Czy Wy to czujecie? - ten mój haj???
Zazdrości - to przez Ciebie siostro.
nie wiem, Niekochana, czy czuję Twój haj czy swój, ale czuję ![]()
tak, to Zazdrość wszystkiemu "winna" ![]()
Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!
Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Strony Poprzednia 1 … 39 40 41 42 43 … 405 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Czy Wy to czujecie? - ten mój haj???
Zazdrości - to przez Ciebie siostro.
nie wiem, Niekochana, czy czuję Twój haj czy swój, ale czuję ![]()
tak, to Zazdrość wszystkiemu "winna" ![]()
Podobne tematy
Ratujcie!!!!!!!!!!
Znów zaczełam do niego wydzwaniać,zaczełam znowu żebrać o miłość.Pomocy
Wklejam post, który zamieściłam, w watku "mój wymarzony rozwód", po opublikowaniu stwierdziłam, że bardziej pasuje tutaj:
CIESZY MNIE WSZYSTKO CO DO MNIE PRZYCHODZI
i tak sobie myślę, że chyba nawet tak jest, że wszystko co dzieje się w moim życiu obraca się w rezultacie na dobre... bo popatrzcie to traumatyczne rozstanie, które wcisnęło mnie w glebę i wydawało mi się końcem świata przyczyniło się do wielu pozytywnych przemian:
- przede wszystkim skłoniło mnie do wielkiej pracy nad sobą, do poszukiwań, do refleksji i wyciągania wniosków - dziś jestem inną osobą, lepszą dla siebie, bardziej tolerancyjną dla innych, bardziej otwartą i wolną, odkryłam, ze jestem kkzb, co pozwala mi nadal pracować nad sobą w kierunku coraz większej miłości do siebie, a co za tym idzie do wszystkich ludzi, bo tak rozumiem "kochaj bliźniego swego jak siebie samego" - czyli kochaj siebie, kochaj ludzi, szanuj siebie, szanuj ludzi;
- po drugie - potwierdziło, wzmocniło i rozwinęło moje dwie wieloletnie przyjaźnie, gdyż w tym najgorszym dla mnie okresie Oboje byli przy mnie, wspierali mnie cierpliwie, za co jestem im ogromnie wdzięczna, a kontakt między nami stał się głębszy i jeszcze bardziej otwarty;
- trafiłam na to forum gdzie zaznałam wsparcia i zbiorowej mądrości kobiet, poznałam Was, Kochane moje, wspaniałe, dzielne, mądre, inteligentne i piękne w każdym znaczeniu tego słowa Kobiety
;
- otworzyły się przede mną pewne perspektywy zawodowe, a może i życiowe, które przypuszczam nie miały by do mnie dostępu, gdybym tkwiła w tym niesatysfakcjonującym związku.
kłamstwa, zdrada, rozstanie, trauma, rozpacz, złość, gorycz.... cały ten okropny gnój stał się nawozem na którym rosną pozytywne rzeczy - piekne kwiaty Przyjaźni, rozwój osobisty, nowe perspektywy...
niech te moje wnioski, będa nadzieją dla tych Dziewczyn, które jeszcze rozpaczają i czują się zawiedzione -
NIE MA TEGO ZŁEGO CO BY NA DOBRE NIE WYSZŁOzdaję sobie sprawę, że wciąż jestem w drodze i zawsze w niej będę, że pewnie potknę się nie raz, zwątpię, zapłaczę, ale moja świadomość jest już taka, że jestem wspaniałą kobietą, świat jest piękny, a życie to cud
i TEGO BĘDĘ SIĘ TRZYMAĆ - choćby na torturach
I znów Karen mogę podpisać się pod Twoimi słowami wszystkimi kończynami
Ile w nich optymizmu!!!
Moja droga do wyzwolenia dopiero się zaczęła i trwa bardzo krótko, ale wystarczająco długo, by już nie wątpić, że to jedyny słuszny kierunek.
Jeszcze najgorsze są przebudzenia po ciężkich snach. Długo się rozkręcam, by w końcu wejść w nowy dzień i nie potrafię, tak jak Niekochana wstawać z kurami. O tym chcę dziś pogadać z moją terapeutką.
Trzymajcie kciuki za moją pierwszą regularną sesję. Ciekawa jestem, co mi przyniesie?
Jak cudownie pada! Uwielbiam deszczową pogodę i w przeciwieństwie do większości osób nie wpływa na mnie przygnębiająco, a wręcz odwrotnie ![]()
Ratujcie!!!!!!!!!!
Znów zaczełam do niego wydzwaniać,zaczełam znowu żebrać o miłość.Pomocy
A czy po kazdym takim telefonie, nie czujesz się jeszcze podlej. Myślę że wiekszość z nas przechodziła przez taki okres ( trudny ) - ale nie przyniósł on nic poza tym że potem czujemy się jeszcze gorzej, Wiem sama po sobie jakie to trudne - ale wierzę, że masz w sobie tyle siły żeby się powstrzymać.
Przemyśl to - czy warto - pozdrawiam
Aisa,
Każda się zarzeka, że NIGDY i każda przechodzi ten okres. Ja wiem, to tak, jak zaczynanie procesu naprawczego ciągle od zera, ale kiedyś minie. Może właśnie tym razem. Wyciągnęłaś rękę po kolejną dawkę narkotyku, lepiej poczułaś się przez parę minut a potem kac-gigant. I ten kac odstrasza. Mnie się to zdarzyło na początku roku dwa razy. Potem już wiedziałam - nie warto, bo własna głupota boli bardziej niż ich głupota i podłość razem wzięte.
Trzymaj się i następnym razem jak będziesz miała ochotę odczekaj 15 minut i przypomnij sobie jak się się czujesz teraz. To działa.
Już przeszło rok obok. Długo. Jestem wykończona psychicznie. Trzyma mnie forum przy życui. Najgorze , że czuję się winna za wszystko (on robi tak, żebym czuła się winna ). Milczy nadal. Jeszcze czasami próbuję zaaranżować rozmowę, ale widzę jego plecy, ucieka...To już przeszło rok ,kupa czasu. Jak normalnie funkcjonować ? Ciężko. Pracuję , bo muszę . Uśmiecham się , bo czasami trzeba. Z córkami jedynie nie udaję , z nimi jestem szczera i szczęśliwa. Całe szczęście , że je mam! O co chodzi ? Leży i nic! Czeka? Nie wychodzi z domu i teraz myślę , że wszystko to moje wymysły , zaczynam wątpić w to co widziałam , co słyszałam . Nie wiem już nic. Powiedział , że jestem nieskuteczna w swoich działaniach. Tzn. mam wziąć sprawy w swoje ręce. TAK? Jak potrafi manipulować, powie jedno sowo lub zdanie i leży , a ja myślę. Straszne. Dlaczego to takie trudne?
Dziewczyny, dostałam w pdf "Toksyczne słowa" Mogę przesłać wszystkim chętnym, które są uwikłane. Stawia na nogi. Kto chce, niech skrobnie na maila.
Niekochana72 , ale jesteś błyskawica! Dzięki za książkę! ![]()
To pierwsza część. Będę przesyłać w kawałkach, bo duże pliki.
WSZYSTKIM chętnym, bo ruszyło sie towarzystwo.
Mam wrażenie, że jestem PIORUN, nie kobieta ![]()
Tak się czuję. Wszystko mogę.
Już przeszło rok obok. Długo. Jestem wykończona psychicznie. Trzyma mnie forum przy życui. Najgorze , że czuję się winna za wszystko (on robi tak, żebym czuła się winna ). Milczy nadal. Jeszcze czasami próbuję zaaranżować rozmowę, ale widzę jego plecy, ucieka...To już przeszło rok ,kupa czasu. Jak normalnie funkcjonować ? Ciężko. Pracuję , bo muszę . Uśmiecham się , bo czasami trzeba. Z córkami jedynie nie udaję , z nimi jestem szczera i szczęśliwa. Całe szczęście , że je mam! O co chodzi ? Leży i nic! Czeka? Nie wychodzi z domu i teraz myślę , że wszystko to moje wymysły , zaczynam wątpić w to co widziałam , co słyszałam . Nie wiem już nic. Powiedział , że jestem nieskuteczna w swoich działaniach. Tzn. mam wziąć sprawy w swoje ręce. TAK? Jak potrafi manipulować, powie jedno sowo lub zdanie i leży , a ja myślę. Straszne. Dlaczego to takie trudne?
O Boże tak jak bym widziała siebie tylko,że ja mam chłopaków .
Też tak nie potrawie żyjemy obok siebie wykańczam się i ciągle jest mi wstyd ,że on mnie zdradził.
Ciągle winie siebie,kiedy to się skończy.
Poniżanie samej siebie..........dla kogo dla niego?
A jednak ciągle to robie skomle o chwile uwagi,litości bo już nie miłości.
To tak bardzo boli.
Taplam się w tym swoim bagiennym umyśle i ciągle obwiniam siebie.
Aisa, zaraz będę Ci wysyłać. Poczytasz - zrozumiesz dużo rzeczy.
Robaczki Wy moje - dajcie znać czy dojdą do Was wszystkie ( 5 ) pliki.
niekochana72 napisał/a:Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje
![]()
No więc wstałam przed piątą, żeby być pierwszą w kolejceAle najwyraźniej nie zasłużyłam
Nie gań dnia przed zachodem słońca - kto wie co Ci jeszcze przyniesie?
Miłego, owocnego, pożytecznego, ułożonego itp. itd....
Kto rano wstaje ten ma przed sobą długi dzień
Anhedonia napisał/a:niekochana72 napisał/a:Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje
![]()
No więc wstałam przed piątą, żeby być pierwszą w kolejceAle najwyraźniej nie zasłużyłam
Nie gań dnia przed zachodem słońca - kto wie co Ci jeszcze przyniesie?
Miłego, owocnego, pożytecznego, ułożonego itp. itd....Kto rano wstaje ten ma przed sobą długi dzień
Jeśli ma być taki, jak dzisiejszy - niech trwa jak najdłużej ![]()
Niekochana dziękuje bardzo za ksiązkę,przeszło wszystko ![]()
O Boże tak jak bym widziała siebie tylko,że ja mam chłopaków .
Też tak nie potrawie żyjemy obok siebie wykańczam się i ciągle jest mi wstyd ,że on mnie zdradził.
Ciągle winie siebie,kiedy to się skończy.
Poniżanie samej siebie..........dla kogo dla niego?
A jednak ciągle to robie skomle o chwile uwagi,litości bo już nie miłości.
To tak bardzo boli.
Taplam się w tym swoim bagiennym umyśle i ciągle obwiniam siebie.
Aisa.
Jeśli możesz, nie rób tego, nie obwiniaj siebie. NIGDY.
Zacznij od odrzucenia poczucia winy.
Wiem, to trudne, bo człowiek zraniony najpierw szuka przyczyny w sobie.
Człowiek zraniony, ale wrażliwy, ludzki, empatyczny, wyrozumiały, dobry itp... Ludzie bez tych cech, nawet nie pomyśleliby o tym, że jakakolwiek wina leży po ich stronie.
Gdy nie odrzucisz poczucia winy, nie odrzucisz tego w samej sobie wewnątrz, nie będziesz w stanie podjąć żadnej pracy nad sobą.
A praca nad sobą i własne dobre, normalne życie, nawet nie zawsze szczęśliwe, ale takie OK, musi być Twoim priorytetem.
Kiedyś ktoś mi powiedział, że Szczęście, takie w ogólnym rozumieniu życia, nie jest przywilejem, jest OBOWIĄZKIEM.
O Boże tak jak bym widziała siebie tylko,że ja mam chłopaków .
Też tak nie potrawie żyjemy obok siebie wykańczam się i ciągle jest mi wstyd ,że on mnie zdradził.
Ciągle winie siebie,kiedy to się skończy.
Poniżanie samej siebie..........dla kogo dla niego?
A jednak ciągle to robie skomle o chwile uwagi,litości bo już nie miłości.
To tak bardzo boli.
Taplam się w tym swoim bagiennym umyśle i ciągle obwiniam siebie.
Jak to pisałam moja córka wybrała się z moim M. do sklepu. Za kilka minut patrzę są z powrotem . Młoda zdenerwowana( no tak myślę sobie standard wyjście wspólne z M. przyjazne jak zwykle) .
Poszło o bzdurę mało ważne, ale dowiedziałam się od mojej młodej , że i tak na kolanach będziemy prosiły żeby wrócić do niego!!!!
Ja myślałam , że leży , bo przeżywa , że żałuje , że przykro a tu masz ja na kolanach będę prosiła i nasze córki też!
Normalnie KRÓL !!!!
Pewny siebie i zadufany niech to szlag !!!! Przez tyle lat dawałam jemu taką pewność siebie i teraz mam na kolana kobieto do mężczyzny życia , bo jak nie to umrzesz w samotności... Pięknie k..wa pieknie!!!
A ja wróciłam z pierwszej regularnej wizyty u terapeuty.
Bolało.. Bardzo bolało!
Ale to chyba pierwszy w moim życiu taki ból, który coś wniesie, coś zmieni, coś pozwoli zrozumieć.
Gdy słuchałam samej siebie, to tak mi było siebie żal.. Tak mi bardzo było żal tej małej dziewczynki, która całe swoje życie pragnie odrobiny miłości, ciepła. Nie żadnych fajerwerków, ale zwykłych uczuć i poczucia, że jej świat, jej życie też ma jakieś znaczenie.
Moja mama zachorowała, gdy miałam 9 lat, może nawet wcześniej. I wtedy skończył się mój mały świat, a zaczął się tylko Jej.
Poczucie zatracenia siebie, stało się tym samym moją rzeczywistością. "Ja" umarłam i odtąd żyłam tylko "w innych".
Powiedzenie, że jest się sumą własnych przeżyć i doświadczeń, jest jak najbardziej prawdziwe.
Tylko, że dla mnie i pewnie dla wielu osób i kobiet z KKZB, życie jest sumą doświadczeń "innych", ich pragnień, marzeń, działań, zachowań itp. I w tym tkwi cały problem.
Poszukiwanie "siebie" jest jak przedzieranie się przez chaszcze. Wiem, że gdzieś tam jest ta mała dziewczynka.
Muszę zrobić wszystko, by ją odnaleźć.
Jak w filmie przygodowym.., pokonam góry, doliny, morza i oceany, ale odnajdę Ją i... uratuję.
Przepraszam za ekshibicjonizm, ale może i komuś to pomoże.
No kochane - niestety przyjdzie mi jeszcze poczekać, ale mój szczęśliwy dzień to 5 października 2011r. Sprawdziłam - będzie to środa.
Przygotuję sobie coś do odcinania tych 119 dni.
Ja proponuję- z racji niespełnionych marzeń z dzieciństwa - cztery adwentowe kalendarze z czekoladkami. Co dzień o piątej rano na dzień dobry cz-e-k-o-l-a-d-k-a
bite 118 dni, raj ! ![]()
i tak sobie myślę, że chyba nawet tak jest, że wszystko co dzieje się w moim życiu obraca się w rezultacie na dobre... bo popatrzcie to traumatyczne rozstanie, które wcisnęło mnie w glebę i wydawało mi się końcem świata przyczyniło się do wielu pozytywnych przemian
Zawsze miałam poczucie, że wszelkie rzeczy które spotykają mnie w życiu, a które można postrzegać jako "złe", albo które w jakimś momencie mnie unieszczęśliwiają, z czasem przynoszą więcej pozytku niż strat. Na etapie wewnętrznych konwulsji byłam przekonana, że interakcji z toksynofagiem i wynikającej z niej maltretacji umysłu nie będę w stanie tak ocenić. Myliłam się
Myślę, że każda kkzb tutaj miała (bądź jeszcze ma) poczucie, że tracąc tą drugą osobę (osobę, względnie psychofaga) traci coś najcenniejszego. W większości przypadków żadna nic nie straciła a zyskała coś na wagę złota- świadomość.
Zawsze miałam poczucie, że wszelkie rzeczy które spotykają mnie w życiu, a które można postrzegać jako "złe", albo które w jakimś momencie mnie unieszczęśliwiają, z czasem przynoszą więcej pozytku niż strat. Na etapie wewnętrznych konwulsji byłam przekonana, że interakcji z toksynofagiem i wynikającej z niej maltretacji umysłu nie będę w stanie tak ocenić. Myliłam się
Myślę, że każda kkzb tutaj miała (bądź jeszcze ma) poczucie, że tracąc tą drugą osobę (osobę, względnie psychofaga) traci coś najcenniejszego. W większości przypadków żadna nic nie straciła a zyskała coś na wagę złota- świadomość.
Dokładnie - świadomość. Świetnie powiedziane Fajko.
Odzyskiwanie świadomości jest bolesne i przewlekłe, ale przynosi zaskakujące efekty. Tak jak zdejmowanie chorego paznokcia, żeby nowy mógł z czasem urosnąć ładniejszy i zdrowszy. Samo zdejmowanie - boli, odrastanie jest trudne - trzeba bardzo uważać i dbać o ten kiełkujący, nowy. Nie uszkodzić go dopóki nie będzie mocny, "samodzielny". A potem już tylko wspominać: jak to kiedyś straciłam paznokieć... Ale mam nowy i jest świetny.
Odzyskiwanie świadomości jest bolesne i przewlekłe, ale przynosi zaskakujące efekty. Tak jak zdejmowanie chorego paznokcia, żeby nowy mógł z czasem urosnąć ładniejszy i zdrowszy. Samo zdejmowanie - boli, odrastanie jest trudne - trzeba bardzo uważać i dbać o ten kiełkujący, nowy. Nie uszkodzić go dopóki nie będzie mocny, "samodzielny". A potem już tylko wspominać: jak to kiedyś straciłam paznokieć... Ale mam nowy i jest świetny.
Och, jak chciałabym już zobaczyć ten nowy, zdrowy, różowy paznokieć. Na razie jestem na etapie ściągania tego chorego, czarnego i nie wiem, czy czasem jakiś poważniejszy stan zapalny pod nim się nie robi ![]()
Ja proponuję- z racji niespełnionych marzeń z dzieciństwa - cztery adwentowe kalendarze z czekoladkami. Co dzień o piątej rano na dzień dobry cz-e-k-o-l-a-d-k-a
bite 118 dni, raj !
Świetny pomysł!
Wiecie, że ja do dzisiaj mojej już dorosłej córce kupuję takie adwentowe kalendarze, a potem sama odkrywam okienka z ciekawości, jaka czekoladka tam będzie?
Moją córę już dawno przestało to bawić, a ja jak takie dziecko ![]()
Moja psychoterapeutka chyba powiedziałaby: Jakie to smutne...
Zapytam ją za tydzień ![]()

wciąż najgorsze są wieczory - przed zaśnięciem, a także moment w którym się budzę, to takie dwie chwile, gdy nie panuje świadomie nad swoimi myslami, a one wciąż niezmiennie kierują się ku M, w dzień jest OK, potrafię wyłączać te myśli, uśmiecham się i funkcjonuję normalnie ![]()
jak przekodować swój umysł z nawykowego myslenia o nim w chwilach "rozprężenia" dyscypliny myślowej? czy dopiero zastąpienie go nowym obiektem zaiteresowania odsunie ten stary niechciany? też bym tego nie chciała.... chciałabym w takich chwilach myśleć np. o moich własnych marzeniach, takich niezwiązanych z żadnym facetem. Może znacie jakąś metodę na ustawianie podświadomości na kierowanie myśli na okreslony temat?
wciąż najgorsze są wieczory - przed zaśnięciem, a także moment w którym się budzę, to takie dwie chwile, gdy nie panuje świadomie nad swoimi myslami, a one wciąż niezmiennie kierują się ku M, w dzień jest OK, potrafię wyłączać te myśli, uśmiecham się i funkcjonuję normalnie
jak przekodować swój umysł z nawykowego myslenia o nim w chwilach "rozprężenia" dyscypliny myślowej? czy dopiero zastąpienie go nowym obiektem zaiteresowania odsunie ten stary niechciany? też bym tego nie chciała.... chciałabym w takich chwilach myśleć np. o moich własnych marzeniach, takich niezwiązanych z żadnym facetem. Może znacie jakąś metodę na ustawianie podświadomości na kierowanie myśli na okreslony temat?
Ja mam problem polegający na tym, że ex pojawia się u mnie codziennie w snach, szczególnie intensywnie nad ranem, tuż przed przebudzeniem. W ciągu dnia "wypieram" skutecznie te myśli. Te sny mnie bardzo męczą.
Wczoraj zapytałam terapeutki dlaczego tak się dzieje, bo właściwie te sny "burzą" mi moją całą pracę nad nie myśleniem o nim.
Odpowiedziała zaskakująco. Otóż okazuje się, że to całe szczęście, że moja podświadomość nie daje mi wyprzeć tych myśli. To w pewnym sensie dar. W ciągu dnia można świadomie niwelować nachalne myśli albo przynajmniej kontrolować ich intensywność. We śnie nad podświadomością zapanować się nie da. Stan "rozprężenia" o którym piszesz Karen jest zbliżony, czy jest jakby przygotowaniem do snu, dlatego wtedy nieco "odpuszczasz" swojemu umysłowi i dajesz mu pole do samodzielnej pracy.
Wypieranie na siłę pewnych wspomnień, traum jest w istocie "gwałtem" nad własnym umysłem. Człowiek, który często doświadczał takich traum, bądź dany problem był bardzo silny, nauczył się w pewnym sensie chronić siebie pozornie "zapominając", bo cierpienia związane z daną traumą są zbyt bolesne. A nikt nie chce czuć bólu. Z tym, że takie postępowanie w ostatecznym rozrachunku przynosi dużo więcej szkody, niż pożytku.
Każdy problem, traumę trzeba "przepracować" w dostatecznie długim czasie. W przypadku rozpadu związku, porzucenia, bolesnego rozstania itp., taki proces może trwać nawet do dwóch lat. Bo to stan bardzo zbliżony do żałoby po stracie bliskiej osoby.
Kiedyś dawno temu ludzie "kultywowali" żałobę. Wiele miesięcy nosili czarne ubrania, pozostawali w stanie żałoby.
Dzisiaj ludzie dążą do, w pewnym sensie "uproszczenia" swoich emocji. Nauczyli się oszukiwać umysł i wypierać bolesne emocje, by szybciej wrócić "do pionu". Tymczasem te emocje, jeszcze bardziej kumulują się w psychice, powodując trwałe zmiany w sposobie myślenia i blizny.
Innymi słowy, trzeba stanąć twarzą w twarz z bólem, poczuć go do końca, nie wypierać myśli, a przepracować je do końca. Dopiero wtedy można uznać, że dany rozdział jest zakończony.
Zaskoczyło mnie to wczoraj silnie, bo ja całe życie, powielając zachowania z dzieciństwa, wypierałam problemy i ból. Nieraz nawet do tego stopnia, że po jakimś czasie nie mogłam sobie przypomnieć rysów twarzy osób, z którymi żyłam wiele lat - szok.
Także Karen, nie walcz z myślami, daj im płynąć swobodnie, bo w innym wypadków skutki tego wrócą do ciebie szybciej bądź póżniej i tak, oby nie w jeszcze gorszej formie.
Miłego dnia Dziewczyny ![]()
No to ustalone - w czwartek podpisuję akt notarialny. Teściowie zdrajcy wyasygnowali grosz na to, żeby ich syn wykupił się z kredytów w części pozwalającej mu na przejęcie reszty ode mnie i uwolnienie mnie ze złotej klatki. Jak dobrze pójdzie do końca miesiąca dostanę kaskę - wyremontuję swoje panieńskie mieszkanko i na jesieni - sayonara. Nie będzie lasu i wody za oknem tylko osiedlowy plac zabaw z rozwrzeszczaną hordą dzieciaków i pijaczki po zmroku, ale trudno, cena wolności.
Dobrze, że mam taki wariant. Wiem, że mnóstwo innych kobiet ma sytuację duuuużo trudniejszą więc nie narzekam. Wracam do sytuacji sprzed prawie pięciu lat. Kawał życia, cholera, kawał życia.
Karen,
Te nawrotowe myśli to jest właśnie element, który zwalczyć najtrudniej. Patrz na Zazdrość - myślisz, że jeszcze pamięta imię swojego psychofaga? :-) Wczoraj byłam na spotkaniu z moimi koleżankami (weteranki jeszcze od podstawówki). I w tej rozmowie też wyszło na to, że bez klina ani rusz. Mnie się nie bardzo chce - wszystko zbyt świeże, no i mam się czym zająć w kwestii formalności, przeprowadzek, lada moment operacja. Trochę szaleję na ciuchach (cieszę się swoją nową figurą), trochę sportu, dużo czytania, staram się wychodzić, gadać z synem ... ale to wszystko mało. Takie chorowitki jak my muszą się wesprzeć na kimś, muszą o kimś myśleć, ale może ten czas jest nam dany, żeby właśnie się oderwać od tego chorowitego trendu. Też dramatycznie poszukuję dookoła siebie zajęć i czynności, które mogłyby mi otworzyć nowe horyzonty. Jak coś znajdziesz, daj znać :-)
Witam... Chciałabym dołączyć do Waszej Grupy Wsparcia... Jestem Monika i również jestem kobietą kochającą za bardzo... Zdałam sobie z tego sprawę po tym jak przeczytałam Wasze wypowiedzi i spojrzałam na swój związek, który właśnie dobiegł końca. On powiedział "DOŚĆ", a ja od tamtej pory czuje się samotna. Nagle okazało się, że nie mam wokół siebie nikogo, bo on był dla mnie wszystkim. Zaproponował przyjaźń a ja się obawiam, ze przez okres wakacji przyjaźń nie przetrwa tego wszystkiego, choć jak zawsze to ja będę walczyła o kontakt, pierwsza się odzywała, tak jak zawsze ja pierwsza wyciągałam rękę po kłótni. Ale daje szanse, mam nadzieję, jak za każdym razem gdy płakałam i płacze przez niego mam jak głupia nadzieje... Boje się ponownego cierpienia, ale jak głupia mam nadzieję, że będąc w przyjaźni ze mną jakoś będzie inaczej, nie będzie mnie ranił... Boje się zostać sama, boje się, że jego już nie będzie przy mnie. Zawsze gdy przytulał czułam się bezpieczna, zawsze mnie wspierał, choć rzadko umiał okazać uczucia, to jednak wiedziałam, że jest ze mną bo mu na mnie zależy a nie temu, że chce mnie krzywdzić... Boje się, że wróci do swojej byłej, z którą ostatnimi czasy częściej kontaktuje się niż ze mną. Czuje się przegrana, że zawiodłam siebie samą i jego... Mało dobra aby być blisko niego... Boje się, że to wszystko, brak jego osoby w moim życiu odbije się negatywnie na mnie samej... I choć mówię mu to to jakby o ścianę, bo on nic nie chce zrobić w kierunku aby było dobrze... Nie chce już płakać do poduszki, nie chce czuć się więcej jak przegrana, nie chce czuć się sobą, bo bez niego jestem nikim...
hmm przyjazn z ex w takim momencie, cięzka sprawa. To takie przedluzanie agonii. Mi tez ex owego czasu zaproponowal przyjazn. Ja mialam nadzieje, ze bedziemy blisko, ze sie cos naprawi, ze moze sie uda. No i jak zaczal mi opowiadac o swoich podbojach i swojej nowej "milosci" to mnie szlak trafil. Poklocilismy sie i mamy zero kontaktu.
Trzeba sie zastanowic czy uniesiemy ciezar tej "przyjazni"
Z mojego doswiadczenia wiem, ze przyjazni z ex nie ma. Moze za pare lat odnowimy kontakt, czy gdzies przez przypadek sie spotkamy. Jak juz mina emocje i duzo juz sie ran zagoi. ale wiem, ze teraz jest to za swierze zeby przyjaznią moglo byc.
Witam... Chciałabym dołączyć do Waszej Grupy Wsparcia... Jestem Monika i również jestem kobietą kochającą za bardzo...
Zaproponował przyjaźń a ja się obawiam, ze przez okres wakacji przyjaźń nie przetrwa tego wszystkiego, choć jak zawsze to ja będę walczyła o kontakt, pierwsza się odzywała, tak jak zawsze ja pierwsza wyciągałam rękę po kłótni. Ale daje szanse,(...)głupia mam nadzieję, że będąc w przyjaźni ze mną jakoś będzie inaczej, nie będzie mnie ranił... Boje się zostać sama, boje się, że jego już nie będzie przy mnie.(...) brak jego osoby w moim życiu odbije się negatywnie na mnie samej... I choć mówię mu to to jakby o ścianę, bo on nic nie chce zrobić w kierunku aby było dobrze...
Nie chce już płakać do poduszki, nie chce czuć się więcej jak przegrana, nie chce czuć się sobą, bo bez niego jestem nikim...
Witaj Moniko ![]()
BEZ niego jesteś wszystkim - z nim jesteś nikim - bo znikasz w jego cieniu.
Jeśli czytałaś ten wątek uważnie to zauważyłaś, że podejmowane tu są próby zerwania z takim stanowiskiem. Chcemy nauczyć się kochać siebie - bo jakoś nie umiałyśmy dotąd lub zapomniałyśmy, że powinnyśmy być dla siebie najważniejsze. Jeśli bowiem JA nie jestem z sobą szczęśliwa to jak ktoś inny może?
Jeśli ja się nie szanuję to i ten ktoś szanować mnie nie musi.
Nie podoba mi się pomysł tej twojej przyjaźni z byłym - już zakładasz poniżanie się i skamlanie o spotkania. Jego nie zmienisz - bo nikt nie ma możliwości ani prawa zmieniać kogoś, wbrew jego woli. Można zmienić tylko siebie. Byłaś nieszczęśliwa i dawałaś się ranić - naprawdę musisz się tak
katować żeby egzystować? Będziesz wówczas szczęśliwa? Obawiam się, że niestety NIE. Przecież nie jesteś masochistką chyba?
Tarantello - gratuluję kolejnych postępów w sprawie
Pozwól, że powiem iż jestem dumna, że tak roztropnie podchodzisz do sprawy lokalu i "posiadania" :"Nie będzie lasu i wody za oknem tylko osiedlowy plac zabaw z rozwrzeszczaną hordą dzieciaków i pijaczki po zmroku, ale trudno, cena wolności. Dobrze, że mam taki wariant. Wiem, że mnóstwo innych kobiet ma sytuację duuuużo trudniejszą więc nie narzekam. Wracam do sytuacji sprzed prawie pięciu lat...".
Klasyczne BYĆ czy MIEĆ. Brawo ![]()
Witaj Moniko
BEZ niego jesteś wszystkim - z nim jesteś nikim - bo znikasz w jego cieniu.
Jeśli czytałaś ten wątek uważnie to zauważyłaś, że podejmowane tu są próby zerwania z takim stanowiskiem. Chcemy nauczyć się kochać siebie - bo jakoś nie umiałyśmy dotąd lub zapomniałyśmy, że powinnyśmy być dla siebie najważniejsze. Jeśli bowiem JA nie jestem z sobą szczęśliwa to jak ktoś inny może?Jeśli ja się nie szanuję to i ten ktoś szanować mnie nie musi.
Nie podoba mi się pomysł tej twojej przyjaźni z byłym - już zakładasz poniżanie się i skamlanie o spotkania. Jego nie zmienisz - bo nikt nie ma możliwości ani prawa zmieniać kogoś, wbrew jego woli. Można zmienić tylko siebie. Byłaś nieszczęśliwa i dawałaś się ranić - naprawdę musisz się tak
katować żeby egzystować? Będziesz wówczas szczęśliwa? Obawiam się, że niestety NIE. Przecież nie jesteś masochistką chyba?
Nie, masochistką nie jestem (tak mi się wydaje... nie lubie cierpieć, nie lubie otrzymywać i zadawać bólu)... Jestem kobietą nieszczęśliwą, wiem to i zdaje sobie sprawę, że sama pozwoliłam doprowadzić się do takiego stanu. Naprawdę brakuje mi uśmiechu na twarzy, spokojnego snu i radości choćby z małej sprawy/rzeczy... Żeby być szczęśliwą ze sobą samą potrzebuje czasu, ale nie wiem czy starczy mi sił (mam niską samoocenę i wiele rzeczy widzę w czarnych barwach)... Mogę jedynie starać się wykonywać małe kroczki, aby osiągać małe cele
Niestety nigdy nie miałam wzoru miłości, nie wiedziałam jaka ona ma być... Moi rodzice rozwidli się gdy miałam 8lat, potem żyłam sama dla siebie, bo matka ciężko pracowała, a ojciec miał nową rodzinę. Odniosłam wrażenie, że zrobiłam coś nie tak, ze ojciec odszedł, tak jak uważam teraz, iż gdzieś popełniłam błąd, ponieważ on odszedł... Przyjaźń... Może i chciałabym jej, ale takiej prawdziwej, a boje się, że w przyjaźni on również będzie mnie ranił... Czy to głupi pogląd z mojej strony? Chciałabym coś zrobić, ale boje się zacząć, zrobić krok, bo boje się konsekwencji wynikających z tego... Choćby straty z nim kontaktu...
Witam... Chciałabym dołączyć do Waszej Grupy Wsparcia... Jestem Monika i również jestem kobietą kochającą za bardzo... Zdałam sobie z tego sprawę po tym jak przeczytałam Wasze wypowiedzi...
Oj Moniko dajesz nadzieje, ze bywaja takie osoby, ktorym wystarczy pokazac droge i juz wiedza skad przyszly i gdzie ida. Kiedys zwatpilam, ze takie forum moze otworzyc oczy.
Jesli przeczytalas wypowiedzi z tego watku to wiesz co masz robic...
Jaki jest Twoj plan dzialania?
.. no bo OK! nie lubisz siebie, jestes nudna a jedyny sens Twego istnienia to on...
nic nowego...
wiesz tez, ze w efekcie ciezkiej pracy nad soba odniesiesz sukces, spokoj wewnetrzny, zrozumiesz siebie i mechanizmy swego postepowania. Zapewne tez odkryjesz radosc zycia i siebie.
Czy jest cos co Cie powstrzymuje?
Nadzieja, ze cofniesz czas? Nadzieja, ze odmienisz jego serce? Pomysl co cie trzyma na lancuchu..
Czy to potrzeba bycia kochanym, bo nikt na tym p*** swiecie Cie nie kocha?
Mnie tez nikt nie kochal. Najwieksza krzywde jednak zrobilam sama sobie. Bylam swoim NAJWIEKSZYM wrogiem... bo nie kochalam siebie, nie szanowalam, nie cenilam.
Na poczatku nawet nie wiedzialam co lubie i co MI sie podoba. Bylam totalnie podporzadkowana i na kazdy telefon. Przyjmowalam wszystkie ochlapy jako dar...
To co on Ci proponuje, czyli przyjazn to taki ochlap. Pozywka dla spragnionej milosci kobiety.
Przejdz na diete kochana. Nigdy wiecej takich pozywek!
Zatem jaki plan dzialania sobie ustalilas?
Jaka jestes dziewczyno? Co lubisz?
Zaproponował przyjaźń a ja się obawiam, ze przez okres wakacji przyjaźń nie przetrwa tego wszystkiego, choć jak zawsze to ja będę walczyła o kontakt, pierwsza się odzywała, tak jak zawsze ja pierwsza wyciągałam rękę po kłótni. Ale daje szanse, mam nadzieję, jak za każdym razem gdy płakałam i płacze przez niego mam jak głupia nadzieje... Boje się ponownego cierpienia,
Hej Monia! Z wykształcenia jestem filologiem i uczyli nas czegos takiego jak pola semantyczne tekstu (trudne słowo). Polega to na tym, że jeśli wyłowisz z tekstu podstawowe grupy słów, to jesteś w stanie "wymacać" podstawowe (prawdziwe!) przesłanie autora. Pozwól, że pokuszę się o wymacanie pola semantyczngo = znaczenie tego, co napisałaś.
ON:
utrzymuje kontakt z byłą, powiedział DOSĆ, rzadko okazywał uczucia, przytulał, proponuje przyjaźń = daje Ci nadzieję (CZYTAJ: już mu się znudziło być z Tobą i tylko z Tobą, ma w odwodzie byłą czyli jest specjalistą od zostawiania furtek więc i z Tobą też zostawi furtkę, gdyby czasem chciał wrócić i przenocować a w tym celu trzeba Cię zmanipulować wizją przyjaźni)
TY:
nie masz przy sobie nikogo, bez niego czujesz się nikim, boisz się zostać sama, będzie ci brakowało przytulania, czujesz, że zawiodłaś, czujesz się winna. (CZYTAJ: jesteś wspaniałym materiałem do manipulacji - dałaś się wmanewrować w poczucie winy a wina oznacza płaszczenie się, będziesz walczyła, pierwsza wyciągała rękę, prosiła o wybaczenie, łechtała jego ego, bo on taki szlachetny, nie chce Cię krzywdzić, ale MUSI bo Ty byłas niedobrą dziewczynką, za przytulanie kupi Cię całą)
A teraz mam do Ciebie prośbę. Czy mogłabyś się trochę wku**wić? Przeczytaj tak z pięć razy to, co napisałam i sie normalnie rozjusz.
Byłaś w tym związku SOBĄ - łachy nie robił. Miałaś prawo do bycia taką jaką jesteś. Dlaczego teraz masz o ratowanie tego związku zabiegac bardziej niż on. Czy to oznacza, że Tobie ma zależeć bardziej niż jemu. A jeśli tak, to na wałka Ci taki związek - wyproszony, wypłakany, wyszantażowany?
Trochę żyję na tym świecie i wiem jedno - jesli facet proponuje przy zerwaniu związku przyjaźń, to NIC DO CIEBIE NIE CZUJE. Bo zerwanie związku to cierpienie, kontynuacja w postaci "przyjaźni" to wydłużanie cierpienia, a jeśli on nie przewiduje ze swojej strony cierpienia, to już nie czuje nic. Po co Ci przyglądanie się, jak on świetnie się ma podczas gdy Ty więdniesz z każdym dniem.
Po moich wszystkich życiowych doświadczeniach męsko-damskich proponuję narzucić sobie dyscyplinę i nie włazic mu w łapy. Jeśli z tego ma coś być, to TYLKO z jego inicjatywy. Niech zawalczy, to może będziesz tak miła na niego spojrzeć. Czyż nie piękniejsza wizja?
Anitka, coś tak czuję, że trochę Ci polepszało? Schodzi toksyna dzięki technologii "Zero kontaktu"?
Anhedonia, moja Ty docentko nauk stosowanych zupełnie nie ścisłych! Ty to wiesz, trzeba się łapać pozytywów ... może się zaprzyjaźnię z pijaczkami spod okna w panieńskim mieszkanku ![]()
Otóż okazuje się, że to całe szczęście, że moja podświadomość nie daje mi wyprzeć tych myśli. To w pewnym sensie dar. W ciągu dnia można świadomie niwelować nachalne myśli albo przynajmniej kontrolować ich intensywność. We śnie nad podświadomością zapanować się nie da. Stan "rozprężenia" o którym piszesz Karen jest zbliżony, czy jest jakby przygotowaniem do snu, dlatego wtedy nieco "odpuszczasz" swojemu umysłowi i dajesz mu pole do samodzielnej pracy.
Wypieranie na siłę pewnych wspomnień, traum jest w istocie "gwałtem" nad własnym umysłem. Człowiek, który często doświadczał takich traum, bądź dany problem był bardzo silny, nauczył się w pewnym sensie chronić siebie pozornie "zapominając", bo cierpienia związane z daną traumą są zbyt bolesne. A nikt nie chce czuć bólu. Z tym, że takie postępowanie w ostatecznym rozrachunku przynosi dużo więcej szkody, niż pożytku.
Każdy problem, traumę trzeba "przepracować" w dostatecznie długim czasie. W przypadku rozpadu związku, porzucenia, bolesnego rozstania itp., taki proces może trwać nawet do dwóch lat. Bo to stan bardzo zbliżony do żałoby po stracie bliskiej osoby.
Kiedyś dawno temu ludzie "kultywowali" żałobę. Wiele miesięcy nosili czarne ubrania, pozostawali w stanie żałoby.
Dzisiaj ludzie dążą do, w pewnym sensie "uproszczenia" swoich emocji. Nauczyli się oszukiwać umysł i wypierać bolesne emocje, by szybciej wrócić "do pionu". Tymczasem te emocje, jeszcze bardziej kumulują się w psychice, powodując trwałe zmiany w sposobie myślenia i blizny.Innymi słowy, trzeba stanąć twarzą w twarz z bólem, poczuć go do końca, nie wypierać myśli, a przepracować je do końca. Dopiero wtedy można uznać, że dany rozdział jest zakończony.
Zaskoczyło mnie to wczoraj silnie, bo ja całe życie, powielając zachowania z dzieciństwa, wypierałam problemy i ból. Nieraz nawet do tego stopnia, że po jakimś czasie nie mogłam sobie przypomnieć rysów twarzy osób, z którymi żyłam wiele lat - szok.
Także Karen, nie walcz z myślami, daj im płynąć swobodnie, bo w innym wypadków skutki tego wrócą do ciebie szybciej bądź póżniej i tak, oby nie w jeszcze gorszej formie.
Miłego dnia Dziewczyny
Bardzo bardzo się z tym zgadzam. W sumie najcelniejsze zdefiniowanie problemu.
Jest taka tendencja, że ludzi, którzy przechodzą z dnia na dzień do porządku dziennego w obliczu jakiejś straty ocenia się jako silnych, ludzi którzy niejako "pochylają" się nad własnym bólem postrzega się jako słabych.
Ja za słabość uznaję ucieczkę przed tym co trudne, wydaje mi się, że udawanie przed sobą że "nic się nie stało" w momencie gdy coś naprawdę boli to ucieczka. Próbowałam takiej ucieczki, przyznam. Jestem jednak osobą która nie potrafi być nieszczera, ani wobec innych a zwłaszcza wobec siebie, dlatego ucieczka i udawanie, że jest w porządku mi po prostu nie wyszły. I dziś sądzę, że dobrze. Poczucie, że stoję w miejscu i babrzę się w gównie zmuszało mnie do analiz, analiz i jeszcze raz analiz wszystkiego co miało miejsce. Zadawania sobie pytań- co zrobiłam nie tak, że znalazłam się w tak parszywym punkcie. I właśnie to rozłożenie całego procesu na czynniki pierwsze i tylko to daje mi jakąkolwiek szansę na to, że złych schematów nie powtórzę w przyszłości. Gdybym zostawiła tamten smutny stan za sobą bez refleksji, a po prostu zajęła się chwilą bieżącą nie było by miejsca na wnioski, na odebranie lekcji i wielkie prawdopodobieństwo że niebawem cały scenariusz rozegrał by się od nowa.
Co do klina... nie wiem, jest to może dobre dla kobiet, które nie są kkzb. W przypadku kkzb klin to po prostu strzał samobój. To tak jak rzucanie palenia na zasadzie: od dziś nie palę...malrboro, przejdę na vouge'i miętowe. Nie chodzi o to żeby nigdy się nie wiązać po to by zachować względne "zdrowie". Trzeba się wyprostować, stanąć na nogi i przewartościowach swoje dotychczasowe spojrzenie na związek, po to by w kolejny nie wchodzić na starych zasadach. Żeby nie powielać dawnych błędów w swoim podejściu do "miłości" trzeba ocenić co tak naprawdę dotąd było nie tak, a żeby to zrobić trzeba "wytrzeźwieć" po wcześniejszym jechaniu na toksynie. Klin to w tym momencie kolejna dawka narkotyku, którym dla kkzb jest miłość. W takim stanie nie ma miejsca na analizy, kkzb jest wówczas w siódmym niebie, że znalazła swoją miłość przez duże M, której podporządkuje cały żywot. Takie jest moje zdanie.
Anitka, coś tak czuję, że trochę Ci polepszało? Schodzi toksyna dzięki technologii "Zero kontaktu"?
Anhedonia, moja Ty docentko nauk stosowanych zupełnie nie ścisłych! Ty to wiesz, trzeba się łapać pozytywów ... może się zaprzyjaźnię z pijaczkami spod okna w panieńskim mieszkanku
Łapie jeszcze doły, ale jestem jedną nogą poza tą mogiłą. Zero kontaktu, jest najlepszym darem, jaki moglam sobie zafundowac. Wczoraj miał urodziny, zebym miala "zdechnąć" (odpukac) nie zlozylam mu zadnych zyczen. Bo co mialabym mu zyczyc? na tym etapie "wszystkiego najlepszego" bylo by czystą obłudą. Nawet nie zycze mu zle, poprostu staje mi sie z dnia na dzien coraz bardziej obojetny.
Aaaa i jeszcze cos, moze szanowne kolezanki to zaboli ale wchodze na ten watek coraz rzadziej bo w moim przypadku, rozdrapywalam swoją zlosc do niego i to jak sie dalam mu zmanipoulowac. Teraz poprostu chce o nim nie myslec wiec i mniej chce o nim pisac i moim beznadziejnym zwiazku. A z ta swoja miloscia za bardzo bede pracowala po swojemu, nie moge zatruwac sie jeszcze bardziej, bo to mnie pobawia wszystkich pierwiastkow dobroci. A ja chce byc dobra:) dla siebie i dla innych.
Anhedonia, moja Ty docentko nauk stosowanych zupełnie nie ścisłych! Ty to wiesz, trzeba się łapać pozytywów ... może się zaprzyjaźnię z pijaczkami spod okna w panieńskim mieszkanku
Ty to ale masz pomysły
już widzę oczyma wyobraźni - będą Ci pilnować miejsca parkingowego, zwracać uwagę na mieszkanie w czasie twych wyjazdów, donosić kto się szwendał koło twego lokalu...za 1 małe piwko
Masz ochotę - bądź ludzki pan
Znasz to: "życie krótkie - pić się chce" ![]()
Karen trzeba zacząć od monologu wewnetrznego krytyka. W naszej głowie rozbrzmiewa wiele głosów, niektóre aż z czasów dzieciństwa. Zwykle przeważają komunikaty negatywne np no i co zrobiłaś? do nieczego się nie nadajesz!, nikt nie pokraktuje Ciebie powaznie, ale z Ciebie frajerka itp Upokarzają nam tylko zycie. Mozna się ich pozbyć. Kiedy coś zrobisz nie tak lub o kimś pomyslisz to powiedz sobie na głos jakby do siebie Czyżby? i odpowiedz" Jestem wartościową, mądrą kobietą"! Jeżeli masz pełno negatywnych emocji naucz się je rozpoznawać. Obserwuj siebie przez najbliższych kilka dni, kierując uwagę na to, jak odczuwasz pierwsze symptomy rozdrażnienia, żalu czy smutku. Może to być kłucie w zołądku, ból głowy itp. postaraj się je zlokalizować i zdusić w zarodku. Jak? Skoro tylko poczujesz, ze robisz się coraz bardziej rozdrazniona, powiedz o tym głośno: " Jestem lekko poddenerwowana" i weź głęboki wdech, a potem zrób długi wydech. Używaj słów, które naprawdę odzwierciedlają Twój stan ducha oraz siłę negatywnych emocji. Gdy już je nazwiesz, znikną szybciej niż się pojawiły.
No to ustalone - w czwartek podpisuję akt notarialny. Teściowie zdrajcy wyasygnowali grosz na to, żeby ich syn wykupił się z kredytów w części pozwalającej mu na przejęcie reszty ode mnie i uwolnienie mnie ze złotej klatki. Jak dobrze pójdzie do końca miesiąca dostanę kaskę - wyremontuję swoje panieńskie mieszkanko i na jesieni - sayonara. Nie będzie lasu i wody za oknem tylko osiedlowy plac zabaw z rozwrzeszczaną hordą dzieciaków i pijaczki po zmroku, ale trudno, cena wolności.
Dobrze, że mam taki wariant. Wiem, że mnóstwo innych kobiet ma sytuację duuuużo trudniejszą więc nie narzekam. Wracam do sytuacji sprzed prawie pięciu lat. Kawał życia, cholera, kawał życia.
Takie chorowitki jak my muszą się wesprzeć na kimś, muszą o kimś myśleć, ale może ten czas jest nam dany, żeby właśnie się oderwać od tego chorowitego trendu. Też dramatycznie poszukuję dookoła siebie zajęć i czynności, które mogłyby mi otworzyć nowe horyzonty. Jak coś znajdziesz, daj znać :-)
Jak się mocno nudzisz, zawsze możemy wpaść zrobić trochę bałaganu.
Tarantella, ja zdecydowanie odradzam klin. Może przyjaciel, ale nie żadne romantyczne brednie. Masz strasznie zszarpane uczucia. Nie wystawiaj ich na razie na próbę.
Mam przed oczami Ciebie, taką biedną i maleńką, manipulowaną Onym. Najpierw wyzdrowiej, nie pakuj się w następną chorobę. Infekcja niedoleczona, następna może być teraz zabójcza. Sama będziesz wiedziała, kiedy będziesz gotowa na NOWE.
Pobądź ze sobą, bo warto, jesteś zajebista babka!
Jak się mocno nudzisz, zawsze możemy wpaść zrobić trochę bałaganu.
Tarantella, ja zdecydowanie odradzam klin. Może przyjaciel, ale nie żadne romantyczne brednie. Masz strasznie zszarpane uczucia. Nie wystawiaj ich na razie na próbę.
Mam przed oczami Ciebie, taką biedną i maleńką, manipulowaną Onym. Najpierw wyzdrowiej, nie pakuj się w następną chorobę. Infekcja niedoleczona, następna może być teraz zabójcza. Sama będziesz wiedziała, kiedy będziesz gotowa na NOWE.
Pobądź ze sobą, bo warto, jesteś zajebista babka!
Mogę dołączyć do ekipy
Jakaś rekultywacja terenu?
Któryś mężczyzna tu na forum ładnie opisał ten "stan': jesteśmy jak krwawiąca, ranna zwierzyna - te pieprzone drapieżniki wyczuwają nas na odległość ![]()
Dziwny ten świat.. jedni kochają za bardzo tych którzy maja ich gdzieś a drudzy potrafią obdażyć uczuciem ale są samotni.
Dziwny ten świat.. jedni kochają za bardzo tych którzy maja ich gdzieś a drudzy potrafią obdażyć uczuciem ale są samotni.
Samo życie, chłopaku
Ale my - starsze koleżanki już wiemy, że trzeba szukać odpowiednich partnerów. Pozdrawiam.
Więc Ty już zajęta,dziewczyno ?:)
Co do klina... nie wiem, jest to może dobre dla kobiet, które nie są kkzb. W przypadku kkzb klin to po prostu strzał samobój. To tak jak rzucanie palenia na zasadzie: od dziś nie palę...malrboro, przejdę na vouge'i miętowe. Nie chodzi o to żeby nigdy się nie wiązać po to by zachować względne "zdrowie". Trzeba się wyprostować, stanąć na nogi i przewartościowach swoje dotychczasowe spojrzenie na związek, po to by w kolejny nie wchodzić na starych zasadach. Żeby nie powielać dawnych błędów w swoim podejściu do "miłości" trzeba ocenić co tak naprawdę dotąd było nie tak, a żeby to zrobić trzeba "wytrzeźwieć" po wcześniejszym jechaniu na toksynie. Klin to w tym momencie kolejna dawka narkotyku, którym dla kkzb jest miłość. W takim stanie nie ma miejsca na analizy, kkzb jest wówczas w siódmym niebie, że znalazła swoją miłość przez duże M, której podporządkuje cały żywot. Takie jest moje zdanie.
Ja jeszcze sie uczę i rozpoznaję czym jest KKZB, ale jedno wiem już teraz, że wpadanie w kolejny związek w celu zapomnienia o poprzednim, to dokładnie zachowanie KKZB. Nie wiem, nie chcę się zarzekać na amen, ale wydaje mi się, że nie będę w stanie nawet pomyśleć o nowym związku, dopóki nie wyleczę się z choroby.
Arnika masz rację, tylko wtedy trzeba zadać sobie pytanie: co mi to da? po co mam siebie okłamywać? czy będę się z tym dobrze czuć? I zająć się polubieniem siebie. Trzeba nauczyć się czerpać frajdę z bycia ze sobą. To jedna z najważniejszych umiejętności w zyciu każdego człowieka. Nalezy uwolnić się od presji spędzania każdej wolnej chwili w czyimś towarzystwie. Nawet jeśli zyjemy w związku czy dużej rodzinie, trzeba znaleźć czas aby pobyć ze swoimi myslami, we własnej przestrzeni. I nie planować tego co wtedy mozna robić, zdać się na własną intuicję, być tylko ze sobą.
Jezu, Dziewczyny! Ja tylko żartowałam z tym klinem - taki sarkazm, że niby to był (miał być ale nie wyszedł). Wyobrażenie tego, co napiszę zabrzmi boleśnie - w dupie mam kliny. Muszę pozamiatać w swojej głowie, uporządkować wszystko co się działo przez ostatnich pięć z górką miesięcy. A potem poczekam też aż dojrzeję do momnetu, kiedy będę mogła spokojnie, bez emocji pogrzebać się patykiem w tym, co się działo w moim związku jeszcze wcześniej.
Tak sobie myślę, że każde rozstanie kkzb z partnerem (obojętne czym spowodowane - zdradą, zwykłym odejściem na skutek niemiłości, jego nałogami) na początku powoduje, że skupiamy się na agresorze/zdrajcy ale nieuchronnie musi nadejść taki moment, kiedy musimy stanąć twarzą w twarz z pytaniem: DLACZEGO JA?
No właśnie. Jakie KONKRETNE działania/zaniechania z mojej strony doprowadziły do tego, że można mnie było przestać szanować, kochać, zabiegać o mnie, hołubić, troszczyć się o mnie ... dodajcie, co tam tylko chcecie. Bo to chyba nie jest takie proste, że po świecie chodzą dwie kategorie facetów - mocarni szlachetni rycerze i słabe wyzute z wartości dupki, a my przyciągamy tylko tych drugich. Tu jest chyba jakieś drugie dno. Mam na to przykłady z własnego życia. Parę razy (no dobra, dwa razy) trafiali mi się mężczyźni potencjalnie pozytywni - zakochani we mnie, gotowi dla mnie rzucić się w ogień ale okazywali to jakoś tak nadgorliwie, że zwyczajnie właziłam im na głowę i nie szanowałam tego ich uczucia, byłam 100 %-owym biorcą. A przecież oni byli tylko takimi mężczyznami kochającymi za bardzo - nie stawiali żadnych wymagań, żadnych granic dawania i byli przez to ... irytujący. Normalnie aż chciałam krzyknąć - człowieku postaw mi się trochę, nie kupuj mi ciągle moich ulubionych ciasteczek, bo mnie już od nich mdli, kup raz te, które ty lubisz. Ale oni nie mieli własnych ulubionych ciasteczek - lubili te, które ja lubiłam.
A przecież z natury i z racji DDA nie jestem biorcą, pasożytem emocjonalnym. Ja zwyczajnie zostałam przez nich rozpuszczona, ba! rozbestwiona. Więc może w schematach działania kkzb jest takie właśnie rozpuszczanie facetów, którzy ... w rękach zdrowej kobiety nigdy nie pozwoliliby sobie na zdradę, kłamstwo, nałóg? Wiem, wiem jak to brzmi - to ich ulubiona wymówka - zostałem alkoholikiem przez ciebie, durna babo, zdradziłem cię, bo mnie do tego zmusiłaś swoim postępowaniem, odchodzę bo jesteś nieznośna. To niby bulszit ale na poważnie rozważam wariant, że każdy inny na miejscu psychofaga zrobiłby mi to samo gdybym kupowała mu ciągle te jego ulubione ciasteczka nie dlatego, że on je lubi a dlatego, że ja nie mam własnych ulubionych.
Co mi przypomina komedię romantyczną "Uciekająca panna młoda" z wątkiem ulubionego wariantu przygotowania jajek. Oglądałyście?
Ha, bo zasad panujących w miłości trzeba się nauczyć tak jak uczysz się jazdy samochodem. Nie chodzi mi tylko o zasadę ograniczonego zaufania - przynajmniej na początku (początek = pojęcie względne) ale o ogólnie panujące zasady równorzędnego traktowania uczestników ruchu przez zasady prawa drogowego, czy tam kodeksu.
A najczęsciej jest tak, że wsiada się do bryki, która z zewnątrz wygląda super, a w trakcie jazdy okazuje się że rzęch. Pierwsze kilometry przejedziesz siłą rozpędu a potem lipa. Ładujesz kasę, czas, energię etc - z facetami identycznie - ale to tylko moje subiektywne zdanie.
Napiszę jak ja "testowałam" mojego obecnego męża. Te koleżanki, które czytały wątek o drzewie wiedzą, ze po krótkiej znajomości, kolega zaprosił mnie do swojego domu w Holandii, abym przekonala się że nie czeka tam żona z czwórką dzieci, poznała jego znajomych, etc. Tak też się stało. Kolega wziął tydzień urlopu aby dotrzymywać mi towarzystwa, jeśli będę miala tylko ochotę - mogę zostać do końca życia. No więc - mianowałam się absolutną udzielną księżną i primadonną. Nie robiłam nic. NIC. Najczęściej powielanym przez mnie we wcześniejszych związkach błędem było pokazanie osobie na której mi zależało jaką to też wspaniałą jestem kobietą, kochanką, gospodynią, kuchareczką. Teraz absolutnie nic.
Po tygodniu zapewnionych mi maksymalnych rozrywek łącznie z łaskawie przyjętym weekendowym wypadem do Paryża - kolega miał urodziny i zapragnął je świętować w moim towarzystwie - stwierdziłam że rżnąc primadonnę - zrobiłam właściwie. Bo to co dla mnie było rżnięciem primadonny, dla niego było po prostu normą - bo o kobietę trzeba dbać, należy ją zdobywać i adorować. Zastanawiałam się, że jeszcze z pięć lat wcześniej pewnie słysząc że ten Paryż jest na jego urodziny - nie dosyć że pokryłabym połowę kosztów wyjazdu, to może i bym była na tyle skretyniała że pokryłabym wszystkie koszty - no bo urodziny ma. I znowu z fajnego faceta zrobiłby się rozpuszczony sukinkot.
A tak - pokazałam mu co fajniejsze atrakcje miasta (już raz byłam) a on był przeszczęśliwy.
Po powrocie - on musiał wrócić do pracy - ja zgodziłam się jeszcze zostać. Nie gotowałam, nie sprzątałam, nie robiłam zakupów, prałam wyłącznie moje rzeczy. On przyjeżdżał z pracy - robił to wszystko co zrobione być powinno łącznie z codziennym pysznym obiadkiem tudzież wypadem do knajpy i zabawiał mnie wieczorami: krótkie wycieczki, kino, etc, w weekendy zwiedzanie i umilanie mi czasu.
Czasami siadałam i myślałam: Jezu taki fajny facet, a ja robię z siebie taką francę. Poprzedni byli nie do przeżycia, a ja im nadskakiwałam - to jemu należy się nadskakiwanie. Ale zaraz przywoływałam się do porządku - teraz moja kolej! Znosił to dzielnie, ale znaków "znoszenia" nie było żadnych. On po prostu taki był. Wróciłam do domu, przemyślałam sprawę i przy kolejnej wizycie wzięłam na siebie maleńkie ciut obowiązków. Co to były za zachwyty! Jakież komplementa! Codziennie kwiaty, cuda wianki. I już wiedziałam że zrobiłam dobrze - gdybym była taka jak zwykle - tak jak jestem teraz jako żona - kompletnie odsłonięta i prawie bezbronna - zmarnowałabym faceta.
Jezu, Dziewczyny! Ja tylko żartowałam z tym klinem - (...)w dupie mam kliny...musi nadejść taki moment, kiedy musimy stanąć twarzą w twarz z pytaniem: DLACZEGO JA?
No właśnie. Jakie KONKRETNE działania/zaniechania z mojej strony doprowadziły do tego, że można mnie było przestać szanować, kochać, zabiegać o mnie, hołubić, troszczyć się o mnie ... dodajcie, co tam tylko chcecie. Bo to chyba nie jest takie proste, że po świecie chodzą dwie kategorie facetów - mocarni szlachetni rycerze i słabe wyzute z wartości dupki, a my przyciągamy tylko tych drugich.
Tu jest chyba jakieś drugie dno.(...)trafiali mi się mężczyźni potencjalnie pozytywni - zakochani we mnie, gotowi dla mnie rzucić się w ogień ale okazywali to jakoś tak nadgorliwie, że zwyczajnie właziłam im na głowę i nie szanowałam tego ich uczucia, byłam 100 %-owym biorcą. A przecież oni byli tylko takimi mężczyznami kochającymi za bardzo - nie stawiali żadnych wymagań, żadnych granic dawania i byli przez to ... irytujący. Normalnie aż chciałam krzyknąć - człowieku postaw mi się trochę, nie kupuj mi ciągle moich ulubionych ciasteczek, bo mnie już od nich mdli, kup raz te, które ty lubisz. Ale oni nie mieli własnych ulubionych ciasteczek - lubili te, które ja lubiłam.
A przecież z natury i z racji DDA nie jestem biorcą, pasożytem emocjonalnym. Ja zwyczajnie zostałam przez nich rozpuszczona, ba! rozbestwiona. Więc może w schematach działania kkzb jest takie właśnie rozpuszczanie facetów, którzy ... w rękach zdrowej kobiety nigdy nie pozwoliliby sobie na zdradę, kłamstwo, nałóg?(...)Co mi przypomina komedię romantyczną "Uciekająca panna młoda" z wątkiem ulubionego wariantu przygotowania jajek. Oglądałyście?
Oglądałyście ![]()
Tarantello kochana - czyżbyś nie słyszała, że to co lekko przyszło i człowiek się przy tym nie naszarpał NIE jest przez nas szanowane i cenione. "Łatwo przyszło - łatwo poszło" ![]()
No a my siłaczki bierzemy sobie tych trudnych, nieokiełznanych, bo MY im pokażemy! Że MY takie rozważne, silne, nie rozkapryszone - pokażemy, że można inaczej - rozwiązujemy ich dylematy i problemy, wszystko ZA nich robimy... Właśnie tak rozpieszczamy i rozbestwiamy - aż ich zemdli, jak Ciebie te ciasteczka
Nie rajcują nas ci drudzy niestety - Ci co nam by chcieli wszystko ułatwić i uprościć (bo nudni? przewidywalni? nie niosą ze sobą żadnych wyzwań?)
A skoro to już wiemy - to teraz tylko trzeba zamontować sobie alarmik z lampeczką w główce i go testować! Jak pisała Zazdrość - jeśli po seksie i jedzeniu ogarnia go leń - NO sex, NO food ![]()
Miłego dnia kochana i spokojnego zdrowienia. Widzę, że same zostałyśmy - dziewczyny się rozbiegły weekendowo ![]()
Zatem miłego weekendu wszystkim - odpoczywajcie i odprężajcie się ![]()
Jezu, Dziewczyny! Ja tylko żartowałam z tym klinem - taki sarkazm, że niby to był (miał być ale nie wyszedł). Wyobrażenie tego, co napiszę zabrzmi boleśnie - w dupie mam kliny. Muszę pozamiatać w swojej głowie, uporządkować wszystko co się działo przez ostatnich pięć z górką miesięcy. A potem poczekam też aż dojrzeję do momnetu, kiedy będę mogła spokojnie, bez emocji pogrzebać się patykiem w tym, co się działo w moim związku jeszcze wcześniej.
Tak sobie myślę, że każde rozstanie kkzb z partnerem (obojętne czym spowodowane - zdradą, zwykłym odejściem na skutek niemiłości, jego nałogami) na początku powoduje, że skupiamy się na agresorze/zdrajcy ale nieuchronnie musi nadejść taki moment, kiedy musimy stanąć twarzą w twarz z pytaniem: DLACZEGO JA?
Ja też kiedy dowiedziałam się,że zostałam zdradzona pomyślałam o" klinie" - ale poprostu brakło mi odwagi. Uznałam, że nie w tym momencie. Moja głowa, była pusta, a emocje szalały. Dzisiaj, po prawie roku, emocje trochę opadły, ale ból, żal i rozgoryczenie pozostało.
Jak myślicie czy jeszcze kiedyś - przyjdzie dzień kiedy w mojej głowie zapanuje spokój?
Niekochana - czy mogę prosić o nową książkę.
pozdrawiam
W ludziach tkwi głęboka wiara, że ich szczęście zależy od kogoś innego. A ja napiszę po raz kolejny że najważniejszą umiejętnością w życiu każdego człowieka jest być szczęsliwym ze sobą, jeżeli polubimy siebie nie bedą trafiały nam się dupki a nawet jak się trafią (przez przypadek ) to szybko dojdziemy do siebie. Jestem i kkkzb i dda i w całym moim życiu miałam tylko związki patologiczne i toksyczne, dlaczego? bo za wszelką cenę chciałam aby mnie ktoś pokochał za cos, a więc starałam się być coraz lepsza, bardziej pomocna, wspierająca, taka naj naj naj dla kogoś, myslałam ze jak ja będę coraz lepsza to ktoś też i zajmie sie mną tak jak ja nim, a tego było mi brak w dzieciństwie, w swoich związkach robiłam mnóstwo błędów o czym już wiele razy pisałam, właściwie powielałam stare błędy, nie wiedząc o co w tym wszystkim chodzi - bo jak to - ja mogę być coraz lepsza a druga strona nie?, owszem coś tam wiedziałam, czytałam ale tak naprawdę dopiero parę miesięcy temu zajęłam się sobą, swoim wnętrzem, oczywiście pomogła mi też w tym 8 m-czna terapia. Teraz wiem że prawdziwą kontrolę nad własnym życiem mogę zyskać tylko wtedy, gdy zrezygnuję z pomysłu, ze jestem bierną ofiarą losu i wszystko mi się przydarza. Efektem tego jest także rezygnacja z kontrolowania otoczenia, manipulowanie ludźmi za pomocą poczucia winy. Wtedy mogę podjąć ryzyko realizowania własnych celów osobistych bez wykorzystywania starych technik, które tak dobrze znam, obrażania się, narzekania, udawania istoty bezbronnej i bezsilnej. Cóż, mogę teraz napisać że jest mi dobrze ze sobą i tylko w swoim towarzystwie, mam tez sporo znajomych którzy mnie lubią, ale nie zawsze mam chęć się z nimi spotkać bo po raz pierwszy w zyciu lubię być sama a nie jestem dziwaczką, to jest dla mnie nowe i nigdy nie wiedziałam że tak może być fajnie, tylko ja.
maxi
Jak ja bym chciała już być na tym etapie, co Ty teraz. Twoje słowa dają nadzieję i wiarę, że bycie szczęśliwym z samym sobą jest naprawdę możliwe, nie tylko w pięknej teorii, ale w realnym życiu.
Matko, tyle pracy przede mną, tylko żeby się udało!
Czuję, że wciąż mam w sobie bardzo silne emocje, że moje nawet nie tyle szczęście, co nawet dobre samopoczucie jest zależne od innych. Czasem nawet sama świadomość, że jest w pobliżu druga osoba, daje mi zupełnie odmienne spojrzenie na rzeczywistość.
Dla przykładu, jak przyjeżdża na weekend moja córa, to nawet gdy jest w drugim pokoju zajęta sobą, ja czuję się jakbym była inną osobą.
Nagle, to co leci np. w tv mnie interesuje, chce mi się wstać i zrobić herbatę itp. A gdy tylko wyjeżdża z domu, natychmiast wpadam w stary schemat poczucia beznadziejności.
Dzisiaj już zdaję sobie z tego sprawę dlaczego tak jest i mogę nad tym pracować, ale jeszcze nie tak dawno, kompletnie takie uczucia wyprowadzały mnie z równowagi. Nie wiedziałam skąd to się bierze i jak z tym walczyć.
Już zaczynam cieszyć się drobiazgami, jak pisałam niedawno, już dają mi małe chwile zadowolenia. Ale to wciąż tylko chwile, większość czasu jednak czuję się opanowana przez depresję.
Maxi, jak oceniasz swoją 8 miesięczną pracę z terapeutą? W czym tak realnie Ci pomogła stanąć na nogi?
W ludziach tkwi głęboka wiara, że ich szczęście zależy od kogoś innego. (...)
Teraz wiem że prawdziwą kontrolę nad własnym życiem mogę zyskać tylko wtedy, gdy zrezygnuję z pomysłu, ze jestem bierną ofiarą losu i wszystko mi się przydarza. Efektem tego jest także rezygnacja z kontrolowania otoczenia, manipulowanie ludźmi za pomocą poczucia winy. Wtedy mogę podjąć ryzyko realizowania własnych celów osobistych bez wykorzystywania starych technik, które tak dobrze znam, obrażania się, narzekania, udawania istoty bezbronnej i bezsilnej. Cóż, mogę teraz napisać że jest mi dobrze ze sobą i tylko w swoim towarzystwie, mam tez sporo znajomych którzy mnie lubią, ale nie zawsze mam chęć się z nimi spotkać bo po raz pierwszy w zyciu lubię być sama a nie jestem dziwaczką, to jest dla mnie nowe i nigdy nie wiedziałam że tak może być fajnie, tylko ja.
Czy ja dobrze rozumiem maxi, że lubisz być sama ze sobą konstans - w otoczeniu ludzi i bez?
Jeśli tak, to nie dzielisz chwil życia na te dające zadowolenie i zwykłe, wręcz nudne. WSZYSTKIE dają Ci satysfakcję ![]()
Arnika - wydaje mi się, że chcąc tak żyć trzeba pożegnać się z etapem: "obrażania się, narzekania, udawania istoty bezbronnej i bezsilnej" opisany powyżej przez maxi
Piszesz:"jak przyjeżdża na weekend moja córa, to nawet gdy jest w drugim pokoju zajęta sobą, ja czuję się jakbym była inną osobą.
Nagle, to co leci np. w tv mnie interesuje, chce mi się wstać i zrobić herbatę itp. A gdy tylko wyjeżdża z domu, natychmiast wpadam w stary schemat poczucia beznadziejności." i "Już zaczynam cieszyć się drobiazgami, jak pisałam niedawno, już dają mi małe chwile zadowolenia.
Ale to wciąż tylko chwile, większość czasu jednak czuję się opanowana przez depresję".
Czy TY kochasz tę swoją beznadzieję i depresję?
Bo jeśli Cię uwierają - to powiedz sobie - jak JA TEGO NIENAWIDZĘ. I na przekór beznadziejności i chandrze - WSTAŃ. Wyjdź na spacer. Pojedź gdzieś. Odwiedź kogoś. Pooglądaj wystawy. Zwiedź coś ciekawego. Znajdź fajny film w kinie i się na niego wybierz.
Życie to ciąg wielu chwil. Nie mogą wszystkie być tylko szczęśliwe i pasjonujące. To utopia. Muszą być i "letnie", nudne i spokojne.
Spróbuj cieszyć się tym co masz
córką, zdrowiem, stabilizacją i co tam jeszcze dobrego wymyślisz. Trzymaj się i powodzenia w walce z niemocą ![]()
Czy TY kochasz tę swoją beznadzieję i depresję?
Bo jeśli Cię uwierają - to powiedz sobie - jak JA TEGO NIENAWIDZĘ. I na przekór beznadziejności i chandrze - WSTAŃ. Wyjdź na spacer. Pojedź gdzieś. Odwiedź kogoś. Pooglądaj wystawy. Zwiedź coś ciekawego. Znajdź fajny film w kinie i się na niego wybierz.
Życie to ciąg wielu chwil. Nie mogą wszystkie być tylko szczęśliwe i pasjonujące. To utopia. Muszą być i "letnie", nudne i spokojne.
Spróbuj cieszyć się tym co maszcórką, zdrowiem, stabilizacją i co tam jeszcze dobrego wymyślisz. Trzymaj się i powodzenia w walce z niemocą
Anhedoniu, ja właśnie NIENAWIDZĘ tych stanów. To znaczy od niedawna zaczęłam nienawidzić, w pełnym tego słowa znaczeniu.
Bo to prawda, że po części te trwające na przestrzeni lat mojego życia nawracające przewlekłe depresje, w pewnym sensie przyzwyczaiły mnie do tego stanu. Aż do takiego stopnia, że w nich czułam sie paradoksalnie najlepiej = bezpiecznie. Bo to znałam od podszewki.
Jeszcze nim przeczytałam to co napisałaś, wstałam wreszcie z "kanapy" i uporządkowałam balkon po zimie.
Tak, tak, po zimie, dopiero teraz się jakoś zmotywowałam i posprzątałam jeszcze zalegające na nim ziarna słonecznika dla ptaszków i inne badziewia. A potem nakręcona pojechałam do centrum handlowego i kupiłam truskawki
Właśnie sobie je wcinam z cukrem i śmietanką, takie rozgniecione w kubeczku ![]()
To nie jest tak, że nic nie robię. Wręcz przeciwnie, czasami zmuszam się, a czasami mam po prostu ochotę i idę sobie do kina, do teatru, na spacer, czy na kawę. Zaczęłam walczyć na poważnie.
Tylko niestety przewaga stanów depresyjnych jednak wciąż jest znacząca. No nie da się zmienić stylu życia i podejscia do niego z dnia na dzień, tym bardziej gdy latami tak sie własnie żyło,a odzywało tylko przy innych...
Ale marudzę!!! Przepraszam, coś mam dzis taki dzień na marudzenie ![]()
Jak myślicie czy jeszcze kiedyś - przyjdzie dzień kiedy w mojej głowie zapanuje spokój?
PRZYJDZIE!! Nie wiem kiedy, ale na pewno przyjdzie. Tylko pracuj nad tym.
Jeśli ja, która przeżyła więcej niż połowę swojego życia na "minusie", a jednak teraz uwierzyła, że taki dzień kiedyś przyjdzie, to wierz mi, to MUSI sie stać ![]()
ja zawsze potrzebowałam miłości a rodzice mi jej nie dali wystarczająco zawsze coś było ważniejsze i tak naprawdę wychowałam się sama i moja potrzeba miłości od mojego chłopaka jest duża , ostatnio mnie zranił i bardzo takie rzeczy biorę do siebie ale na tyle bardzo go kocham ze mu wybaczyłam i w tym przypadku uważam że miłość za bardzo jest dobra bo jak bym go mniej kochała to nie byli byśmy razem a naprawdę sie kochamy
Cześć laski, jak mija dzień?
Mnie fatalnie, ale zgodnie z zasadą "mam fatalny dzień i nie zawaham się go użyć" wskoczyłam w portki i pobiegłam do empiku.
Nabyte pozycje:
Koniec współuzależnienia (M. Beatty) wreszcie w wersji książkowej (lubię sobie pomazać, popodkreślać)
Chcę być kochana tak jak chcę (K.Miller) co prawda nie jestem fanką autorki ale się zobaczy
Przestań całować żaby (M.Lowe) - zainspirował mnie tylko tytuł ... taki "nasz"
A tak w ogóle to mam już ogromne pragnienie przejść od poradników do jakiejś przyzwoitej literatury. Ciągle nawołuję - jeśli ostatnio czytałyście coś na poziomiei was odprężyło (wyłaczam harlequiny, kryminały i s/f) to proszę o sygnał.
Mnie te psychologiczne poradniki pionizują ale zwariować też się można dać.
Apropos fatalnego dnia - wyjęłam odkurzacz i deskę do prasowania i tak sobie stoją nietknięte. Nastawiłam pranie - zauważyłam, że z białą pościelą uprałam mój ulubiony granatowy sweterek - pościel przestała być biała, sweterek stał się swetereczkiem dla barbie. Jedyne co mi dziś wyszło to spaghetti i paczka papierosów.
Ale to zawsze tak - syndrom weekendowy, już się zdążyłam przyzwyczaić.
Anhedoniu, ja właśnie NIENAWIDZĘ tych stanów. To znaczy od niedawna zaczęłam nienawidzić, w pełnym tego słowa znaczeniu.
...nie da się zmienić stylu życia i podejscia do niego z dnia na dzień, tym bardziej gdy latami tak sie własnie żyło,a odzywało tylko przy innych...Ale marudzę!!! Przepraszam, coś mam dzis taki dzień na marudzenie
To se pomarudź
Rzecz w tym by dojść do takiego stanu samoświadomości by robić to na co się ma ochotę bez stanu głębokiej niechęci i poczucia nieszczęścia. Bo ono jest subiektywne i tkwi w nas.
Znam tę k... depresję od lat. I gdy widzę, że mi zagraża (widzę symptomy) mówię - oż ty stara ruro - żeby się waliło i paliło wyszukuję coś co zajmie mi czas i odwróci uwagę od dołujących doznań. Czasem na siłę
Np. zimą zapisałam się na kurs i ...przepadło. Mimo głębokiej niechęci trzeba się było wysztafirować, wsiąść w autobus rankiem i pruć - bo by pieniądze przepadły ![]()
Po 2 dniach kursu i dobrej na nim zabawie chandrę jak ręką odjął. A dobry nastrój jeszcze długo się utrzymał. W lecie łatwiej ![]()
Doszłam do takiego stanu akceptacji, że "chcę to stoję, chcę to leżę". Jak mam ochotę to przesiedzę cały weekend przed komputerem i też mi to nie doskwiera.
Wczoraj miałam imieniny. Jedna córka w pracy, druga na koncercie Iron Meiden, trzecia zapomniała, bo sama ma teraz problemy. Wcześniej bym była głęboko nieszczęśliwa. Wczoraj byłam spokojna i stonowana. Razem z małą Zuzią poszłyśmy na spacer, lody i oglądałyśmy bajki.
Nie ma nieszczęścia, można go zniwelować ![]()
uśmiechnij się - jutro będzie lepiej ![]()
Anhedoniu!
Po pierwsze, wszystkiego co dobre z okazji imienin!!
Po drugie... jesteś wspaniała!
W ogóle wszystkie jesteście cudowne! Wiem, że znów się powtarzam, ale znalezienie tej strony i Was zaliczam do ścisłej czołówki moich "dobrych poczynań życiowych".
O matko! "Stara ruro" będzie chyba moim hasłem na dzień dobry, a granatowy sweterek w białej pościeli Tarantelli rozbawił mnie do łez ![]()
Dziękuję!!!!!!
Cześć laski, jak mija dzień?
Mnie fatalnie, ale zgodnie z zasadą "mam fatalny dzień i nie zawaham się go użyć" wskoczyłam w portki i pobiegłam do empiku.
(...)
Ale to zawsze tak - syndrom weekendowy, już się zdążyłam przyzwyczaić.
O to, to Tarantelko ![]()
Hasło:"mam fatalny dzień i nie zawaham się go użyć" wchodzi w kanon moich powiedzeń na okoliczność ewentualnej nadchodzącej "starej rury" chandry ![]()
I reakcja takoż ![]()
Olać odkurzacz i deskę do prasowania - nigdzie nie uciekną!
Arniko dzięki za dobre słowo i życzenia. Wszystko dobre zawsze się przyda (i znajdzie jak się szuka
) Dziś dobre to, że Zuzia przestała się źle czuć, poszłyśmy po jajko niespodziankę i kupiłam sobie przez allegro "Sekret" R. Byrne. O pozytywnym myśleniu ponoć. Będę się szlifować w sztuce powyższej ![]()
Cześć laski, jak mija dzień?
Cześć ... jakoś markotnie...
Haju zdobytego u Ciebie wystarczyło do czwartku, wczoraj było mi smutno i humoru nie poprawiłam sobie nawet zakupem nowych spodni, butów i torebki. Dziś plączę się po domu i ani za mną ani przede mną. Jak nic przygnębienie.
Czytam "Koniec współuzaleznienia" i jestem przy fazach pogodzenia się z rzeczywistością czyli:
1. Zaprzeczenie.
2. Złość.
3. Targowanie się.
4. Przygnębienie.
5. Pogodzenie się z rzeczywistością.
Obserwuję u siebie jeszcze pojawiające się fazy złości i przygnębienia z coraz jednak częstszymi i dłuższymi okresami pogodzenia się z rzeczywistością, co jednak jest pocieszające.
A co do powracających myśli o M, na które wciąz się uskarżam... ostatnio tak mnie to wkurzyło, ze powiedziałam na głos:
"SPADAJ DUPKU (w oryginale było dosadniej), JUŻ MI SIĘ ZNUDZIŁO O TOBIE MYŚLEĆ!"
Aż się sama do siebie uśmiechnęłam, gdy to usłyszałam z własnych ust ![]()
Anhedonio, wszystkiego najlepszego
Buziaki z okazji imienin!!!
Kurczę, taka mnie nachodzi refleksja.. Popatrzcie, jakie to życie jest zaskakujące i kompletnie nieprzewidywalne...
Gdy rzucił mnie mój ex, myślałam, że tym razem to już NAPRAWDĘ KONIEC. W pierwszych godzinach byłby o zgrozo naprawdę koniec, bo chciałam się.. (...). No nieważne, nie wracajmy do tego, na szczęście nadal tu jestem.
Moje życie, plany, aspiracje, chęć odmiany, wreszcie upragnione zmiany, odwrócenie złego losu o 180st, wspaniała przyszłość, słowem:
CAŁA TA ILUZJA, którą sobie stworzyłam, nagle zniknęła, jakby to był tylko sen albo film.
Ale TO uruchomiło dosłownie LAWINĘ nowych odkryć, nowego spojrzenia na życie, na świat.
Naprawdę zastanawiam się, jak to się dzieje, że jedno nowe odkrycie powoduje kolejne i kolejne. To dosłownie jak lawina śnieżna.
Półka ugina się pod stosem nowych książek, o których pojęcia kiedyś nie miałam, komputer wypełniony scanami poradników o DDD, KKZB, rozpoczęta terapia u psychoterapeutki itd...
Nagle okazuje się, że jest mnóstwo takich osób jak ja, nagle okazuje się, że to całe "parszywe" w duzym stopniu życie jest w wielu aspektach podobne do życia wielu innych osób. Że nie jestem SAMA. Że moje problemy, wynikające z dzieciństwa, są juz nawet zdefiniowane w literaturze, opisane, nazwane. SZOK!!!!
Tyle lat męczarni, miotania się we własnym świecie, który wydawał mi się tak inny od świata innych ludzi. Myślałam, że nikt nie przezył tego co ja i nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć.
A chwilę temu przeżyłam kolejny szok! Zupełnie przez przypadek (albo wcale nie przez przypadek..) odkryłam, że w moim mieście działa wspaniała Fundacja pomagająca osobom z DDA, DDD, AA, KKZB. Prowadzą regularne warsztaty, mitingi, wyjeżdżają w różne miejsca Polski, wspieraja się itd. Cho..ra, nigdy bym nie przypuszczała, że...
Tarantella napisał/a:Cześć laski, jak mija dzień?
Cześć ... jakoś markotnie...
(...)
5. Pogodzenie się z rzeczywistością.
:
"SPADAJ DUPKU (w oryginale było dosadniej), JUŻ MI SIĘ ZNUDZIŁO O TOBIE MYŚLEĆ!"
Aż się sama do siebie uśmiechnęłam, gdy to usłyszałam z własnych ust
Karen - to powód do zadowolenia - osiągnęłaś OSTATNI poziom wtajemniczenia
Pies z niem tańcował.
Może też dopadł Cię syndrom weekendowy?
A jak twoje zamierzenia peregrynacyjne celem zabicia nadmiaru wolnego czasu? ![]()
Dzięki za życzenia i buziaki vice versa :*****
CAŁA TA ILUZJA, którą sobie stworzyłam, nagle zniknęła, jakby to był tylko sen albo film.
Ale TO uruchomiło dosłownie LAWINĘ nowych odkryć, nowego spojrzenia na życie, na świat.
Naprawdę zastanawiam się, jak to się dzieje, że jedno nowe odkrycie powoduje kolejne i kolejne. To dosłownie jak lawina śnieżna.
Miałam i mam dokładnie te same odczucia. Po prostu jakieś zupełnie wcześniej nieodkryte przestrzenie i obszary, ktore zaczęły się pojawiać gdy zaczęłam szukać dla siebie ratunku. Pojawiły się ksiązki, w tym "Sekret" o ktorym pisze Anhedonia, cała biblioteczka KKZB, piosenki - całe mnóstwo pozytywnych piosenek, to niezwykłe forum z niezwykłymi kobietami. I tyle nowej wiedzy o życiu, że ja, tak dojrzała przeciez kobieta i mająca się za znającą życie od podszewki, po prostu aż nie mogę uwierzyć, że tyle jeszcze prawd i życiowych mądrości nagle mi się objawiło. Mam wrażenie jakbym zaczynała zycie od nowa, jakbym się w bólach rodziła....
A tak a propos... moje prawdziwe imię znaczy "odrodzona" ![]()
kupiłam sobie przez allegro "Sekret" R. Byrne. O pozytywnym myśleniu ponoć. Będę się szlifować w sztuce powyższej
Jesli mogę dwa słowa o "Secrecie". To niewątpliwie wspaniała książka. Ja ją przeczytałam bardzo skrupulatnie dwa razy. Kilka miesięcy temu, gdy byłam jeszcze "w związku".
Postanowiłam wprowadzić zmiany w życiu, o których jest mowa w książce. I gdybym była "normalną kobietą" pewnie moglabym liczyć, że się spełnią. Niestety, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem DDD i przede wszystkim KKZB.
Ponieważ mój związek był wtedy najważniejszą rzeczą w moim życiu, zgodnie z filozofią książki zaczęłam bardzo intensywnie "przyciągać" do siebie wyobrażenia o naszej przyszłości. Podeszłam do tego bardzo sumiennie. Codziennie przed snem, dobre dwa miesiące, jak nie dłużej, wizualizowałam sobie wspólne życie z ex. "Zbudowałam" nasz wspólny dom, z ogródkiem, wyposazyłam wszystkie pokoje w najdrobniejszych szczegółach, wyobraziłam sobie sceny z naszego przyszłego życia gdy przyjeżdżają do nas dzieci, gdy wspólnie siedzimy sobie w kuchni, wszystkie prawie szczegóły, jak to wg mnie powinno wyglądać. W kolejnym etapie uwierzyłam, że to się stanie. Uwierzyłam, że jeśli dostatecznie silnie będę to "przyciągać" to tak własnie się stanie. I na koniec oczywiście zgodnie z zaleceniami książki, czekałam, aż to się stanie.
Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że DLA MNIE "Secret", mimo iz nadal uważam, że to wspaniała książka i filozofia, w dość znaczny sposób przyczynił się do bardzo traumatycznych reakcji na porzucenie.
Dzisiaj mam juz te wiedzę, że KKZB w dużej mierze żyją wyobrażeniami, a moja "sekretowa" wizualizacja niestety ten stan pogłębiła.
Ten sposób zmiany myślenia nadaje się moim zdaniem tylko i wyłacznie dla osób nie obciążonych schematami typu KKZB.
Nie chcę Cie straszyć, jedynie przestrzec i uczulić, że ta książka jest tak sugestywna, szczególnie dla osób wrażliwych i niespełnionych, że może po prostu im wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku.
Aby jeszcze pełniej wyjasnić co mam na myśli. Od lat leczę się na depresję, stosując środki przeciwdepresyjne. Kiedyś zainteresowałam się medytacją i chciałam ja stosować. Psychiatra powiedziała mi, że medytacja, choć bardzo pożyteczna, nie nadaje się dla osób chorych na depresję. A dlaczego?
Bo medytacja ma za zadanie uciszenie umysłu i spowolnienie w działaniach. A osoby chore na depresję potrzebują silnych bodźców do działania, więc medytacja może pogłebić ich stan "wyłączenia".
Tarantella extra ksiązki, "Chcę być kochana tak jak chcę" właśnie czytam i jest dobra i dająca do myslenia, natomiast "Koniec współuzaleznienia" spisałam na straty, pozyczyłam ex dupkowi a nie chcę mieć z nim już żadnych kontaktów i nie upominam się bo musiałabym się z nim spotkać i odebrać, szkoda bo zamówiłam ją w empiku i czekałam 2tyg i świetna pozycja ale jakieś straty trzeba ponieść, siła wyższa.
Anhedonia, lubię się spotykać ze znajomymi ale czasem wolę pobyć sama ze sobą, lubię to coraz bardziej
Arnika40, powolutku małymi kroczkami osiągniesz taką samą wewnętrzną równowagę emocjonalną jak ja, dużo czasu mi to zajęło i chyba sama nie dałabym rady, było ze mną bardzo źle, ciągle szukałam kontaktu z ex, mimo tego że miał już nową laskę, wysłuchiwałam o tamtej, zwierzał mi się jak mu jest dobrze i w łózku też, okłamywałam samą siebie że mogę być jego przyjaciółką, że jestem ponad to wszystko, ale nie mogłam, serce rozpadało mi się na milion kawałków, byłam sama dla siebie masochistką, terapia bardzo mi pomogła, zrozumiałam swoje wiecznie powtarzane błędy i schematy postępowania, czasami płakałam z żalu i bezsilności, czasem ze złości i wściekłości, czasem byłam smutna i zdołowana aż do napadów depresji. Zaczęłam z tym walczyć, wytyczałam sobie małe cele, takie na dzień bieżący np wstać z łóżka i zrobić sobie sniadanie, ugotować obiad, wyjść na spacer, kupić i zasadzić kwiatki na balkonie czy kupić sobie jakiś ciuszek, potem wyjść na basen do kina czy do koleżanki, zapisałam się na jogę, na gimnastykę, chodziłam na siłownie, biegałam i powoli powolutku podnosiłam się z dołka. W międzyczasie dowiedziałam się też ,że ex okłamywał mnie dużo dłużej niż myslałam, że kłamał odnosnie tamtej i w sumie to ją znam z lat wczesniejszych tylko wystepowała jako jego "kuzynka" i tu przeżyłam zdumienie, ponieważ nie spodziewałam się aż takiej obłudy, ale nie wpadłam w depresję bo juz miałam kilka miesięcy terapii za sobą. Spotkałam się z nim i wyśmiałam wszystkie jego kłamstwa, oszustwa, fałsz, manipulacje. Oczywiście winę zrzucił na mnie ale to już mnie nie zabolało, bo starał się ze wszystkich sił mnie zranić i zdołować. Nie udało mu się, ale kontakt na szczęście został zerwany. Zrobiłam to specjalnie aby się odciąć, poniważ wiedziałam ze jesli tego nie zrobię jego zaczepki smsowe będą co jakiś czas. Kiedyś myslałam ze jak go nie będzie ze mną to umrę, ale żyję i mam się dobrze i cieszę się z tego naprawdę
Arnika40 napisał/a:CAŁA TA ILUZJA, którą sobie stworzyłam, nagle zniknęła, jakby to był tylko sen albo film.
Ale TO uruchomiło dosłownie LAWINĘ nowych odkryć, nowego spojrzenia na życie, na świat.
Naprawdę zastanawiam się, jak to się dzieje, że jedno nowe odkrycie powoduje kolejne i kolejne. To dosłownie jak lawina śnieżna.Miałam i mam dokładnie te same odczucia. Po prostu jakieś zupełnie wcześniej nieodkryte przestrzenie i obszary, ktore zaczęły się pojawiać gdy zaczęłam szukać dla siebie ratunku. Pojawiły się ksiązki, w tym "Sekret" o ktorym pisze Anhedonia, cała biblioteczka KKZB, piosenki - całe mnóstwo pozytywnych piosenek, to niezwykłe forum z niezwykłymi kobietami. I tyle nowej wiedzy o życiu, że ja, tak dojrzała przeciez kobieta i mająca się za znającą życie od podszewki, po prostu aż nie mogę uwierzyć, że tyle jeszcze prawd i życiowych mądrości nagle mi się objawiło. Mam wrażenie jakbym zaczynała zycie od nowa, jakbym się w bólach rodziła....
A tak a propos... moje prawdziwe imię znaczy "odrodzona"
Kochana Odrodzona. A nie masz czasem wrażenia, że czuwa nad nami jakaś Siła Wyższa?
Nie, nie, nie jestem żadną ukrytą wyznawczynią dziwnych religii czy sekt
Po prostu czasami wydaje mi się, że COŚ jest. Coś, co daje nam znaki. Co, mimo wszystko, czuwa gdzieś nad nami.
Ja w ogóle bardzo wierzę w znaki. Bardzo często nie udaje mi się ich rozpoznawać, albo udaję, że ich nie widzę.
Jednak, to właśnie często one podpowiadają najlepsze rozwiązania.
Dziś, będąc w centrum handlowym, nie wiadomo dlaczego zatrzymałam sie przy półce z książkami i albumami o JPII. Chwilę później dzwoni znajomy i opowiada, że był w Zakopanem. Wracam do domu, wchodzę na stronę Kobiece serca i sprawdzam jakie są warsztaty. Wszystkie w Warszawie bądź Krakowie. Jest mi smutno, że nie mogę w nich uczestniczyć z uwagi na odległość. Więc wchodzę w google, wpisując hasło warsztaty DDD.
I.... otwiera mi się strona Fundacji ojców Kapucynów im bł Jana Pawła II, pomagającej osobom z DDA i DDD z informacją o warsztatach w Zakopanem.... Hmmm.....
Strony Poprzednia 1 … 39 40 41 42 43 … 405 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Warto przeczytać w tym dziale
Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności
© www.netkobiety.pl 2007-2026