Drogie kobietki,
czytam i widzę 'byliśmy 3 lata, 4 lata, 5 lat'... Opowiem Wam moją historię, bo ostatnio (o wiele za późno) zdałam sobie sprawę, że kochałam za bardzo...
Otóż 'my' byliśmy ze sobą 10 lat. Było czasem burzliwie, czasem namiętnie, było kilka rozstań i powrotów. Ale zawsze byliśmy razem. Przeżyłam z nim całą swoją młodość, wszystkie możliwe 'pierwsze razy'. Wszystko było z nim, dla niego. Nie wyobrażałam sobie życia z kimś innym. W 2011 roku wzięliśmy ślub. Po kilku miesiącach zaszłam w ciążę. W drugim miesiącu ciąży mój 'mąż' poprostu z dnia na dzień wyprowadził się z domu do swoich rodziców, uzasadniając to tym, że nie pasujemy do siebie charakterami (bo niby za często się kłóciłam o byle co) i że chce sobie znaleźć inną kobietę i być z nią szczęśliwy. Chciał, bym usunęła ciążę, bo tak 'będzie nam łatwiej', jak się wyraził. Nie zrobiłam tego. Jestem katoliczką, to był dla mnie szok, chciałam ratować małżeństwo za wszelką cenę. Jak głupia błagałam, prosiłam, poniżałam się by tylko wrócił. Wszystko na nic. Winiłam siebie za wszystko. Moje życie straciło sens. Dniami i nocami płakałam, nie jadłam nic. Miałam depresję. Nawet w kryzysowym momencie, kiedy chciałam się zabić, on urządził mi awanturę zamiast pomóc... Zafundował mi też wiele innych, przykrych i poniżających rzeczy. Przez cały okres ciąży nie dostałam od niego ani grosza. Nie żeby mi zależało na pieniądzach, ale on nawet tego nie zaproponował. Ciąża, zamiast najpiękniejszym, była najgorszym czasem w moim życiu... W końcu urodziłam w tym roku synka. To cud, że urodził się zdrowy po tym wszystkim, co 'mężulek' zafundował mi w ciąży... Nie chciałam go znać. Powiedziałam, że nic od niego nie chcę, ani kasy ani nic, tylko święty spokój. Ale teraz obudził się w nim 'wielki tatuś', chce odwiedzać dziecko, udzielać się itp. Ale alimentów nie chce płacić więcej niż 300 zł. Pozwalam mu przyjeżdżać raz w tygodniu, bo więcej jego wizyt nie zniosłabym, wykańczają mnie nerwowo... Tuż po urodzeniu dziecka oznajmił, że chce rozwodu. Cały czas zwlekał i nie złożył pozwu. Cały czas wini mnie za to wszystko, co się stało... że to ja byłam taka i taka itp... Niedługo minie rok, jak się wyprowadził. Rok samotności. W maju to ja złożyłam sprawę rozwodową z orzeczeniem o jego winie za rozpad małżeństwa. Ta decyzja kosztowała mnie wiele nerwów i wątpliwości, ale zdecydowałam się, bo nie potrafię już tkwić w tym martwym punkcie, muszę zrobić coś ze swoim życiem, zrobić krok do przodu... Nadal zdarzają mi się kryzysowe momenty, choć zdecydowanie rzadziej niż kiedyś. Chodzę od niedawna do psycholożki, bardzo mi to pomaga. To ona uświadomiła mi, że cierpię na 'kochanie za bardzo'. Czytając książkę Robin Norwood miałam wrażenie, że czytam swoją historię. Jestem teraz coraz silniejsza (a przynajmniej tak mi się zdaje). Mam nadzieję, że wyjdę z tej choroby i zacznę w końcu żyć normalnie, choć do tego chyba jeszcze długa droga... Być może powinnam być wdzięczna 'jemu' za to rozstanie, ale nie potrafię mu wybaczyć, bo wybrał najgorszy z możliwych czas swojej decyzji i najgorszą z możliwych formę.
Teraz oczywiście, z perspektywy czasu uświadamiam sobie, jak wielki to było 'uzależnienie' od niego, nie miałam własnego życia, własnych uczuć, byłam pochłonięta nim i 'ulepszaniem' go, uświadomiłam sobie jakie popełniałam błędy w naszym związku. Ale żaden z nich nie był powodem do takiej jego 'ucieczki'. Wszystkie dałoby się rozwiązać, gdyby tylko chciał (np. z pomocą psychologa, poradni małżeńskiej itp.). Ale nie chciał. Wolał dla własnej wygody opuścić żonę w ciąży. Dla mnie było to tym bardziej dramatyczne, bo mieszkam na wsi, gdzie plotki rozchodzą się w błyskawicznym tempie, gdzie po tygodniu każdy miał swoją wersję plotek i gdzie takie 'coś' jest niespotykane...
Teraz czeka mnie niezła wojna w sądzie, bo on nie odpuści tak łatwo. Bardzo się zmienił od czasu swojej wyprowadzki z domu. Mogę śmiało powiedzieć, że nie znam człowieka, stał mi się taki obcy... To tak boli, bo kiedyś byliśmy dla siebie wszystkim pomimo kryzysów i kłótni... Teraz nie rozmawiamy wcale, bo na wszystkie moje pytania odpowiada wymijająco albo wcale... Kontaktujemy się tylko poprzez smsy żeby umawiać się na jego przyjazdy do dziecka. I do tego jeszcze ta walka w sądzie... Strasznie się boję. Dodajcie mi odwagi...