netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

26 309 odpowiedzi1 691 191 wyświetleńzałożony przez bez serca, 21.10.2010

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Strony Poprzednia 1 … 362 363 364 365 366 … 405 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 23 596 do 23 660 z 26 310 ]

23 596

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Nosz...ja już nie wiem jak pisać. Wydawało mi się, że pracuję nad otwartością i to widać. Najwyraźniej z boku widać lepiej. Staram się jak mogę ;( kurczę nie chcę bez przerwy utyskiwać, biadolić, zrzędzić, ryczeć, a zapewniam że mam na to ogromną, ogromna ochotę. Tylko co mi to da? Czy w czymś pomoże? Nie zmieni to faktu, ze podołać muszę bez względu na to  przez jaki stan psychiczny przechodzę. To nie kwestia tego czy uważam lub nie, że warto czy nie. Zaskoczyłaś mnie zabko. Pomyślę bardziej o tym jutro, dziś nie mogę zasnąć (przyczyny oczywiście też obawiam sie napisać, bo wyjde na gówniarę prawie czerdziestoletnią) ale odpowiadam na gorąco. Dobra na sam koniec przyznam-nie mam siły. I pięknie się rozrycze do poduchy może uda mi się zasnąć.

23 597

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Witajcie!
No padłam wczoraj, w nogach miałam kilka dobrych kilometrów, w płucach nadmiar tlenu i sporo pieczenia na koncie, po prostu padłam tongue Uwielbiam tak padać smile

Liv
Pracujesz a pewnie smile  Liv, przecież niektóre sytuacje, które się zdarzają - naprawdę są ciężkie... Jest trudno człowiekowi. Szczególnie, że nie jest sam... I szczególnie, że jednak głównie powinien liczyć na siebie, bo jest dorosły... Ale  SĄ  TRUDNE! Ja wiem, że Tobie łatwo nie jest. Im dłużej tu sobie gadamy - nawet jeśli niezbyt często zaglądasz, to się człowieka lepiej poznaje, lepiej się wie, co się u niego dzieje. Więc chciałabym choć tak - przytulić smile Mocno. Przykro mi trochę, że jak napisałam, to się popłakałaś, troszkę jakby czuję się winna, ale z drugiej strony - no przecież trzeba się przede wszystkim samemu przed sobą przyznać - tak, jest mi czasem ciężko! Tak, chciałabym nie "nieść" tego sama, ale sytuacja wymaga, żebym to robiła! W tej chwili nie mam innego wyjścia, choć wolałabym aby było inaczej. Ja tam też sobie czasem posmarkam czy pochlipię wieczorem. Ale najczęściej sama do siebie smile Ale choć do siebie posmarkam, a co tam!

Ale widzę w ogóle po kobietach, że często starają się być tak silne, być takim wsparciem dla swoich najbliższych, dawać sobie zawsze radę - bez względu na okoliczności. I często widzę to zacięcie w oczach - dam radę, coś wymyślę. Ja nie twierdzę, że to źle, bo to jest mobilizacja, kiedy życie się komplikuje. I wcale też nie lubię narzekactwa (ponad miarę), wolę zakasać rękawy. Ale widzę po sobie, że mnie czasem coś gnębi i nie umiem tego powiedzieć nikomu... Że z czymś mi źle lub trudno, że mi przykro, bo nawet nie ma z kim o czymś porozmawiać a co dopiero poprosić, żeby choćby drobną rzecz zrobił za mnie, bo akurat jestem zmęczona. Różnie to bywa. Ale mówić o emocjach ja nie umiem tak do końca. I potem się dziwiłam, że otoczenie nawet nie pytało, jak się czuję, czy mi może nie pomóc, czy mi może nie za ciężko, jak ja znoszę tę czy inną sytuację - no nie pytało, bo ja nigdy sama nie powiedziałam nic innego, niż "powolutku" smile.
Żona mojego bratanka zrobiła na mnie baaardzo pozytywne wrażenie. Ma swoje przejścia, ma swoje problemy, mają ciężką sytuację w pewnych względach. Ale ona dzięki temu co przeszła - umie dążyć do swojego celu - i nie wymaga od siebie natychmiast i już, tylko by codziennie, skutecznie, sumiennie realizować to co sobie założyła smile Było mi baaardzo sympatycznie przegadać pół nocy z nią. Nie ma do siebie podejścia ani że jest super silna, ani że baaardzo słaba. Mówi, że zdaje sobie sprawę, że długo tak nie pociągnie, że co prawda umie się zorganizować, ale i czasem zdrowie zaszwankuje a w jej sytuacji nie ma możliwości, żeby się "rozłożyć". I czasem przykro się robi bardzo... I ludzie bywają niesprawiedliwi. I że w takich chwilach dla niej największą przyjemnością jest rozmowa z mężem, bo ją to odstresowuje. I że chciałaby, żeby częściej ze sobą przebywali - on pracuje w Belgii. I planują, że jeśli uda się podpisać 3-letni kontrakt - to na ten okres ona zdecyduje się wyjechać. Bo będzie jej w końcu odrobinkę lżej na codzień a nie co półtora m-ca. Mam nadzieję, że nigdy nie przestaną rozmawiać smile Bo widzę, ile im to obojgu siły daje, a naprawdę, bez szczegółów - sytuację mają mocno skomplikowaną. Ale są szczerzy - wobec siebie przede wszystkim... Wobec innych też mówią wprost - co mogą, czego nie. Jasno, krótko, precyzyjnie smile

23 598 Ostatnio edytowany przez Sol_1 (2013-07-19 10:48:24)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Hej Wszystkim, jestem tu nowa i chyba jestem KKZB sad Postaram sie, zeby nie bylo dlugo.
Od dluzszego czasu mamy powazny kryzys, moj maz juz ktorys raz zwija sie i wyprowadza, aby odpoczac ode mnie. Mamy 2 letnie dziecko, ja siedze w domu (pracuje z domu, staram sie jak moge). Moj maz tylko a moze az pracuje, nie ma go calymi dniami, bardzo czesto sie spoznia (najczesciej nawet nie daje znac, ze sie spozni), wyjezdza. Umawiamy sie na jedno a jest drugie. Ogolnie sztywno (az za bardzo) trzymam sie swoich zasad, obietnic, jestem obsesyjnie punktualna (i jest to dla mnie b. wazne). W momencie gdy on sie kolejny raz spoznia sa klotnie, moje prosby, wg niego jazdy z mojej strony. Ponoc jestem egoistka wylacznie zapatrzona w siebie itd.
Caly dom, organizacja, dbanie o wszystko jest na mojej glowie, on twierdzi, ze nie widzi, ze cos tam trzeba zrobic, ze mam go prosic, jak poprosze zrobi, albo i nie, czesto jest foch. Jezeli cos obiecuje, czasem czekam tygodniami, jak przypominam, to marudze i truje tylna czesc ciala. Czesto w ostatecznosci sama to robie.
Slysze, ze mnie nie kocha, ze ma mnie gdzies, ze nie moze na mnie patrzec. I jest to tylko moja wina, bo robie jazdy, bo nie jestem czlowiekiem, bo go nie kocham.
Zawsze robilam wszystko za niego. Wyciagalam z problemow, pomagalam. Tylko kiedys bylo inaczej, byla jakas taka wdziecznosc czy tak mi sie wydawalo. Teraz on ma lepsza prace, a ja czuje ze jestem niepotrzebna, ze wzial co ma wziac i koniec.
Do domowego budzetu dorzuca sie, ale wystarcza to na czesc rachunkow i zakupow, ale i tak slysze ciagle, ze on tak duzo robi i ja tego nie doceniam. Istnieje tylko praca i to jest jego jedyny obowiazek.
Z drugiej strony jak potrzebuje gdzies jechac, jedziemy, ale jakos tak brak mi zaangazowania w zycie rodziny.
Z dzieckiem sie tylko bawi, nic poza tym. Nieraz gdy wychodze i zostawiam przygotowane jedzenie, okazuje sie ze nawet mu nie dal (bo dziecko nie bylo glodne), wiec dlaczego jak wracam rzuca sie na jedzenie?
Czuje sie niekochana, odrzucona i wykorzystywana. Ja wiem, ze ludzie dzisiaj duzo pracuja, ale czy praca mozna tlumaczyc brak jakiegokolwiek poszanowania dla cudzego czasu i obietnic??
Dodatkowo klamie, zawsze klamal, nawet w podstawowych kwestiach, teraz glownie w kwestiach pracy, co gdzie i z kim robi itd.
W miedzyczasie przewinela sie kobieta, ponoc nic ich nie laczylo, powiedzmy osoba z ktora robil interesy, ktora wysylala smsy o 23, w momecie gdy poprosilam (tak glupie) o pokazanie dostal napadu szalu i pokasowal wszystko. Komorke nosi non stop przy sobie, ma zalozone haslo, ponoc taka praca. Co do romansu nie wydaje mi sie, nie ma chyba na to czasu, w weekendy jest z nami.
Czuje, ze jestem uzalezniona i nie potrafie bez niego zyc. Chociaz to zycie tak bardzo boli. Nie da sie z nim rozmawiac, bo kazda proba jest oceniana jako marudzenie i robienie jazd. A ja zaczynam plakac z bezsilnosci.
On wtedy sie zwija, nie odbiera telefonu i mowi, ze daje mi nauczke, ze mam byc czlowiekiem i przestac byc egoistka. Jedyne w sumie co z tego wyciagam to, to, ze zawiodl mnie kolejny raz.
Ciagle slysze, ze jestem glupia, nic nie wiem, nie znam zycia sad
Moze niech ktos mna potrzasnie, da kopa, ze faktycznie ja musze sie zmienic. Jezeli ja sie nie zmienie, on zostawi nas i tyle.
Dodam, ze jestem pewnie DDA, pol mojego zycia zylam z alkoholikiem z choroba psychiczna, moze powielam schemat tych jazd? U mnie w domu nidgy nie bylo spokoju, zylo sie jak mysz pod miotla, w jakim stanie wroci i czy bedzie sie wydzieral cala noc czy tylko pol.

Edit: dodam, ze jezeli odejdzie nie wiem jak sobie poradzimy, bo mimo wszystko dorzuca sie do tego domowego budzetu. Najbardziej sie chyba boje, ze zostane sama.

23 599

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Liv4 napisał/a:

Nosz...ja już nie wiem jak pisać. Wydawało mi się, że pracuję nad otwartością i to widać. Najwyraźniej z boku widać lepiej. Staram się jak mogę ;( kurczę nie chcę bez przerwy utyskiwać, biadolić, zrzędzić, ryczeć, a zapewniam że mam na to ogromną, ogromna ochotę. Tylko co mi to da? Czy w czymś pomoże? Nie zmieni to faktu, ze podołać muszę bez względu na to  przez jaki stan psychiczny przechodzę. To nie kwestia tego czy uważam lub nie, że warto czy nie. Zaskoczyłaś mnie zabko. Pomyślę bardziej o tym jutro, dziś nie mogę zasnąć (przyczyny oczywiście też obawiam sie napisać, bo wyjde na gówniarę prawie czerdziestoletnią) ale odpowiadam na gorąco. Dobra na sam koniec przyznam-nie mam siły. I pięknie się rozrycze do poduchy może uda mi się zasnąć.

Liv, ja nie zauważyłam, żebyś miała problem z otwartością smile
Czy tam z wyrażaniem siebie.

23 600

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Nikt nie powiedział, że mamy być silne smile
Takie rzeczy narzucamy sobie sami.

23 601

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

Rozwiodę się, zostanę sama, z żałosnymi alimentami, i jeszcze np. stracę pracę (płatną co kot napłakał)... i co ja wtedy zrobię..., boję się, że nie dam sobie rady, jestem sama jak palec, nie mam rodziców którzy by mnie wsparli ani nikogo.  Odchodzę od zmysłów. Ale nie chcę tak dłużej żyć.
Już myślałam, że jak mi się nie uda, to sobie coś zrobię i będzie koniec tego wszystkiego, a mały zostanie pod opieką tatusia, i tak mi wszystko jedno.
Chcę się umówić z prawnikiem żeby mi wyjaśnił, na czym to wszystko polega, jak się zabezpieczyć, żeby mnie nie oskubał, chcę wiedzieć na czym stoję. Ile kosztuje taka obsługa prawna? Już to pewnie przerabiałyście.
Nie wiem, z tymi psychologami, szukałam, rozpytywałam ale u nas nie ma chyba nikogo kompetentnego, na wszystkich narzekają.
Jestem załamana.

Halo, halo smile
Pewnie dziewczyny coś napisały, ale nie mogłam nie napisać "już teraz".
Byłam załamana. Nie chciałam sobie czegoś robić! Nie wiedziałam jak będę żyć i z czego.
Mam trójkę dzieci, w tym 4 letnie bliźniaki! Wynajmuję mieszkanie! Mam pracę, na którą - jak każdy - muszę bardzo uważać.
Nie mam obok siebie rodziny żadnej - mam za to przyjaciół i znajomych.
Nie zamierzałam upraszczać sobie życia, choć czasem zapytałam "jego" - jakoś z góry założyłeś, że się ze mną rozstajesz i dzieci zostają przy mnie. Podobno są dla Ciebie najważniejsze. Ale nigdy Ci przez głowę nie przemknęło, żeby chcieć z nimi zostać? Ciekawe dlaczego tongue
Bałam się dużo bardziej, byłam kłębkiem nerwów.
Teraz też się często zdarza, że boję. Ale wiem, o co się boję i staram się przeciwdziałać ziszczeniu się lęków.
Co do psychologów - a czy mogłabyś spróbować sama sobie wyrobić zdanie na ich temat, a nie posiłkować się zdaniem innych? Bo mi to tak trochę podchodzi pod szukanie powodu, żeby "nie" wink A nie sposobu, żeby "tak" smile

Pewnie, czasem mi przykro, czasem jestem rozgoryczona patrząc wstecz. Czasem ciężko, bo w końcu mam 3 dzieci. Ale jednocześnie - noooo... Jakoś mi się nie wydaje, że to jest wystarczający powód do robienia sobie krzywdy. No nie, tak to jest upraszczanie sobie życia. A potem niech inni mnie żałują, bo ja taka biedna załamana byłam. A ja popatrzę z chmurki. Co by Ci dało "zrobienie sobie czegoś"? Boisz się odpowiedzialności? Dorosłości? Dojrzałości? Samodzielności? Konsekwencji?

23 602

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

Nie ze stolicy, prowincjonalne miasto ale stolica województwa, z największą uczelnią w regionie, u nas zawsze te ceny były b.wysokie, pamiętam gdy wynajmowałam na początku swojego małżeństwa i porównywałam z innymi miastami o podobnej strukturze. W gazetowych zestawieniach, też zwykle w czołówce, cena za metr przy zakupie i cena wynajmu.

Rany smile
A ja za małe pieniążki wynajęłam 3 pokojowe mieszkanie!!!! Nikt nie wierzy, że ja tak mało płacę, ale mieszkanie no nie jest w najlepszym stanie. I sporo musiałam tu dokupić, bo nie miałam! Ale dziewczyny pamiętają, jak szukałam, jakie miałam wątpliwości wink Można znaleźć, tylko trzeba dobrze wiedzieć czego się chce i jakie ma się priorytety. Na razie mnożysz w myślach trudności - bo nie widzę nigdzie przeświadczenia, że kiedy zmienisz swoje życie to je po prostu dla siebie i na swoje dobro zmienisz. Jakbyś świadomie podświadomie wynajdowała wszelkie argumenty, żeby zostać tam gdzie jesteś. Jeśli tak wolisz - to OK. Ale co wtedy z Twoim pragnieniem bycia kochaną? Docenianą, szanowaną? To sama siebie musisz zapytać o ostateczną decyzję. Co dla Ciebie jest najważniejsze i czy dasz radę żyć ze swoim wyborem - obojętnie jaki on będzie.

23 603

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Even napisał/a:

Mała91 i Duzapanna...

Nie chciałabym powiedzieć, że cieszę się, że też to przechodziłyście/przechodzicie, ale z drugiej strony gdy słyszy się o podobnych doświadczeniach od kogoś innego to czuje się jeszcze większe zrozumienie.

Boję się zaglądać dalej w swoją pamięć i w swoje uczucia. Nie wiem co tam znajdę...

Prawdę i pewnie większość przyczyn Ciebie dzisiaj.

23 604

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:

Hej Wszystkim, jestem tu nowa i chyba jestem KKZB sad Postaram sie, zeby nie bylo dlugo.
Od dluzszego czasu mamy powazny kryzys, moj maz juz ktorys raz zwija sie i wyprowadza, aby odpoczac ode mnie. Mamy 2 letnie dziecko, ja siedze w domu (pracuje z domu, staram sie jak moge). Moj maz tylko a moze az pracuje, nie ma go calymi dniami, bardzo czesto sie spoznia (najczesciej nawet nie daje znac, ze sie spozni), wyjezdza. Umawiamy sie na jedno a jest drugie. Ogolnie sztywno (az za bardzo) trzymam sie swoich zasad, obietnic, jestem obsesyjnie punktualna (i jest to dla mnie b. wazne). W momencie gdy on sie kolejny raz spoznia sa klotnie, moje prosby, wg niego jazdy z mojej strony. Ponoc jestem egoistka wylacznie zapatrzona w siebie itd.
Caly dom, organizacja, dbanie o wszystko jest na mojej glowie, on twierdzi, ze nie widzi, ze cos tam trzeba zrobic, ze mam go prosic, jak poprosze zrobi, albo i nie, czesto jest foch. Jezeli cos obiecuje, czasem czekam tygodniami, jak przypominam, to marudze i truje tylna czesc ciala. Czesto w ostatecznosci sama to robie.
Slysze, ze mnie nie kocha, ze ma mnie gdzies, ze nie moze na mnie patrzec. I jest to tylko moja wina, bo robie jazdy, bo nie jestem czlowiekiem, bo go nie kocham.
Zawsze robilam wszystko za niego. Wyciagalam z problemow, pomagalam. Tylko kiedys bylo inaczej, byla jakas taka wdziecznosc czy tak mi sie wydawalo. Teraz on ma lepsza prace, a ja czuje ze jestem niepotrzebna, ze wzial co ma wziac i koniec.
Do domowego budzetu dorzuca sie, ale wystarcza to na czesc rachunkow i zakupow, ale i tak slysze ciagle, ze on tak duzo robi i ja tego nie doceniam. Istnieje tylko praca i to jest jego jedyny obowiazek.
Z drugiej strony jak potrzebuje gdzies jechac, jedziemy, ale jakos tak brak mi zaangazowania w zycie rodziny.
Z dzieckiem sie tylko bawi, nic poza tym. Nieraz gdy wychodze i zostawiam przygotowane jedzenie, okazuje sie ze nawet mu nie dal (bo dziecko nie bylo glodne), wiec dlaczego jak wracam rzuca sie na jedzenie?
Czuje sie niekochana, odrzucona i wykorzystywana. Ja wiem, ze ludzie dzisiaj duzo pracuja, ale czy praca mozna tlumaczyc brak jakiegokolwiek poszanowania dla cudzego czasu i obietnic??
Dodatkowo klamie, zawsze klamal, nawet w podstawowych kwestiach, teraz glownie w kwestiach pracy, co gdzie i z kim robi itd.
W miedzyczasie przewinela sie kobieta, ponoc nic ich nie laczylo, powiedzmy osoba z ktora robil interesy, ktora wysylala smsy o 23, w momecie gdy poprosilam (tak glupie) o pokazanie dostal napadu szalu i pokasowal wszystko. Komorke nosi non stop przy sobie, ma zalozone haslo, ponoc taka praca. Co do romansu nie wydaje mi sie, nie ma chyba na to czasu, w weekendy jest z nami.
Czuje, ze jestem uzalezniona i nie potrafie bez niego zyc. Chociaz to zycie tak bardzo boli. Nie da sie z nim rozmawiac, bo kazda proba jest oceniana jako marudzenie i robienie jazd. A ja zaczynam plakac z bezsilnosci.
On wtedy sie zwija, nie odbiera telefonu i mowi, ze daje mi nauczke, ze mam byc czlowiekiem i przestac byc egoistka. Jedyne w sumie co z tego wyciagam to, to, ze zawiodl mnie kolejny raz.
Moze niech ktos mna potrzasnie, da kopa, ze faktycznie ja musze sie zmienic. Jezeli ja sie nie zmienie, on zostawi nas i tyle.

Czekaj, jak to się spóźnia? Do domu się spóźnia? Ale chodzi gdzieś i przychodzi późno czy ma być co do minuty z zegarkiem na ręku? A czy ten mąż to ma swoją przestrzeń czy musi być tak jak Ty chcesz?
Czy obsesja jest dobra?
Każdy widzi co innego i często bywa tak, że Panowie przywiązują wagę do innych rzeczy niż my. Do innych istotnotnych dla nas nie przywiązują wagi wcale, a do jeszcze innych, na których nam wcale nie zależy przywiązują ogromnie.
Wiesz co.
Przychodzi mi niemiła rzecz do głowy.
Raz, że sama sobie narzucasz kierat, czyli czynności ponad miarę i wymagasz od kogoś, że będzie taki sam. Może trafisz na kogoś takiego kiedyś, ale Twój mąż taki nie jest. Czy Twoje prośby skierowane do niego nie mają formy roszczeniowej. -Zrób to !-?
Powiem Ci tylko, że człowiek kiedy chcesz go wytresować na Twoje upodobanie ma prawo czuć się zmęczony.
Wykorzystał Cię, bo mu na to pozwoliłaś. To Ty czujesz się wykorzystana, a On jest zadowolony.
A teraz druga syrona medalu. Braku poszanowania dla czyjegoś czasu, pracy itd. nie można niczym usprawiedliwić.
Ale jedna uwaga. Jeśli sama zasuwasz ponad miarę, jeśli sama nie masz szacunku do siebie to jak chcesz go wymagać od innych? Przecież On Ci nie każe zasuwać prawda?
Co jeszcze jest u Ciebie obsesyjnego.
Wybacz, że tak ostro, ale wydaje mi się, że jesteś na najlepszej drodze żeby sama siebie wykończyć.

Ja przepraszam, ale co to jest za życie?
Ja bym chciała przeczytać jak Ty się zachowujesz w stosunku do niego?
Wam jest potrzdbna spokojna rozmowa, nie tryb Ty to, ja to.
Macie się wspierać, pomagać sobie, dawać wsparcie.
On powie, że robi dużo w pravcy i jest zmęczony. Dobrze, ale Ty także jesteś zmęczona, masz dużo rzeczy do ogarnięcia.
Zastanówmy się jak sobie pomóc żeby było nam lżej.
Spróbuj spokojnie przedstawić swoje, on niech przedstaei swoje. Ale spokojnie, z uśmiechem na twarzy. To nie jest wojna.

23 605

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

...
To też nie o to chodzi żeby na kimś psy wieszać. Sprawa dotyczy Ciebie. Oni to oni. To jacy są i co robią to ich sprawa.
Chodzi o to, żeby nie racjonalizować bólu i krzywdy jaka nam się dzieje.
Bo mama pewnie sobie nie zdawała sprawy. A i mąż faktycznie może być nie nauczony, ale rozmawiać nie chce, nie chce posłuchać.
Także nie ma co karabinu wyjmować i unicestwiać "tych niedobrych ludzi".
Twoje uczucia są istotne, nie ich czyny.
Chodzi o to, żeby siebie nie racjonalizować, swoich uczuć. Innych też nie można usprawiedliwiać.
Żebyś nie szukała winy wszędzie dookoła, o to chodzi. Że to jak będziesz żyła i z kim, jak siebie traktowała to zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. Tak, jak będziesz siebie traktowała i co o sobie będziesz myślała, od tego wszystko zależy.

Piękne Hm. Wiesz, chyba zaczynam ostatnio bardziej tu wchodzić, żeby Ciebie poczytać, niż cokolwiek innego smile

23 606

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Ehdi napisał/a:

a u mnie tylko tyle, że kupiłam pralke wink jaka jestem podjarana wink po raz pierwszy w życiu wzięłam coś na raty wink ha ha ha

a tak w ogóle to WITAM wszystkich bo mało bywam ostatnio na forum wink.

Gratuluję, już rozumiem skąd ta pizza smile Trzeba świętować smile

23 607 Ostatnio edytowany przez Sol_1 (2013-07-19 11:31:02)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Spoznia... powiedzmy mowi, ze bedzie o 18, jest o 21, w miedzyczasie ani slowa, nie odbiera telefonu nie odpowiada na smsy. Jest w drodze wraca do domu, mowi jestem tu i tu, czyli licze ze na 21 bedzie. Nie wraca do rana, okazuje sie, ze spi w hotelu, nie dal znac.
Ale tak, jest w Twoich slowach duzo prawdy, oczekuje, ze jezeli ktos cos obiecuje spelni to. Ile razy w zimie tupalam pod brama, bo mielismy gdzies jechac, a on juz wraca i jedzie. Po 2h rezygnowalam bo go dalej nie bylo. Ale faktycznie nie wiem skad to wynika to poczucie punktualnosci, tyle ze tu nie chodzi o 15-30min. Zazwyczaj 2-4h.

Kierat, moze i troche, ale wiekszosc rzeczy jest prozaiczna, posprzatanie swoich brudnych ciuchow, umycie po sobie prysznica, kibla, bo nawet tego najczesciej nie ma. Wiekszosc rzeczy chcac nie chcac trzeba zrobic. Mozna prosic wiele dni, zeby przywiozl np. drewno, czy zadzwonil do fachowca (jego znajomego). Tak, on mi nie kazde zasuwac, ale i tak slysze dosc czesto, ze siedze w domu i nic nie robie.

Co do prosb, zazwyczaj jest to czy moglbys itd.

Hm... ale wlasnie o to mi chodzi, moze ja wszystkiego nie widze, nie rozumiem i to wylacznie moja wina.

Jeszcze co do kontroli i wykorzystania, kiedys narobil mase dlugow, jak sie dowiedzialam jak sprawa wyglada, stawalam na glowie, zeby posplacac. Posplacalam, pozalatwialam, zrobilam wszystko za niego, ciezko sie to na mnie odbilo. Miesiacami potrafil nie placic rachunkow, przychodzily upomnienia, on klamal ze zaplacil. Bardzo dlugo nasze zycie wygladalo w ten sposob.

23 608

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:
hm... napisał/a:

...
To też nie o to chodzi żeby na kimś psy wieszać. Sprawa dotyczy Ciebie. Oni to oni. To jacy są i co robią to ich sprawa.
Chodzi o to, żeby nie racjonalizować bólu i krzywdy jaka nam się dzieje.
Bo mama pewnie sobie nie zdawała sprawy. A i mąż faktycznie może być nie nauczony, ale rozmawiać nie chce, nie chce posłuchać.
Także nie ma co karabinu wyjmować i unicestwiać "tych niedobrych ludzi".
Twoje uczucia są istotne, nie ich czyny.
Chodzi o to, żeby siebie nie racjonalizować, swoich uczuć. Innych też nie można usprawiedliwiać.
Żebyś nie szukała winy wszędzie dookoła, o to chodzi. Że to jak będziesz żyła i z kim, jak siebie traktowała to zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. Tak, jak będziesz siebie traktowała i co o sobie będziesz myślała, od tego wszystko zależy.

Piękne Hm. Wiesz, chyba zaczynam ostatnio bardziej tu wchodzić, żeby Ciebie poczytać, niż cokolwiek innego smile

Przeszedł mnie ciepły dreszcz, dziękuję Żabko smile

23 609 Ostatnio edytowany przez hm... (2013-07-19 12:21:16)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:

Spoznia... powiedzmy mowi, ze bedzie o 18, jest o 21, w miedzyczasie ani slowa, nie odbiera telefonu nie odpowiada na smsy. Jest w drodze wraca do domu, mowi jestem tu i tu, czyli licze ze na 21 bedzie. Nie wraca do rana, okazuje sie, ze spi w hotelu, nie dal znac.
Ale tak, jest w Twoich slowach duzo prawdy, oczekuje, ze jezeli ktos cos obiecuje spelni to. Ile razy w zimie tupalam pod brama, bo mielismy gdzies jechac, a on juz wraca i jedzie. Po 2h rezygnowalam bo go dalej nie bylo. Ale faktycznie nie wiem skad to wynika to poczucie punktualnosci, tyle ze tu nie chodzi o 15-30min. Zazwyczaj 2-4h.

Kierat, moze i troche, ale wiekszosc rzeczy jest prozaiczna, posprzatanie swoich brudnych ciuchow, umycie po sobie prysznica, kibla, bo nawet tego najczesciej nie ma. Wiekszosc rzeczy chcac nie chcac trzeba zrobic. Mozna prosic wiele dni, zeby przywiozl np. drewno, czy zadzwonil do fachowca (jego znajomego). Tak, on mi nie kazde zasuwac, ale i tak slysze dosc czesto, ze siedze w domu i nic nie robie.

Co do prosb, zazwyczaj jest to czy moglbys itd.

Hm... ale wlasnie o to mi chodzi, moze ja wszystkiego nie widze, nie rozumiem i to wylacznie moja wina.

Jeszcze co do kontroli i wykorzystania, kiedys narobil mase dlugow, jak sie dowiedzialam jak sprawa wyglada, stawalam na glowie, zeby posplacac. Posplacalam, pozalatwialam, zrobilam wszystko za niego, ciezko sie to na mnie odbilo. Miesiacami potrafil nie placic rachunkow, przychodzily upomnienia, on klamal ze zaplacil. Bardzo dlugo nasze zycie wygladalo w ten sposob.

Droga Sol.
Jak myślisz co robi wtedy kiedy się spóźnia? Czy jest w stusunku do Ciebie uczciwy?
Czy taki charakter ma jego praca?

Czyli mamy wniosek taki, że nie można na nim polegać.
Wiesz, że nie możesz wiązać planów z jego obietnicami i zapewnieniami, bo się z nich nie wywiązuje.
Wiesz o tym i nadal oczekujesz, i potem jesteś rozczarowana, że zn?w się nie wywiązał. Jaki widzisz sposób na rozwiązanie tej kwestii?
Zapytałaś go skąd wynika fakt, że go nie ma na czas, że jest niekonsekwentny w swoich ustaleniach z Tobą?

Kochana. Ta większość rzeczy jest prozaiczna dla Ciebie. Zapewniam. Dla niego nie. Widzisz r?żnicę?
Dla niego to kamień milowy. Kibel osadem zajdzie rocznym a on jak już usiąść nie będzie mógł to wtedy dopiero się zdziwi czemu nie może, kiedy mu twory roślinne z sedesu wychodzące rowek będą gilgolić. Taki typ. Pewnie w domu rodzinnym nikt wagi do tego nie przywiązywał, mama posprzątała zań i po problemie. Nie widziałaś tego kiedy go poznałaś? Czy się kamuflował a teraz robi to chociaż wie, że Ciebie to irytuje, ale sie też, że posprzątasz zań.
Irytacja Twoja z tego tytułu to samobiczowanie.

Masz numer do tego fachowca?
Powtórka sprzed chwili, czyli nie można na nim polegać.
Możesz w ramach demonstracji pokazać mu jak to jest kiedy w domu nie zrobisz nic.
Dziecko pod pachę i na obiad do baru, babci, koleżanki, gdzieś i figa. Nie gotuj, nie sprzątaj, nie pierz. Nie rób nic. Tak tylko szkoleniowo. Dla samej siebie.
Co robi on kiedy wraca do domu?


Prośba. "Bardzo Cię proszę, gdybyś był tak miły i wyrzucił śmieci." Mógłby, nie mógłby, no nie mógł przecież, wiesz.

Długi? Na co? I dlaczego wzięłaś za nie odpowiedzialność? Wyraziłaś na nie zgodę?
Rozdzielność maj?tkową polecam. Czy teź inną podobną umowę.


A ponad wszystko zadaj sobie jedno pytanie. Czy chcesz tak żyć czy akceptujesz go takim jakim jest? Czy to Ci odpowiada?
Bo to, że jesteś nieszczęśliwa to już wiem.

Był taki zawsze, a Ty nie widziałaś, bo liczyłaś na to, że będzie Wam cudownie?

Wiesz, to nie jest niczyja wina, i nie o winę tutaj chodzi. Chodzi o to, że każdy z nas jest inni, że nie jesteśmy tacysSami. Spójrz obiektywnie.
Dlaczego jesteś od niego uzależniona, co on Ci takiego daje?
Spójrz jak Ty się zachowujesz i jak On, przyjrzyj się temu.

23 610

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Sol
Czekaj, czekaj.... Bo ja nie do końca rozumiem - chcesz kopa, ale że w jakim kierunku? Że masz się zmienić, bo jesteś apodyktyczna wobec swojego męża, czy że masz "coś" zmienić, żeby znaleźć się w takim miejscu, w którym nie będziesz żyć z listą spraw do zrobienia w głowie i załatwienia za troje (Wy i dziecko), tylko spokojnie i z uśmiechem?

Wiesz, tak poczytałam Twoje przykłady odnoszące się do "spóźnień". A jakie naprawdę jest Twoje zdanie na ten temat? Takie naprawdę wewnętrzne, nie bazujące na czyichś wytłumaczeniach, tylko na tym, co Ty czujesz - nawet kiedy tylko byś przeczytała, to co napisałaś w ostatnim swoim poście?

23 611

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Witam wszystkich! smile

Znalazłam się tu, ponieważ bardzo potrzebuję wsparcia po tym, co się wydarzyło w moim życiu. Czuję się strasznie samotna, zniszczyłam 4 letni związek. Skończył się pół roku temu. Coś we mnie pękło, nie mogłam już dłużej tego znieść. Dziś bardzo żałuję tego, co zrobiłam, wyrzuty sumienia nie pozwalają mi normalnie funkcjonować. Wychowywałam się w mocno dysfunkcyjnej rodzinie. Gdybym mogła cofnęłabym czas i wróciła do dawnego partnera, mimo, że w wielkim uproszczeniu - nie działo się dobrze.

Mam nadzieję, że mogę do Was dołączyć. wink

23 612 Ostatnio edytowany przez Sol_1 (2013-07-19 12:37:44)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

Droga Sol.
Jak myślisz co robi wtedy kiedy się spóźnia? Czy jest w stusunku do Ciebie uczciwy?
Czy taki charakter ma jego praca?

Hmmm.... nie wiem, liczę na to, a szczerze w ogóle mu nie wierzę w tej kwestii (zwłaszcza po tej akcji z powiedzmy szefową). Pominela pewnie wazna rzecz, ze czuje sie zagrozona i pytam go czy mnie nie zdradza i tak w glowie mam nieraz wizje tych zdrad. Staram sie to wylaczac, zeby nie zadreczac siebie. Czy zdradza nie wiem sad Moze faktycznie tak duzo pracuje, jego praca jest dosc nienormowana (spotkania, obiadki, zalatwianie roznych rzeczy) w weekendy zazwyczaj jest w domu.


hm... napisał/a:

Czyli mamy wniosek taki, że nie można na nim polegać.
Wiesz, że nie możesz wiązać planów z jego obietnicami i zapewnieniami, bo się z nich nie wywiązuje.
Wiesz o tym i nadal oczekujesz, i potem jesteś rozczarowana, że zn?w się nie wywiązał. Jaki widzisz sposób na rozwiązanie tej kwestii?
Zapytałaś go skąd wynika fakt, że go nie ma na czas, że jest niekonsrkwentny w swoich ustaleniach z Tobą?

Tak, ja wymyslam, przeciez nie ma zadnych problemow. Albo cisza i nieodzywanie sie.


hm... napisał/a:

Kochana. Ta większość rzeczy jest prozaiczna dla Ciebie. Zapewniam. Dla niego nie. Widzisz r?żnicę?
Dla niego to kamień milowy. Kibel osadem zajdzie rocznym a on jak już usiąść nie będzie mógł to wtedy dopiero się zdziwi czemu nie może kiedy mu twory roślinne z sedesu wychodzące rowek będą gilgolić. Taki typ. Pewnie w domu rodzinnym nikt wagi do tego nie przywiązywał, mama posprzątała zań i po problemie. Nie widziałaś tego kiedy go poznałaś? Czy się kamuflował a teraz robi to chociaż wie, że Ciebie to irytuje, ale sie też, że posprzątasz zań.
Irytacja Twoja z tego tytułu to samobiczowanie.

Wiesz co na poczatku sprzatal, ogarnial dom, kiedy ja pracowalam a on siedzial w domu. U nich zawsze wszystko robila matka, wszystko mieli podstawione pod twarz. Okazalo sie to dopiero pozniej, a najbardziej w momencie jak przyjechali do nas rodzice i okazalo sie ze nagle wszystkim rece wyrastaja z d.... i obie zasuwalysmy.


hm... napisał/a:

Masz numer do tego fachowca?
Powtórka sprzed chwili, czyli nie można na nim polegać.
Możesz w ramach demonstracji pokazać mu jak to jest kiedy w domu nie zrobisz nic.
Dziecko pod pachę i na obiad do baru, babci, koleżanki, gdzieś i figa. Nie gotuj, nie sprzątaj, nie pierz. Nie rób nic. Tak tylko szkoleniowo. Dla samej siebie.
Co robi on kiedy wraca do domu?

Mam, ale czasem nie chce wszyskiego robic za niego. Paranoja nie? Jak poprosze to sie moge nie doczekac, a sama zapieram sie wtedy jak koza. Koniec koncow sama znalazlam innych fachowcow i zalatwilam sama od a do z.
Jezeli nie ugotuje jedzie do miasta i je (stac go), jezeli nie posprzatam zyje w brudzie, jezeli nie ma czystego kupuje. Wiec idea szkolen ciezka jest sad:(
Co robi? Bawi sie z dzieckiem (ale wydaje mi sie ze tylko jak jestem, jak wychodze i dzwonie po cos, caly czas zajete, caly czas wisi na telefonie, pewnie praca), oglada tv, gra w gry, smsuje, sprawdza poczte. Podstawiam obiad, czasem zanosi po sobie rzeczy do zlewu, zwykle ja je myje.

hm... napisał/a:

Prośba. "Bardzo Cię proszę, gdybyś był tak miły i wyrzucił śmieci." Mógłby, nie mógłby, no nie mógł przecież, wiesz.

Nie no czasem zrobi o to co prosze i tu jest taki odruch ktory we mnie wyrobil. Zwykle jest mily, do rany przyloz jak cos chce, jak chce wyjechac, czy zeby mu cos kupic czy cos innego. A ja mam odruch ze jezeli jest mily, beda problemy, beda klotnie.

hm... napisał/a:

Długi? Na co? I dlaczego wzięłaś za nie odpowiedzialność? Wyraziłaś na nie zgodę?
Rozdzielność maj?tkową polecam. Czy teź inną podobną umowę.

Mielismy wspolne mieszkanie sad:( Sprawy doszly dosc daleko. On nie kwapil sie zeby cos z tym zrobic. Ponoc bylam newrowa i nadwrazliwa, ze wszystko by sie samo rozwiazalo (ciekawe jak i skad).

hm... napisał/a:

A ponad wszystko zadaj sobie jedno pytanie. Czy chcesz tak żyć czy akceptujesz go takim jakim jest? Czy to Ci odpowiada?
Bo to, że jesteś nieszczęśliw już wiem.

Nie, nie chce tak zyc, ale tak bardzo sie boje cos z tym zrobic. Bo nie wiem czy sobie poradze, finansowo przede wszystkim. A poza tym jest jaki jest a ja nie wyobrazam sobie, ze go nie bedzie.

Potrafi byc mily i kochajacy, aktualnie dosc rzadko. Ja tez sie zmienilam w nerwowa, zestresowana i nieszczesliwa osobe sad Wiem, ze nie jest tez mu latwo, bo ciagle cos chce (chociazby tej puntualnosci czy zaangazowania), bo czesto jestem smutna.

Poza tym najpierw mowi, ze kocha, potem, ze nie kocha, ze ma mnie gdzies, mam wyp..... Troche taka hustawka.

Po prostu czuje, ze przywiazalam sie do niego za bardzo. Wmowil mi ze jestem glupia, tepa. Nie mam wlasnego zycia, do kogo otworzyc ust i chociaz chcialabym za nic nie wiem jak to zmienic.

23 613 Ostatnio edytowany przez Sol_1 (2013-07-19 12:41:40)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:

Sol
Czekaj, czekaj.... Bo ja nie do końca rozumiem - chcesz kopa, ale że w jakim kierunku? Że masz się zmienić, bo jesteś apodyktyczna wobec swojego męża, czy że masz "coś" zmienić, żeby znaleźć się w takim miejscu, w którym nie będziesz żyć z listą spraw do zrobienia w głowie i załatwienia za troje (Wy i dziecko), tylko spokojnie i z uśmiechem?

Wiesz, tak poczytałam Twoje przykłady odnoszące się do "spóźnień". A jakie naprawdę jest Twoje zdanie na ten temat? Takie naprawdę wewnętrzne, nie bazujące na czyichś wytłumaczeniach, tylko na tym, co Ty czujesz - nawet kiedy tylko byś przeczytała, to co napisałaś w ostatnim swoim poście?

Tak, bo pewnie jestem troche apodyktyczna. Chcialabym zyc z usmiechem, nie zamartwiac sie, ale chcialabym zyc tez z nim a nie ja i dziecko.

Jakie jest moje zdanie? W momencie gdy sie spoznia totalnie mnie olewa, nie uwaza, zebym byla na tyle wazna, zeby poinformowac o spoznieniu, ze moje plany (nie wszedzie zabiore dziecko) sa g.... warte i liczy sie tylko to co on robi sad:(:( Zebym byla obiektywna, czasem gdy umawiamy sie ze wroci normalnie, ja cos sobie tam planuje, okazuje sie ze sie spozni, bedzie 2h pozniej, zdarza sie ze sie wsciekam, ze jestem zla (wiem, nie powinnam, bo to jego praca, a moje plany nie sa na tyle wazne, ale mam jakis taki odruch), koniec koncow jest 4h pozniej. Klotnie sa w 80% o spoznienia i wyjazdy na kilka dni (mowi mi znienacka, ze za pare godzin wyjezdza albo nastepnego dnia rano). Mowi, ze bedzie wracal kiedy chce i jak chce i to nie moja sprawa. Ja za to czuje sie uwiazana sad

23 614

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:

Tak, bo pewnie jestem troche apodyktyczna. Chcialabym zyc z usmiechem, nie zamartwiac sie, ale chcialabym zyc tez z nim a nie ja i dziecko.

Jakie jest moje zdanie? W momencie gdy sie spoznia totalnie mnie olewa, nie uwaza, zebym byla na tyle wazna, zeby poinformowac o spoznieniu, ze moje plany (nie wszedzie zabiore dziecko) sa g.... warte i liczy sie tylko to co on robi sad:(:( Zebym byla obiektywna, czasem gdy umawiamy sie ze wroci normalnie, ja cos sobie tam planuje, okazuje sie ze sie spozni, bedzie 2h pozniej, zdarza sie ze sie wsciekam, ze jestem zla (wiem, nie powinnam, bo to jego praca, a moje plany nie sa na tyle wazne, ale mam jakis taki odruch), koniec koncow jest 4h pozniej. Klotnie sa w 80% o spoznienia i wyjazdy na kilka dni (mowi mi znienacka, ze za pare godzin wyjezdza albo nastepnego dnia rano). Mowi, ze bedzie wracal kiedy chce i jak chce i to nie moja sprawa. Ja za to czuje sie uwiazana sad

Sol.... A z jakim "nim" chcesz żyć? Bo z tego co piszesz do Hm, to ja jakoś.... nie widzę, żeby on "kiedyś" jakoś specjalnie inaczej postępował. Pewnie chciałabyś, żeby się zmienił w końcu?

Apodyktyczna? W sensie wymagająca? Czy to oznacza, że wymagasz od innych radzenia sobie z podstawowymi życiowymi obowiązkami dorosłego człowieka, tak samo, jak Ty sobie radzisz? Po prostu robiąc to, co należy zrobić?

23 615 Ostatnio edytowany przez Sol_1 (2013-07-19 13:05:48)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:

Sol.... A z jakim "nim" chcesz żyć? Bo z tego co piszesz do Hm, to ja jakoś.... nie widzę, żeby on "kiedyś" jakoś specjalnie inaczej postępował. Pewnie chciałabyś, żeby się zmienił w końcu?

Apodyktyczna? W sensie wymagająca? Czy to oznacza, że wymagasz od innych radzenia sobie z podstawowymi życiowymi obowiązkami dorosłego człowieka, tak samo, jak Ty sobie radzisz? Po prostu robiąc to, co należy zrobić?

Tak, chyba ludze sie, ze sie zmieni. Maz nie widzi problemu bo jak siedze w domu, to ogarnanie wszystkiego jest moim obowiazkiem (nie liczy sie ze mam wlasna powiedzmy prace), na pewno nie jego, a jak nie chce to nic nie musze, bo i tak nic nie robie (pokretne nieco).

Tak, chcialabym, zeby sie angazowal, zarowno w nasze zycie jak i obowiazki sad

Ale moze to i moja wina, bo sie czepiam, bo marudze, bo wymagam sad Nie wiem juz co robic. Tak strasznie chcialabym sie uniezaleznic, zaczac miec swoje zycie, moze wtedy zauwazylby, ze nie jestem sprzetem domowym i zwyczajnie ja moge uciec a nie zawsze on.

Caly czas mysle, ze on chce wracac kiedy chce i jak chce, na gotowe, ze nie bede sie odzywac (nawet zwykla rozmowa jest problemem, ja cos mowie, on patrzy w tv), nie bede marudzic i d.... zawracac. Nie bede o nic pytac. Ogolnie bede meblem domowym sad

Jak stwierdza, ze przesadzilam karze mnie i sie wyprowadza. Po czym pyta, czy dostalam nauczke.

23 616

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Truski napisał/a:

Witam wszystkich! smile

Znalazłam się tu, ponieważ bardzo potrzebuję wsparcia po tym, co się wydarzyło w moim życiu. Czuję się strasznie samotna, zniszczyłam 4 letni związek. Skończył się pół roku temu. Coś we mnie pękło, nie mogłam już dłużej tego znieść. Dziś bardzo żałuję tego, co zrobiłam, wyrzuty sumienia nie pozwalają mi normalnie funkcjonować. Wychowywałam się w mocno dysfunkcyjnej rodzinie. Gdybym mogła cofnęłabym czas i wróciła do dawnego partnera, mimo, że w wielkim uproszczeniu - nie działo się dobrze.

Mam nadzieję, że mogę do Was dołączyć. wink

Witaj smile
Dlaczego zniszczyłaś i dlaczego byś wróciła mimo, że było źle?

23 617

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Sol_1 - jest ogromny problem Ty Mu matkujesz. Traktuję Cię jak swoją matkę nie Żonę... I jeżeli nie zmienisz postępowania, dalej Cię tak będzie traktował, a parterkę będzie szukał gdzie indziej. Ups.

23 618

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
smallangel napisał/a:

Sol_1 - jest ogromny problem Ty Mu matkujesz. Traktuję Cię jak swoją matkę nie Żonę... I jeżeli nie zmienisz postępowania, dalej Cię tak będzie traktował, a parterkę będzie szukał gdzie indziej. Ups.

Czarodziejko to co powinnam zrobic??

23 619

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:

Tak, chyba ludze sie, ze sie zmieni. Maz nie widzi problemu bo jak siedze w domu, to ogarnanie wszystkiego jest moim obowiazkiem (nie liczy sie ze mam wlasna powiedzmy prace), na pewno nie jego, a jak nie chce to nic nie musze, bo i tak nic nie robie (pokretne nieco).

Tak, chcialabym, zeby sie angazowal, zarowno w nasze zycie jak i obowiazki sad

Ale moze to i moja wina, bo sie czepiam, bo marudze, bo wymagam sad Nie wiem juz co robic. Tak strasznie chcialabym sie uniezaleznic, zaczac miec swoje zycie, moze wtedy zauwazylby, ze nie jestem sprzetem domowym i zwyczajnie ja moge uciec a nie zawsze on.

Jak stwierdza, ze przesadzilam karze mnie i sie wyprowadza. Po czym pyta, czy dostalam nauczke.

Ranyyyy - Sol. Czasem proszę, żeby któraś z nas cofnęła się i przeczytała sama siebie.... Rany - aż mnie boli wewnątrz, jak czytam, że ktoś kogoś karze i pyta czy wyprowadzka była nauczką.... Ych! Tak się czasem podśmiewam patrząc wstecz - że ja też zostałam "ukarana" - za to, że nie chciałam spłacać nie wiadomo jakich pożyczek i kazałam się ogarnąć, bo działał na szkodę własnych dzieci (już machnęłam ręką, że na moją) - zostałam ukarana rozstaniem i informacją, że "może kiedyś się zejdziemy znowu, nie wiadomo, się okaże". Jak tak dokłądniej się przyglądam, to wydaje mi się, że to mnie miało zmusić do wiekszego zaangażowania w łatanie spieprzonych przez niego spraw finansowych. Tylko, że ja się jakaś honorna zrobiłam zaraz potem i liczyć zaczęłam. I ta jego chęć karania mnie jakoś na mój plus się zmieniła, bo jakos po przeliczeniach krótko doszłam do wniosku, że ja z tym kimś już nigdy nie będę. Nie bardzo wiedziałam dlaczego tak stwierdziłam, ale czułam wewnątrz piekielny opór przed jakąkolwiek myślą o tym, że mógłby nastąpić powrót. A potem przez m-ce terapii zaczęło wyłazić - czemu.... Brrrr!


Tak, zapewne wierzysz, że on się zmieni. Ale na kogo? Był inny kiedykolwiek? Całościowo, kompleksowo inny? Czy to tylko wytwór Twojej wyobraźni i marzeń? On ma się angażować? Aaaaa - a czy on tego chce? Czy on chce się angażować i jest to coś, co dla niego ma znaczenie?
 
Chcesz być z nim. Ale kiedy będąc w związku z nim przy takim zachowaniu i traktowaniu Ciebie - czujesz się dobrze, jesteś spełniona i zadowolona, czujesz się komfortowo w towarzystwie swoim własnym i człowieka obok Ciebie?

Tak w ogóle - co Ci Sol daje w życiu zadowolenie, wywołuje uśmiech na Twojej twarzy? Jakie sytuacje, rzeczy, przedmioty, chwile, miejsca? Jak lubisz być traktowana? Jak lubisz spędzać czas wolny?

Ja też czepiałam się, marudziłam, miałam pretensje. Ogólnie czułam agresję praktycznie, na końcu potrafiłam być okrutnie aż wulgarna w stosunku do niego. Dlaczego? Ja wiem, że to facet o niesamowicie wysokim poziomie "świętegospokoizmu", niedosłyszący, niedowidzący, kompletnie wyjechany na jakiekolwiek bodźce z otoczenia itp. Brak reakcji na cokolwiek. Ogólnie to nawet jego znajomi mówią, że jego zachowanie jest dość specyficzne wink Jedynym sposobem na uzyskanie przeze mnie chwileczki jego uwagi skupionej na mnie, na tym co mówię, uzyskanie jakiegoś potwierdzenia, że on wie, że ja jeszcze istnieję - było doprowadzenie do jakichś negatywnych emocji. Bo uśmiechem to się zbytnio nie przejmował wink. Można było "prosić" do .... wink. Ale jak już wystarczajaco dłuuugo trułam i zwiększałam "moc" - to w końcu udawało się wydobyć z niego jakąś reakcję. Jakąkolwiek...
Ranyyyy - raz nawet coś do mnie krzyknął - ale to już było po rozstaniu, kiedy analitycznie wyłuszczyłam mu, co sądzę o wielu jego zachowaniach w ciągu ostatnich kilku lat, jak je odbieram i co dla mnie teraz faktycznie oznaczają, a czego nie zrozumiałam wcześniej i idiotycznie zabiegałam wciąż o jakiekolwiek jego uczucia. O pozytywne już nie mogłam, bo i tak by ich nie dał, więc choć o te negatywne, byle by zauważyć, że on coś czuje... A czy ja czułam? Nie, ale dziewczyny wiedzą, że ja nic nie czułam.... Że jestem krzywdzona.

23 620

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:
smallangel napisał/a:

Sol_1 - jest ogromny problem Ty Mu matkujesz. Traktuję Cię jak swoją matkę nie Żonę... I jeżeli nie zmienisz postępowania, dalej Cię tak będzie traktował, a parterkę będzie szukał gdzie indziej. Ups.

Czarodziejko to co powinnam zrobic??

Zacząć WYMAGAĆ.
Nie mówić tylko a wymagać. On wie, że Ty wszystko za Niego zrobisz. Nie chce sprzątać - wynajmnij sprzątaczkę. Jak trzeba będzie zapłacić - będzie wiedział ile Twoja praca domowa kosztuje. A jak nie - niech w syfie żyje. Jak nie będzie miał gaci do założenia - może się zastanowi jak nie to trudno niech kupuje nowe smile.

Nie ma w nim odrobiny szacunku do Ciebie - traktuję Cię ewidentnie jak matkę a On ma Cię traktować jak PARTNERKĘ. Traktuję tak, bo Ty na to pozwalasz.

Nie wiem czy dobrze pamiętam, pisałaś, że jesteś zależna finansowo - jak najszybciej poszukaj pracy. Nabierzesz siły do dalszych działań.

23 621

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:

Chcesz być z nim. Ale kiedy będąc w związku z nim przy takim zachowaniu i traktowaniu Ciebie - czujesz się dobrze, jesteś spełniona i zadowolona, czujesz się komfortowo w towarzystwie swoim własnym i człowieka obok Ciebie?

Tak w ogóle - co Ci Sol daje w życiu zadowolenie, wywołuje uśmiech na Twojej twarzy? Jakie sytuacje, rzeczy, przedmioty, chwile, miejsca? Jak lubisz być traktowana? Jak lubisz spędzać czas wolny?

Ja też czepiałam się, marudziłam, miałam pretensje. Ogólnie czułam agresję praktycznie, na końcu potrafiłam być okrutnie aż wulgarna w stosunku do niego. Dlaczego? Ja wiem, że to facet o niesamowicie wysokim poziomie "świętegospokoizmu", niedosłyszący, niedowidzący, kompletnie wyjechany na jakiekolwiek bodźce z otoczenia itp. Brak reakcji na cokolwiek. Ogólnie to nawet jego znajomi mówią, że jego zachowanie jest dość specyficzne wink Jedynym sposobem na uzyskanie przeze mnie chwileczki jego uwagi skupionej na mnie, na tym co mówię, uzyskanie jakiegoś potwierdzenia, że on wie, że ja jeszcze istnieję - było doprowadzenie do jakichś negatywnych emocji. Bo uśmiechem to się zbytnio nie przejmował wink. Można było "prosić" do .... wink. Ale jak już wystarczajaco dłuuugo trułam i zwiększałam "moc" - to w końcu udawało się wydobyć z niego jakąś reakcję. Jakąkolwiek...
Ranyyyy - raz nawet coś do mnie krzyknął - ale to już było po rozstaniu, kiedy analitycznie wyłuszczyłam mu, co sądzę o wielu jego zachowaniach w ciągu ostatnich kilku lat, jak je odbieram i co dla mnie teraz faktycznie oznaczają, a czego nie zrozumiałam wcześniej i idiotycznie zabiegałam wciąż o jakiekolwiek jego uczucia. O pozytywne już nie mogłam, bo i tak by ich nie dał, więc choć o te negatywne, byle by zauważyć, że on coś czuje... A czy ja czułam? Nie, ale dziewczyny wiedzą, że ja nic nie czułam.... Że jestem krzywdzona.

Zabka, ja juz sama nie wiem co chce, co lubie i mi sprawia przyjemnosc. Ostatnio nic mi nie sprawia przyjemnosci i nic mnie nie cieszy. Nie jestem zadowolona ani szczesliwa i to niestety widac sad:( Mam wyrzuty sumienia, bo duzo osob ma gorzej, a ja nie umiem sie cieszyc tym co mam.

Zabka, mialas tego samego meza?? Moj tez sie wylacza, nie ma go mozna gadac do...... I tak czasem, takie zwiekszanie mocy jest proba zwrocenia uwagi, juz to kiedys zauwazylam. A czy nie wynioslam pewnych schematow z domu? Maz mowi, ze brakuje mi awantur stad moje zachowania.

23 622 Ostatnio edytowany przez smallangel (2013-07-19 13:33:52)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:
zabka-k napisał/a:

Chcesz być z nim. Ale kiedy będąc w związku z nim przy takim zachowaniu i traktowaniu Ciebie - czujesz się dobrze, jesteś spełniona i zadowolona, czujesz się komfortowo w towarzystwie swoim własnym i człowieka obok Ciebie?

Tak w ogóle - co Ci Sol daje w życiu zadowolenie, wywołuje uśmiech na Twojej twarzy? Jakie sytuacje, rzeczy, przedmioty, chwile, miejsca? Jak lubisz być traktowana? Jak lubisz spędzać czas wolny?

Ja też czepiałam się, marudziłam, miałam pretensje. Ogólnie czułam agresję praktycznie, na końcu potrafiłam być okrutnie aż wulgarna w stosunku do niego. Dlaczego? Ja wiem, że to facet o niesamowicie wysokim poziomie "świętegospokoizmu", niedosłyszący, niedowidzący, kompletnie wyjechany na jakiekolwiek bodźce z otoczenia itp. Brak reakcji na cokolwiek. Ogólnie to nawet jego znajomi mówią, że jego zachowanie jest dość specyficzne wink Jedynym sposobem na uzyskanie przeze mnie chwileczki jego uwagi skupionej na mnie, na tym co mówię, uzyskanie jakiegoś potwierdzenia, że on wie, że ja jeszcze istnieję - było doprowadzenie do jakichś negatywnych emocji. Bo uśmiechem to się zbytnio nie przejmował wink. Można było "prosić" do .... wink. Ale jak już wystarczajaco dłuuugo trułam i zwiększałam "moc" - to w końcu udawało się wydobyć z niego jakąś reakcję. Jakąkolwiek...
Ranyyyy - raz nawet coś do mnie krzyknął - ale to już było po rozstaniu, kiedy analitycznie wyłuszczyłam mu, co sądzę o wielu jego zachowaniach w ciągu ostatnich kilku lat, jak je odbieram i co dla mnie teraz faktycznie oznaczają, a czego nie zrozumiałam wcześniej i idiotycznie zabiegałam wciąż o jakiekolwiek jego uczucia. O pozytywne już nie mogłam, bo i tak by ich nie dał, więc choć o te negatywne, byle by zauważyć, że on coś czuje... A czy ja czułam? Nie, ale dziewczyny wiedzą, że ja nic nie czułam.... Że jestem krzywdzona.

Zabka, ja juz sama nie wiem co chce, co lubie i mi sprawia przyjemnosc. Ostatnio nic mi nie sprawia przyjemnosci i nic mnie nie cieszy. Nie jestem zadowolona ani szczesliwa i to niestety widac sad:( Mam wyrzuty sumienia, bo duzo osob ma gorzej, a ja nie umiem sie cieszyc tym co mam.

Zabka, mialas tego samego meza?? Moj tez sie wylacza, nie ma go mozna gadac do...... I tak czasem, takie zwiekszanie mocy jest proba zwrocenia uwagi, juz to kiedys zauwazylam. A czy nie wynioslam pewnych schematow z domu? Maz mowi, ze brakuje mi awantur stad moje zachowania.

Kobietki jest na to sposób - przestać słuchać jak oni do Was mówią (mam na myśli coś ważnego dla nich, coś zrobic dla nich). Gwarantuje, że poskutkuje smile. Przy tym nie zapominać o uśmiechu, i powiedzieć nie słyszłam.  Oni nie wiedzą co Wy czujecie, żeby wiedzieli - sami muszą to poczuć.

23 623

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
smallangel napisał/a:
Sol_1 napisał/a:
smallangel napisał/a:

Sol_1 - jest ogromny problem Ty Mu matkujesz. Traktuję Cię jak swoją matkę nie Żonę... I jeżeli nie zmienisz postępowania, dalej Cię tak będzie traktował, a parterkę będzie szukał gdzie indziej. Ups.

Czarodziejko to co powinnam zrobic??

Zacząć WYMAGAĆ.
Nie mówić tylko a wymagać. On wie, że Ty wszystko za Niego zrobisz. Nie chce sprzątać - wynajmnij sprzątaczkę. Jak trzeba będzie zapłacić - będzie wiedział ile Twoja praca domowa kosztuje. A jak nie - niech w syfie żyje. Jak nie będzie miał gaci do założenia - może się zastanowi jak nie to trudno niech kupuje nowe smile.

Nie ma w nim odrobiny szacunku do Ciebie - traktuję Cię ewidentnie jak matkę a On ma Cię traktować jak PARTNERKĘ. Traktuję tak, bo Ty na to pozwalasz.

Nie wiem czy dobrze pamiętam, pisałaś, że jesteś zależna finansowo - jak najszybciej poszukaj pracy. Nabierzesz siły do dalszych działań.

Smallangel, nie do konca jestem zalezna finansowo, bo byl taki czas, ze praktycznie ja utrzymywalam dom. On nigdy nie mial kasy, potem sie okazalo, ze robil dlugi. Jestem zalezna pod tym wzgledem, ze czasem trzeba mnie gdzies tam dalej zawiezc (1-2 razy do roku).
Chociaz bedzie mi na prawde ciezko bez jego pomocy finansowej.

23 624 Ostatnio edytowany przez hm... (2013-07-19 13:32:20)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:
hm... napisał/a:

Droga Sol.
Jak myślisz co robi wtedy kiedy się spóźnia? Czy jest w stusunku do Ciebie uczciwy?
Czy taki charakter ma jego praca?

Hmmm.... nie wiem, liczę na to, a szczerze w ogóle mu nie wierzę w tej kwestii (zwłaszcza po tej akcji z powiedzmy szefową). Pominela pewnie wazna rzecz, ze czuje sie zagrozona i pytam go czy mnie nie zdradza i tak w glowie mam nieraz wizje tych zdrad. Staram sie to wylaczac, zeby nie zadreczac siebie. Czy zdradza nie wiem sad Moze faktycznie tak duzo pracuje, jego praca jest dosc nienormowana (spotkania, obiadki, zalatwianie roznych rzeczy) w weekendy zazwyczaj jest w domu.


hm... napisał/a:

Czyli mamy wniosek taki, że nie można na nim polegać.
Wiesz, że nie możesz wiązać planów z jego obietnicami i zapewnieniami, bo się z nich nie wywiązuje.
Wiesz o tym i nadal oczekujesz, i potem jesteś rozczarowana, że zn?w się nie wywiązał. Jaki widzisz sposób na rozwiązanie tej kwestii?
Zapytałaś go skąd wynika fakt, że go nie ma na czas, że jest niekonsrkwentny w swoich ustaleniach z Tobą?

Tak, ja wymyslam, przeciez nie ma zadnych problemow. Albo cisza i nieodzywanie sie.


hm... napisał/a:

Kochana. Ta większość rzeczy jest prozaiczna dla Ciebie. Zapewniam. Dla niego nie. Widzisz r?żnicę?
Dla niego to kamień milowy. Kibel osadem zajdzie rocznym a on jak już usiąść nie będzie mógł to wtedy dopiero się zdziwi czemu nie może kiedy mu twory roślinne z sedesu wychodzące rowek będą gilgolić. Taki typ. Pewnie w domu rodzinnym nikt wagi do tego nie przywiązywał, mama posprzątała zań i po problemie. Nie widziałaś tego kiedy go poznałaś? Czy się kamuflował a teraz robi to chociaż wie, że Ciebie to irytuje, ale sie też, że posprzątasz zań.
Irytacja Twoja z tego tytułu to samobiczowanie.

Wiesz co na poczatku sprzatal, ogarnial dom, kiedy ja pracowalam a on siedzial w domu. U nich zawsze wszystko robila matka, wszystko mieli podstawione pod twarz. Okazalo sie to dopiero pozniej, a najbardziej w momencie jak przyjechali do nas rodzice i okazalo sie ze nagle wszystkim rece wyrastaja z d.... i obie zasuwalysmy.


hm... napisał/a:

Masz numer do tego fachowca?
Powtórka sprzed chwili, czyli nie można na nim polegać.
Możesz w ramach demonstracji pokazać mu jak to jest kiedy w domu nie zrobisz nic.
Dziecko pod pachę i na obiad do baru, babci, koleżanki, gdzieś i figa. Nie gotuj, nie sprzątaj, nie pierz. Nie rób nic. Tak tylko szkoleniowo. Dla samej siebie.
Co robi on kiedy wraca do domu?

Mam, ale czasem nie chce wszyskiego robic za niego. Paranoja nie? Jak poprosze to sie moge nie doczekac, a sama zapieram sie wtedy jak koza. Koniec koncow sama znalazlam innych fachowcow i zalatwilam sama od a do z.
Jezeli nie ugotuje jedzie do miasta i je (stac go), jezeli nie posprzatam zyje w brudzie, jezeli nie ma czystego kupuje. Wiec idea szkolen ciezka jest sad:(
Co robi? Bawi sie z dzieckiem (ale wydaje mi sie ze tylko jak jestem, jak wychodze i dzwonie po cos, caly czas zajete, caly czas wisi na telefonie, pewnie praca), oglada tv, gra w gry, smsuje, sprawdza poczte. Podstawiam obiad, czasem zanosi po sobie rzeczy do zlewu, zwykle ja je myje.

hm... napisał/a:

Prośba. "Bardzo Cię proszę, gdybyś był tak miły i wyrzucił śmieci." Mógłby, nie mógłby, no nie mógł przecież, wiesz.

Nie no czasem zrobi o to co prosze i tu jest taki odruch ktory we mnie wyrobil. Zwykle jest mily, do rany przyloz jak cos chce, jak chce wyjechac, czy zeby mu cos kupic czy cos innego. A ja mam odruch ze jezeli jest mily, beda problemy, beda klotnie.

hm... napisał/a:

Długi? Na co? I dlaczego wzięłaś za nie odpowiedzialność? Wyraziłaś na nie zgodę?
Rozdzielność maj?tkową polecam. Czy teź inną podobną umowę.

Mielismy wspolne mieszkanie sad:( Sprawy doszly dosc daleko. On nie kwapil sie zeby cos z tym zrobic. Ponoc bylam newrowa i nadwrazliwa, ze wszystko by sie samo rozwiazalo (ciekawe jak i skad).

hm... napisał/a:

A ponad wszystko zadaj sobie jedno pytanie. Czy chcesz tak żyć czy akceptujesz go takim jakim jest? Czy to Ci odpowiada?
Bo to, że jesteś nieszczęśliw już wiem.

Nie, nie chce tak zyc, ale tak bardzo sie boje cos z tym zrobic. Bo nie wiem czy sobie poradze, finansowo przede wszystkim. A poza tym jest jaki jest a ja nie wyobrazam sobie, ze go nie bedzie.

Potrafi byc mily i kochajacy, aktualnie dosc rzadko. Ja tez sie zmienilam w nerwowa, zestresowana i nieszczesliwa osobe sad Wiem, ze nie jest tez mu latwo, bo ciagle cos chce (chociazby tej puntualnosci czy zaangazowania), bo czesto jestem smutna.

Poza tym najpierw mowi, ze kocha, potem, ze nie kocha, ze ma mnie gdzies, mam wyp..... Troche taka hustawka.

Po prostu czuje, ze przywiazalam sie do niego za bardzo. Wmowil mi ze jestem glupia, tepa. Nie mam wlasnego zycia, do kogo otworzyc ust i chociaz chcialabym za nic nie wiem jak to zmienic.

Ok.
Jakie widzisz rozwiązanie w kwestii spóżniania?

Jeśli robił wcześniej no to albo jest zmęczony, albo mu nie zależy, bo...albo...
U Pokręconej jest podobnie trochę, o ile nie bardziej.

Nerwowa i nadwrażliwa, czyli?

Jejku. To On Cię ładnie traktuje.
Coś mi się widzi, że nie masz własnych chwil, ani własnej przestrzeni, ani kawałka, niczego. Tylko dziecko i on i on i on.
Wiesz do czego to prowadzi?

Tylko strach Cię blokuje. Twój największy przeciwnik.
Jak chcesz to zmienić i jak chcesz żeby było?

23 625 Ostatnio edytowany przez smallangel (2013-07-19 13:34:44)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:
smallangel napisał/a:
Sol_1 napisał/a:

Czarodziejko to co powinnam zrobic??

Zacząć WYMAGAĆ.
Nie mówić tylko a wymagać. On wie, że Ty wszystko za Niego zrobisz. Nie chce sprzątać - wynajmnij sprzątaczkę. Jak trzeba będzie zapłacić - będzie wiedział ile Twoja praca domowa kosztuje. A jak nie - niech w syfie żyje. Jak nie będzie miał gaci do założenia - może się zastanowi jak nie to trudno niech kupuje nowe smile.

Nie ma w nim odrobiny szacunku do Ciebie - traktuję Cię ewidentnie jak matkę a On ma Cię traktować jak PARTNERKĘ. Traktuję tak, bo Ty na to pozwalasz.

Nie wiem czy dobrze pamiętam, pisałaś, że jesteś zależna finansowo - jak najszybciej poszukaj pracy. Nabierzesz siły do dalszych działań.

Smallangel, nie do konca jestem zalezna finansowo, bo byl taki czas, ze praktycznie ja utrzymywalam dom. On nigdy nie mial kasy, potem sie okazalo, ze robil dlugi. Jestem zalezna pod tym wzgledem, ze czasem trzeba mnie gdzies tam dalej zawiezc (1-2 razy do roku).
Chociaz bedzie mi na prawde ciezko bez jego pomocy finansowej.

No to do dzieła.
A tam ciężko - świetnie dasz sobie radę. Tylko w to niewierzysz.

23 626

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:
zabka-k napisał/a:

Sol
Czekaj, czekaj.... Bo ja nie do końca rozumiem - chcesz kopa, ale że w jakim kierunku? Że masz się zmienić, bo jesteś apodyktyczna wobec swojego męża, czy że masz "coś" zmienić, żeby znaleźć się w takim miejscu, w którym nie będziesz żyć z listą spraw do zrobienia w głowie i załatwienia za troje (Wy i dziecko), tylko spokojnie i z uśmiechem?

Wiesz, tak poczytałam Twoje przykłady odnoszące się do "spóźnień". A jakie naprawdę jest Twoje zdanie na ten temat? Takie naprawdę wewnętrzne, nie bazujące na czyichś wytłumaczeniach, tylko na tym, co Ty czujesz - nawet kiedy tylko byś przeczytała, to co napisałaś w ostatnim swoim poście?

Tak, bo pewnie jestem troche apodyktyczna. Chcialabym zyc z usmiechem, nie zamartwiac sie, ale chcialabym zyc tez z nim a nie ja i dziecko.

Jakie jest moje zdanie? W momencie gdy sie spoznia totalnie mnie olewa, nie uwaza, zebym byla na tyle wazna, zeby poinformowac o spoznieniu, ze moje plany (nie wszedzie zabiore dziecko) sa g.... warte i liczy sie tylko to co on robi sad:(:( Zebym byla obiektywna, czasem gdy umawiamy sie ze wroci normalnie, ja cos sobie tam planuje, okazuje sie ze sie spozni, bedzie 2h pozniej, zdarza sie ze sie wsciekam, ze jestem zla (wiem, nie powinnam, bo to jego praca, a moje plany nie sa na tyle wazne, ale mam jakis taki odruch), koniec koncow jest 4h pozniej. Klotnie sa w 80% o spoznienia i wyjazdy na kilka dni (mowi mi znienacka, ze za pare godzin wyjezdza albo nastepnego dnia rano). Mowi, ze bedzie wracal kiedy chce i jak chce i to nie moja sprawa. Ja za to czuje sie uwiazana sad

On Ci tak mówi, że kiedy chce i jak chce?
Śmierdzi mi to na kilometr zdradą, ale może się mylę.

Nie napisałaś jak zachowujesz się Ty a jak on.
Skoro nie możesz na niego liczyć, to na niego nie licz. Rozumiesz?

23 627

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:
zabka-k napisał/a:

Sol.... A z jakim "nim" chcesz żyć? Bo z tego co piszesz do Hm, to ja jakoś.... nie widzę, żeby on "kiedyś" jakoś specjalnie inaczej postępował. Pewnie chciałabyś, żeby się zmienił w końcu?

Apodyktyczna? W sensie wymagająca? Czy to oznacza, że wymagasz od innych radzenia sobie z podstawowymi życiowymi obowiązkami dorosłego człowieka, tak samo, jak Ty sobie radzisz? Po prostu robiąc to, co należy zrobić?

Tak, chyba ludze sie, ze sie zmieni. Maz nie widzi problemu bo jak siedze w domu, to ogarnanie wszystkiego jest moim obowiazkiem (nie liczy sie ze mam wlasna powiedzmy prace), na pewno nie jego, a jak nie chce to nic nie musze, bo i tak nic nie robie (pokretne nieco).

Tak, chcialabym, zeby sie angazowal, zarowno w nasze zycie jak i obowiazki sad

Ale moze to i moja wina, bo sie czepiam, bo marudze, bo wymagam sad Nie wiem juz co robic. Tak strasznie chcialabym sie uniezaleznic, zaczac miec swoje zycie, moze wtedy zauwazylby, ze nie jestem sprzetem domowym i zwyczajnie ja moge uciec a nie zawsze on.

Caly czas mysle, ze on chce wracac kiedy chce i jak chce, na gotowe, ze nie bede sie odzywac (nawet zwykla rozmowa jest problemem, ja cos mowie, on patrzy w tv), nie bede marudzic i d.... zawracac. Nie bede o nic pytac. Ogolnie bede meblem domowym sad

Jak stwierdza, ze przesadzilam karze mnie i sie wyprowadza. Po czym pyta, czy dostalam nauczke.

Ha ha ha
Ale z niego dziecko. Karze Cię? O matko. Dziewczyno, czy to przedszkole.
Ale ma doświadczenia. No ja nie mogę.
A Ty się przed nim płaszczysz żeby tylko wrócił, a potem się zadręczasz i wmawiasz sobie, że to pewnie Twoja wina, że wyolbrxymiasz.
Przeczytaj to sobie co napisałaś.
Chcesz ochłapy czy miłość?

23 628

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Poki co caly czas mam wrazenie ze chcialabym uratowac to malzenstwo.

Z drugiej strony kompletnie nie chce zyc tak jak do tej pory.

W sprawie spoznien, to chyba zalezy wylacznie od niego. Chociazby teraz mial byc o 11, jest 13:30 i ani widu ani slychu ani pol wiadomosci, jezeli teraz napisze smsa bedzie awantura. Nie wiem jak to zmienic, prosilam, tlumaczylam (dosc racjonalnie, ze sie martwie, ze mam wlasne plany, ze robie czasem wyjatkowy obiad i czekam i 10 razy odgrzewam- tak syndrom mamusi).

Powinnam chyba tym wszystkim walnac, miec gdzies, tak jak radzicie, robic swoje, isc na zakupy, wypieknic sie i wyjsc, zostawic mu wszystko na glowie. Ale kurde nie umiem, jakas blokade mam. Wrazenie, ze czegos nie zrobi, ze nie nakarmi, ze cos tam, ze ja to lepiej zrobie.

23 629

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
smallangel napisał/a:

Sol_1 - jest ogromny problem Ty Mu matkujesz. Traktuję Cię jak swoją matkę nie Żonę... I jeżeli nie zmienisz postępowania, dalej Cię tak będzie traktował, a parterkę będzie szukał gdzie indziej. Ups.

Nie ups.

Nie szanujebDol, bo Sol sama siebie nie szanuje i daje sobą pomiatać i jest jak guma, wciąż się dopasowuje, wciąż i wciąż.

23 630

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:
smallangel napisał/a:

Sol_1 - jest ogromny problem Ty Mu matkujesz. Traktuję Cię jak swoją matkę nie Żonę... I jeżeli nie zmienisz postępowania, dalej Cię tak będzie traktował, a parterkę będzie szukał gdzie indziej. Ups.

Nie ups.

Nie szanujebDol, bo Sol sama siebie nie szanuje i daje sobą pomiatać i jest jak guma, wciąż się dopasowuje, wciąż i wciąż.

To napisałam w kolejnym poście. Sama zapędziła się w kozi róg ... ale kobiety tak mają.

23 631

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:
Sol_1 napisał/a:

Tak, chyba ludze sie, ze sie zmieni. Maz nie widzi problemu bo jak siedze w domu, to ogarnanie wszystkiego jest moim obowiazkiem (nie liczy sie ze mam wlasna powiedzmy prace), na pewno nie jego, a jak nie chce to nic nie musze, bo i tak nic nie robie (pokretne nieco).

Tak, chcialabym, zeby sie angazowal, zarowno w nasze zycie jak i obowiazki sad

Ale moze to i moja wina, bo sie czepiam, bo marudze, bo wymagam sad Nie wiem juz co robic. Tak strasznie chcialabym sie uniezaleznic, zaczac miec swoje zycie, moze wtedy zauwazylby, ze nie jestem sprzetem domowym i zwyczajnie ja moge uciec a nie zawsze on.

Jak stwierdza, ze przesadzilam karze mnie i sie wyprowadza. Po czym pyta, czy dostalam nauczke.

Ranyyyy - Sol. Czasem proszę, żeby któraś z nas cofnęła się i przeczytała sama siebie.... Rany - aż mnie boli wewnątrz, jak czytam, że ktoś kogoś karze i pyta czy wyprowadzka była nauczką.... Ych! Tak się czasem podśmiewam patrząc wstecz - że ja też zostałam "ukarana" - za to, że nie chciałam spłacać nie wiadomo jakich pożyczek i kazałam się ogarnąć, bo działał na szkodę własnych dzieci (już machnęłam ręką, że na moją) - zostałam ukarana rozstaniem i informacją, że "może kiedyś się zejdziemy znowu, nie wiadomo, się okaże". Jak tak dokłądniej się przyglądam, to wydaje mi się, że to mnie miało zmusić do wiekszego zaangażowania w łatanie spieprzonych przez niego spraw finansowych. Tylko, że ja się jakaś honorna zrobiłam zaraz potem i liczyć zaczęłam. I ta jego chęć karania mnie jakoś na mój plus się zmieniła, bo jakos po przeliczeniach krótko doszłam do wniosku, że ja z tym kimś już nigdy nie będę. Nie bardzo wiedziałam dlaczego tak stwierdziłam, ale czułam wewnątrz piekielny opór przed jakąkolwiek myślą o tym, że mógłby nastąpić powrót. A potem przez m-ce terapii zaczęło wyłazić - czemu.... Brrrr!


Tak, zapewne wierzysz, że on się zmieni. Ale na kogo? Był inny kiedykolwiek? Całościowo, kompleksowo inny? Czy to tylko wytwór Twojej wyobraźni i marzeń? On ma się angażować? Aaaaa - a czy on tego chce? Czy on chce się angażować i jest to coś, co dla niego ma znaczenie?
 
Chcesz być z nim. Ale kiedy będąc w związku z nim przy takim zachowaniu i traktowaniu Ciebie - czujesz się dobrze, jesteś spełniona i zadowolona, czujesz się komfortowo w towarzystwie swoim własnym i człowieka obok Ciebie?

Tak w ogóle - co Ci Sol daje w życiu zadowolenie, wywołuje uśmiech na Twojej twarzy? Jakie sytuacje, rzeczy, przedmioty, chwile, miejsca? Jak lubisz być traktowana? Jak lubisz spędzać czas wolny?

Ja też czepiałam się, marudziłam, miałam pretensje. Ogólnie czułam agresję praktycznie, na końcu potrafiłam być okrutnie aż wulgarna w stosunku do niego. Dlaczego? Ja wiem, że to facet o niesamowicie wysokim poziomie "świętegospokoizmu", niedosłyszący, niedowidzący, kompletnie wyjechany na jakiekolwiek bodźce z otoczenia itp. Brak reakcji na cokolwiek. Ogólnie to nawet jego znajomi mówią, że jego zachowanie jest dość specyficzne wink Jedynym sposobem na uzyskanie przeze mnie chwileczki jego uwagi skupionej na mnie, na tym co mówię, uzyskanie jakiegoś potwierdzenia, że on wie, że ja jeszcze istnieję - było doprowadzenie do jakichś negatywnych emocji. Bo uśmiechem to się zbytnio nie przejmował wink. Można było "prosić" do .... wink. Ale jak już wystarczajaco dłuuugo trułam i zwiększałam "moc" - to w końcu udawało się wydobyć z niego jakąś reakcję. Jakąkolwiek...
Ranyyyy - raz nawet coś do mnie krzyknął - ale to już było po rozstaniu, kiedy analitycznie wyłuszczyłam mu, co sądzę o wielu jego zachowaniach w ciągu ostatnich kilku lat, jak je odbieram i co dla mnie teraz faktycznie oznaczają, a czego nie zrozumiałam wcześniej i idiotycznie zabiegałam wciąż o jakiekolwiek jego uczucia. O pozytywne już nie mogłam, bo i tak by ich nie dał, więc choć o te negatywne, byle by zauważyć, że on coś czuje... A czy ja czułam? Nie, ale dziewczyny wiedzą, że ja nic nie czułam.... Że jestem krzywdzona.

No tak to wygląda, trzeba doprowadzić do skrajnej sytuacji żeby być zauważonym. Czy to tak ma wyglądać?

23 632

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:
zabka-k napisał/a:

Chcesz być z nim. Ale kiedy będąc w związku z nim przy takim zachowaniu i traktowaniu Ciebie - czujesz się dobrze, jesteś spełniona i zadowolona, czujesz się komfortowo w towarzystwie swoim własnym i człowieka obok Ciebie?

Tak w ogóle - co Ci Sol daje w życiu zadowolenie, wywołuje uśmiech na Twojej twarzy? Jakie sytuacje, rzeczy, przedmioty, chwile, miejsca? Jak lubisz być traktowana? Jak lubisz spędzać czas wolny?

Ja też czepiałam się, marudziłam, miałam pretensje. Ogólnie czułam agresję praktycznie, na końcu potrafiłam być okrutnie aż wulgarna w stosunku do niego. Dlaczego? Ja wiem, że to facet o niesamowicie wysokim poziomie "świętegospokoizmu", niedosłyszący, niedowidzący, kompletnie wyjechany na jakiekolwiek bodźce z otoczenia itp. Brak reakcji na cokolwiek. Ogólnie to nawet jego znajomi mówią, że jego zachowanie jest dość specyficzne wink Jedynym sposobem na uzyskanie przeze mnie chwileczki jego uwagi skupionej na mnie, na tym co mówię, uzyskanie jakiegoś potwierdzenia, że on wie, że ja jeszcze istnieję - było doprowadzenie do jakichś negatywnych emocji. Bo uśmiechem to się zbytnio nie przejmował wink. Można było "prosić" do .... wink. Ale jak już wystarczajaco dłuuugo trułam i zwiększałam "moc" - to w końcu udawało się wydobyć z niego jakąś reakcję. Jakąkolwiek...
Ranyyyy - raz nawet coś do mnie krzyknął - ale to już było po rozstaniu, kiedy analitycznie wyłuszczyłam mu, co sądzę o wielu jego zachowaniach w ciągu ostatnich kilku lat, jak je odbieram i co dla mnie teraz faktycznie oznaczają, a czego nie zrozumiałam wcześniej i idiotycznie zabiegałam wciąż o jakiekolwiek jego uczucia. O pozytywne już nie mogłam, bo i tak by ich nie dał, więc choć o te negatywne, byle by zauważyć, że on coś czuje... A czy ja czułam? Nie, ale dziewczyny wiedzą, że ja nic nie czułam.... Że jestem krzywdzona.

Zabka, ja juz sama nie wiem co chce, co lubie i mi sprawia przyjemnosc. Ostatnio nic mi nie sprawia przyjemnosci i nic mnie nie cieszy. Nie jestem zadowolona ani szczesliwa i to niestety widac sad:( Mam wyrzuty sumienia, bo duzo osob ma gorzej, a ja nie umiem sie cieszyc tym co mam.

Zabka, mialas tego samego meza?? Moj tez sie wylacza, nie ma go mozna gadac do...... I tak czasem, takie zwiekszanie mocy jest proba zwrocenia uwagi, juz to kiedys zauwazylam. A czy nie wynioslam pewnych schematow z domu? Maz mowi, ze brakuje mi awantur stad moje zachowania.

A no, szukaj usprawiedliwienia, że inni mają gorzej, racjonalizuj pewnie, żeby poczuć się lepiej, no.
Widać, że się boisz zmiany, oj widać. Pod§wiafomość. Przeczytaj co pisałam Evan.
Tutaj nie o innych chodzi a o Ciebie. Co Ciebie inni obchodzą? Co?
Ty masz o siebie zadbać, bo nikt inny tego za Ciebie nie zrobi. Nikt. Tylko Ty sama ciężką pracą.
A w kwestii innych, to ich sprawa, mają tak jak mają i nic nie robią żeby to zmienić.

23 633

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:
smallangel napisał/a:
Sol_1 napisał/a:

Czarodziejko to co powinnam zrobic??

Zacząć WYMAGAĆ.
Nie mówić tylko a wymagać. On wie, że Ty wszystko za Niego zrobisz. Nie chce sprzątać - wynajmnij sprzątaczkę. Jak trzeba będzie zapłacić - będzie wiedział ile Twoja praca domowa kosztuje. A jak nie - niech w syfie żyje. Jak nie będzie miał gaci do założenia - może się zastanowi jak nie to trudno niech kupuje nowe smile.

Nie ma w nim odrobiny szacunku do Ciebie - traktuję Cię ewidentnie jak matkę a On ma Cię traktować jak PARTNERKĘ. Traktuję tak, bo Ty na to pozwalasz.

Nie wiem czy dobrze pamiętam, pisałaś, że jesteś zależna finansowo - jak najszybciej poszukaj pracy. Nabierzesz siły do dalszych działań.

Smallangel, nie do konca jestem zalezna finansowo, bo byl taki czas, ze praktycznie ja utrzymywalam dom. On nigdy nie mial kasy, potem sie okazalo, ze robil dlugi. Jestem zalezna pod tym wzgledem, ze czasem trzeba mnie gdzies tam dalej zawiezc (1-2 razy do roku).
Chociaz bedzie mi na prawde ciezko bez jego pomocy finansowej.

I znów długi.
A czemu sama siebie zawieżć nie możesz?

23 634

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:

Poki co caly czas mam wrazenie ze chcialabym uratowac to malzenstwo.

Z drugiej strony kompletnie nie chce zyc tak jak do tej pory.

W sprawie spoznien, to chyba zalezy wylacznie od niego. Chociazby teraz mial byc o 11, jest 13:30 i ani widu ani slychu ani pol wiadomosci, jezeli teraz napisze smsa bedzie awantura. Nie wiem jak to zmienic, prosilam, tlumaczylam (dosc racjonalnie, ze sie martwie, ze mam wlasne plany, ze robie czasem wyjatkowy obiad i czekam i 10 razy odgrzewam- tak syndrom mamusi).

Powinnam chyba tym wszystkim walnac, miec gdzies, tak jak radzicie, robic swoje, isc na zakupy, wypieknic sie i wyjsc, zostawic mu wszystko na glowie. Ale kurde nie umiem, jakas blokade mam. Wrazenie, ze czegos nie zrobi, ze nie nakarmi, ze cos tam, ze ja to lepiej zrobie.

"Wszystko co jest złe w Twoim życiu zależy od Twojego myślenia".

23 635

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:

Zabka, ja juz sama nie wiem co chce, co lubie i mi sprawia przyjemnosc. Ostatnio nic mi nie sprawia przyjemnosci i nic mnie nie cieszy. Nie jestem zadowolona ani szczesliwa i to niestety widac sad:( Mam wyrzuty sumienia, bo duzo osob ma gorzej, a ja nie umiem sie cieszyc tym co mam.

Zabka, mialas tego samego meza?? Moj tez sie wylacza, nie ma go mozna gadac do...... I tak czasem, takie zwiekszanie mocy jest proba zwrocenia uwagi, juz to kiedys zauwazylam. A czy nie wynioslam pewnych schematow z domu? Maz mowi, ze brakuje mi awantur stad moje zachowania.

NO! To przypadkiem zamiast oczekiwać czyjejś zmiany na lepsze (zresztą to wg Ciebie było by lepsze, on ma na to inne zapatrywania), to moze warto zainwestować w siebie i swój spokój i swoją pogodę ducha? Czy Ty aby może nie boisz się, że gdybyś była spokojna i zadowolona, to znaczy pewna siebie - to doszła byś do wniosku, że partnera zmieniać pod względem zachowania nie chcesz, bo ... przestało Ci na nim zależeć w ogóle, jako na człowieku, z którym Ty nie masz nic wspólnego? Hę?

Ja wiem, że wiele osób ma gorzej. Ale czy to ma oznaczać, że ja muszę do nich dociągnać???? I poza tym - co oznacza, że gorzej??? Bo gorzej - to znaczy mieć chore dziecko i mieć problemy przy polskiej organizacji służby zdrowia ustawić szybko powazniejsze badania, wizyty, nastarczyć na leki, na rehabilitację. Ale gorzej - bo ma gorszego partnera, niż Ty????? No to jak się ma złego partnera, któremu na partnerce nie zależy i nie zamierza zrobić nic by to zmienić a jedynie "karze", bo partnerka próbuje coraz smętniejszych i dziwniejszych sposobów na zauważenie - to co należy zrobić? Jak sądzisz - co w takiej sytuacji robi zdrowo o sobie myślący człowiek, ktory szanuje sam siebie, swoje zdrowie, swoją psychikę i swoje podstawowe potrzeby?

Nie, nie mamy tego samego wink Ale skoro jest całe mnóstwo osób postępujących wg tego samego schematu uzależnienia, to napewno istnieją takie same typy partnerów korzystających z czyjegoś deficytu w układaniu sobie kontaktów międzyludzkich a szczególnie w związkach intymnych.
Nie brakuje Ci awantur... Ty nie wiesz, że można zdrowo bez nich żyć. Jest tylko kilka małych "ale" - trzeba żyć tak, by czuć się spokojnie i zdrowo smile Sama tego człowieka wybrałaś, bo mógł zapewnić Ci dokładnie takie życie, jakie znasz i uważasz za normalne - podświadomie. Nawet tego nie podejrzewałaś, bo to miała być taka bajka? smile

23 636 Ostatnio edytowany przez hm... (2013-07-19 14:02:43)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
smallangel napisał/a:
hm... napisał/a:
smallangel napisał/a:

Sol_1 - jest ogromny problem Ty Mu matkujesz. Traktuję Cię jak swoją matkę nie Żonę... I jeżeli nie zmienisz postępowania, dalej Cię tak będzie traktował, a parterkę będzie szukał gdzie indziej. Ups.

Nie ups.

Nie szanujebDol, bo Sol sama siebie nie szanuje i daje sobą pomiatać i jest jak guma, wciąż się dopasowuje, wciąż i wciąż.

To napisałam w kolejnym poście. Sama zapędziła się w kozi róg ... ale kobiety tak mają.

To brak wiary, brak wiary.

23 637 Ostatnio edytowany przez hm... (2013-07-19 14:11:48)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:
Sol_1 napisał/a:

Zabka, ja juz sama nie wiem co chce, co lubie i mi sprawia przyjemnosc. Ostatnio nic mi nie sprawia przyjemnosci i nic mnie nie cieszy. Nie jestem zadowolona ani szczesliwa i to niestety widac sad:( Mam wyrzuty sumienia, bo duzo osob ma gorzej, a ja nie umiem sie cieszyc tym co mam.

Zabka, mialas tego samego meza?? Moj tez sie wylacza, nie ma go mozna gadac do...... I tak czasem, takie zwiekszanie mocy jest proba zwrocenia uwagi, juz to kiedys zauwazylam. A czy nie wynioslam pewnych schematow z domu? Maz mowi, ze brakuje mi awantur stad moje zachowania.

NO! To przypadkiem zamiast oczekiwać czyjejś zmiany na lepsze (zresztą to wg Ciebie było by lepsze, on ma na to inne zapatrywania), to moze warto zainwestować w siebie i swój spokój i swoją pogodę ducha? Czy Ty aby może nie boisz się, że gdybyś była spokojna i zadowolona, to znaczy pewna siebie - to doszła byś do wniosku, że partnera zmieniać pod względem zachowania nie chcesz, bo ... przestało Ci na nim zależeć w ogóle, jako na człowieku, z którym Ty nie masz nic wspólnego? Hę?

Ja wiem, że wiele osób ma gorzej. Ale czy to ma oznaczać, że ja muszę do nich dociągnać???? I poza tym - co oznacza, że gorzej??? Bo gorzej - to znaczy mieć chore dziecko i mieć problemy przy polskiej organizacji służby zdrowia ustawić szybko powazniejsze badania, wizyty, nastarczyć na leki, na rehabilitację. Ale gorzej - bo ma gorszego partnera, niż Ty????? No to jak się ma złego partnera, któremu na partnerce nie zależy i nie zamierza zrobić nic by to zmienić a jedynie "karze", bo partnerka próbuje coraz smętniejszych i dziwniejszych sposobów na zauważenie - to co należy zrobić? Jak sądzisz - co w takiej sytuacji robi zdrowo o sobie myślący człowiek, ktory szanuje sam siebie, swoje zdrowie, swoją psychikę i swoje podstawowe potrzeby?

Nie, nie mamy tego samego wink Ale skoro jest całe mnóstwo osób postępujących wg tego samego schematu uzależnienia, to napewno istnieją takie same typy partnerów korzystających z czyjegoś deficytu w układaniu sobie kontaktów międzyludzkich a szczególnie w związkach intymnych.
Nie brakuje Ci awantur... Ty nie wiesz, że można zdrowo bez nich żyć. Jest tylko kilka małych "ale" - trzeba żyć tak, by czuć się spokojnie i zdrowo smile Sama tego człowieka wybrałaś, bo mógł zapewnić Ci dokładnie takie życie, jakie znasz i uważasz za normalne - podświadomie. Nawet tego nie podejrzewałaś, bo to miała być taka bajka? smile

Podświadomie. Tak Żabko. Podświafomie i nieświadomie zarazem.

23 638

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
smallangel napisał/a:
Sol_1 napisał/a:
zabka-k napisał/a:

Chcesz być z nim. Ale kiedy będąc w związku z nim przy takim zachowaniu i traktowaniu Ciebie - czujesz się dobrze, jesteś spełniona i zadowolona, czujesz się komfortowo w towarzystwie swoim własnym i człowieka obok Ciebie?

Tak w ogóle - co Ci Sol daje w życiu zadowolenie, wywołuje uśmiech na Twojej twarzy? Jakie sytuacje, rzeczy, przedmioty, chwile, miejsca? Jak lubisz być traktowana? Jak lubisz spędzać czas wolny?

Ja też czepiałam się, marudziłam, miałam pretensje. Ogólnie czułam agresję praktycznie, na końcu potrafiłam być okrutnie aż wulgarna w stosunku do niego. Dlaczego? Ja wiem, że to facet o niesamowicie wysokim poziomie "świętegospokoizmu", niedosłyszący, niedowidzący, kompletnie wyjechany na jakiekolwiek bodźce z otoczenia itp. Brak reakcji na cokolwiek. Ogólnie to nawet jego znajomi mówią, że jego zachowanie jest dość specyficzne wink Jedynym sposobem na uzyskanie przeze mnie chwileczki jego uwagi skupionej na mnie, na tym co mówię, uzyskanie jakiegoś potwierdzenia, że on wie, że ja jeszcze istnieję - było doprowadzenie do jakichś negatywnych emocji. Bo uśmiechem to się zbytnio nie przejmował wink. Można było "prosić" do .... wink. Ale jak już wystarczajaco dłuuugo trułam i zwiększałam "moc" - to w końcu udawało się wydobyć z niego jakąś reakcję. Jakąkolwiek...
Ranyyyy - raz nawet coś do mnie krzyknął - ale to już było po rozstaniu, kiedy analitycznie wyłuszczyłam mu, co sądzę o wielu jego zachowaniach w ciągu ostatnich kilku lat, jak je odbieram i co dla mnie teraz faktycznie oznaczają, a czego nie zrozumiałam wcześniej i idiotycznie zabiegałam wciąż o jakiekolwiek jego uczucia. O pozytywne już nie mogłam, bo i tak by ich nie dał, więc choć o te negatywne, byle by zauważyć, że on coś czuje... A czy ja czułam? Nie, ale dziewczyny wiedzą, że ja nic nie czułam.... Że jestem krzywdzona.

Zabka, ja juz sama nie wiem co chce, co lubie i mi sprawia przyjemnosc. Ostatnio nic mi nie sprawia przyjemnosci i nic mnie nie cieszy. Nie jestem zadowolona ani szczesliwa i to niestety widac sad:( Mam wyrzuty sumienia, bo duzo osob ma gorzej, a ja nie umiem sie cieszyc tym co mam.

Zabka, mialas tego samego meza?? Moj tez sie wylacza, nie ma go mozna gadac do...... I tak czasem, takie zwiekszanie mocy jest proba zwrocenia uwagi, juz to kiedys zauwazylam. A czy nie wynioslam pewnych schematow z domu? Maz mowi, ze brakuje mi awantur stad moje zachowania.

Kobietki jest na to sposób - przestać słuchać jak oni do Was mówią (mam na myśli coś ważnego dla nich, coś zrobic dla nich). Gwarantuje, że poskutkuje smile. Przy tym nie zapominać o uśmiechu, i powiedzieć nie słyszłam.  Oni nie wiedzą co Wy czujecie, żeby wiedzieli - sami muszą to poczuć.

To działa, owszem.

23 639 Ostatnio edytowany przez Sol_1 (2013-07-19 14:26:30)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Co do traktowania i stosunków między nami. Ogolnie atmosfera jest b. napieta. Ja czekam (doslownie spodziewam sie), kiedy znowu go nie bedzie (i jak widze o to sie rozbija o uzaleznienie, jak go nie ma ja usycham). Jak ja jestem mila, on ma mnie gdzies, nie zauwaza. Jak mam focha albo zwyczajnie mam przesyt jestem rozzalona, smutna i sie nie odzywam albo zdawkowo, on sie stara, lata, oczywiscie  nie za dlugo (bo ilez mozna). I mamy taka hustawke. Czasem jest zupelnie ok, chociaz jak pisalam podswiadomie czekam na pogorszenie sytuacji. Ja juz chyba nie umiem z nim rozmawiac, byc z nim.

Ogolnie jak go nie ma, wiem, ze nie wroci mam taki spokoj, ogladne film, pobawie sie z dzieckiem i idziemy spac. Spimy do rana spokojnie. Jak wiem, ze ma wrocic, jestem klebkiem nerwow, podobnie jak jest w domu. Podswiadomie wszystko mi przeszkadza (dusze to w sobie), ze prosze i nic, ze wie, ze dziecko chodzi spac kolo 10 a przeciaga do 11. Jestem cala zestresowana. Zeby sie nie denerwowac ide wczesniej do lozka i spac. Nie wiem czemu, nie pije, nie bije, sam z siebie nie wrzeszczy na mnie, nie czepia sie mnie a ja chodze na palcach po wlasnym domu.

Kazda proba rozmowy teraz wyjasnienia moich uczuc (a czyje mam wyjasniac) konczy sie awantura i stwiedzeniem, ze tylko ja ja i ja. Nie zabraniam mu wyjasniac wlasnych kwestii i slucham. Ale po pewnym czasie robi sie jatka, ja placze, on daje mi nauczke i sie wyprowadza.

Zabka ja juz i bez spokoju dochodze do wniosku, ze go nie znam i od roku jest dla mnie obcy i szczerze, boje sie, nie wiem jaki numer mi wykreci. Ostatnio w trakcie jego wyprowadzki bylam w patowej sytuacji, dzwonilam pisalam smsy z prosba, zero reakcji. Poradzilam sobie. Na drugi dzien gdy go pytalam, jak mogl mnie zawiesc uslyszalam, ze moja wina i mialam dostac nauczke. Po prostu opadlo mi wszystko.

Jak sie stram, nie pytam gdzie byl, kiedy wroci, przechodze do porzadku dziennego, a pozniej raz wybuchne, nie widzi ze sie staralam, ze cos zmieniam.

Wydaje mi sie, ze rada na to jest zaczac zyc dla siebie, jak piszecie, wlasnym zyciem. Ale jak?? Nie umiem odpuscic. Zyje w zalu, zlosci i takiej ogolnej nieszczesliwosci. Zrobilam sie zgorzkniala sad

23 640

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

To co piszecie do Sol jak widzę w dużym stopniu dotyczy także mnie:(
Żabka masz całkowitą rację, mnożę trudności ze strachu i dlatego że mam mocno zakodowane w mózgu że małżeństwo jest święte, najważniejsza jest rodzina i dobro dzieci. Teraz wiem, że powinnam zawalczyć o siebie, ale ta podświadomość wiecie jak działa, rozum mówi co innego a w głowie nadal kłębią się wątpliwości, zwłaszcza gdy tak jak teraz patrzę na syna, biega sobie beztrosko z koleżanką, czy mam prawo mu zabrać to poczucie bezpieczeństwa, strach przed nieznanym mnie paraliżuje, leczyłam się już na depresję po urokach życia z mamą pod jednym dachem, byłam wrakiem człowieka, boję się czy po ludzku dam radę psychicznie.
Dzisiaj sobie wyobrażałam co w tej chwili dało by mi szczęście, wyobraziłam sobie, że on po prostu znika z mojego życia jestem sama i spokojna. Tylko jak to zrobić żeby zniknął bezboleśnie, tej całej przeprawy najbardziej się boję. Teraz dodatkowo, po awanturze o której pisałam jest taki miły i sympatyczny, stara się, myśli że jest wszystko OK, wiem że niedługo mu przejdzie, ale muszę się uśmiechać i udawać że to doceniam. Myślałam, że tego chcę ale okazało się, że nie, że za późno, a jego starania jeszcze mi utrudniają psychicznie całą sytuację. Naprawdę zmuszam się do tych uśmiechów. I znowu wątpliwości, może powinnam się przemóc, zamiast knuć za plecami, może to ratować... tylko że ja nie mam już siły, ale czuję się winna że nie mam, dla dobra rodziny...
Żabko a Ty korzystałaś z pomocy prawnika, jak to wygląda? Dużo pomógł, jakie są koszty?
Myślę że jak podrjmę konkretne kroki to już jakoś pójdzie siłą rozpędu, tylko muszę wydobyć się z tego lasu, bo tylko myślę i się dołuję...
Pozdrawiam i dziękuję za wszelkie wsparcie i wskazówki. Będę wdzięczna za wszelkie praktyczne rady jak przeprowadzić rozwód, żeby nie dać się wyrolować, my mamy kredyt ale też jakieś oszczędności. Jak to wygląda w praktyce od czego zacząć?

23 641

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

Witaj smile
Dlaczego zniszczyłaś i dlaczego byś wróciła mimo, że było źle?

Wybaczcie za tak długą wiadomość, ale postaram się tu jakoś nakreślić sytuację.

Związaliśmy się, gdy ja miałam 17 lat, on 19. W moim domu nie działo się dobrze, rodzice byli rozwiedzeni, mieszkałam z mamą i jej partnerem. Ich związek polegał na ciągłych awanturach, wyrzucaniu się z domu, oskarżeniach, rzucaniu przedmiotami. A potem matka przychodziła i godzinami zwierzała się ze swoich problemów. Chciałam stamtąd uciec, a mój chłopak był taki dojrzały, pracował, uczył się, opiekował się mną, obiecywał, że mnie stamtąd zabierze.

Jak powiedział - tak zrobił. W wieku 18 lat wyprowadziłam się z domu i wynajęłam z chłopakiem stancję. Moja matka była tak zajęta, że nie zauważyła, że się wyprowadziłam. Szybko się okazało, że nie jestem na to przygotowana. Starałam się, jak mogłam, ale wciąż to nie było obiadu  (w moim domu mama nie gotowała nigdy obiadów, dlatego kompletnie nie rozumiałam, jak można tego codziennie wymagać), to chłopak musiał coś posprzątać, a nie był tego nauczony.. Potem jakoś się przystosowałam, bardzo się starałam. Godziłam obowiązki domowe z nauką. Ale jego rodzina była wciąż niezadowolona. Przede wszystkim on nawet nie powiedział im, że się wyprowadza. Pojawiły się ogromne pretensje, że zrobił to znienacka i do tego mieszka ze mną bez ślubu. Jego rodzina (głównie matka i siostry) były niesamowicie konserwatywne. Wciąż wyżywały się na mnie i jątrzyły, opowiadały mu o mnie same złe rzeczy, a on niestety był na to bardzo podatny. Krzyczały "goń kobietę do garów" i tym podobne teksty.  Zaczął znikać na noc, mówiąc, że musi nocować z mamą, bo ta jest starszą, samotną kobietą i może jej się coś stać. W rzeczywistości - była o wiele sprawniejsza fizycznie ode mnie, ale dzwoniła i mówiła, że musi mnie zostawić i do niej przyjechać, bo ona się boi spać sama. Potrafiłam płakać całymi nocami, gdy go nie było. Wiedział o tym, ale nie reagował. W końcu chodzi o matkę. Nie znosiłam tych ludzi. Przyjeżdżali i obrażali mnie, to samo było w smsach i rozmowach z chłopakiem, a on nie reagował i mnie nie bronił.

Potem wyjechał na 3 miesiące na kurs z nowej pracy. Zostałam sama z całym domem, dwoma kotkami (w tym jednym ciężarnym), które przygarnęliśmy, szkołą i innymi obowiązkami. Było mi bardzo źle. Kiedy wrócił, zostawił mnie na dobre - było to na dzień przed maturą. Pokłóciliśmy, a on spakował swoje rzeczy i wyjechał. Potem przyjechał wraz z siostrą i zapakowali resztę rzeczy na moich oczach. Pamiętam jak klęczałam przed nim i błagałam, żeby tego nie robił. Przecież to tylko kłótnia, wszyscy się kłócą. Kochałam go bardzo. Prosiłam jego starszą siostrę, żeby wyszła na chwilę i pozwoliła nam na osobności porozmawiać, ale stała przy nim jak wartownik. Z bezsilności pomogłam mu pakować jego rzeczy.

Matura poszła mi fatalnie, nie tak jak oczekiwałam. Nic dziwnego, bo wychodziłam z egzaminu po kilkudziesięciu minutach, bo po prostu czułam, że rozkleję się na sali egzaminacyjnej. Egzaminy pisałam nie śpiąc przez trzy doby i nie jedząc przez trzy dni. Pomagali mi wtedy przyjaciele, którzy karmili mnie wręcz na silę. W tym samym czasie musiałam wyprowadzić się ze stancji, ponieważ nie stać mnie było na samodzielne jej utrzymywanie. Musiałam wrócić do mamy. Wiązało się to też z rozstaniem z moimi kotami (wiem, że brzmi to trywialnie, ale byłam z nimi bardzo mocno zżyta), co było trudne także z tego względu, że trudno znaleźć dom dla kotki z małymi. Miałam też problem z transportem rzeczy, bliscy mi wtedy bardzo pomogli.

Nie mogłam sobie wybaczyć, że zniszczyłam związek z tak wspaniałym, zaradnym i pracowitym człowiekiem. Wiedziałam, że jestem jeszcze gówniarą (nadal jestem), ale zawsze dźwigałam problemy innych, starszych osób, więc dlaczego miałam nie poradzić sobie z własnymi.

Za chłopakiem tym tęskniłam niemiłosiernie i robiłam wszystko, żeby odbudować ten związek. Przychodziłam do jego nowego mieszkania, ale nie zgadzałam się na seks, choć on przed długi czas tylko na to liczył. Potem przydarzyła się przykra sytuacja  z jego zdrowiem, a ja się nim zajęłam i zaopiekowałam i to chyba przekonało go, że moje uczucie jest szczere. Po 1-2 miesiącach wahań, czy chce być ze mną, czy nie - w końcu się zgodził. Wydawało mi się, że zaczynam żyć. Wtedy zaczęły się też problemy z moim zdrowiem, po spotkaniach z chłopakiem czasami lądowałam na SORze z bólami brzucha wręcz nie do zniesienia. Bałam się, ze chłopak znowu mnie zostawi w najmniej spodziewanej sytuacji.

Wyjechaliśmy razem na studia, dostałam się - wprawdzie nie na wymarzone, ale i tak byłam szczęśliwa. Zamieszkaliśmy razem. Gotowałam, prałam, sprzątałam. Nie sprawiało mi to szczególnej frajdy (poza gotowaniem), ale byłam szczęśliwa, że jesteśmy razem, on też. Uważał, że dobrze się stało, że mnie zostawił, ponieważ to nam wyszło na dobre. To był naprawdę dobry rok. Dobrze się dogadywaliśmy. Wprawdzie kłóciliśmy się, ale zdecydowanie rzadziej niż przedtem. Kiedy się już jednak kłóciliśmy, wpadałam w histerię, płakałam, okaleczałam się, dostawałam hiperwentylacji, a potem wymiotowałam. Mój chłopak nie reagował, odwracał się wtedy i nakrywał poduszką, żeby nie słyszeć jak płaczę. Uważał, ze robię to wszystko, aby coś na nim wymusić. Na drugi dzień lądowałam na SORze, kiedy przyjeżdżała karetka, gdy już nie byłam w stanie wytrzymać.  Raz z powodu hiperwentylacji kazał mi wysiadać z samochodu w połowie drogi między miastem rodzinnym, a miejscem gdzie studiowaliśmy. Wtedy całe szczęście nie zostawił mnie samej na trasie.

Tak minął pierwszy rok studiów, miałam bardzo dobre wyniki. Latem (miałam 20 lat) zauważyłam na głowie siwe włosy. Najpierw je wyrywałam, potem doszłam do wniosku, że za dużo ich, by je wyrywać. Problemy z jego rodziną nasiliły się, oczywiście jątrzenie i nastawianie go przeciwko mnie było normą. "Teściowa" w końcu wyzwała mnie i moją matkę od k*rew (ja - żyjąca bez ślubu, matka - po rozwodzie - taki był powód). Trzasnęłam wtedy pięścią w stół, łamiąc sobie przy tym paznokcie, mówiąc, że nikt w ten sposób nie będzie moich bliskich nazywał. Chłopak próbował mnie uspokoić, a jego matka wyzywała mnie dalej. Wzięłam samochód i pojechałam do domu mojego taty. Byłam bardzo roztrzęsiona. Wieczorem miałam przyjechać po chłopaka (został, aby skończyć budowę płotu, co wcześniej robiliśmy razem), ale powiedział, że musi zostać z matką, bo jeszcze nie skończył pracy. Przepraszał i był wyraźnie zagubiony. W tamtej chwili miałam to gdzieś, chciałam się znaleźć jak najdalej od tego miejsca, nawet bez niego. Wiedziałam, że już za dużo krzywd z tamtej strony. Przyjechałam na drugi dzień. Wcześniej przeprosiłam jego matkę za to, że uniosłam się w jej domu. Nazwała mnie nienormalną i powiedziała, że współczuje synowi.

Wróciliśmy do dawnego życia w mieście studenckim. Praktycznie co wieczór od dłuższego czasu (także na I roku studiów) zasypiałam we łzach. Chłopak ciągle pracował, a kiedy chciałam porozmawiać wieczorem mówił, że jest zmęczony, że chce spać, że jestem nienormalna, bo wymyślam dziwne pory na rozmowy i żebym go nie męczyła. Coś we mnie pękło i chciałam spędzać więcej czasu ze znajomymi, wychodzić i bawić się. Miałam 20 lat, a praktycznie nie uczestniczyłam w życiu studenckim. Raz z żalu opowiedziałam o wszystkim, co mnie spotkało koledze ze studiów. Był wstrząśnięty, że tak skrupulatnie to ukrywałam. Po kilku (zawsze wspólnych!) wypadach chłopak zrobił mi nieziemską awanturę, że wydaliśmy za dużo pieniędzy. Dzielilśmy się wtedy tak, że on robił opłaty, a ja kupowałam jedzenie, chemię i inne bieżące wydatki. Krzyczal, że jestem z nim tylko dla pieniędzy, a tak naprawdę go nie kocham. Było to bardzo absurdalne. Chciał, żebyśmy podzielili wydatki inaczej - tzn płacimy opłaty po połowie, a jedzenie kupujemy sobie sami. Mówił tez, że będzie liczył mi każdy kilometr, gdy jedziemy jego samochodem do domu. Zgodziłam się na wszystko, bo wiedziałam, że nie zrobi to żadnej różnicy, oprócz oddawania za paliwo - bo wydawało mi się to kompletnie absurdalne, że mój chłopak chce mi liczyć każdy litr benzyny. Taniej wyszłoby autobusem. W czasie kłótni spakowałam się i wyszłam, a on nawet nie próbował mnie zatrzymać, mimo, że była noc, a my mieszkaliśmy na jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic miasta. Próbował zabrać mi klucze, ale nie oddałam ich, bo tak samo mieszkałam w tym miejscu i tak samo miałam wkład finansowy. Zadzwoniłam do przyjaciółki, która kupiła mi bilet do siebie do Warszawy, tylko musiałam go gdzieś wydrukować. Zaszłam więc do tego kolegi ze studiów. Pociąg odjeżdżał o 6.00 więc całą noc spędziłam u kolegi, płacząc i martwiąc się o mojego chłopaka, który nie zainteresował się w ogóle co się ze mną dzieje. Wtedy to ja bardzo się bałam, że poszedł mnie szukać i coś się stało albo coś sobie zrobił. Rano napisałam do niego smsa, że jestem w pociągu do Warszawy, tylko dlatego, ze chciałam by odpisał, żebym wiedziała, że żyje i jest zdrowy!

Wróciłam po weekendzie. "Pogodziliśmy się". Chłopak niezbyt przekonująco, ale przeprosił za absurdalne wymagania, bym płaciła za paliwo i zadeklarował, że to mam u niego zawsze za darmo, gdy jedziemy do domu. Niby wszystko było ok, ale już nie rozmawialiśmy jak kiedyś... raczej ja już nie próbowałam z nim wcale rozmawiać, bo już nie wierzyłam, że mnie kiedykolwiek wysłucha. Mieliśmy oddzielne jedzenie, rozliczaliśmy się co do grosza - jak współlokatorzy, nie partnerzy. Szybko okazało się, że chłopak musi wziąć kredyt, by pospłacać wszystkie swoje gadżety, ja zaś wychodziłam około. 200 zł miesięcznie na plusie. Natomiast z kolegą byłam coraz bliżej, chętnie mnie słuchał, rozumiał i pomagał. Imprezowaliśmy we trójkę lub w większym gronie. Z chłopakiem coraz bardziej się oddalałam, ale widziałam, że wspólne imprezy z tym właśnie kolegą sprawiają mu radość. Raz, już pod koniec naszego związku, gdy znów miałam atak hiperwentylacji przytulił mnie i nie udawał, że nie słyszy. Tulił aż się uspokoiłam i mimo, że była 2 w nocy nie krzyczał, że nie daję mu spać, a on jest zmęczony i zapracowany. Na drugi dzień był jednak za to obrażony. Widział, co się dzieje, ale nie próbował mnie odzyskać.

Kiedy zdał ostatni egzamin w zimowej sesji, przyznałam się, że go zdradziłam. Zareagował ze spokojem. Mówił, że rozumie, wybacza i że to nasza wspólna wina. Przez kilka dni byliśmy naprawdę blisko, tak jak kiedyś. Chciałam to ratować. Potem jednak wrócił z rodzinnego domu, pojechał sam, i już nie był pewien naszego związku. Twierdził, że nie będzie umiał mi zaufać (wcale się nie dziwię). Z dnia na dzień atmosfera pogarszała się, a ja poprosiłam w końcu, by nie mówił, że nie wie, co będzie tylko podjął decyzję. Nie chciałam znowu znosić piekła niepewności. Zdecydował, że nie chce być ze mną i że to ostateczna decyzja. Płakałam, próbował mnie przytulić, ale odsunęłam go, bo wiem, ze psychicznie bym tego nie zniosła. Wtedy aż tak mnie to wszystko nie obeszło. Wyprowadziłam się, a przez ostatnie dni chłopak traktował mnie coraz gorzej, z pogardą i nienawiścią (też się nie dziwię). Kiedy pakował rzeczy znalazłam paczkę prezerwatyw leżącą obok mojego zdjęcia (nie były nasze, lecz jego). Znajomość z kolegą nie trwała długo, szybko okazał się zupełnie innym człowiekiem niż ten, za którego go miałam. Wydawało mi się przez moment, że będę żyć bez upokorzeń i w spokoju, ale człowiek ten tak mnie irytował, że robiłabym mu krzywdę będąc z nim w związku.

Wtedy do mnie dotarło, co się naprawdę stało, co naprawdę zrobiłam. Mam o sobie fatalne mniemanie. Po tym, co zrobiłam nie umiem się podnieść. Napady lęków, samotność, brak wsparcia ze strony bliskich... Musiałam wykrzyczeć mój problem. Tata i moja przyjaciółka bardzo mi pomagają, na innych nie liczę, bo bardzo się zawiodłam. Mam myśli samobójcze, ponieważ skrzywdziłam człowieka, mojego chłopaka, który był dla mnie dobry, tylko zagubiony i zmanipulowany przez rodzinę. Można było walczyć o ten związek, o niego, o to by był lepszym człowiekiem, ale ja poszłam najłatwiejszą z możliwych dróg i zostawiłam kogoś, kto mnie po swojemu, ale kochał. Zrobiłam mu wielką krzywdę. Po tym wszystkim czuję, że nie mam prawa się narzucać, przepraszać. Staram się absolutnie nie pisać, aby mógł sobie ułożyć życie i zapomnieć o mnie i krzywdach jakie mu wyrządziłam. W czasie pół roku napisałam tylko dwa albo trzy razy zapytałam, czy wszystko w porządku. Trzy tygodnie temu on także się odezwał (I raz po pół roku milczenia!!!), ale nasza rozmowa trwała krótko i raczej nie próbował jej podtrzymać. Wiem, że ma o mnie fatalne mniemanie. Przez cały czas trwania naszego związku bardzo się dla niego starałam, chciałam by tylko był szczęśliwy i byłam "zapatrzona". Dopiero pod koniec zwątpiłam w swoje możliwości, zamiast naprawiać to, co było, poszłam najgorszą z możliwych ścieżek. Nie próbuję się wybielać. Zrobiłam coś strasznego. Żałuję, strasznie żałuję, że nie włożyłam wysiłku w ten związek. Dziś jestem sama i jest mi bardzo bardzo trudno. Próbuję przeżyć dzień, odliczam te dni. Codziennie myślę tylko o tym, żeby się napić (ale powstrzymuję sie od tego) - w zamian idę spać, żeby ukoić, nerwy. Tak potrafię cały dzień. Nie wiem, czy się staczam. Nie mam pracy, bo na razie nie jestem w stanie nawet normalnie funkcjonować z ludźmi. Wstawać mi się nie chce ani nic robić. Próbuję wziąć się za siebie, bo wstyd mi, że tak się zachowuję. Wyrzuty sumienia są jednak tak silne, że nie mogę ich znieść, pchają mnie do najgorszego. To jest coś, co będzie ze mną do końca życia. Nie umiem sobie wybaczyć.

Przepraszam za tak długą wiadomość, musiałam to z siebie wyrzucić.
Dziękuję za wszelkie odpowiedzi, są dla mnie bardzo ważne!!!

23 642

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Sol
Nie umiesz odpuścić, bo musisz zrobić wszystko, by ciągle cierpieć????

Sol - wyjaśnij mi dlaczego z nim jesteś????
Bo chyba jesteśmy z kimś, z kim jest nam dobrze? Czy ja się mylę?
Co jest dobrego w tym związku? Że nie chcesz "odpuścić"?

Ja nie rozumiem Sol. Czy Ty możesz wieczorkiem na spokojnie usiąść i wszystkie swoje tu posty przeczytać - ale próbując zrobić wszystko by do Ciebie dotarło, co napisałaś? Co się dzieje i jak wygląda sytuacja? Bo przecież Ty tu piszesz jakby tylko po to by wylać żal i.... dalej pozostać w tym samym miejscu. Nie zrobić dalej nic. Bo chwilowe wyżalenie daje ulgę ale nie zmienia faktów. Nie jest to narzekactwo, ale i tak nic z tego nie wynika. Do Ciebie przede wszystkim nie dociera w ogóle to, jak jesteś traktowana i jak sama siebie traktujesz.

Czy Ty choć przeczuwasz, że NIKOGO  NIE  MOŻNA  ZMUSIĆ  DO CHCENIA  CZEGOKOLWIEK? Poza Tobą. Bo Ciebie da się zmusić (i to nawet bez specjalnych zabiegów i starań) byś chciała tego, czego nie chcesz a co chce ktoś. O "Ciebie" chodzi mi o typ osoby smile Nie konkretnie Ciebie, choć akurat i Ciebie. I mnie też wink

23 643 Ostatnio edytowany przez smallangel (2013-07-19 14:44:16)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:

Co do traktowania i stosunków między nami. Ogolnie atmosfera jest b. napieta. Ja czekam (doslownie spodziewam sie), kiedy znowu go nie bedzie (i jak widze o to sie rozbija o uzaleznienie, jak go nie ma ja usycham). Jak ja jestem mila, on ma mnie gdzies, nie zauwaza. Jak mam focha albo zwyczajnie mam przesyt jestem rozzalona, smutna i sie nie odzywam albo zdawkowo, on sie stara, lata, oczywiscie  nie za dlugo (bo ilez mozna). I mamy taka hustawke. Czasem jest zupelnie ok, chociaz jak pisalam podswiadomie czekam na pogorszenie sytuacji. Ja juz chyba nie umiem z nim rozmawiac, byc z nim.

Ogolnie jak go nie ma, wiem, ze nie wroci mam taki spokoj, ogladne film, pobawie sie z dzieckiem i idziemy spac. Spimy do rana spokojnie. Jak wiem, ze ma wrocic, jestem klebkiem nerwow, podobnie jak jest w domu. Podswiadomie wszystko mi przeszkadza (dusze to w sobie), ze prosze i nic, ze wie, ze dziecko chodzi spac kolo 10 a przeciaga do 11. Jestem cala zestresowana. Zeby sie nie denerwowac ide wczesniej do lozka i spac. Nie wiem czemu, nie pije, nie bije, sam z siebie nie wrzeszczy na mnie, nie czepia sie mnie a ja chodze na palcach po wlasnym domu.

Kazda proba rozmowy teraz wyjasnienia moich uczuc (a czyje mam wyjasniac) konczy sie awantura i stwiedzeniem, ze tylko ja ja i ja. Nie zabraniam mu wyjasniac wlasnych kwestii i slucham. Ale po pewnym czasie robi sie jatka, ja placze, on daje mi nauczke i sie wyprowadza.

Zabka ja juz i bez spokoju dochodze do wniosku, ze go nie znam i od roku jest dla mnie obcy i szczerze, boje sie, nie wiem jaki numer mi wykreci. Ostatnio w trakcie jego wyprowadzki bylam w patowej sytuacji, dzwonilam pisalam smsy z prosba, zero reakcji. Poradzilam sobie. Na drugi dzien gdy go pytalam, jak mogl mnie zawiesc uslyszalam, ze moja wina i mialam dostac nauczke. Po prostu opadlo mi wszystko.

Jak sie stram, nie pytam gdzie byl, kiedy wroci, przechodze do porzadku dziennego, a pozniej raz wybuchne, nie widzi ze sie staralam, ze cos zmieniam.

Wydaje mi sie, ze rada na to jest zaczac zyc dla siebie, jak piszecie, wlasnym zyciem. Ale jak?? Nie umiem odpuscic. Zyje w zalu, zlosci i takiej ogolnej nieszczesliwosci. Zrobilam sie zgorzkniala sad

Sol on jest z Tobą, bo jest Mu WYGODNIE.
Wyprowadził się, ale zawsze wróci, bo gdzie będzie miał lepiej jak przy żonie? Nigdzie. U mamy podobnie, ale mama przepraszam za dosadność doopy nie da jak żona.

23 644

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

To co piszecie do Sol jak widzę w dużym stopniu dotyczy także mnie:(
Żabka masz całkowitą rację, mnożę trudności ze strachu i dlatego że mam mocno zakodowane w mózgu że małżeństwo jest święte, najważniejsza jest rodzina i dobro dzieci. Teraz wiem, że powinnam zawalczyć o siebie, ale ta podświadomość wiecie jak działa, rozum mówi co innego a w głowie nadal kłębią się wątpliwości, zwłaszcza gdy tak jak teraz patrzę na syna, biega sobie beztrosko z koleżanką, czy mam prawo mu zabrać to poczucie bezpieczeństwa, strach przed nieznanym mnie paraliżuje, leczyłam się już na depresję po urokach życia z mamą pod jednym dachem, byłam wrakiem człowieka, boję się czy po ludzku dam radę psychicznie.
Dzisiaj sobie wyobrażałam co w tej chwili dało by mi szczęście, wyobraziłam sobie, że on po prostu znika z mojego życia jestem sama i spokojna. Tylko jak to zrobić żeby zniknął bezboleśnie, tej całej przeprawy najbardziej się boję. Teraz dodatkowo, po awanturze o której pisałam jest taki miły i sympatyczny, stara się, myśli że jest wszystko OK, wiem że niedługo mu przejdzie, ale muszę się uśmiechać i udawać że to doceniam. Myślałam, że tego chcę ale okazało się, że nie, że za późno, a jego starania jeszcze mi utrudniają psychicznie całą sytuację. Naprawdę zmuszam się do tych uśmiechów. I znowu wątpliwości, może powinnam się przemóc, zamiast knuć za plecami, może to ratować... tylko że ja nie mam już siły, ale czuję się winna że nie mam, dla dobra rodziny...
Żabko a Ty korzystałaś z pomocy prawnika, jak to wygląda? Dużo pomógł, jakie są koszty?
Myślę że jak podrjmę konkretne kroki to już jakoś pójdzie siłą rozpędu, tylko muszę wydobyć się z tego lasu, bo tylko myślę i się dołuję...
Pozdrawiam i dziękuję za wszelkie wsparcie i wskazówki. Będę wdzięczna za wszelkie praktyczne rady jak przeprowadzić rozwód, żeby nie dać się wyrolować, my mamy kredyt ale też jakieś oszczędności. Jak to wygląda w praktyce od czego zacząć?

Żeby nie było - zawsze powtarzam, że jestem przeciwniczką rozwodów, bo ja decyzji nie podejmowałam dla zabawy. Ale kogoś do chcenia nie zmuszę, nie ma takiej możliwości - obiektywnie, czy subiektywnie. No nie da rady. Natomiast już napewno nie chcę krzywd na siłę i oszukiwania siebie. Z przeszłością nie dam rady zadziałać, ale mogę starać się tu i teraz by w przyszłości nie chcieć kogoś zmuszać do chcenia, tylko patrząc i widząc, żyjąc swobodnie i pogodnie może i związać się z kimś, kto mnie nie ściągnie w końcu w dół.
Też nie chciałam smutku dzieci.... Ale ja nie ponoszę odpowiedzialności za kogoś, tylko za siebie! Czego mam dzieci nauczyć? Robienia wszystkiego na siłę? Bez uczucia? I każdy kto mnie zna, wie, że egoistką nie jestem w ogóle, a już jeśli chodzi o dzieci, to.... smile smile smile


Przecież my wszystkie podobne - to dlatego, jak się pisze do jednej osoby, to inne mają z tego pożytek smile Ja też czytam wszystkie posty - te nie do mnie na takim samym stopniu wazności są, jak te nie do mnie smile Szybciej rozumiem, więcej się o życiu dowiaduję smile

Bezboleśnie.... wiesz - tak sie udaje tym, którzy są egocentrykami i narcyzami. Oni nie czują bólu wink

Tak, korzystałam. Poradę dostałam za darmo i po znajomości to było załatwione - powiem wprost, przez szefa, bo tak przywaliłam główką o mur, że mi gwiazdki nie dały oddechu złapać wink I z pomocy koleżanki prawnika, która bardzo mocno zaangażowała się w wytłumaczenie i ułożenie różnych kwestii i w ogóle... Ja w ogóle uczę się korzystać przede wszystkim z pomocy innych smile Mówić że mam problem i pytać czy mi dana czy inna osoba pomoże. I przede wszystkim to już chyba nie o prawnika samego w sobie chodzi, tylko o fakt, że to co się działo, to czego się podejmowałam, robiłam - każdego dnia daje mi odrobinkę więcej pewności siebie. Bo jej nie miałam, nie miała poczucia jakiejkolwiek własnej wartości we własnych oczach. I to jest największy problem przy podejmowaniu okreśłonych decyzji. Bo zawsze każde czyjeś słowo wytrąca z równowagi i zaczyna się mieć milion wątpliwości - zawsze co do siebie, nie do innych! Myślę, że praca nad poczuciem własnej wartości i docenieniem siebie daje najwięcej - daje motywację do własnych zdrowych działań smile

Umów się po powrocie z lasu na wizytę, a na razie masz troszkę czasu na pogrzebanie w necie - poradnictwo przeogromne masz do dyspozycji. Zawsze to skonkretyzujesz swoje wątpliwości przed wizytą u prawnika smile

23 645

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Na dziś pewnie tyle Kochane Kobietki - uciekam odebrać torty bliźniaczek, dziś u mnie imprezka smile

Pewnie padnę wieczorem do łóżka opchana dobrociami i nie zajrzę już smile

Pozdrawiam!!!!

23 646

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:

Co do traktowania i stosunków między nami. Ogolnie atmosfera jest b. napieta. Ja czekam (doslownie spodziewam sie), kiedy znowu go nie bedzie (i jak widze o to sie rozbija o uzaleznienie, jak go nie ma ja usycham). Jak ja jestem mila, on ma mnie gdzies, nie zauwaza. Jak mam focha albo zwyczajnie mam przesyt jestem rozzalona, smutna i sie nie odzywam albo zdawkowo, on sie stara, lata, oczywiscie  nie za dlugo (bo ilez mozna). I mamy taka hustawke. Czasem jest zupelnie ok, chociaz jak pisalam podswiadomie czekam na pogorszenie sytuacji. Ja juz chyba nie umiem z nim rozmawiac, byc z nim.

Ogolnie jak go nie ma, wiem, ze nie wroci mam taki spokoj, ogladne film, pobawie sie z dzieckiem i idziemy spac. Spimy do rana spokojnie. Jak wiem, ze ma wrocic, jestem klebkiem nerwow, podobnie jak jest w domu. Podswiadomie wszystko mi przeszkadza (dusze to w sobie), ze prosze i nic, ze wie, ze dziecko chodzi spac kolo 10 a przeciaga do 11. Jestem cala zestresowana. Zeby sie nie denerwowac ide wczesniej do lozka i spac. Nie wiem czemu, nie pije, nie bije, sam z siebie nie wrzeszczy na mnie, nie czepia sie mnie a ja chodze na palcach po wlasnym domu.

Kazda proba rozmowy teraz wyjasnienia moich uczuc (a czyje mam wyjasniac) konczy sie awantura i stwiedzeniem, ze tylko ja ja i ja. Nie zabraniam mu wyjasniac wlasnych kwestii i slucham. Ale po pewnym czasie robi sie jatka, ja placze, on daje mi nauczke i sie wyprowadza.

Zabka ja juz i bez spokoju dochodze do wniosku, ze go nie znam i od roku jest dla mnie obcy i szczerze, boje sie, nie wiem jaki numer mi wykreci. Ostatnio w trakcie jego wyprowadzki bylam w patowej sytuacji, dzwonilam pisalam smsy z prosba, zero reakcji. Poradzilam sobie. Na drugi dzien gdy go pytalam, jak mogl mnie zawiesc uslyszalam, ze moja wina i mialam dostac nauczke. Po prostu opadlo mi wszystko.

Jak sie stram, nie pytam gdzie byl, kiedy wroci, przechodze do porzadku dziennego, a pozniej raz wybuchne, nie widzi ze sie staralam, ze cos zmieniam.

Wydaje mi sie, ze rada na to jest zaczac zyc dla siebie, jak piszecie, wlasnym zyciem. Ale jak?? Nie umiem odpuscic. Zyje w zalu, zlosci i takiej ogolnej nieszczesliwosci. Zrobilam sie zgorzkniala sad

Żal, złość itd. tkwią w Tobie.
Wybuchy będą coraz częstsze i coraz gorsze, mocniejsze.

Jeśli chcesz zmień, jeśli nie, cóż.

Przeczytaj co pisałam do Evan kilka stron temu, to dotyczy też Ciebie.
Najlepiej gdybyś przeczytała cały wątek.

23 647

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

To co piszecie do Sol jak widzę w dużym stopniu dotyczy także mnie:(
Żabka masz całkowitą rację, mnożę trudności ze strachu i dlatego że mam mocno zakodowane w mózgu że małżeństwo jest święte, najważniejsza jest rodzina i dobro dzieci. Teraz wiem, że powinnam zawalczyć o siebie, ale ta podświadomość wiecie jak działa, rozum mówi co innego a w głowie nadal kłębią się wątpliwości, zwłaszcza gdy tak jak teraz patrzę na syna, biega sobie beztrosko z koleżanką, czy mam prawo mu zabrać to poczucie bezpieczeństwa, strach przed nieznanym mnie paraliżuje, leczyłam się już na depresję po urokach życia z mamą pod jednym dachem, byłam wrakiem człowieka, boję się czy po ludzku dam radę psychicznie.
Dzisiaj sobie wyobrażałam co w tej chwili dało by mi szczęście, wyobraziłam sobie, że on po prostu znika z mojego życia jestem sama i spokojna. Tylko jak to zrobić żeby zniknął bezboleśnie, tej całej przeprawy najbardziej się boję. Teraz dodatkowo, po awanturze o której pisałam jest taki miły i sympatyczny, stara się, myśli że jest wszystko OK, wiem że niedługo mu przejdzie, ale muszę się uśmiechać i udawać że to doceniam. Myślałam, że tego chcę ale okazało się, że nie, że za późno, a jego starania jeszcze mi utrudniają psychicznie całą sytuację. Naprawdę zmuszam się do tych uśmiechów. I znowu wątpliwości, może powinnam się przemóc, zamiast knuć za plecami, może to ratować... tylko że ja nie mam już siły, ale czuję się winna że nie mam, dla dobra rodziny...
Żabko a Ty korzystałaś z pomocy prawnika, jak to wygląda? Dużo pomógł, jakie są koszty?
Myślę że jak podrjmę konkretne kroki to już jakoś pójdzie siłą rozpędu, tylko muszę wydobyć się z tego lasu, bo tylko myślę i się dołuję...
Pozdrawiam i dziękuję za wszelkie wsparcie i wskazówki. Będę wdzięczna za wszelkie praktyczne rady jak przeprowadzić rozwód, żeby nie dać się wyrolować, my mamy kredyt ale też jakieś oszczędności. Jak to wygląda w praktyce od czego zacząć?

Nie pójdzie pędem z rozpędu. Będą wątpliwości.
Czytałaś jak pisałam o podświadomośvi i o tym co racjonalne?

23 648

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:

Co do traktowania i stosunków między nami. Ogolnie atmosfera jest b. napieta. Ja czekam (doslownie spodziewam sie), kiedy znowu go nie bedzie (i jak widze o to sie rozbija o uzaleznienie, jak go nie ma ja usycham). Jak ja jestem mila, on ma mnie gdzies, nie zauwaza. Jak mam focha albo zwyczajnie mam przesyt jestem rozzalona, smutna i sie nie odzywam albo zdawkowo, on sie stara, lata, oczywiscie  nie za dlugo (bo ilez mozna). I mamy taka hustawke. Czasem jest zupelnie ok, chociaz jak pisalam podswiadomie czekam na pogorszenie sytuacji. Ja juz chyba nie umiem z nim rozmawiac, byc z nim.

Ogolnie jak go nie ma, wiem, ze nie wroci mam taki spokoj, ogladne film, pobawie sie z dzieckiem i idziemy spac. Spimy do rana spokojnie. Jak wiem, ze ma wrocic, jestem klebkiem nerwow, podobnie jak jest w domu. Podswiadomie wszystko mi przeszkadza (dusze to w sobie), ze prosze i nic, ze wie, ze dziecko chodzi spac kolo 10 a przeciaga do 11. Jestem cala zestresowana. Zeby sie nie denerwowac ide wczesniej do lozka i spac. Nie wiem czemu, nie pije, nie bije, sam z siebie nie wrzeszczy na mnie, nie czepia sie mnie a ja chodze na palcach po wlasnym domu.

Kazda proba rozmowy teraz wyjasnienia moich uczuc (a czyje mam wyjasniac) konczy sie awantura i stwiedzeniem, ze tylko ja ja i ja. Nie zabraniam mu wyjasniac wlasnych kwestii i slucham. Ale po pewnym czasie robi sie jatka, ja placze, on daje mi nauczke i sie wyprowadza.

Zabka ja juz i bez spokoju dochodze do wniosku, ze go nie znam i od roku jest dla mnie obcy i szczerze, boje sie, nie wiem jaki numer mi wykreci. Ostatnio w trakcie jego wyprowadzki bylam w patowej sytuacji, dzwonilam pisalam smsy z prosba, zero reakcji. Poradzilam sobie. Na drugi dzien gdy go pytalam, jak mogl mnie zawiesc uslyszalam, ze moja wina i mialam dostac nauczke. Po prostu opadlo mi wszystko.

Jak sie stram, nie pytam gdzie byl, kiedy wroci, przechodze do porzadku dziennego, a pozniej raz wybuchne, nie widzi ze sie staralam, ze cos zmieniam.

Wydaje mi sie, ze rada na to jest zaczac zyc dla siebie, jak piszecie, wlasnym zyciem. Ale jak?? Nie umiem odpuscic. Zyje w zalu, zlosci i takiej ogolnej nieszczesliwosci. Zrobilam sie zgorzkniala sad

Im bardziej się starasz, tym bardziej on odpuszcza. Po co się wysilać, skoro zawsze ktoś jest na wyciągnięcie ręki, upierze, posprząta, ugotuje, zajmie się dzieckiem. Im bardziej się awanturujesz, tym lepiej on dostrzega, że zależy Ci za bardzo. Robi się wtedy na Ciebie obojętny.

Najlepsze co możesz zrobić to zmienić podejście. Przestań się starać. Zajmij się sobą i dzieckiem. Rozwijaj się i przede wszystkim: nie czekaj na niego. Ciekawe, co by powiedział, gdyby nie został Cię w domu. Dostrzegłby, że też masz swoje sprawy, jesteś oddzielnym, samodzielnym człowiekiem, a nie poddaną, służącą? Zrób coś dobrego dla siebie i nie oglądaj się na niego.

Podstawą do tego, by pokochali nas inni jest pokochanie samego siebie.

Brzmi banalnie, jest bardzo trudne, ale co najważniejsze - jest MOŻLIWE!!

Chciej coś zmienić, obecność tutaj to pierwszy krok ku temu. smile

23 649

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:

Na dziś pewnie tyle Kochane Kobietki - uciekam odebrać torty bliźniaczek, dziś u mnie imprezka smile

Pewnie padnę wieczorem do łóżka opchana dobrociami i nie zajrzę już smile

Pozdrawiam!!!!

Milego wieczoru.

Hm.. czytam, ale powoli bo sporo tego smile

Dzieki wszystkim za pomoc i dobre slowo.
Wiem, ze zmiany w moim zyciu zaleza tylko ode mnie. Tylko strach przed nimi mnie paralizuje. Ciagle mam nadzieje, ze moze bedzie lepiej, pouklada sie, ze jak sie zmienie, zgodze bedzie cudownie. Ale w glebi duszy wiem, ze nie bedzie. Ze nie bede potrafila zyc z obcym czlowiekiem, ze nie patrze juz na niego jak pare lat temu (on zapewne na mnie tez nie) i za duzo sie tego uzbieralo. Kwestia czasu jest, ze znajdzie kogos innego (o ile juz nie znalazl), a ja w glebi duszy zycze mu, ze jezeli tak ma byc, zeby trafil na osobe ktora wie czego chce i pokaze mu to. Kiedys ja tez wiedzialam czego chce, bylam zaradna, ceniona w pracy, a pozniej to zniknelo sad

23 650

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Witam, jestem na tym forum od niedawna, na razie tylko czytam i coraz bardziej wydaje mi się że ja chyba też kocham za bardzo męża.
Mam nadzieję, że wkrótce się odważę i opiszę Wam moją historię.
Wspominałyście na tym forum o książce KOBIETY, KTÓRE KOCHAJĄ ZA BARDZO, czy może ktoś ma tą książkę w pdf i mógłby mi ją przesłać na maila
Mam nadzieję że może w niej znajdę odpowiedzi na moje pytania.
Z góry dziękuję i pozdrawiam

23 651

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Truski napisał/a:
hm... napisał/a:

Witaj smile
Dlaczego zniszczyłaś i dlaczego byś wróciła mimo, że było źle?

Wybaczcie za tak długą wiadomość, ale postaram się tu jakoś nakreślić sytuację.

Związaliśmy się, gdy ja miałam 17 lat, on 19. W moim domu nie działo się dobrze, rodzice byli rozwiedzeni, mieszkałam z mamą i jej partnerem. Ich związek polegał na ciągłych awanturach, wyrzucaniu się z domu, oskarżeniach, rzucaniu przedmiotami. A potem matka przychodziła i godzinami zwierzała się ze swoich problemów. Chciałam stamtąd uciec, a mój chłopak był taki dojrzały, pracował, uczył się, opiekował się mną, obiecywał, że mnie stamtąd zabierze.

Jak powiedział - tak zrobił. W wieku 18 lat wyprowadziłam się z domu i wynajęłam z chłopakiem stancję. Moja matka była tak zajęta, że nie zauważyła, że się wyprowadziłam. Szybko się okazało, że nie jestem na to przygotowana. Starałam się, jak mogłam, ale wciąż to nie było obiadu  (w moim domu mama nie gotowała nigdy obiadów, dlatego kompletnie nie rozumiałam, jak można tego codziennie wymagać), to chłopak musiał coś posprzątać, a nie był tego nauczony.. Potem jakoś się przystosowałam, bardzo się starałam. Godziłam obowiązki domowe z nauką. Ale jego rodzina była wciąż niezadowolona. Przede wszystkim on nawet nie powiedział im, że się wyprowadza. Pojawiły się ogromne pretensje, że zrobił to znienacka i do tego mieszka ze mną bez ślubu. Jego rodzina (głównie matka i siostry) były niesamowicie konserwatywne. Wciąż wyżywały się na mnie i jątrzyły, opowiadały mu o mnie same złe rzeczy, a on niestety był na to bardzo podatny. Krzyczały "goń kobietę do garów" i tym podobne teksty.  Zaczął znikać na noc, mówiąc, że musi nocować z mamą, bo ta jest starszą, samotną kobietą i może jej się coś stać. W rzeczywistości - była o wiele sprawniejsza fizycznie ode mnie, ale dzwoniła i mówiła, że musi mnie zostawić i do niej przyjechać, bo ona się boi spać sama. Potrafiłam płakać całymi nocami, gdy go nie było. Wiedział o tym, ale nie reagował. W końcu chodzi o matkę. Nie znosiłam tych ludzi. Przyjeżdżali i obrażali mnie, to samo było w smsach i rozmowach z chłopakiem, a on nie reagował i mnie nie bronił.

Potem wyjechał na 3 miesiące na kurs z nowej pracy. Zostałam sama z całym domem, dwoma kotkami (w tym jednym ciężarnym), które przygarnęliśmy, szkołą i innymi obowiązkami. Było mi bardzo źle. Kiedy wrócił, zostawił mnie na dobre - było to na dzień przed maturą. Pokłóciliśmy, a on spakował swoje rzeczy i wyjechał. Potem przyjechał wraz z siostrą i zapakowali resztę rzeczy na moich oczach. Pamiętam jak klęczałam przed nim i błagałam, żeby tego nie robił. Przecież to tylko kłótnia, wszyscy się kłócą. Kochałam go bardzo. Prosiłam jego starszą siostrę, żeby wyszła na chwilę i pozwoliła nam na osobności porozmawiać, ale stała przy nim jak wartownik. Z bezsilności pomogłam mu pakować jego rzeczy.

Matura poszła mi fatalnie, nie tak jak oczekiwałam. Nic dziwnego, bo wychodziłam z egzaminu po kilkudziesięciu minutach, bo po prostu czułam, że rozkleję się na sali egzaminacyjnej. Egzaminy pisałam nie śpiąc przez trzy doby i nie jedząc przez trzy dni. Pomagali mi wtedy przyjaciele, którzy karmili mnie wręcz na silę. W tym samym czasie musiałam wyprowadzić się ze stancji, ponieważ nie stać mnie było na samodzielne jej utrzymywanie. Musiałam wrócić do mamy. Wiązało się to też z rozstaniem z moimi kotami (wiem, że brzmi to trywialnie, ale byłam z nimi bardzo mocno zżyta), co było trudne także z tego względu, że trudno znaleźć dom dla kotki z małymi. Miałam też problem z transportem rzeczy, bliscy mi wtedy bardzo pomogli.

Nie mogłam sobie wybaczyć, że zniszczyłam związek z tak wspaniałym, zaradnym i pracowitym człowiekiem. Wiedziałam, że jestem jeszcze gówniarą (nadal jestem), ale zawsze dźwigałam problemy innych, starszych osób, więc dlaczego miałam nie poradzić sobie z własnymi.

Za chłopakiem tym tęskniłam niemiłosiernie i robiłam wszystko, żeby odbudować ten związek. Przychodziłam do jego nowego mieszkania, ale nie zgadzałam się na seks, choć on przed długi czas tylko na to liczył. Potem przydarzyła się przykra sytuacja  z jego zdrowiem, a ja się nim zajęłam i zaopiekowałam i to chyba przekonało go, że moje uczucie jest szczere. Po 1-2 miesiącach wahań, czy chce być ze mną, czy nie - w końcu się zgodził. Wydawało mi się, że zaczynam żyć. Wtedy zaczęły się też problemy z moim zdrowiem, po spotkaniach z chłopakiem czasami lądowałam na SORze z bólami brzucha wręcz nie do zniesienia. Bałam się, ze chłopak znowu mnie zostawi w najmniej spodziewanej sytuacji.

Wyjechaliśmy razem na studia, dostałam się - wprawdzie nie na wymarzone, ale i tak byłam szczęśliwa. Zamieszkaliśmy razem. Gotowałam, prałam, sprzątałam. Nie sprawiało mi to szczególnej frajdy (poza gotowaniem), ale byłam szczęśliwa, że jesteśmy razem, on też. Uważał, że dobrze się stało, że mnie zostawił, ponieważ to nam wyszło na dobre. To był naprawdę dobry rok. Dobrze się dogadywaliśmy. Wprawdzie kłóciliśmy się, ale zdecydowanie rzadziej niż przedtem. Kiedy się już jednak kłóciliśmy, wpadałam w histerię, płakałam, okaleczałam się, dostawałam hiperwentylacji, a potem wymiotowałam. Mój chłopak nie reagował, odwracał się wtedy i nakrywał poduszką, żeby nie słyszeć jak płaczę. Uważał, ze robię to wszystko, aby coś na nim wymusić. Na drugi dzień lądowałam na SORze, kiedy przyjeżdżała karetka, gdy już nie byłam w stanie wytrzymać.  Raz z powodu hiperwentylacji kazał mi wysiadać z samochodu w połowie drogi między miastem rodzinnym, a miejscem gdzie studiowaliśmy. Wtedy całe szczęście nie zostawił mnie samej na trasie.

Tak minął pierwszy rok studiów, miałam bardzo dobre wyniki. Latem (miałam 20 lat) zauważyłam na głowie siwe włosy. Najpierw je wyrywałam, potem doszłam do wniosku, że za dużo ich, by je wyrywać. Problemy z jego rodziną nasiliły się, oczywiście jątrzenie i nastawianie go przeciwko mnie było normą. "Teściowa" w końcu wyzwała mnie i moją matkę od k*rew (ja - żyjąca bez ślubu, matka - po rozwodzie - taki był powód). Trzasnęłam wtedy pięścią w stół, łamiąc sobie przy tym paznokcie, mówiąc, że nikt w ten sposób nie będzie moich bliskich nazywał. Chłopak próbował mnie uspokoić, a jego matka wyzywała mnie dalej. Wzięłam samochód i pojechałam do domu mojego taty. Byłam bardzo roztrzęsiona. Wieczorem miałam przyjechać po chłopaka (został, aby skończyć budowę płotu, co wcześniej robiliśmy razem), ale powiedział, że musi zostać z matką, bo jeszcze nie skończył pracy. Przepraszał i był wyraźnie zagubiony. W tamtej chwili miałam to gdzieś, chciałam się znaleźć jak najdalej od tego miejsca, nawet bez niego. Wiedziałam, że już za dużo krzywd z tamtej strony. Przyjechałam na drugi dzień. Wcześniej przeprosiłam jego matkę za to, że uniosłam się w jej domu. Nazwała mnie nienormalną i powiedziała, że współczuje synowi.

Wróciliśmy do dawnego życia w mieście studenckim. Praktycznie co wieczór od dłuższego czasu (także na I roku studiów) zasypiałam we łzach. Chłopak ciągle pracował, a kiedy chciałam porozmawiać wieczorem mówił, że jest zmęczony, że chce spać, że jestem nienormalna, bo wymyślam dziwne pory na rozmowy i żebym go nie męczyła. Coś we mnie pękło i chciałam spędzać więcej czasu ze znajomymi, wychodzić i bawić się. Miałam 20 lat, a praktycznie nie uczestniczyłam w życiu studenckim. Raz z żalu opowiedziałam o wszystkim, co mnie spotkało koledze ze studiów. Był wstrząśnięty, że tak skrupulatnie to ukrywałam. Po kilku (zawsze wspólnych!) wypadach chłopak zrobił mi nieziemską awanturę, że wydaliśmy za dużo pieniędzy. Dzielilśmy się wtedy tak, że on robił opłaty, a ja kupowałam jedzenie, chemię i inne bieżące wydatki. Krzyczal, że jestem z nim tylko dla pieniędzy, a tak naprawdę go nie kocham. Było to bardzo absurdalne. Chciał, żebyśmy podzielili wydatki inaczej - tzn płacimy opłaty po połowie, a jedzenie kupujemy sobie sami. Mówił tez, że będzie liczył mi każdy kilometr, gdy jedziemy jego samochodem do domu. Zgodziłam się na wszystko, bo wiedziałam, że nie zrobi to żadnej różnicy, oprócz oddawania za paliwo - bo wydawało mi się to kompletnie absurdalne, że mój chłopak chce mi liczyć każdy litr benzyny. Taniej wyszłoby autobusem. W czasie kłótni spakowałam się i wyszłam, a on nawet nie próbował mnie zatrzymać, mimo, że była noc, a my mieszkaliśmy na jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic miasta. Próbował zabrać mi klucze, ale nie oddałam ich, bo tak samo mieszkałam w tym miejscu i tak samo miałam wkład finansowy. Zadzwoniłam do przyjaciółki, która kupiła mi bilet do siebie do Warszawy, tylko musiałam go gdzieś wydrukować. Zaszłam więc do tego kolegi ze studiów. Pociąg odjeżdżał o 6.00 więc całą noc spędziłam u kolegi, płacząc i martwiąc się o mojego chłopaka, który nie zainteresował się w ogóle co się ze mną dzieje. Wtedy to ja bardzo się bałam, że poszedł mnie szukać i coś się stało albo coś sobie zrobił. Rano napisałam do niego smsa, że jestem w pociągu do Warszawy, tylko dlatego, ze chciałam by odpisał, żebym wiedziała, że żyje i jest zdrowy!

Wróciłam po weekendzie. "Pogodziliśmy się". Chłopak niezbyt przekonująco, ale przeprosił za absurdalne wymagania, bym płaciła za paliwo i zadeklarował, że to mam u niego zawsze za darmo, gdy jedziemy do domu. Niby wszystko było ok, ale już nie rozmawialiśmy jak kiedyś... raczej ja już nie próbowałam z nim wcale rozmawiać, bo już nie wierzyłam, że mnie kiedykolwiek wysłucha. Mieliśmy oddzielne jedzenie, rozliczaliśmy się co do grosza - jak współlokatorzy, nie partnerzy. Szybko okazało się, że chłopak musi wziąć kredyt, by pospłacać wszystkie swoje gadżety, ja zaś wychodziłam około. 200 zł miesięcznie na plusie. Natomiast z kolegą byłam coraz bliżej, chętnie mnie słuchał, rozumiał i pomagał. Imprezowaliśmy we trójkę lub w większym gronie. Z chłopakiem coraz bardziej się oddalałam, ale widziałam, że wspólne imprezy z tym właśnie kolegą sprawiają mu radość. Raz, już pod koniec naszego związku, gdy znów miałam atak hiperwentylacji przytulił mnie i nie udawał, że nie słyszy. Tulił aż się uspokoiłam i mimo, że była 2 w nocy nie krzyczał, że nie daję mu spać, a on jest zmęczony i zapracowany. Na drugi dzień był jednak za to obrażony. Widział, co się dzieje, ale nie próbował mnie odzyskać.

Kiedy zdał ostatni egzamin w zimowej sesji, przyznałam się, że go zdradziłam. Zareagował ze spokojem. Mówił, że rozumie, wybacza i że to nasza wspólna wina. Przez kilka dni byliśmy naprawdę blisko, tak jak kiedyś. Chciałam to ratować. Potem jednak wrócił z rodzinnego domu, pojechał sam, i już nie był pewien naszego związku. Twierdził, że nie będzie umiał mi zaufać (wcale się nie dziwię). Z dnia na dzień atmosfera pogarszała się, a ja poprosiłam w końcu, by nie mówił, że nie wie, co będzie tylko podjął decyzję. Nie chciałam znowu znosić piekła niepewności. Zdecydował, że nie chce być ze mną i że to ostateczna decyzja. Płakałam, próbował mnie przytulić, ale odsunęłam go, bo wiem, ze psychicznie bym tego nie zniosła. Wtedy aż tak mnie to wszystko nie obeszło. Wyprowadziłam się, a przez ostatnie dni chłopak traktował mnie coraz gorzej, z pogardą i nienawiścią (też się nie dziwię). Kiedy pakował rzeczy znalazłam paczkę prezerwatyw leżącą obok mojego zdjęcia (nie były nasze, lecz jego). Znajomość z kolegą nie trwała długo, szybko okazał się zupełnie innym człowiekiem niż ten, za którego go miałam. Wydawało mi się przez moment, że będę żyć bez upokorzeń i w spokoju, ale człowiek ten tak mnie irytował, że robiłabym mu krzywdę będąc z nim w związku.

Wtedy do mnie dotarło, co się naprawdę stało, co naprawdę zrobiłam. Mam o sobie fatalne mniemanie. Po tym, co zrobiłam nie umiem się podnieść. Napady lęków, samotność, brak wsparcia ze strony bliskich... Musiałam wykrzyczeć mój problem. Tata i moja przyjaciółka bardzo mi pomagają, na innych nie liczę, bo bardzo się zawiodłam. Mam myśli samobójcze, ponieważ skrzywdziłam człowieka, mojego chłopaka, który był dla mnie dobry, tylko zagubiony i zmanipulowany przez rodzinę. Można było walczyć o ten związek, o niego, o to by był lepszym człowiekiem, ale ja poszłam najłatwiejszą z możliwych dróg i zostawiłam kogoś, kto mnie po swojemu, ale kochał. Zrobiłam mu wielką krzywdę. Po tym wszystkim czuję, że nie mam prawa się narzucać, przepraszać. Staram się absolutnie nie pisać, aby mógł sobie ułożyć życie i zapomnieć o mnie i krzywdach jakie mu wyrządziłam. W czasie pół roku napisałam tylko dwa albo trzy razy zapytałam, czy wszystko w porządku. Trzy tygodnie temu on także się odezwał (I raz po pół roku milczenia!!!), ale nasza rozmowa trwała krótko i raczej nie próbował jej podtrzymać. Wiem, że ma o mnie fatalne mniemanie. Przez cały czas trwania naszego związku bardzo się dla niego starałam, chciałam by tylko był szczęśliwy i byłam "zapatrzona". Dopiero pod koniec zwątpiłam w swoje możliwości, zamiast naprawiać to, co było, poszłam najgorszą z możliwych ścieżek. Nie próbuję się wybielać. Zrobiłam coś strasznego. Żałuję, strasznie żałuję, że nie włożyłam wysiłku w ten związek. Dziś jestem sama i jest mi bardzo bardzo trudno. Próbuję przeżyć dzień, odliczam te dni. Codziennie myślę tylko o tym, żeby się napić (ale powstrzymuję sie od tego) - w zamian idę spać, żeby ukoić, nerwy. Tak potrafię cały dzień. Nie wiem, czy się staczam. Nie mam pracy, bo na razie nie jestem w stanie nawet normalnie funkcjonować z ludźmi. Wstawać mi się nie chce ani nic robić. Próbuję wziąć się za siebie, bo wstyd mi, że tak się zachowuję. Wyrzuty sumienia są jednak tak silne, że nie mogę ich znieść, pchają mnie do najgorszego. To jest coś, co będzie ze mną do końca życia. Nie umiem sobie wybaczyć.

Przepraszam za tak długą wiadomość, musiałam to z siebie wyrzucić.
Dziękuję za wszelkie odpowiedzi, są dla mnie bardzo ważne!!!

Jak go zniszczyłaś?
Skąd te napady?
Chciałaś wymusić na nim swoje racje?
Przeprosiłaś jego matkę za to, że Ciebie wyzywała?
Bardzo chciałaś żeby Cię zatrzymał w tą noc?

Wiesz dlaczego zdradziłaś?
Nie chodziło o seks, chciałaś się poczuć kochana.
Cały czas tego szukasz, u chłopaka, u kolegi, szukasz, nie znajdujesz i tam tego nie znajdziesz.
Ja myślę, że chłopak tak jak Ty ma problemy ze sobą. Jego matka ewidentnie także. Wszelkie poniżania, upokarzania.
Nie kochasz siebie więc jak chcesz kochać kogoś? I jak chcesz być kochana?
Twoje ciało odchorowuje wszystko co sięvdzieje w Twojej głowie.
A może by tak zawalczyć o siebie, nie o niego? Czy on rozumiał Ciebie?
Acha, kochał po swojemu. No tak.
Racjonalizujesz okrutnie.
A czy on uważa, że zrobiłaś mu krzywdę?
Napić, a. I to pomoże?


Truski. Nie jesteś już dzieckiem.
Popełniłaś błąd, bo nie mogłaś siebie odnaleźć i dalej nie możesz. I powiem Ci jedno, jeśli nie weźmiesz się za siebie to będziesz robić tylko głupoty, których zawsze będziesz żałować.
Matkę widzę miałaś podobną do mojej. Zaakceptować jaka jest, nie potrafi inaczej, jej sprawa. Nie masz na to wpływu.
Uciekłaś od niej po orostu. Zdajesz sobie z tego sprawę.
Przeczytaj co pisałam parę stron temu. Jak będziesz mieć pytania służę pomocą.

Jeśli samej sobie nie powiesz co czujesz nie uspokoisz się, nie będziesz szczęśliwa, nie poczujesz się kochana i nikt prócz Ciebie samej tego Ci nie da.

Wparowałaś w związek bez szorca, bez przygotowania, bez poczuciac wewnętrznej stabilizacji, bezpieczeństwa, własnej wartości. Rozumiesz?

Każdy popełnia błędy, ale nic nie dzieje się bez przyczyny.
Daj sobie prawo poczuć się bezsilną, bezradną i słabą, zaopiekuj się sobą, zrozum siebie, zastanów się dlaczego tevwszystkie sytuacjevw Twoim życiu się wydarzyły i dlaczego.
Dużapanna robi świetną analizę.

Powiem Ci coś nie jesteś do niczego jesteś zagubiona, nieszczęśliwa i samotna i tylko Ty możesz to zmienić. Tylko Ty. Samo się nie zrobi.
Tylko czy chcesz?

23 652

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Trochę wcinam się w dyskusję, ale może ktoś się uśmiechnie, jak napiszę, że już czuję pozytywny skutek zmian [mimo, że to małe zmiany i początki]. Wczoraj wyruszyłam na pierwszy afirmacyjny spacer, a dzisiaj gotowałam dla siebie -TYLKO DLA SIEBIE - pyszny obiad. I nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, że kalorie. Robiłam coś dobrego dla siebie i poczułam się.. ważniejsza smile [ a na gazie pyrka sobie bulion warzywny, który uwielbiam, ale kto to widział gotować zupę dla samej siebie wink)

23 653

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Truski napisał/a:

Godziłam obowiązki domowe z nauką. Ale jego rodzina była wciąż niezadowolona. Przede wszystkim on nawet nie powiedział im, że się wyprowadza. Pojawiły się ogromne pretensje, że zrobił to znienacka i do tego mieszka ze mną bez ślubu. Jego rodzina (głównie matka i siostry) były niesamowicie konserwatywne. Wciąż wyżywały się na mnie i jątrzyły, opowiadały mu o mnie same złe rzeczy, a on niestety był na to bardzo podatny.
(...)
Potrafiłam płakać całymi nocami, gdy go nie było. Wiedział o tym, ale nie reagował. W końcu chodzi o matkę. Nie znosiłam tych ludzi. Przyjeżdżali i obrażali mnie, to samo było w smsach i rozmowach z chłopakiem, a on nie reagował i mnie nie bronił.
(...)
Pamiętam jak klęczałam przed nim i błagałam, żeby tego nie robił. Przecież to tylko kłótnia, wszyscy się kłócą. Kochałam go bardzo. Prosiłam jego starszą siostrę, żeby wyszła na chwilę i pozwoliła nam na osobności porozmawiać, ale stała przy nim jak wartownik.

Z bezsilności pomogłam mu pakować jego rzeczy.
(...)

Mój chłopak nie reagował, odwracał się wtedy i nakrywał poduszką, żeby nie słyszeć jak płaczę. Uważał, ze robię to wszystko, aby coś na nim wymusić. Na drugi dzień lądowałam na SORze, kiedy przyjeżdżała karetka, gdy już nie byłam w stanie wytrzymać.  Raz z powodu hiperwentylacji kazał mi wysiadać z samochodu w połowie drogi między miastem rodzinnym, a miejscem gdzie studiowaliśmy. Wtedy całe szczęście nie zostawił mnie samej na trasie.
(...)
Chłopak ciągle pracował, a kiedy chciałam porozmawiać wieczorem mówił, że jest zmęczony, że chce spać, że jestem nienormalna, bo wymyślam dziwne pory na rozmowy i żebym go nie męczyła.
(...)
Po kilku (zawsze wspólnych!) wypadach chłopak zrobił mi nieziemską awanturę, że wydaliśmy za dużo pieniędzy.  Krzyczal, że jestem z nim tylko dla pieniędzy, a tak naprawdę go nie kocham. Było to bardzo absurdalne.
(...)
W czasie kłótni spakowałam się i wyszłam, a on nawet nie próbował mnie zatrzymać, mimo, że była noc, a my mieszkaliśmy na jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic miasta.
(...)
Kiedy zdał ostatni egzamin w zimowej sesji, przyznałam się, że go zdradziłam. Zareagował ze spokojem. Mówił, że rozumie, wybacza i że to nasza wspólna wina. Przez kilka dni byliśmy naprawdę blisko, tak jak kiedyś. Chciałam to ratować. Potem jednak wrócił z rodzinnego domu, pojechał sam, i już nie był pewien naszego związku. Twierdził, że nie będzie umiał mi zaufać (wcale się nie dziwię). Z dnia na dzień atmosfera pogarszała się, a ja poprosiłam w końcu, by nie mówił, że nie wie, co będzie tylko podjął decyzję. Nie chciałam znowu znosić piekła niepewności. Zdecydował, że nie chce być ze mną i że to ostateczna decyzja. Płakałam, próbował mnie przytulić, ale odsunęłam go, bo wiem, ze psychicznie bym tego nie zniosła. Wtedy aż tak mnie to wszystko nie obeszło. Wyprowadziłam się, a przez ostatnie dni chłopak traktował mnie coraz gorzej, z pogardą i nienawiścią (też się nie dziwię). Kiedy pakował rzeczy znalazłam paczkę prezerwatyw leżącą obok mojego zdjęcia (nie były nasze, lecz jego). Znajomość z kolegą nie trwała długo, szybko okazał się zupełnie innym człowiekiem niż ten, za którego go miałam. Wydawało mi się przez moment, że będę żyć bez upokorzeń i w spokoju, ale człowiek ten tak mnie irytował, że robiłabym mu krzywdę będąc z nim w związku.

Wtedy do mnie dotarło, co się naprawdę stało, co naprawdę zrobiłam. Mam o sobie fatalne mniemanie. Po tym, co zrobiłam nie umiem się podnieść. Napady lęków, samotność, brak wsparcia ze strony bliskich... Musiałam wykrzyczeć mój problem. Tata i moja przyjaciółka bardzo mi pomagają, na innych nie liczę, bo bardzo się zawiodłam. Mam myśli samobójcze, ponieważ skrzywdziłam człowieka, mojego chłopaka, który był dla mnie dobry, tylko zagubiony i zmanipulowany przez rodzinę. Można było walczyć o ten związek, o niego, o to by był lepszym człowiekiem, ale ja poszłam najłatwiejszą z możliwych dróg i zostawiłam kogoś, kto mnie po swojemu, ale kochał. Zrobiłam mu wielką krzywdę. Po tym wszystkim czuję, że nie mam prawa się narzucać, przepraszać. Staram się absolutnie nie pisać, aby mógł sobie ułożyć życie i zapomnieć o mnie i krzywdach jakie mu wyrządziłam. W czasie pół roku napisałam tylko dwa albo trzy razy zapytałam, czy wszystko w porządku. Trzy tygodnie temu on także się odezwał (I raz po pół roku milczenia!!!), ale nasza rozmowa trwała krótko i raczej nie próbował jej podtrzymać. Wiem, że ma o mnie fatalne mniemanie. Przez cały czas trwania naszego związku bardzo się dla niego starałam, chciałam by tylko był szczęśliwy i byłam "zapatrzona". Dopiero pod koniec zwątpiłam w swoje możliwości, zamiast naprawiać to, co było, poszłam najgorszą z możliwych ścieżek. Nie próbuję się wybielać. Zrobiłam coś strasznego. Żałuję, strasznie żałuję, że nie włożyłam wysiłku w ten związek. Dziś jestem sama i jest mi bardzo bardzo trudno. Próbuję przeżyć dzień, odliczam te dni. Codziennie myślę tylko o tym, żeby się napić (ale powstrzymuję sie od tego) - w zamian idę spać, żeby ukoić, nerwy. Tak potrafię cały dzień. Nie wiem, czy się staczam. Nie mam pracy, bo na razie nie jestem w stanie nawet normalnie funkcjonować z ludźmi. Wstawać mi się nie chce ani nic robić. Próbuję wziąć się za siebie, bo wstyd mi, że tak się zachowuję. Wyrzuty sumienia są jednak tak silne, że nie mogę ich znieść, pchają mnie do najgorszego. To jest coś, co będzie ze mną do końca życia. Nie umiem sobie wybaczyć.

Przepraszam za tak długą wiadomość, musiałam to z siebie wyrzucić.
Dziękuję za wszelkie odpowiedzi, są dla mnie bardzo ważne!!!

Truski, zostawiłam niektóre zdania z Twojej wypowiedzi. Spróbuj je przeczytać tak, jakby mówiła to obca kobieta.
Czy myślisz, że tak powinien zachowywać się kochający facet?
Nie tłumacz go rodziną i chorymi układami w rodzinie. Facet z którym jesteś ma Cie chronić, ma być zawsze po Twojej stronie i koniec kropka.
Wszystkie robimy ten sam błąd. Tłumaczymy innych. On jest taki biedny, miał trudne dzieciństwo, matka nim manipuluje. To nie jest istotne!
Istotne jest to, Truski, że Ty zasługujesz na tysiąc razy lepsze traktowanie!
Jesteś mądrą dziewczyną. Na pewno dojdziesz do tego, dlaczego tak jest w Twoim życiu. Przeczytaj sobie "Kobiety, ktore kochają za bardzo" a potem inne książki polecane tu na forum. Są dostępne w necie w formie pdf. Jak chcesz mogę Ci wysłać.

Kochana trudne lata za Tobą, ale dość tego. Czas zawalczyć i nie o żadego faceta o o siebie. Przytulam...

23 654

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Even napisał/a:

Trochę wcinam się w dyskusję, ale może ktoś się uśmiechnie, jak napiszę, że już czuję pozytywny skutek zmian [mimo, że to małe zmiany i początki]. Wczoraj wyruszyłam na pierwszy afirmacyjny spacer, a dzisiaj gotowałam dla siebie -TYLKO DLA SIEBIE - pyszny obiad. I nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, że kalorie. Robiłam coś dobrego dla siebie i poczułam się.. ważniejsza smile [ a na gazie pyrka sobie bulion warzywny, który uwielbiam, ale kto to widział gotować zupę dla samej siebie wink)

Even ciesze sie z Twoich pozytywnych skutków smile
Czy możesz mi napisać dlaczego afirmacja ma być połączona akurat ze spacerem? Może mi też sie przyda taka forma.

A propos gotowania, ja wczoraj zrobiłam sobie ziemniaki z kefirem big_smile specjalnie dla siebie! i byłam z siebie dumna. To dla mnie dużo, bo zwykle mi sie nie chce i tylko kanapki wcinam wink

23 655

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

A u mnie nadchodzi trudniejszy moment. W momencie kiedy mąż mnie zrani na maksa, odseparowuję się, żyjemy w osobnych pokojach, nie odzywamy sie do siebie - wtedy łatwiej mi myśleć o sobie, czytam sobie książki, wychodzę z domu, jest jakoś tak inaczej.

Właśnie zaczęła się faza, w której zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym. Mamy gościa w domu więc przerwałam milczenie, żeby gość czuł się komfortowo, poza tym ze względów lokalowych musimy spać przez te kilka dni w jednym pokoju.

Obawiam się tego, że znów zatracę to swoje "bycie osobno". Za każdym razem tak było, że zaczynaliśmy gadać, następował względny spokój w zyciu codziennym a ja płynnie przechodziłam od poszukiwania siebie, to biernego nic nie robienia u jego boku. Jak tego uniknąć?...

23 656 Ostatnio edytowany przez hm... (2013-07-19 19:58:05)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Sol_1 napisał/a:
zabka-k napisał/a:

Na dziś pewnie tyle Kochane Kobietki - uciekam odebrać torty bliźniaczek, dziś u mnie imprezka smile

Pewnie padnę wieczorem do łóżka opchana dobrociami i nie zajrzę już smile

Pozdrawiam!!!!

Milego wieczoru.

Hm.. czytam, ale powoli bo sporo tego smile

Dzieki wszystkim za pomoc i dobre slowo.
Wiem, ze zmiany w moim zyciu zaleza tylko ode mnie. Tylko strach przed nimi mnie paralizuje. Ciagle mam nadzieje, ze moze bedzie lepiej, pouklada sie, ze jak sie zmienie, zgodze bedzie cudownie. Ale w glebi duszy wiem, ze nie bedzie. Ze nie bede potrafila zyc z obcym czlowiekiem, ze nie patrze juz na niego jak pare lat temu (on zapewne na mnie tez nie) i za duzo sie tego uzbieralo. Kwestia czasu jest, ze znajdzie kogos innego (o ile juz nie znalazl), a ja w glebi duszy zycze mu, ze jezeli tak ma byc, zeby trafil na osobe ktora wie czego chce i pokaze mu to. Kiedys ja tez wiedzialam czego chce, bylam zaradna, ceniona w pracy, a pozniej to zniknelo sad

Czytaj powoli smile
Strach matką destrukcji.
I na tym "w duszy się skup".
Zadbasz o siebie i spojrzysz inaczej, na wszystko smile

No nie, nie matkoteresuj tylko no smile

23 657

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Even napisał/a:

Trochę wcinam się w dyskusję, ale może ktoś się uśmiechnie, jak napiszę, że już czuję pozytywny skutek zmian [mimo, że to małe zmiany i początki]. Wczoraj wyruszyłam na pierwszy afirmacyjny spacer, a dzisiaj gotowałam dla siebie -TYLKO DLA SIEBIE - pyszny obiad. I nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, że kalorie. Robiłam coś dobrego dla siebie i poczułam się.. ważniejsza smile [ a na gazie pyrka sobie bulion warzywny, który uwielbiam, ale kto to widział gotować zupę dla samej siebie wink)

No proszę.
Podświadomość będzie bronić się przed spacerem jeszcze, jak będzie lało albo pojutrze.
Cieszę się smile
Pamiętaj o spacerze, codziennie smile

23 658

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
duzapanna napisał/a:
Even napisał/a:

Trochę wcinam się w dyskusję, ale może ktoś się uśmiechnie, jak napiszę, że już czuję pozytywny skutek zmian [mimo, że to małe zmiany i początki]. Wczoraj wyruszyłam na pierwszy afirmacyjny spacer, a dzisiaj gotowałam dla siebie -TYLKO DLA SIEBIE - pyszny obiad. I nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, że kalorie. Robiłam coś dobrego dla siebie i poczułam się.. ważniejsza smile [ a na gazie pyrka sobie bulion warzywny, który uwielbiam, ale kto to widział gotować zupę dla samej siebie wink)

Even ciesze sie z Twoich pozytywnych skutków smile
Czy możesz mi napisać dlaczego afirmacja ma być połączona akurat ze spacerem? Może mi też sie przyda taka forma.

A propos gotowania, ja wczoraj zrobiłam sobie ziemniaki z kefirem big_smile specjalnie dla siebie! i byłam z siebie dumna. To dla mnie dużo, bo zwykle mi sie nie chce i tylko kanapki wcinam wink

Miałam napisać dlaczego afirmacja akurat ze spacerem, ale zostawię to Evan smile

23 659

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
duzapanna napisał/a:

A u mnie nadchodzi trudniejszy moment. W momencie kiedy mąż mnie zrani na maksa, odseparowuję się, żyjemy w osobnych pokojach, nie odzywamy sie do siebie - wtedy łatwiej mi myśleć o sobie, czytam sobie książki, wychodzę z domu, jest jakoś tak inaczej.

Właśnie zaczęła się faza, w której zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym. Mamy gościa w domu więc przerwałam milczenie, żeby gość czuł się komfortowo, poza tym ze względów lokalowych musimy spać przez te kilka dni w jednym pokoju.

Obawiam się tego, że znów zatracę to swoje "bycie osobno". Za każdym razem tak było, że zaczynaliśmy gadać, następował względny spokój w zyciu codziennym a ja płynnie przechodziłam od poszukiwania siebie, to biernego nic nie robienia u jego boku. Jak tego uniknąć?...

Poszukiwaç siebie u jego boku smile

23 660

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Sol - wolno czytaj, ale szybko działaj big_smile

Posty [ 23 596 do 23 660 z 26 310 ]

Strony Poprzednia 1 … 362 363 364 365 366 … 405 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026