I Tu, Karen, muszę zacytować Anhedonię, która z kolei zacytowała inna forumowiczkę:
Zdrada jest jak wypadek samochodowy: przechodziliśmy przez ulicę przestrzegając wszelkich zasad bezpieczeństwa- a ktoś, kto również te zasady zna i powinien ich przestrzegać nas rozjechał.Najgorzej jest, jeśli przechodząc przez tę ulicę, dodatkowo trzymaliśmy za rączkę nasze dziecko! Ja wiem, że człowiek w takiej sytuacji zjada się pytaniami, czy na pewno zrobił wszystko, żeby do kolizji nie doszło.Nie ma się nad czym zastanawiać i obwiniać! Kierowca, który nas rozjechał wiedział o naszym istnieniu, nie wyskoczyliśmy przecież nie wiadomo skąd na tę jezdnię. Uderzył w nas z premedytacją, może był "pod wpływem", ale z całą pewnością wiedział, co robi.Szok , niedowierzanie, ból,łzy, utracone zaufanie, lęk, rany psychiczne, fizyczne i cały wachlarz złych doznań i emocji -to wszystko jest w nas. A sprawca? Czasem od razu ucieka, czasem się tłumaczy , czasem przeprasza,a czasem udaje, że nic się przecież nie stało! Nie ma usprawiedliwiania się! Najważniejsze jest , że to już się stało i teraz trzeba sobie poradzić z konsekwencjami wypadku! Kto był i w jakim stopniu był winny, to już jest sprawa mniejszej wagi! Obejrzyj uważnie swoje rany, objawy, jeśli jednak żyjesz, to najważniejsze wstań i zejdź z tej jezdni, żeby Cię dalej nie rozjeżdżał, przecież już widzisz, że jest do tego zdolny! Wiem,że to trudne, ale jak chcesz żyć, musisz to zrobić! A potem oceń swój stan i krok po kroku staraj się sobie pomóc. Potraktuj się z najwyższą uwagą i jako absolutny priorytet. Zastanów, może jest ktoś, kto mógłby Cię w tych pierwszych najgorszych chwilach wesprzeć, może znasz jakiegoś lekarza, jeśli nie, a ty widzisz, że mimo wysiłku nie radzisz sobie z ranami, to go poszukaj! Po prostu działaj i ratuj się jak tylko możesz! Musisz żyć i to jest najważniejsze! Przede wszystkim nie licz na to, że sprawca udzieli Ci pomocy, bo to przed nim się trzeba bronić.Nie ratuj jego, tylko siebie.
No tak, szłyśmy sobie i zagarażował w nas z pełnym impetem pijany wariat. Tak, mogłyśmy isć szybciej albo wolniej albo częściej się rozglądać, ale do k**wy nędzy było zielone światło! Miałyśmy prawo iść po tych pasach. Nie przebiegałyśmy na czerwonym np. bałamucąc cudzego męża. Więc dlatego ja sobie już wybaczyłam - wjechał we mnie pijany wariat.