Witajcie dziewczyny
Dzisiejszy dzień jest dla mnie jedną wielką zmorą, cały dzień chodze przybita, staram się powstrzymać łzy i niestety w pewnym momencie nie udało mi się wytrzymać. Może to być dla Was nic nieznaczący post, jednakże ja muszę się wyżalić... Wole zrobić to tu na forum niż wysłać mu moje słowa w postaci maila.
Wróciły wspomnienia jego czułych słów, jego (fałszywych) zapewnień, jego (niespełnionych) obietnic. Słowa mówiące "scenariusz życia będziemy pisać we dwoje" miały kiedyś wielkie dla mnie znaczenie, dziś przesądzają o przemienieniu tego co było. A przecież się starałam, wierzyłam w zapewnienia o zmianie, dawałam szanse, ufałam, to ja się starałam zmienić dla niego... I przegrałam... Przegraną odczuwam jako wielką porażkę dla siebie jako człowieka i dla siebie jako kobietę. NIe potrafię pojąć, w którym momencie to ja przekroczyłam "tą linię", która powinna mnie zatrzymać... Po co? Na co? Dlaczego? Wiele jest pytań, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Byłam tylko chwilą, rozrywką, zabawką, chwilą zapomnienia że wrócił do byłej? Z nią pewnie planuje urlop, z nią planuje ślub (o mój Boże jak ta myśl mnie dobija, jak ona rozrywa moje serce). No bo gdyby mnie kochał - nie wrócił by do niej... Nie zostawiłby... Kłótnie, w każdym związku się znajdują, on potrzebował tylko pretekstu by zakończyć coś, co dla niego nigdy nie miało znaczenia... Więc po jaką cholerę zaczynał? Żeby sobie ulżyć? Przecież miał ją?! Z nią mógł nie zrywać na ten czas, a trwać w tym związku, mnie traktować dalej jak lokatorkę mieszkania i wszyscy żyli by długo i szczęśliwie...
Byłam dziś w Kościele... Jak dawno do niego nie zaglądałam - studia mi nie pozwoliły, a może się bałam... To właśnie tu, dziś podczas wieczornego kazania płakałam... Siedząc w ławce słuchając słów ks. Mariusza ryczałam jak bóbr... Jego słowa były tak prawdziwe... O czym mówiły... O bólu, cierpieniu, o zagubieniu... Że w trudnych momentach powinniśmy zwrócić się do Boga o pomoc i wyjaśnienie "dlaczego ja?". Tłumaczył, że wszyscy wyjezdzamy na wakację, aby odpocząć, jednakże żaden odpoczynek nie uwolni nas od bólu nędzy, cierpienia z powodu zranienia serca, wstydu z powodu braku pracy. Nawoływał do szczerości, do wykrzyknięcia swojego żalu, pretensji wobec życia jakie zostało nam dane, by niczego nie ukrywać za maską. Aby nie wstydzić się i płakać gdy jest ciężko, gdy nie dajemy rady, gdy chcemy się poddać... Bo właśnie mamy do tego sposobność, aby wyrzucić z siebie ten cały zgiełk problemów, cierpienie, żal, aby nie wstydzić się swoich kłopotów a być szczerym wobec Boga i jemu zadawać pytanie, do niego mieć żal, że czemu, dlaczego, tak jak to zrobił Chrystus na krzyżu. Że w ten sposób będziemy starać się walczyć z problemem, doszukiwać się przyczyn, starać się rozwiązać, wreszcie spokojnie odpocząć.
Ryczałam jak idiotka, ludzie się na mnie patrzyli, a ja płakałam. Nie mogłam się dłużej powstrzymywać, to wszystko jest dla mnie takie trudne. Jedni przyznali by że nic w tym trudnego, ale nie dla mnie... Kocham go, kocham tego drania, pomimo tego, że potraktował mnie jak wydymkę, osobę na której może się wyżyć, którą można okłamywać, bo jestem głupia bo nie zauważę,a ja głupia wierzyłam, że pod moim wypływem się nieco zmieni. Ale gdzie tam... To ja się zmieniłam - widzę to dokładnie... Przegrałam sama ze sobą, czuje się w tym momencie nikim, nic nie znaczącym obywatelem tego świata - zaszczyt raczej niezbyt wielki... Cierpię, tęsknie za nim okropnie. To milczenie, ta niemożność zadzwonienia do niego i usłyszenia głosu w słuchawce komórki doprowadza mnie do szału... Pragnę usłyszeć te jego głupie zapewnienia, że będzie dobrze, że mam w nim oparcie, pragnę się do niego przytulić i choćby na chwilę zapomnieć o bólu jaki mi zadał... O poczuciu wstydu i upokorzenia... Dla niego to były by czarne scenariusze, których nie wolno mi używać... Bezsilność jest we mnie, bo wiem, że nie mogę już nic zrobić... Nie mogę już nic uczynić aby było dobrze...
Jestem sama... Choć rodzina siedzi w drugim pokoju, jestem sama... Oni nie zrozumieją ani mojej bezradności, ani smutku. Są ludźmi, którzy nie pokazują po sobie cierpienia, zmartwień... W trudnych momentach stosują żelazną zasadę - nie po mojemu to olewka... Ale jak można olać osobę, którą się kocha?
Jestem sama... Jutro przypada 5 rocznica śmierci mojego dziecka... Miałam go z Sebanem, moim pierwszym facetem, pierwszym który mną sterował (dziś wiem, że to nie była miłość, a głupie zauroczenie) ale byłam młodsza i pod wpływem starszego chłopaka... Mój maluszek w tym momencie miałby 4 latka... Trudny to dla mnie dzień, bo tak naprawdę nikt nie wie o tym, że bardzo go przeżywam. Moja mama uznaje, ze dobrze się stało, że poroniłam, bo byłam po maturze i to był błąd - na jej wsparcie nie mogłam liczyć. Ale na R. owszem. Może to wydawać się fałszywe, ale kiedy dowiedział się o mojej historii z przeszłości podszedł do mnie i przytulił. Nie mówił nic tylko przytulił... Był to czas gdy między nami jeszcze dobrze się układało, gdy jeszcze nie kłamał itp. Wtedy miałam go... Jutro jestem sama...
Wiem, że post jest pełen bólu i smutku. Że nie pokazuje niczego pozytywnego w moim staraniu się i zwalczeniu KKZB... No cóż, ja wiedziałam że to trudne i nie uznawałam, że z początkami będzie jak z górki, że od razu będę miała duże powody do domu i stawiała duże kroki. Wiem, że dziś cofnęłam się bardzo dużo do tyłu... Można by rzec, że jestem na ponownie na początku mojej drogi... Nie ukrywam, że kocham, nie ukrywam, że tęsknie, nie ukrywam - jestem szczera...
Wybeczcie, przepraszam