Czytam Was drugą noc.
Czytam i co jakiś czas coś mnie rąbie w okolicach serca - to znaczy, że trafia w punkt. Już trudno mi zliczyć te punkty.Zazdrości, Niekochana, Tarantello - przy Waszych postach najbardziej. Dziękuję, chociaż chętnie bym Was zamordowała, że pokazujecie to, o czym nie chcę wiedzieć i pamiętać...
Doszłam przed chwilą do strony 40 i przeczytałam Twój, Tarantello, poradnik-bezradnik no i "rąbło" mnie tak, że przyszła pora na wywnętrzenie, chociaż się boję, jak cholera.
Pewnie więc będzie kawałkami, bo i życie już długie, więc się nazbierało...
Dobra, dobra - chcesz coś zagadać, koleżanko?
Już nie mam siły. Mam w głowie tylko jedną myśl - powinnam się rozstać z mężem. Myślę o tym od jakiegoś czasu, a ostatnio nieustająco.
Najgorsze, że on nie pije, nie bije, nie zdradza i nawet mnie - chyba - nie zaniedbuje. Rozumiecie? Ale uporczywie myślę, ze nie chcę być z takim człowiekiem.Chciałabym, żeby stało się coś, co da mi tę całkowitą pewność, chciałabym, żeby zrobił coś tak okropnego, że mogłabym powiedzieć: "nie, teraz już przegiąłeś". Jakiś powód - dobre, co?
No dobra, to co wobec tego robi? Jest - użyjmy eufemizmu - "trudnym człowiekiem". Nawet trudno mi to opisać, bo trudno mi czasem odróżnić, kto tu ma problem - ja czy on.
Aha - oboje jesteśmy DDD. Ale być może nie musiałam tego nawet pisać??? - he, he.
Łatwo wpada w złość. Jest z tych, którzy chcą zabić spadający płyn do kąpieli. Ale druga - moja - strona sprawy wygląda tak, że kiedy słyszę kolejne: "o kurrrr...!!", to podskakuję. I nie potrafi mnie to nie ruszać, mimo że sobie powtarzam, że to jego emocje, nie moje - to jednak jakoś moje też.
Ale oczywiście zaczęłam od drobiazgu.
To wpadanie w złość nie ogranicza się wyłącznie do przekleństw w domowym zaciszu. Jest, jak to się mówi "konfliktowy". Nie zliczę, ile prac już rzucił, chociaż jest piekielnie dobrym profesjonalistą w swojej dziedzinie (która zresztą jest i moją). Scenariusze są podobne - wszyscy są niekompetentni, bądź też wymagają rzeczy bez sensu. Co gorsza - niestety na ogół ma rację (naprawdę wiem, o czym mówię), tyle ze sposób, w jaki to rozgrywa, przynosi mu straty, których zdaje się nie dostrzegać. A więc w końcu wpada w szał, "wygarnia" przełożonemu nie przebierając w słowach, pali za sobą wszystkie mosty i w rezultacie "wszystkie prace ma poobrażane". W dodatku podejmuje te decyzje bez uzgodnienia ze mną, chociaż przecież skutki mnie dotyczą. Aktualnie jest na zasiłku dla bezrobotnych, czyli formalnie na moim utrzymaniu, chociaż nie do końca, bo oboje mamy tzw. wolny zawód, więc czasem coś mu się trafia - ale i tak to głównie ja zarabiam.
To mnie chyba boli najbardziej. Bo nie musiałoby tak być i nie było.
Boli mnie to, że w złości mówi mi czasem bardzo raniące rzeczy, których potem nie pamięta - naprawdę. 8 lat temu był między nami poważny konflikt - to osobna sprawa - właściwie były przymiarki do rozstania - i wtedy postawiłam parę warunków, jednym z nich było to, żeby nie używał pod moim adresem wulgaryzmów (bo to się wtedy zdarzyło) i tego się trzyma, ale i bez wulgaryzmów potrafi dowalić. Głównie słyszę, że robię z niczego problemy, że nie zależy mi na nim, że on mnie nie obchodzi, "kręcę tylko swoje własne lody", nie zwracam uwagi na jego uczucia i jego problemy itd.
To jest dla mnie jakoś bardzo trudne do wysłuchiwania i tu być może jest moja strona problemu.
Wiele osób oprócz mnie dostrzega te problemy - jego córki (to dla nas obojga od 10 lat drugie małżeństwo, co było osobną i niełatwą sprawą), brat, znajomi. Parę osób powiedziało na początku naszego związku, że martwią się o mnie, ktoś inny - że on mnie wykorzystuje. Ostatnio w krótkim czasie zdarzyło się sporo takich trudnych sytuacji, chyba to nagromadzenie - oczywiście łącznie z tym, co mnie samej dotyczy - bezpośrednio spowodowało, że w mojej głowie jest tylko jedna myśl:" on naprawdę taki jest, to pułapka, trzeba uciekać z tego związku, bo się wykończę". Tak jakby poskładały mi się kawałki puzzli - być może to ja się myliłam, a inni mieli rację.
Takie myśli przychodziły mi czasem i przedtem do głowy, ale teraz to obsesja - myślę o tym bez przerwy. Wiedziałam przecież o tym wszystkim, ale "miał ciężkie dzieciństwo", a poza tym niczego złego przecież mi nie zrobił, kocha mnie, nie zdradza, jest czuły, pamięta o mnie i myśli, jest mało wymagający w obsłudze, nie jest drobiazgowy, jest gotowy mi pomóc, nie żałuje mi niczego - kurczę, lubię go, lubię z nim gadać, nie nudzimy się.
Więc jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Na razie tyle - niezależnie od wszystkiego dziękuję za wysłuchanie.