Panowie, tak jak ktos slusznie wczesniej zauwazyl, w tym calym PP, ktore zostalo opisane w pierwszym poscie, chodzi raczej o odzyskanie siebie...
Odzyskanie siebie oznacza odzyskanie rownowagi psychicznej, emocjonalnej, zdrowo-rozsadkowej a to moze odbyc sie tylko wtedy, kiedy postaramy odciac sie od tego, co jest przyczyna naszego stanu i skupic tylko na sobie, swoim szczesciu, potrzebach.
Odzyskanie ex jest produktem ubocznym calego tego procesu, tak mi sie wydaje.
Czasem najlatwiej przychodzi nam zdobycie tego, na czym nam nie zalezy i czego nie potrzebujemy a im bardziej sie o cos staramy, tym bardziej to tracimy, oddalamy sie od celu.
Druga prawda jest tez taka, ze jesli zbyt latwo nam cos przychodzi to przewaznie nam na tym tak nie zalezy i nie doceniamy tego tak bardzo jak o cos, o co sie staralismy/walczylismy.
Bedac szczesliwa, pozytywna osoba, czujaca sie dobrze sama ze soba, we wlasnej skorze, przyciagniemy sytuacje i ludzi, ktore dadza nam jeszcze wiecej pozytywnych emocji i zdarzen.
Tu nie chodzi o odzyskanie ex, bo esencja tego nie jest ani ona, ani powrot jej.
Esencja jest odzyskanie siebie, a w zasadzie lepszego siebie, ulepszonej wersji siebie, ktora przyciagnie kogos, z kim bedziemy znow szczesliwi i spelnienie - niezaleznie czy to ona, czy jakas inna osoba. Tu trzeba zdac sie niby troche na los/Wszechswiat i zdac sobie sprawe, ze wg tego wszystkiego to nie my wiemy najlepiej, z kim bylibysmy szczesliwi i zyczac sobie powrotu tej osoby ograniczamy sie i byc moze zyczymy sobie niewlasciwych rzeczy.
Teoria teroria, praktyka praktyka. Piszac to sam zdalem sobie sprawe, jak wiele bledow ja ostatnio popelniam na samym sobie. Jestem po nieudanym mini zwiazku i znow lapie sie na myslach i wspomnieniach ni o ostatniej, ale poprzedniej ex, po rozstaniu z ktora tak wiele sie wycierpialem i m.in poszukiwalem rozwiazan - stad np caly ten temat...
Wiem, ze nawet jesli bysmy wrocili ze soba to nie wiem, czy by to przetrwalo dlugo i czy potrafilaby na now byc ze mna szczesliwa i zapomniec pewne rzeczy, ale mimo tego czesto lapie sie na wspomnieniach, tych milych i czesto obwiniam sie o inne rzeczy, ktore jej wyrzadzilem i przez ktore sporo stresow przyspozylem...
Nie cofne czasu, choc czasem bym chcial moc pewne rzeczy zmienic, ale mimo wszystko potrafie sie lapac na takich rzeczach i tylko sie tym wszystkim krzywdze i stoje w miejscu przerazony wizja chociazby tego weekendu... Jak mam zbyt wiele czasu, strasznie sie boje samotnosci, bo wtedy najbardziej ja odczuwam a w chwili obecnej tu gdzie jestem nie mam bliskich przyjaciol ani rodziny, za granica...
Wam za to zycze wytrwalosci i wiary w lepsze jutro, ja na chwile obecna, ja utracilem 