egonschiele napisał/a:To tak jakby alkoholik obwiniał swoja partnerkę, ze jest alkoholikiem
Dokładnie, ja też byłabym daleka od szukania winnych czyjegoś uzależnienia.
Co do pornografii uważam, że jak najbardziej może stanowić to problem w związku. Oczywiście nie chcę generalizować, akurat w moim przypadku było to dla mnie bardzo bolesne odkrycie.
Prawie 10 lat razem, ja mam niestety niezbyt wysokie libido, ale jestem otwarta. Nigdy nie było tak, nawet na początku, że kochaliśmy się codziennie, ale zawsze byłam namiętna i mój partner nie narzekał. Po jakiś siedmiu latach zaczął wchodzić na polską stronę z amatorskimi sex-filmikami i zdjęciami. Początkowo z ciekawości, sporadycznie, jednak z czasem kompletnie "popłynął", zupełnie go zaślepiło. Prawie codziennie (głównie późnym wieczorem lub w nocy) onanizował się przed tym przeklętym monitorem podczas gdy ja spałam w pokoju obok:( Trwało to ok. 8 miesięcy, do momentu jak przypadkiem się dowiedziałam.
Może wielu się zdziwi, ale był to dla mnie straszny cios, chciałam odejść. Pogubiłam się niesamowicie, stany depresyjne, nieznośna huśtawka emocjonalna, brak zaufania, wstyd i poczucie śmieszności. Wszystko zmieniło się tak nagle. Mój "idealny" związek, idealny facet, który nawet nie potrafił (i nie potrafi do tej pory) wyjaśnić swojego zachowania. Zapadłam w "uczuciową agonię" i potrzebowałam reanimacji. Teraz po półtora roku dochodzę do siebie, ale wiem, że wątpliwości i obawy zostaną jeszcze długo. Bardzo kocham mojego przyszłego męża i gdyby nie ta historia byłabym najszczęśliwszą kobietą na świecie chyba. On walczył o mnie, przestał wchodzić na te strony, staramy się wszystkie problemy rozwiązywać wspólnie, zwłaszcza związane ze współżyciem, jeśli się pojawiają.
Może rzeczywiście seksualnie nie do końca jesteśmy dopasowani, ale ja nie wierzę, że istnieją ludzie o dokładnie identycznych potrzebach. Co ważniejsze, w małżeństwie liczy się nie tylko seks. Sztuką jest właśnie to, aby zawsze szukać rozwiązań we dwójkę, nie gdzieś poza związkiem "na boku".
Ja raczej nigdy nie zrozumiem jego postępowania, choć próbowałam, tym bardziej, że on sam nie jest w stanie tego wyjaśnić i wiem, że mu wstyd. Najdziwniejsze jest dla mnie to, że narzeczony nadal twierdzi, że uwielbia się ze mną kochać i nigdy mu niczego w sypialni nie brakowało. Wiem, że cały czas mnie pragnie, pożąda tak jak kiedyś. Mówi, że był głupi, no cóż - ja nie zaprzeczam wtedy...:)
Niektóre kobiety tu na forum pisały mi, że nie robiłyby z tego jakieś tragedii, a może nawet by swojemu facetowi przy tym pomogły. OK, nie mam nic przeciwko podaniu "pomocnej dłoni", nie jestem pruderyjna, ale najpierw MUSIAŁABYM WIEDZIEĆ. A tak w tajemnicy jak się coś dzieje, na co dzień słyszę jaka jestem "mniam" i wszystko cacy, to chyba mam prawo czuć się oszukana? Skoro oboje jesteśmy zdeklarowanymi monogamistami, decyzja o ślubie podjęta, to dla mnie takie "tylko patrzenie" i dogadzanie sobie jest w jakimś sensie zdradą, pewnego rodzaju namiastką seksu z innymi kobietami. Mój nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, ale chyba coś zrozumiał, oboje wynieśliśmy pewną naukę, bolesną tak dla mnie jak i dla niego (ja wylewałam hektolitry łez, ale jemu też zdarzało się płakać ze mną, bo nie wiedział jak mi pomóc). Niestety, można dotkliwie zranić najbliższą osobę w tak "banalny" sposób. W naszym przypadku nie trwało to może bardzo długo, ale powoli zaczynało już odbijać się na wspólnym pożyciu - stopniowe oddalanie się od siebie, miałam wrażenie, że nieco stracił mną zainteresowanie, przestał zauważać.
Zawsze dużo rozmawialiśmy, o wszystkim (prawie...), a obecnie jeszcze więcej - rozmowa jest fundamentem. Jeszcze dużo do naprawienia, odbudowania, ale mam nadzieję na happy end. Nie zatraciłam zupełnie wiary w człowieka, jestem może bardziej nieufna, lecz znów pełna miłości.