Mika faceci są domyślni tylko czasem wolniej myślą...
A ważne decyzje na ogól podejmują wtedy, gdy kobiecie już zdąża ręce i piersi opaść ![]()
Podobne tematy
gothka, ręcę już mi dawno opadły po niektorych jego tekstach, wytłumaczeniach. Czekam aż mi piersi teraz opadną ![]()
Eee, Mika, młoda jesteś to tak szybko nie opadną... ![]()
gothka, tfu tfu, do 50tki nie zamierzam czekać, bo wtedy to już na pewno opadna
choć moje piersi nigdy nie były stojące, wiec mogą opaść lada moment ![]()
Warunki, nie warunki coś trzeba planować i ruszać z tym życiem
No tak, planować się planuje, ale jeszcze nie teraz
Ja chciałabym móc coś tak dokładnie zaplanować, ale teraz szukam pracy, już długo i np widzę, że tu nie da się nic zaplanować, często to po prostu łut szczęścia.
Pozdrawiam ![]()
U mnie jest ten problem, że on się wcale nie broni i jak najbardziej deklaruje miłość do grobowej deski. Tylko, że on ma czas
Zawsze ma czas, na wszystko
I wszystko jest na kiedyś, gdzieś, będzie, ale jeszcze nie teraz. I znając go to on tak do 40 może ![]()
202 2012-10-03 17:57:29 Ostatnio edytowany przez Mika09 (2012-10-03 17:58:43)
Teo, mój facet jest taki sam
kiedy z nim rozmawiałam to wiecznie slyszałam odpowiedzi "kiedyś", "może za miesiąc, może za rok, a może wcale" itp. Nienawidzę takiego gadania, ale już sie przyzwyczaiłam :[ jedynie jakiś rok temu mieliśmy okazje tak naprawde na poważnie pogadać, kiedy to jeszcze miał ochote i mniej więcej wiem na czym stoje, ale teraz to już czuje sie jakbym byla w czarnej dupie
no nic, chyba też mu dam czas tylko obawiam się, ze jak powiem mu, że daje mu rok czasu, to padnie pytanie "i co, jak Ci się nie oswiadcze to mnie zostawisz?" i odpowiem "tak", to dostane odp "trudno". Znam go i pewnie taka byłaby reakcja, wiec wole ten czas zachowac dla siebie i jeśli limit się skonczy to wtedy ja powiem "trudno" ![]()
203 2012-10-03 18:01:10 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2012-10-03 18:04:26)
U mnie jest ten problem, że on się wcale nie broni i jak najbardziej deklaruje miłość do grobowej deski. Tylko, że on ma czas
Zawsze ma czas, na wszystko
I wszystko jest na kiedyś, gdzieś, będzie, ale jeszcze nie teraz. I znając go to on tak do 40 może
No tak, tyle to ja na pewno czekać bym nie chciała, dlatego doskonale Ciebie rozumiem.
U nas, gdyby były warunki, to wiem, że długo by nie było, bo nie mówimy kiedyś, chcemy jak najszybciej, nie dokładamy tego świadomie tak długo, tylko no wiecie.
Teo, pamiętam, że mieszkaliście razem i dobrze Wam się mieszkało?:)
Widzicie, chyba takie przyszły czasy, że jest mniej ludzi, którzy chcą się deklarować. Ja tam chcę, ale jak widać jest bardzo wiele osób, które przed tym uciekają. Kiedyś jacyś naukowcy pisali, że są faceci, którzy mają gen, co sprawia, że są przeciw małżeństwu, nawet jak mają i 50 lat
Tacy, którzy po prostu nie chcą poważnych zobowiązań.
chyba też mu dam czas tylko obawiam się, ze jak powiem mu, że daje mu rok czasu, to padnie pytanie "i co, jak Ci się nie oswiadcze to mnie zostawisz?" i odpowiem "tak", to dostane odp "trudno". Znam go i pewnie taka byłaby reakcja, wiec wole ten czas zachowac dla siebie i jeśli limit się skonczy to wtedy ja powiem "trudno"
Ja dostałam takie samo pytanie i odpowiedziałam, że będę musiała się z nim rozstać w takim wypadku i dlatego daje mu dużo czasu na zastanowienie i przemyślenie wszystkich za i przeciw, żeby podjął przemyślaną decyzję.
Nie wiem, co bym zrobiła jakby usłyszała "trudno". Pewnie bym stwierdziła, ze skoro "trudno" to właściwie mam odpowiedź co będzie za rok i chyba nie ma sensu przedłużać czegoś co nie ma przyszłości.
A co do "kiedyś w przyszłości" to ja nakazałam mu planować i organizować. Skoro on ma czas i w ogóle to niech załatwia. Oczywiście w zapasie mam plan awaryjny zawsze, że jak cos nie wyjdzie, bo się okaże, że czasu jednak nie było tak dużo to żebym nie usłyszała, że nie jedziemy tam czy tam, czy nie robimy tego czy tego, bo on nie zdążył, nie miał czasu, pieniędzy. To ja wtedy wzruszam ramionami i robie to co sobie zaplanowała na taką ewentualność nie wliczając go w moje plany. Nawet jeśli mam wyjechać gdzieś na wakacje.
Widzicie, chyba takie przyszły czasy, że jest mniej ludzi, którzy chcą się deklarować. Ja tam chcę, ale jak widać jest bardzo wiele osób, które przed tym uciekają. Kiedyś jacyś naukowcy pisali, że są faceci, którzy mają gen, co sprawia, że są przeciw małżeństwu, nawet jak mają i 50 lat
Tacy, którzy po prostu nie chcą poważnych zobowiązań.
Nie tylko faceci- kobiety też to mają ![]()
Z drugiej strony ja zauważam w swoim otoczeniu mnóstwo ślubów ludzi w przedziale wiekowym 21-23 lata. Szczerze mówiąc, włos mi się jeży na głowie. Jeszcze te młode panny młode to jakoś jest, dziewczyny w większości są dojrzalsze i odpowiedzialne. Ale te młode chłopaczki...
Jestem przeciwniczką małżeństw w tym wieku. Dla mnie odpowiedni wiek to tak 25+.
Moje dwie koleżanki, rówieśniczki są już po rozwodzie. A to dopiero 23 lata.
Bo jest pewna granica kiedy należy oczekiwać deklaracji. Najpierw patrzy się na długość związku. Dla mnie to 2/3 lata i w górę minimum. Druga sprawa to wiek pary. Jak czytam, że jesteśmy już ze sobą 7 lat, a on się nie chce oświadczy, a potem ja mam 20, a mój partner 21... no to ręce opadają
Natomiast jeżeli czyta się, że jesteśmy parą już 5 lat, ja mam 26, on 30 i deklaracji ani widu ani słychu to to już jest nie halo.
Hoho, się dyskusja rozwinęła
![]()
To co do mojej sytuacji, to mi się aż tak nie śpieszy i razem z moim chłopakiem tak sobie mniej więcej ustaliliśmy, że za te 3 lata to ślub mógłby być
Ale i tak wyczekuje momentu zaręczyn, choć raczej nie w najbliższym czasie.
Mika, jaką Ty masz cierpliwość do swojego faceta, podziwiam ![]()
Gothka, akurat w moim studenckim otoczeniu powoli zaczynają się śluby koleżanek, życzę im wszystkiego najlepszego, ale jak dla mnie to nieco za szybko. Nawet nie tylko ze względu na młody wiek, ale i w ten sposób człowiek dobrowolnie dorzuca sobie na studiach obowiązków. Ja troszkę leń jestem także no... Póki co w sumie podoba mi się tak jak jest ![]()
208 2012-10-04 00:39:04 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2012-10-04 00:46:14)
Bo jest pewna granica kiedy należy oczekiwać deklaracji. Najpierw patrzy się na długość związku. Dla mnie to 2/3 lata i w górę minimum. Druga sprawa to wiek pary. Jak czytam, że jesteśmy już ze sobą 7 lat, a on się nie chce oświadczy, a potem ja mam 20, a mój partner 21... no to ręce opadają
![]()
Natomiast jeżeli czyta się, że jesteśmy parą już 5 lat, ja mam 26, on 30 i deklaracji ani widu ani słychu to to już jest nie halo.
No tak, powiedzmy za 3 lata, jakbym ja już miała 24 lata, partner 28 [a o deklaracjach cisza], to bym się martwiła
No, ale teraz jak mam 21 lat, on 25 lat, to raczej nie, niby prawie 4 lata razem, ale jednak wiek taki, że i poczekać można, a i tak sobie myślę, że nawet wskazane. Oczywiście, wszystko zależy od pary
W takich codziennych sytuacjach nawet dużo się widzi czy partner myśli o nas poważnie, dlatego na tym etapie ja wiele na to patrzę. Dlatego, nie uznam tego za dziwne, jakby nasze zaręczyny były np po 6 latach bycia razem ![]()
Gothka, no tak, niestety i tak bywa. Ludzie często popadają ze skrajności w skrajność, a to śluby bardzo wcześnie, a to bardzo późno, tzn zwlekają [czego przyczyną nie jest wiara czy tam światopogląd, ale jakaś wygoda]. No bo wiadomo niewierzący do ślubu nie będzie się palił, przynajmniej kościelnego. Niektórzy żyją w konkubinacie, bo tak wolą i podobno jest im dobrze. No, ale jeżeli chcemy ślubu, to mamy pełne prawo o tym mówić. Ja zawsze to mówiłam, od początku związku. Takie kwestie powinny być jasne.
A u mnie na studiach akurat dużo jest wolnych dziewczyn, w moim wieku czy nieco starszych, a jak zajęte to często jeszcze niezaręczone i nie po ślubie. Dlatego no wiadomo, nie każda chce już i teraz.
allegra, jak się kocha to cierpliwosc trzeba miec, ale ona tez ma swoje granice ![]()
A ja Wam powiem dziewczyny, ze moje rówieśniczki lub koleżanki tak o 2-3 lata młodsze sa już mężatkami i niektóre z nich maja już dzieci i póki co (odpukac!) żyje im sie dobrze, sa szczesliwa i na razie o zadnych rozwodach nie słychac. Zycze im jak najlepiej i nie oceniam tego czy dobrze zrobili biorac slub w tym wieku, ale sama po sobie widzę, ze przez mój brak dziecinstwa ciągnie mnie do rodziny. Chciałabym już móc się ustatkowac, bo niestety ale nie nazwe wspolnego mieszaknia z facetem pod jednym dachem w naszym, a raczxej jego mieszkaniu ustatkowaniem. Zebym chociaz miała pierscionek na palcu to bylabym pewniejsza. No ale po zareczynach nalezałoby podjac temat ślubu, a jestem niemalże pewna, ze noj pierwszy by tego kroku nie podjął i jak zwykler wiekszosc albo wszystko musialabym załatwiac sama no chyba, ze by mi pomógł w pewnych rzeczach, ale nie wiem jakby to było. Niedłguo zadam mu to pytanie jeszcze raz i obym nie usłyszala odpowiedzi "trudno".
I jest tak jak pisze Teo z tym wiekiem i stażem związku, choć niejedna 20latka jest dojrzalsza od 30stki, bo i takie prszypadki się zdarzają. Tutaj już zalezy chyba od dojrzałości i osobowości, bo nie sposob wziąc sobie slub, zrobic dzieci, a potem niech rodzice je wychowują i dają na życie.
Gothka, no tak, niestety i tak bywa. Ludzie często popadają ze skrajności w skrajność, a to śluby bardzo wcześnie, a to bardzo późno, tzn zwlekają [czego przyczyną nie jest wiara czy tam światopogląd, ale jakaś wygoda]. No bo wiadomo niewierzący do ślubu nie będzie się palił, przynajmniej kościelnego. Niektórzy żyją w konkubinacie, bo tak wolą i podobno jest im dobrze. No, ale jeżeli chcemy ślubu, to mamy pełne prawo o tym mówić. Ja zawsze to mówiłam, od początku związku. Takie kwestie powinny być jasne.
Zawsze najważniejsze jest wiedzieć, czego chcemy od życia i od tej drugiej osoby i jasno to sobie ustalić. Albo dwoje jest zgodne co do tego, że będzie chciała w przyszłości wziąć ślub albo oboje decydują się na konkubinat. Można być szczęśliwym i w konkubinacie i w małżeństwie, jeśli oboje chcą tego samego.
truskaweczka19 napisał/a:Gothka, no tak, niestety i tak bywa. Ludzie często popadają ze skrajności w skrajność, a to śluby bardzo wcześnie, a to bardzo późno, tzn zwlekają [czego przyczyną nie jest wiara czy tam światopogląd, ale jakaś wygoda]. No bo wiadomo niewierzący do ślubu nie będzie się palił, przynajmniej kościelnego. Niektórzy żyją w konkubinacie, bo tak wolą i podobno jest im dobrze. No, ale jeżeli chcemy ślubu, to mamy pełne prawo o tym mówić. Ja zawsze to mówiłam, od początku związku. Takie kwestie powinny być jasne.
Zawsze najważniejsze jest wiedzieć, czego chcemy od życia i od tej drugiej osoby i jasno to sobie ustalić. Albo dwoje jest zgodne co do tego, że będzie chciała w przyszłości wziąć ślub albo oboje decydują się na konkubinat. Można być szczęśliwym i w konkubinacie i w małżeństwie, jeśli oboje chcą tego samego.
Oczywiście, że tak
Obustronne porozumienie to klucz do szczęścia pary
Pozdrawiam.
Selene1, coś w tym jest, może faktycznie sama nie miałaś świetnego dzieciństwa, a teraz chciałabyś już mieć własną rodzinę, przekazać dziecku/dzieciom to, czego sama nie otrzymałaś. Mam nadzieję, że Twoje pragnienia się spełnią ![]()
truskawka ale można też po nieszczęśliwym dzieciństwie mieć uraz do zakładania rodziny...
Monia, Selene to ja (Mika09)
musialam zmienic nick ![]()
gothka, owszem można mieć, ale to zalezy od osoby juz
ja np mam straszny nacisk na rodziny mimo iz rodzice mi tego nie fundneli. Mama sie starała, ale z ojcem alkoholikiem nie bylo to możliwe.
Ktoś jeszcze czeka na zaręczyny czy już wszystkie zapierścionkowane? ![]()
Nie, ja jeszcze nie jestem zaręczona gothka. Ja szukam pracy, jak będziemy mieć oboje pracę, to chcemy razem zamieszkać, a potem zaręczyny
Także nie tak zaraz, pewnie z rok jeszcze będzie czy dwa mniej więcej. A Ty gothka?
U mnie zamiast iść coś do przodu to tylko się cofa... ![]()
Nie mam jakiegoś obsesyjnego parcia na ślub ale po 5 latach chciałabym już czegoś więcej niż bycia dziewczyną; tej deklaracji, że wybiera właśnie mnie...
Mieszkaliśmy razem niemal całe studia. Obiecałam sobie, że jeśli nie oświadczy się do czasu mojego ukończenia studiów- wracam do domu. Koniec z zabawą w żonę. No i stało się.
W czerwcu szczęśliwie się obroniłam a potem płakałam, pakując walizki. Nie oświadczył się.
Już ponad 3 miesiące żyjemy w związku na odległość. Widujemy się 1-2 razy w miesiącu.
On został, pracuje. Ja szukam pracy.
Odnowiłam tutaj kontakty z moją najlepszą przyjaciółką, co mnie bardzo cieszy. W końcu mamy czas dla siebie, którego tak nam brakowało w czasie moich studiów. Mogę bez przeszkód odwiedzać dziadków i pomagać im. No i po prostu tęskniłam za bliskimi sobie miejscami.
Ale czasem łapię się na tym, że w kwestii swojego związku albo jest mi już wszystko jedno, albo sama nie wiem, czego chcę. Kiedy się widzimy- jest naprawdę fajnie. Nie możemy się sobą nacieszyć, czas mija zdecydowanie za szybko.
Jednak później wracam do domu i mam dość. Niektórzy patrzą już na mnie z politowaniem, że tyle lat razem i ciągle nic.
Zagryzam wargi ale w duchu przyznaję im rację. Chciałabym już czegoś więcej...
Rozumiem, że nie mam pracy ale zaręczyny to nie od razu ślub. Czy jeśli o czymś się marzy i czegoś bardzo pragnie, warto wszystko przeliczać na pieniądze? Czuję, że nasz związek zwyczajnie się cofa. Już i tak zaręczyny (jeśli będą) nie będą tym, czym być powinny: romantyczną niespodzianką, zaskoczeniem. Po 5 latach jest już tylko żal, że wciąż nie potrafi podjąć tej jednej decyzji, nie jest pewny.
Jego tłumaczenia są dla mnie nie do przyjęcia. Oczekuje, że wrócę do studenckiego miasta i znów zamieszkamy razem- i wtedy może się oświadczy
Ja nie chcę tego robić i nie żałuje decyzji o powrocie do domu. Zna mnie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, czy chce ze mną dzielić życie czy nie. Kolejne miesiące wspólnego mieszkania nic nie zmienią.
Myślę, że rozstanie też nie byłoby dobrym rozwiązaniem. Kocham go i wiem, że cierpiałabym bardzo. Jestem w stanie wybaczyć mu ten brak zaręczyn ale czasem zwyczajnie czuję się gorsza i tak bardzo żal, że nigdy nie poczuję magii tej wyjątkowej chwili ![]()
217 2013-10-01 20:30:15 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2013-10-01 20:30:33)
To rozumiem Cię doskonale, bo my jeszcze nie mieszkamy, ale jak zamieszkamy i np nie ruszyłoby nic z tym, to też nie chciałabym dalej w związku. No, ale widzę, że on chce, jedynie co to może mu się "odwidzić", że tak ujmę, bo wiem, że wiele jest takich historii, różnie bywa, ale ogólnie ufam mu, cieszę się związkiem i myślę, że nam się uda, bo raczej to ten z ludzi, którzy jak coś mówią, to tak będzie, więc wierzę, że jak rozmawiamy to on też szczerze, tak jak ja, dlatego nie boję się tak za bardzo o kwestię zaręczyn i wierze, że jak zamieszkamy, to niedługo zaręczymy się, po prostu nie raz mi pokazywał, że nie rzuca słów na wiatr
My jesteśmy razem tak 4 i pół roku.
A jak jest z Twoim facetem? Czy on ogólnie dotrzymuje słowa, jest słowny, tylko z tymi zaręczynami teraz nie bardzo czy na całej linii Cię zawodzi? No to też jest ważne, byś zobaczyła czy jest o co walczyć, bo jeśli np wcale się nie stara to jest lampka ostrzegawcza. Jak często się widujecie? My mieliśmy czas, że co tydzień czy dwa, tak niestety było, bo szkoła moja czy jego praca i nam się niefortunnie z tym ułożyło, ale teraz prawie codziennie się widzimy ![]()
Na pewno mamy jeszcze dużo czasu na zaręczyny, ślub gothko, bo chyba w podobnym wieku jesteśmy, ale rozumiem, że Cię zawiódł. Mam nadzieję, że się dogadacie, a jak nie, to, że po prostu ułożysz sobie wszystko, czy tak czy tak ![]()
Truskaweczko ja jestem trochę starsza od Ciebie, mam 24 lata. Mój partner jest ode mnie 1,5 roku starszy.
Widujemy się tak, jak pisałam- raz, dwa razy w miesiącu. Teraz, we wrześniu, widzieliśmy się tylko raz
On niby miał się bronić w połowie października i obiecywał, że po obronie będziemy częściej się widywać, będzie do mnie przyjeżdżał. Ale niestety, chyba mu się teraz nie uda z tą obroną i nie wiem, ile jeszcze to nasze raz, dwa razy w miesiącu będzie trwać...
A czy jest słowny... Raczej tak, nigdy mnie pod tym względem nie zawiódł.
Tyle, że nawet sam przyznaje, że w pewnych kwestiach jest po prostu do tyłu... Oglądaliśmy razem pierścionki, mierzyliśmy; kiedy wróciłam do domu pisał, że czuje, że stracił coś ważnego, że tęskni. Ale ciągle jest coś, jakiś powód, przez który zaręczyn ciągle nie ma...
Naprawdę momentami mam już dość. Jest też takie powiedzenie, że jak się chce, to szuka się sposobów a jak nie-powodów....
Rozumiem. A daleko do siebie macie, że tak się widujecie?
Ja już mam 22 lata, zmieniłam właśnie, bo zapomniałam ostatnio.
Dzieli nas 70 km. Dużo to nie jest ale jednak za dużo, by widywać się kilka razy w tygodniu... No i finanse, finanse, finanse... Jak się nie pracuje, to ciężko ![]()
Szkoda, bo teraz jest dla mnie najfajniejszy czas w roku; piękna jesień, kolory, zapachy. Chciałoby się pospacerować za rękę ale nie można ![]()
221 2013-10-03 20:32:58 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2013-10-03 20:33:19)
Dzieli nas 70 km. Dużo to nie jest ale jednak za dużo, by widywać się kilka razy w tygodniu... No i finanse, finanse, finanse... Jak się nie pracuje, to ciężko
Szkoda, bo teraz jest dla mnie najfajniejszy czas w roku; piękna jesień, kolory, zapachy. Chciałoby się pospacerować za rękę ale nie można
Aha, to Twój chłopak nie pracuje? Wydawało mi się, że pisałaś, że pracuje.
Mym mamy do siebie 40 km, ale dojazd średni, bo on mieszka w takich okolicach, że ma gorszy dojazd, więc dojazd do siebie to tak półtorej godziny, a nawet dwie godziny. Z tym, że wiadomo, nie zawsze jest możliwość wpaść do siebie, to widujemy się mniej więcej w połowie, w Warszawie, gdzie ja dojeżdżam tylko pół godziny, a on godzinę. No i udaje się teraz widzieć prawie godzinę, bo tak, jak się chce bardzo spotkać, to godzinka dojazdu to nic, a więcej, to też nic, da się zrobić
No, ale oczywiście zależy też ile ma się czasu. Mój pracuje, więc zazwyczaj widzimy się albo przed jego pracą czy po, w każdym razie mimo że pracuje widujemy się teraz prawie codziennie czy co parę dni
(co parę dni to też dla mnie praktycznie jak codziennie, dużo lepiej niż jak widywaliśmy się co tydzień czy jak zdarzyło się co 2 tygodnie). A jak ja zacznę pracę, to też będzie się kombinować i na pewno uda się często spotkać. Zwłaszcza, że jak znajdę pracę, to raczej w Warszawie tak jak on, więc będzie jeszcze bliżej, by się spotkać ![]()
A Wy ile do siebie dojeżdżacie?
222 2013-10-05 13:09:18 Ostatnio edytowany przez allegra90 (2013-10-05 13:10:09)
Zgłaszam się po niemal dokładnie roku
Gothka, a może on myśli, że macie jeszcze czas? Na pewno tak sobie rozmawialiście bardziej na luzie o dacie ślubu? Jeśli to jeszcze trochę czasu, to może uznał, że nie musi się śpieszyć. Myślę, że ten stan związku na odległość jest tymczasowy i wszystko się wyjaśni. Być może on nie zrozumiał do końca czemu tak naprawdę się wyprowadziłaś.
Truskaweczko
Ja mieszkam od swojego ok.30km. Studiujemy razem, więc widujemy się często.
Mamy niedługo 6 rocznicę. I tak po cichutku miałam nadzieję, że jakaś niespodzianka mnie czeka. No ale wiem, że mój facet zrobił niedawno kilka poważniejszych zakupów, na co poszły wszystkie jego oszczędności i nie było wśród nich pierścionka. Przy czym już nieraz mówiliśmy, że tak w drugiej połowie 2015 chcielibyśmy ślub (znaczy od wakacji mówimy, że za 2 lata, więc tak wychodzi :]). Ale chyba on nie zdaje sobie sprawy, że naprawdę na salę się trochę czeka i obawiam się, że wszystko się może nieco obsunąć w czasie. Przy czym nie chcemy mieszkać razem przed ślubem i obawiam się trochę tego czasu, kiedy oboje będziemy pracować i widywać się na krótko popołudniami i w weekendy. Chociaż u nas ostatnio było małe spięcie w sprawie wesela. On generalnie nie chce wesela, tylko obiad po ślubie i tyle. Jednak ze względu na mnie na wesele się zgadza, chociaż cały czas mówi, że to na pokaz takie, na siłę, celebrowanie czegoś w tłumie nieznanych mu osób (mam dużą rodzinę)... Bolą mnie te słowa, bo dla mnie to od zawsze takie bajkowe marzenie było i mam do tego zupełnie inne podejście.
Selene, a jak sprawy u Ciebie się mają?
truskaweczka- tak, mój chłopak pracuje. To ja nie mam pracy (ale dziś o 19 mam rozmowę w sprawie opieki nad dzieckiem więc możecie trzymać za mnie kciuki
). Ze względu na jego pracę i przygotowania do obrony, ja jeździłam do niego. Dojazd około 2 godziny w jedną stronę ale bilety drogie
Liczę, że jak już zacznę pracować a on się obroni, będziemy widywać się częściej...
allegra dużo osób (koleżanek) potępiło mnie, kiedy wróciłam po studiach do rodzinnego domu. Że powinnam się poświęcić, zostać, bo teraz wszystko rozejdzie się po kościach.
Jednak wiem, że zrobiłam dobrze. Miałam dość trwania w takim zawieszeniu, niewiadomej, gdy nic się nie zmieniało. No i nie miałam za co dłużej wynajmować mieszkania.
Jakiś miesiąc później do niego dotarło. Powiedział, że dopiero teraz czuje, jak bardzo jestem mu bliska i jak bardzo tęskni. Czyli potrzebował tego kopa.
O ślubie, weselu rozmowy były ale nic konkretnego z nich nie wyszło. Niby chce- ale nic z chcenia nie wynika...
Yo! Zapomniałam, że tu pisałam ![]()
I co?? Pozaręczane? Chyba nie ^^
Gothka, Ty sobie odpuść już tego faceta, to nie ma sensu, naprawdę. Szkoda czasu i szkoda życia ![]()
Hej Dziewczyny, chyba dołączę do Waszego "klubu"
Nie to żeby mi się wielce spieszyło do zaręczyn, ale ostatnio mam takie przemyślenia...
otóż kiedy byłam jeszcze w gimnazjum/liceum/zaczynałam studia to swoją przyszłość zawsze widziałam tak, że "po studiach" wezmę ślub. Troche mnie to teraz bawi, bo nie myślałam wtedy z kim, jak i co tylko po prostu, że ŚLUB
Tylko że teraz własnie zaczęłam 5 rok studiów, a więc ostatni. I co? Wcale nie "czuję" tego nadchodzącego ślubu. Chyba po prostu nie czuję się dojrzała, nie wyobrażam sobie takiej odpowiedzialności i takiego zobowiązania... Nie wiem dlaczego tak jest, bo jestem od 3 lat w szczęśliwym związku. Oboje mamy dobrą sytuację materialną, mielibyśmy gdzie mieszkać, nie obawiam się też bardzo o pracę po studiach.
Mój chłopak jest zdania, że najpierw powinniśmy znaleźć dobrą pracę, dobre mieszkanie, a dopiero później się zaręczyć i planować ślub. Rozmawialiśmy o tym nie raz. On chce tego ślubu, ale ma określony plan: najpierw się ustatkować, a potem żenić.
Natomiast ja (mimo swoich obaw) uważam, że kolejność powinna być inna. Najpierw powinno się zaręczyć, ustalić najważniejsze kwestie np. mieszkania, a potem wszystko sobie WSPÓLNIE układać. Przecież chodzi chyba o to, żeby się wspierać, żeby razem żyć i radzić sobie, a nie już urządzeni na gotowo dopiero się zaręczać. Po co wtedy to robić właściwie?
Myślę, że Wasi faceci są świadomi odpowiedzialności jaka na nich ciąży i zwyczajnie się jej boją, odwlekają założenie rodziny. A w dzisiejszych czasach łatwo jest się wymigać, bo przecież nikt nie patrzy krzywo na parę młodą w wieku np. 29 lat, ani na mieszkanie razem przed ślubem. Z moim chłopakiem chyba też tak właśnie jest ![]()
Teo wybacz, ale nie uważam, żeby związek z moim facetem był marnowaniem czasu bądź też życia. Fakt, że narzekam na brak zaręczyn i jest nam trudno przez odległość ale to jeszcze nie decyduje o jakości mojego związku.
Najważniejsza jest miłość, przyjaźń i wspieranie się- a na to nie narzekam i nigdy nie narzekałam. Kocham go i wiem (czuję), że on mnie także.
Brak zaręczyn nie jest w moim wypadku przesądzający decyzję o rozstaniu. Fajnie byłoby, gdyby w końcu padła ta konkretna deklaracja z jego strony. Ale i tak najważniejsze jest miłość- zawsze. Z pierścionkiem i bez.
Teo wybacz, ale nie uważam, żeby związek z moim facetem był marnowaniem czasu bądź też życia. Fakt, że narzekam na brak zaręczyn i jest nam trudno przez odległość ale to jeszcze nie decyduje o jakości mojego związku.
Najważniejsza jest miłość, przyjaźń i wspieranie się- a na to nie narzekam i nigdy nie narzekałam. Kocham go i wiem (czuję), że on mnie także.
Brak zaręczyn nie jest w moim wypadku przesądzający decyzję o rozstaniu. Fajnie byłoby, gdyby w końcu padła ta konkretna deklaracja z jego strony. Ale i tak najważniejsze jest miłość- zawsze. Z pierścionkiem i bez.
Skoro tak twierdzisz, to po co się od niego wyprowadzałaś? Twoja wyprowadzka była prostą demonstracją - nie ma zaręczyn do końca studiów, to ja przestaję być "żoną". I nie zrobiłaś tego z przyjemnością, bo sama pisałaś, że się pakowałaś zapłakana. Wyjechałaś do domu rodzinnego. Dzielą Was 70 km, widzicie się 2 razy w miesiącu. To jest związek? Wiem, że wyprowadzając się miałaś nadzieję, ze go to ruszy, że coś zrozumie, że podejmie decyzję, a tu klops.
A skoro najważniejsza jest miłość i bycie razem, to zapytam ponownie, po co się wyprowadzałaś?
gothka już pisała czemu to zrobiła.
Teo, może przeoczyłam ten moment, ale ona chyba nie prosiła o poradę w tej sprawie? Możesz odpowiedzieć, że to jest forum i że masz prawo wyrazić swoje zdanie i to była by prawda. Ale zastanawiam się jak bez pełnego obrazu sytuacji, bez znajomości danej sytuacji w 100% możesz pisać "odpuść sobie". Może Ty na jej miejscu tak byś zrobiła. Widocznie jej nie jest szkoda "czasu i życia" na to uczucie i na pewno ma swoje powody.
gothka już pisała czemu to zrobiła.
Teo, może przeoczyłam ten moment, ale ona chyba nie prosiła o poradę w tej sprawie? Możesz odpowiedzieć, że to jest forum i że masz prawo wyrazić swoje zdanie i to była by prawda. Ale zastanawiam się jak bez pełnego obrazu sytuacji, bez znajomości danej sytuacji w 100% możesz pisać "odpuść sobie". Może Ty na jej miejscu tak byś zrobiła. Widocznie jej nie jest szkoda "czasu i życia" na to uczucie i na pewno ma swoje powody.
Na pewno powody ma
Bez powodu byłoby głupio
Może i nie jest jej szkoda czasu i widzi w tym sens, ale jaki jest powód, żeby młoda dziewczyna zamiast cieszyć się pełnią życia, chodzić na randki, szaleć i wgl, czekała na zaręczyny i widziała się ze swoim facetem 2x na miesiąc...?
A o powodzie jej wyprowadzki czytałam, był to brak oświadczyn. Czy było coś jeszcze, co mi umknęło ?
230 2013-10-05 20:02:20 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2013-10-05 20:12:27)
Yo! Zapomniałam, że tu pisałam
I co?? Pozaręczane? Chyba nie ^^
Gothka, Ty sobie odpuść już tego faceta, to nie ma sensu, naprawdę. Szkoda czasu i szkoda życia
Też tak uważam. Tu nie chodzi tylko o kwestię zaręczyn.. ale ogólnie podejście... nie dałabym rady cały czas tak rzadko się spotykać
A raz na miesiąc czy coś w tym stylu to naprawdę rzadko.
Gothka rozumiem, że obrona itp, ale czasem też powinien przyjechać.. Ja np jak miałam obronę to też przyjeżdżałam, przecież człowiek i tak czasem powinien zrobić sobie wolne albo np jak pisałam w Warszawie w bibliotece pracę, to potem widywaliśmy się np przyjeżdżał pod bibliotekę, długo namawiać go nie było trzeba, sam chciał
On też mógłby np w mieście gdzieś blisko Was w bibliotece popracować, spotkalibyście, pospacerowalibyście. Ja też niestety tak jak Teo mam wrażenie, że on pokazał Ci, że jednak ta wyprowadzka Twoja tak bardzo na niego nie wpłynęła, rzadko Cię odwiedza itp.
A przecież nic nie zastąpi spotkań w związku. Przy czym właśnie już nie chodzi o kwestię zaręczyn, bo jak pisałam, gdybyście częściej się widywali, to i na pewno uznałabym, że brak zaręczyn to jeszcze nie tragedia, że ważne, że jesteście obok. Ja właśnie bloody_mary uważam, że to nic strasznego, że np najpierw zamieszkam z chłopakiem, a potem zaręczyny. No, ale każdy ma inne podejście, dla mnie też zaręczyny nie są najwazniejsze, nie muszą być tu i teraz, ale ważne jest wsparcie, ogólnie uczucie, że zależy, okazuje to czynami różnymi, ale tu u Ciebie gothka właśnie tego ciepła jednak brakuje, bo przecież rzadko się widzicie. Masz nadzieję, że się to zmieni, ale czy masz gwarancję? Chyba nie.
allegra napisałam do Ciebie na maila
Fajnie, że studiujecie razem z chłopakiem ![]()
truskawczka, ja też mieszkam z chłopakiem, i też nie uważam, że ta kolejność jest zła. Ale w przeszłości, jako nastolatka, inaczej to sobie wyobrażałam.
Co do sprawy gothki to najlepiej będzie jak ona sama się wypowie. Bo najlepiej nie mieć związku ze sprawą i mówić "odpuść, nie warto" itp. Dziewczyny, zapominacie gdzieś w tym wszystkim o uczuciach jakie ich łączą lub jakie ona do niego żywi. I nikt z nas nie wie i wiedzieć nie może czy jej poświęcenie się "opłaci" czy też nie. Czas pokaże.
Teo tak- to JEST związek. Od samego początku.
Wyprowadziłam się nie dla samego strzelenia focha, że nie ma zaręczyn to ja przestaję się bawić w żonę ale żeby ułatwić nam obojgu podjęcie właściwych decyzji. Żebyśmy mogli pomieszkać chwilę osobno, bo razem mieszkamy niemal od początku związku i zastanowili, czy się pobieramy, żyjemy w konkubinacie czy rozstajemy bo osobno żyje nam się fajnie. I zrobiłabym to po raz drugi, dlatego nie pytam o opinię na temat wyprowadzki. Czasem trzeba podjąć radykalne kroki. Kwestie finansowe też odegrały znaczną rolę.
Nigdzie nie napisałam, że mamy zamiar do końca życia widywać się dwa razy na miesiąc. I nie wiem- skąd wnioskujesz, że nie cieszę się życiem?
Bo ten wniosek jest już dla mnie kompletnie niezrozumiały...
Tak samo jak stwierdzenie truskaweczki, że w moim związku brakuje ciepła. Tego też nigdzie nie napisałam- napisałam natomiast, że czuje się kochana. Wsparcie jest możliwe także na odległość.
233 2013-10-05 22:27:50 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2013-10-05 22:30:34)
Teo tak- to JEST związek. Od samego początku.
Wyprowadziłam się nie dla samego strzelenia focha, że nie ma zaręczyn to ja przestaję się bawić w żonę ale żeby ułatwić nam obojgu podjęcie właściwych decyzji. Żebyśmy mogli pomieszkać chwilę osobno, bo razem mieszkamy niemal od początku związku i zastanowili, czy się pobieramy, żyjemy w konkubinacie czy rozstajemy bo osobno żyje nam się fajnie. I zrobiłabym to po raz drugi, dlatego nie pytam o opinię na temat wyprowadzki. Czasem trzeba podjąć radykalne kroki. Kwestie finansowe też odegrały znaczną rolę.
Nigdzie nie napisałam, że mamy zamiar do końca życia widywać się dwa razy na miesiąc. I nie wiem- skąd wnioskujesz, że nie cieszę się życiem?Bo ten wniosek jest już dla mnie kompletnie niezrozumiały...
Tak samo jak stwierdzenie truskaweczki, że w moim związku brakuje ciepła. Tego też nigdzie nie napisałam- napisałam natomiast, że czuje się kochana. Wsparcie jest możliwe także na odległość.
Tak, to dobrze rozumiem, że mieszkaliście razem? No bo ja myślałam, że Wy mieszkaliście oddzielnie, coś mi się musiało pomylić. A no tak.. faktycznie pisałaś, że już mieszkaliście razem, a ja Ci zgodnie z prawdą odpisałam, że jeszcze ze swoim facetem nie mieszkałam, a że jak zamieszkamy, to że my na pewno będziemy się zaręczać, tzn widzę, że nie rzuca słów na wiatr.
No tak, na odległość też jest możliwe wsparcie, ciepło w pewien sposób, ale to nie to samo. No bo Ty mówisz, że to po obronie się zmieni, ale nie masz pewności widzę. To on powinien pokazywać, że to się zmieni, że to chwilowe jak już.
Faktycznie, pisałaś, że mieszkaliście ze sobą niemal całe studia, tzn ile? No, ale faktycznie, zapomniałam, przepraszam.
Może przybliż ogólnie jak Wam się mieszkało, jak się dogadywaliście? Czy obojgu Wam to odpowiadało?
Gothko, wyjaśniło się coś?
Witajcie
. Dołączam się do tego forum. Mój związek trwa 2,5 roku. Nie jest idealny ale to dobry związek. Moja połowica to ponad trzydziestoletni facet, który dużo mówi a mało robi ale kocham go i poczekam jeszcze pół roku...=)
236 2013-11-25 18:47:39 Ostatnio edytowany przez Ludmiłaa (2013-11-25 18:56:25)
Chyba nikt nie czeka na pierścionek, bardziej ode mnie. Mam za sobą kompletną klapę małżeńską. Jestem po czterdziestce i teraz mam 15 lat starszego faceta. Układa się nam coraz lepiej. Mieszkamy razem, sypiamy i w ogóle żyjemy jak małżeństwo. Więc bardzo mi zależy na ślubie. Na pierścionek czekam już prawie 1,5 roku! I często sama mu przypominam żeby w końcu, się zdobył. Ale on mówi, że mnie kocha, ale do ołtarza nie chce. Mi bardzo na tym zależy. Dodam, że jest bardzo przystojny i oglądają się dziewczyny, kobiety, babcie. Jest jeszcze była żona, dorosły syn i nastoletnia córka. Więc zagrożenia z każdej strony. Poza tym nie chce być tylko jego dziewczyną, co najmniej narzeczoną a najlepiej żoną. Ile czasu, się czeka i jak ewentualnie przyspieszyć zaręczyny?????