
Siedzi już stabilnie.
Efektów ruchomości ręki i nogi brak.
Nie jest dobrze, a są jeszcze i inne skutki udaru.
Czy cokolwiek jeszcze ruszy - rokowania są złe.
Codziennie ma rehabilitację, logopedę, psychologa.
Mam nadzieję , że będą nawet jakieś małe pozytywne efekty tej pracy.
Jestem wymęczona tym upałem, tymi temperaturami.
Dzisiaj tylko pranie i pranie.
Nie gotuję i nic więcej nie robię.
Pozdrawiam






.jpg)




