Witajcie!
Ożywiam wątek, bo uważam, że warto. Przeczytałam praktycznie wszystko, od deski do deski, zajęło mi to jakieś 3 dni, starałam się być skupiona na lekturze. Na początek chciałabym podziękować założycielowi tego wątku, natchnął mnie pozytywną energią. Mój związek nie trwa już od 12 października, to ja zerwałam - i nie żałuję tego. Może zacznę od tego, że mój partner jest młodszy o 2 lata, lekkoduch - w młodości ćpał do tego stopnia (głównie marihuana i dopalacze) że zachorował na psychozę(taka schizofrenia tylko wyleczalna, natomiast osoba która już na to zachorowała to tak naprawdę tykająca bomba, większe ilości alkoholu czy ponowne sięgnięcie po jakiekolwiek środki psychoaktywne mogą to "uaktywnić" na nowo). Poznaliśmy się też w "dziwnych" okolicznościach... bo poprzez grę online. Oczywiście jesteśmy z zupełnie innych miast. Dla mnie przeprowadził się do mojego miasta i tak spędziliśmy ze sobą "cudowne"1,5roku. W styczniu tego roku zamieszkaliśmy razem i tak naprawdę wtedy już zaczęły się schody. Ja z moich dochodów spłacałam rate za komputer/pożyczkę mamy i kupowałam karme dla psa, a on robił reszte - czyli opłacał mieszkanie(które należy do mojej rodziny więc płacił sam czynsz), rachunki, jedzenie, papierosy...z tym, że - to nie były zarobione przez niego pieniądze. Był typem człowieka na zasadzie "przewróciło się niech leży" i na początku starałam się bardzo o porządek w domu, o to żeby był ciepły posiłek, starałam się jednym słowem prowadzić życie zawodowe, po pracy prowadzić dom, a wieczorem być zaje**stą kochanką... nie da się tak na dłuższą mete widząc swojego faceta ciągle w jednej pozycji, leżącego przed laptopem cały dzień i całą noc, a później jeszcze mieć ochotę na kogoś tkiego... z biegiem czasu, po tych wojnach i jazdach ruszył troche dup**o, ale było to tak... "oby widziała, że coś zrobiłem". W związku cenił sobie "prywatność" której mu nie dawałam... między innymi przez jego przeszłość i przez to, że nie widziałam w nim osoby na tyle odpowiedzialnej. Po drodze natkęłam się na to, że już po 3 miesiącach związku będąc w swoim mieście kilka dni zdążył poznać jakąś dziewczyne z którą później pisał na fejsbuku, ale zapomniał o tym wspomnieć. Na jego nieszczęście mam wieeelki tupet, zwróciłam się z prośbą do tej dziewczyny o udostępnienie mi rozmowy którą wykasował - nic specjalnego tam nie było... poza flirtem. Przepuściłam to płazem. Później zerwaliśmy przez jego flirt z koleżanką której składał niemoralne propozycje... problem polegał na tym, że nie wylogował się ze swojego fejsa będąc u mnie
ale nie do końca chodziło mi o flirt - oczywiście tą rozmowe też skasował iiii nawet kiedy powiedziałam mu, że WIEM o tym kłamał... w ogóle ma jakąś dziwną faze z kłamaniem nawet kiedy uważa, że nie powinien... ostatnie jego przewinienie to to, że trzymał nagie zdjęcia swojej ex na dysku przenośnym... na jego nieszczęście znalazłam to, ale puściłam płazem, chyba szczerze mówiąc w naszym związku działo się wtedy już tyle patologicznych akcji na które NIGDY W ŻYCIU BYM IE PRZYSTAŁA, bo jestem szanującą siebie i swoje ciało kobietą tak wtedy chyba do tego po prostu przywykłam... jego lenistwo i stosunek do tego związku (potrafił powiedzieć mi podczas swojego maratonu gier "to nie jest czas i miejsce na rozmowy" i dusiłam wszystko w sobie) doprowadziły do tego, że nie miałam zupełnie ochoty na seks, przestałam dbać o siebie, doszło nawet do tego, że przestałam w ogóle sprzątać w domu, w ogóle gotować i sama potrafiłam nie myć się przez kilka dni (gdzieś wyczytałam, że dajesz ze związku tyle ile dostajesz). Ale do rzeczy. We wrześniu zdecydował SAM w przeciągu dwóch dni, że wraca do swojego miasta, bo tu dłużej nie wytrzyma, ale jeśli chcę mogę jechać z nim i zamieszkać z jego babcią i z nim... albo chociaż spróbować związek na odległość (miałam w styczniu wyjechać do Anglii i ciągle pytałam go czy jedzie ze mną)Ogólnie jego mama urodziła go już w momencie gdy miała 15 lat, także wychowany został przez babcie, toksyczną kobiete...która mnie, w skrócie, uważała za "Białostocką wieśniare" z kolei jego matka boryka się z depresją od kilkunastu lat, jest bardzo zimną kobietą nie okazującą uczuć. Mam wrażenie, że mojego byłego chłopaka nawet nie kocha. Prostym przykładem jest to, że w chwili jego narodzi babcia założyła mu konto i cały czas wpłacała tam jakąś kwote, jak skończył już wiek pełnoletności orzekł, ze chce kupić samochód - matka kazała mu te pieniądze wpłacić na jej konto, zrobił to. Przyjechał do mojego miasta i na miejscu jego pokoju mamusia zrobiła pokój jego 8 letniej siostrzyczki (z drugiego małżeństwa) za jego pieniądze - taki fajny przykład miłości matczynej. Nawet jakby chciał zamieszkać z mamą 23 letni chłopczyk to już niestety nie może, bo to 2 pokojowe mieszkanie. Na początku oczywiście atak histerii, od słowa do słowa, wielka kłótnia, jak to wyprowadzka, dlaczego blablabla i w końcu w złości wykrzyczał mi DOSŁOWNIE "wyjeżdżam to wyjeżdżam na ch*j drążyć temat i tak od dawna między nami było ch*jowo"... te słowa wprawiły mnie w taką furię, że sama zaczęłam go pakować i kazałam mu wypi**dalać z tego domu w godzine
ale ochłonęłam... przeszło mi. doszliśmy do siebie, ja przynajmniej oprzytomniałam, przeprowadziłam się z powrotem do mamy, przemyślałam to, pomyślałam, że spróbuję, bo zarzucał mi, że nawet nie chcę spróbować związku na odległość - ale wtedy on już tego nie chciał, ogólnie, wiem, że osaczałam go, bo potrafiłam po zerwaniu i tak przyłazić 4x dziennie, zaczynać rozmowe spokojnie i kończyć znowu na płaczu. To co zawsze mnie w nim doprowadzało do mega wku**ienia to jego SPOKÓJ. Zdecydowaliśmy się spróbować związku na odległość, on wyjechał, było bardzo trudno, codziennie kłóciliśmy się - między innymi o to, że nie daje mu odetchąć, że nie ma czasu nawet zatęsknić za mną, a ja panika, że ta cisza tylko nas od siebie oddali, że on się odkocha, nie pojedzie za mą do Anglii, że rodzina miała rację cały czas co do niego. Bo w ogóle pracę znalazł w moim mieście 3 miesiące przed jego wyjazdem dopiero. A wyjechał bo wyznał mi, że jego rodzia ma ogromny dług i że musi jej pomóc. postanowiłam zadzwonić do jego mamy chociaż nigdy sie z nia nie kontaktowałam i widziałam ją raz, stwierdziła, że nie mają żadnego zadłużenia i tak spędziłyśmy na słuchawce 2 godziny wymieniając się doświadczeniami tej kochanej, przedziwnej osoby. Myślałam wtedy, że wróciła mu psychoza dlatego ucieka tak nagle... ale przed jego wyjazdem kazałam mu odbyć rozmowę z ojczymem (bo dług był zrobiony przez niego) iiii usłyszałam a początku rozmowy tylko "ale żadnnego długu już nie ma! dalej... dwie ktowy: 35 tys, 65tys - jakby nie patrzeć to daje 100tys zaległości... ie wiem która kwota została spłacona, która została, czy obie kwoty zostały spłacone - nie mam pojęcia, ie usłyszałam. Przepraszam, że pisze tak chaotycznie, ale jst późna godzina i nie umiem tego ładnie zebrać w kupe, chronologicznie znaczy się
...wracając do tematu. W kocu poszłam za jego radą i zajęłam się sobą, zaczęłam ćwiczyć... (bo podczas trwannia tego związku przytyłam 15kg i tym samym doszłam do najwyższej wagi swojego życia EVER 90kg brak słów)odchudzać się, dbać o siebie, maseczki włosy paznokcie skóra blablabla i słyszał we mnie zmiane, nie dzwoniłam do niego już tak często, przestałam nawet odzywać się pierwsza i czekałam, aż on to zrobi... jednak nie oszukujmy się, nie odpowiadało mi to. Wszystko było dobrze dopóki nie był poruszany żaden poważny temat. Ale to co początkowo robiłam pod jego dyktando - czyli zmienianie siebie, zaczęłam robić też dla siebie, poczułam się lepiej, wróciła mi energia do życia, zaczęłam się ZNOWU malować, odgrzebywać swoje lepsze ciuchy, poza dresami z plamami których nie da się już odeprać, zmieniłam kolor włosów, aż któregoś razu... może to głupota, ale jednak dla mnie bardzo ważne. Deklarował się, że wróci na grupe wsparcia ludzi uzależnionych, ciągle mu coś wypadało, to praca, obiad rodzinny i inne pierdoły i chociaż tych spotkań było już 6 on był zaledwie na jednym. Któregoś razu zadzwonił do mnie i obwieścił, że idzie z kumplem gdzieś tam, że ten kumpel nie dał mu wyboru, ma dziś urodziny, blablablabla (towarzystwo którego nie lubię, ale wystarczył mi fakt, że jest to znajomy z jego pracy...poza tym urodziny = alkohol, nie chciałam żeby zrobił coś głupiego) - sobota wieczór. pomimo mojego zajmowania się sobą nigdy ie wyszłabym do żadnego klubu,pubu,restauracji GDZIEKOLWIEK bez iego. czymś innym jest wyjście wieczorem pobiegać, czymś innym jest impreza. Poszedł mimo wszystko, mimo tego że mu na to nie pozwoliłam i powiedziałam mu otwarcie, że będę wściekła. Następnego dnia milczałam prawie cały dzień i zastanawiałam się... po co mi taki związek? Przez tyle czasu to co było złe między nami obwiniałam samą siebie i tłumaczyłam go przed wszystkimi i poczułam w tamtym momencie jaka jestem głupia. Nawet jeśli jego prośba byłaby w czymś bezpodstawna nie zrobiłabym czegoś wbrew jego woli, a jemu najwyraźniej było wszystko jedno czy to kolejna kłótnia w tą czy w tamtą. Co jest zabawne w tym wszystkim, to on zaproponował zerwanie, ja to odbieram w ten sposób, że nie zależało mu już od dawna, ale nie chciał tego zwalić na swoje barki. Po raz pierwszy od zerwania nie zadzwoniłam do iego od razu po 5ciu miutach i nie wiem ile bym się nie odzywała gdyby nie fakt, że po 2 dniach przyszedł rachunek za gaz w mieszkaniu gdzie jednak byliśmy razem i co jak co, nie korzystałam z tego sama, napisałam mu więc jaki koszt tego jest. w ogóle nie odzywał się do mnie, a, że ja jestem człowiek panika zadzwoniłam do niego, potraktował mnie strasznie olewczo, powiedział, ze jeszcze nie przelał kasy i zrobi to niedługo, po czym rozłączył się bez słowa pożegania. próbowałam olać ten fakt...ale nie mogłam i musiałam zadzwoić do niego i mu nawrzucać, że nie życzę sobie takiego traktowania.
...ja tak samo czuję też, że przyciągnnęłam to zerwanie, czułam, że między nami jest źle i sama codziennie kilka razy od kilku miesięcy zastannawiałam się po co ja z im jestem, czułam, że go już nie kocham, jednak wszystko jakoś ucichało, zawsze jednak dzień kończył się, że tak powiem..."dobrze" po zerwaniu, po kontakcie z rachunkiem stało się jeszcze coś gorszego chociaż ie sądziłam, ze może być jeszcze gorzej. Przypadkiem dowiedziałam się, że lekarz ginekolog (zapewne niechcący) ukrył fakt, że mam wirus HPV. W skrócie dla tych którzy nie wiedza, jest to wirus który może wywołać raka szyjki macicy - wynik z lutego. Zadzwoniłam do iego z płaczem będąc pewna, że to on dał mi ten "prezent" dlatego, że to z nim jako pierwszym byłam na hormonach i uprawiałam seks bez gumki. było to dzień później, on przyjął to... na miękko. później w smsach zarzucił mi, że przez przyjazdem do mojego miasta wszystko było okej. Jeszcze wieczorem rozmawialiśmy przez telefon, po całym dniu myślenia i czytania o tym wirusie złapałam już głupawkę, bo w kocu ile można płakać... powiedział coś w stylu, że nie jesteśmy razem, a ja wciąż go spamuje wiadomościami i tak troche w gniewie się za rozmowa zakończyła. następnego dnia wciąż nie było pieniędzy na kocie, więc zadzwoniłam do niego z pytaniem co z tą kasą...chociaż tak naprawde wiedziałam, ze to pretekst, chciałam nawiązać rozmowę. nie odbierał, napisałam, ze to ważne i żeby oddzwonił, nie zrobił tego, następnego dnia przelał pieniądze. i od tej pory cisza. Jestem pewna, że obwinia mnie o tą chorobę (której być może okazuje się, że w ogóle nie mam, bo powtórne badannie cytologiczne niczego nie wykazało. na chwilę obecą jestem na etapie czekania na wyniki który to może być typ...żadne objawy się nie ukazywały i odkąd tylko dowiedziałam się o PP zaczęłam w stosunku do choroby [której nie mam]stosować to ;])i tak naprawdę on milczy od 15 października... od tego momentu przeszłam już wszystkie możliwe etapy po sto razy...aż doszłam do wniosku: ile jeszcze razy ten człowiek musi mnie skrzywdzić żebym opamiętała się co ja z nim w ogóle robię? wie, że jestem chora (bo takie ma aktualne iformacje) i nie jest tym nawet przejęty, nie zapyta jak się czuje, czy wszystko w porządku, nie zapyta mnie czy może mi jakoś pomóc... i dotarło do mnie w sumie już wtedy, ale przez tęsknotę i miłość(olaboga nie wiem dlaczego?!) nie słyszałam ich tak jak powinnam że ja tego człowieka nie obchodzę... a nawet jeśli go obchodzę to jest na tyle niedojrzały, że woli wrócić pod spódnicę do babci która go nakarmi posprząta wypierze bo dla niego to jest zbyt wielka presja w życiu... pod wpływem impulsu napisałam mu smsa 19paź o treści"Nie wiem po co to piszę, bo wiem, że to nic nie zmienni, może nawet tego nie odczytasz, ale tęsknię i kocham cię nadal mimo wszystko. nie chciałam, zeby moje ostatnie słowa brzmiały z d**y. nie sądziłam, że to bedzie takie trudne. nie mam już nadziei, po prostu musiałam to napisać - to co czuję. ta tęsknota i to, że kocham" - oczywiście po tym CISZA.nawet moja koleżanka wyznała, że zadzwoniła do niego bo ie mogła uwierzyć, że zerwaliśmy, wydawaliśmy jej sie taką super świetą parą. Odpowiedział jej tylko tyle, że nawet najlepsze pary się rozstają jeśli mają inne priorytety (czyli moim jest dom o którym marze, a jego wychodzenie z kumplami)i dopóki kontakt nie będzie normalny on nie widzi tego, że będzie kotaktował się ze mną. Z jednej strony go rozumiem, wiem, że on mnie kochał. Bo przeżywaliśmy momentami straszne chwile, kłótnnia o pieniądze, a raczej ich brak, jego wyznanie, że nie szuka pracy podczas kiedy ja zapie***lałam po 10 godzin a moja kasa i tak szła na zaległości i nie miałam jej tyle co on za siedzenie na tyłku...mój brak ochoty na seks, czasami bywało tak, że dostawał to nawet raz w miesiącu. Ale teraz zrozumiałam coś... jestem zajebista, a ten związek mnie wyniszczał malutkimi kroczkami. mimo jego ciszy, ie wiem dlaczego... ale WIEM, że on mnie kocha i WIEM, że tęskni za mną. Czuję to w kościach. Wcześniej myślałam o nim w strasznej złości, teraz po prostu o nim myślę.
Może mylę się, ale według mnie szase na PP są zawsze. Pomimo odległości. Czuję, że on myśli o mnie tak samo często jak ja o nim. Bo wiem w głebi duszy, że jest ambitny i kocha mnie...sądzę, że ta "choroba"dolała oliwy do ognia.
Teraz zajmuję się sobą, odchudzam się, jak dotąd -5kg w przeciągu miesiąca yeeaaahhhh. Czekam na wyniki badań (wiem, że będzie dobry) dbam o zdrowie, o to co jem, i przede wszystkim... o to co myślę. Miałam dziś chęć napisać mu smsa, bo wciągnął mnie w oglądanie czegoś, kto nikt z moich znajomych nie ogląda i mogę obgadać to tylko z im, ale zamiast tego napisałam tutaj
Po przeczytaniu pierwszego wpisu nie wiem jak to nazwać, ale ogarnął mnie jakiś "spokój"wewnętrzny... wiem, że zrobiłam wszystko co było w mojej mocy żeby go powstrzymać i utrzymać przy sobie. Nie jesteśmy już razem i może robić co chce... ale mam jakieś dziwne poczucie, że on czuje się tragicznie, że za mną tęskni i już nie wie gdzie ulokować myśli i co zrobić, żeby nie myśleć o mnie. Koleżance powiedział jeszcze, że wrócił do malowania(bardzo lubił kiedyś malować postacie anime)a raczej powiedział podczas rozmowy, że właśnie maluje. Był w pracy i chociaż jego praca polega na siedzeniu i wydawaniu żetonów, to wiem, że spędzał tam czas głównie grając i oglądając nowe anime
.
Ciekawi mnie co w jego życiu, jasne, że tak, ale przyjmuje to jakoś ze spokojem... bo wiem, że cokolwiek ie zrobię nie zmienni to teraz jego zdania. Wiem, że nawet jeśli będzie jakaś inna dziewczyna to nie będzie z nią szczęśliwy - chociaż wątpie, że doszło by do tego.
Nie będę rozpamiętywała tego i żałowała co robiłam nie tak - bo to nic nie zmieni. Pracuję nad swoimi błędami. Nie odezwę się do niego ani dziś, ani jutro. Jeszcze zaczekam, może mój spokój i dobra aura przyciągnie go
jak o nim myślę to też zauważyłam, że o niczym konkretnym, on, jako osoba.