netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

26 309 odpowiedzi1 691 278 wyświetleńzałożony przez bez serca, 21.10.2010

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Strony Poprzednia 1 … 347 348 349 350 351 … 405 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 22 621 do 22 685 z 26 310 ]

22 621

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:
virtuallna napisał/a:

kiedysbylam... Witaj Kochana :*

Siedzę sobie sama w pustym pokoju, mając za ścianą swojego ukochanego mężczyznę, który ZNOWU postanowił mnie zostawić... zobaczyłam, że jesteś zalogowana i postanowiłam uściskać Cię z całej siły chociaż wirtualnie. Teksty typu "cierpienie uszlachetnia" to w takiej sytuacji kompletne pierdoły! Widzą o tym te, które faktycznie kiedyś cierpiały. Serce boli po stracie i nic się z tym nie zrobi. Po prostu przejdzie... niestety dopiero z czasem.

Nie znam całej Twojej historii, więc nie zamierzam dawać Ci jakichś nieadekwatnych rad.
Wiem jedynie, że bardzo często mężczyznom potrzeba zamknąć się w pustelni na tydzień, miesiąc lub dwa, by dojść do ładu z własnymi emocjami. My w tym czasie wariujemy, bo usłyszałyśmy przecież masę obelg i przykrych słów, które bierzemy sobie do serca. To cholernie boli. Żyjesz gdzieś obok, wegetujesz, jesteś cieniem samej siebie. Czasem przyzwyczajasz się do nowego trybu jeszcze zanim on wyjdzie ze swojego pudełka i przestaje Ci zależeć czy to kiedyś nastąpi, a czasem on wychodzi odmieniony i rozmawiacie pół nocy drugie pół namiętnie się kochając.

Skoro tak bardzo tego chce, daj mu tę wolność. Nie płaszcz się, nie trać resztek godności, spróbuj być silna. Wbrew temu, jak być powinno nasza słabość w takim momencie utwierdza ich w przekonaniu, by odejść, siła imponuje.

I posłuchaj Kasi Cerekwickiej - "Siłaczka"... mnie pomaga wink

Całuję Cię i ściskam mocno.
Mądra kobieto smile

Każdy z nas potrzebuje czasem izolacji, bycia samemu. Nie żyjemy w symbiozie. Jesteśmy wolnymi odrębnymi jednostkami. Czasem ta chęć symbiozy z naszej strony i wieczna nierozłąka, powodują, że drugi człowiek i my sami nie wytrzymują tej klatki.
Miłość do siebie, pozwala spokojnie podejść do tego o czym piszesz u partnera - czyli jego czasu dla siebie, i nam samym pozwala dać sobie czas, gdy tego potrzebujemy. Szacunek do własnych i cudzych emocji, zamiast strachu. Wolność.
Jednak to jest coś innego, dotyczy sytuacji, gdy ktoś się z nami nie rozstaje.

Właśnie, strachu.

22 622

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:
hm... napisał/a:

Jak niewielu facetów potrafi tak rozmawiać. Potrafi wprost odpowiedzieć ns pytania.

A my potrafimy ? ;(
Wciąż ta komunikacja.
Fajnie, że jest szczery.

****

Zapomniałabym, na dobry początek dnia, zasłyszane w radiu. Lubię poniedziałkową podróż do pracy smile i piosenki, dodające energii...
[url=http://www.youtube.com/watch?v=e2XP5cc-AAQ]Nim stanie się tak [/ur]
Trzy cytaty:

Zimny poniedziałek
Gorącą stanie się niedzielą
...

Choć mało rozumiem
A dzwony fałszywe
Coś mówi mi, że
Jeszcze wszystko będzie możliwe
....

Nim stanie się tak
Jak gdyby nigdy nic nie było
Nim stanie się tak
JAK GDYBY NIGDY NIC

Miłego dnia smile

kiedysbylam Dlaczego masz się zmieniać dla niego?! Skoro nie chcesz popełniać więcej błędów, to przestań już teraz. I niech Ci zależy na własnym szczęściu, wtedy też dasz szczęście innym.
Przeświadczenie, że nasze poświęcanie, a nawet cierpienie, może kogoś uszczęśliwić jest głupotą. tak jak nikogo nie uszczęśliwią inne negatywne emocje - złość, zazdrość i takie tam. To wszystko jedno i to samo.

Myślę, że potrafimy.
Ja potrafię powiedzieć co czuję.


Zachowanie męża kiedyśbyłam przypomniało mi mnie kiedy odchodziłam.
Ja już miałam tak bardzo dość, byłam zrezygnowana, nie chciałam,mckkolwiek on nie zrobił nic to nie zmieniało. Płakał, błagał. Cóż.

22 623 Ostatnio edytowany przez hm... (2013-06-17 11:15:36)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
kiedysbylam napisał/a:

nie jest szczery! nie kocha mnie - bo zakochal sie w niej. a tego nie powiedzial. nie kocha mnie, zostawiajac mnie z mysla ze widocznie musialam zrobic cos tak zlego, ze przestal mnie kochac i byl taki nieszczesliwy. to jest chore! jak bardzo wartosciowa osoba bym nie byla, wiem ja kdbalam o ten zwiazek i sie staralam, naprawde nie moge sobie nic zarzucic. tzn popelnilam bledy teraz t owiem, ale nie celowo, nie mialam momentu kiedy osiadlam bym na laurach, wierzac ze cos mi sie nalezy!! ciagle dbalam jak potrafilam o niego, o nasz zwiazek i dom!! i mimo ze to wiem, jak on mnie zostawia w takim kontekscie to i tak czujesz sie jak nic, zero!! rycze dzisiaj jak bobr. zdjelam maske, nie chcialam normalnie juz funkcjonowac, dlatego nie pojechalam do pracy. tak plakalam po samym rozstaniu od razu, jak bylam u brata. dzisiaj przezywam to od nowa, jakbym drugi raz dowiedziala sie o tym samym.... porazka jakas

Ale wiesz, że nie kocha Ciebie, bo kocha ją?
Co to zmienia?
I choćbyś nie wiem jak się starała w Twoim pojęciu może to dla niego nic nie znaczyć, może nawet tego nie zauważyć. Rozumiesz?
Czasem robimy coś i zastanawiamy się, że przecież robimy tak dużo, kosztuje nas to trochę wysiłku. Ale druga strona wcale tego nie widzi.

22 624

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

Zachowanie męża kiedyśbyłam przypomniało mi mnie kiedy odchodziłam.
Ja już miałam tak bardzo dość, byłam zrezygnowana, nie chciałam,mckkolwiek on nie zrobił nic to nie zmieniało. Płakał, błagał. Cóż.

Mnie to też przypomina moje odejście od byłego męża. Ja chciałam go nadal kochać, naprawiać, ale nie umiałam w sobie tego znaleźć... To tak jakby człowiek chciał coś w sobie zaprogramować, ale nie potrafi.
Myślę, że wtedy dłuższa rozłąka może mogłaby pomóc. No i jego realna praca nad sobą, ale on nie dostrzegał własnej brutalności, cieszył się nią sad

Kiedysbylam, kolejny raz przeżywasz utratę - utratę nadziei.
Tak jak pisze hm.. powód jest nieistotny. Związek dwójki ludzi, to nie jest jakaś rzecz z dożywotnią gwarancją (a i te się psują). Mogłaś być idealna, a i tak się mogła skończyć. Związek to żywy organizm. Warto się pozbyć złudzeń, że coś jest na zawsze - szczególnie drugi człowiek.
Moja psycholog zawsze mi mówiła, że związek jest jak dzban, gdy się pojawi pęknięcie, zawsze się znajdzie ktoś, kto albo go rozbije, albo scali.
U Was widać było pęknięcie i niestety dzban jest rozbity.
Przed Tobą przewartościowanie całego Twojego świata. Też słowa miłość. To boli bardzo. Ale będzie dobrze, dojrzejesz, a życie Cię jeszcze niesamowicie zaskoczy.

Przytulam.

22 625

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

dziekuje Wam bardzo, narazie nie potrafie nic wiecej napisac. troche sie uspokoilam. zaczelam czytac 'milosc potrzebuje stanowczosci'. bardzo duzo sie zgaDZA - w jego zachowaniu i w moim rowniez. ze im bardziej ja chcialam tym bardziej on sie odsuwal - to na pewno. ale z 2 strony mysle sobie, ze w tym grudniu, styczniu, lutym, ja jakby zrozumialam ze on potrzebuje czasu i przestalam naprawde byc nachalna, odsunelam sie totalnie, nie zebral o milosc, cale dnie sie nie widzielismy i to tez nie pomoglo... bo wtedy nie zblizyl sie do mnie tylko zatonal w romansie. moze za krotko to trwalo, ze dalam mu ta swobode? zreszta, moze i dalam ale wiadomo, klatki nigdy nie otworzylam, no on wiedzial ze ja chce z nim byc tak bardzo. no i to pewnie byl blad, ze chcialam troche za bardzo i on do tego o tym wiedzial. nic, teraz, dopiero teraz - przyznaje, te klatke otwieram, daje mu wolnosc. nie moge go zatrzymac w zaden sposob i juz nawet nie chce. chce zrobic cos dla siebie, ale tak naprawde... tak jak teraz - czytam sobie te ksiazke. juz naprawde nie mysle ze moze cos sie zmieni - juz nie. czytam, ja dla samej siebie, bo mnie to ineresuje, wiadomo ze ten temat nie zniknie z dnia na dzien. ehh.. nic, szkoda ze tej czy innej tego typu ksiazki nie czytalam duzo wczesniej, zupelnie inaczej bym postepowala. Ale coz, czlowiek uczy sie cale zycie.

22 626

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Cześć dziewczynki, ja dziś bez humoru. Byłam u konowała, wyniki znośne ale USG fatalne sad czeka mnie wizyta u następnego konowała.

22 627

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:
hm... napisał/a:

Zachowanie męża kiedyśbyłam przypomniało mi mnie kiedy odchodziłam.
Ja już miałam tak bardzo dość, byłam zrezygnowana, nie chciałam,mckkolwiek on nie zrobił nic to nie zmieniało. Płakał, błagał. Cóż.

Mnie to też przypomina moje odejście od byłego męża. Ja chciałam go nadal kochać, naprawiać, ale nie umiałam w sobie tego znaleźć... To tak jakby człowiek chciał coś w sobie zaprogramować, ale nie potrafi.
Myślę, że wtedy dłuższa rozłąka może mogłaby pomóc. No i jego realna praca nad sobą, ale on nie dostrzegał własnej brutalności, cieszył się nią sad

Kiedysbylam, kolejny raz przeżywasz utratę - utratę nadziei.
Tak jak pisze hm.. powód jest nieistotny. Związek dwójki ludzi, to nie jest jakaś rzecz z dożywotnią gwarancją (a i te się psują). Mogłaś być idealna, a i tak się mogła skończyć. Związek to żywy organizm. Warto się pozbyć złudzeń, że coś jest na zawsze - szczególnie drugi człowiek.
Moja psycholog zawsze mi mówiła, że związek jest jak dzban, gdy się pojawi pęknięcie, zawsze się znajdzie ktoś, kto albo go rozbije, albo scali.
U Was widać było pęknięcie i niestety dzban jest rozbity.
Przed Tobą przewartościowanie całego Twojego świata. Też słowa miłość. To boli bardzo. Ale będzie dobrze, dojrzejesz, a życie Cię jeszcze niesamowicie zaskoczy.

Przytulam.

Ja bardzo wiele razy mówiłam, ale on nigdy nie słuchał. Bardzo długo mówiłam. Kiedy kategorycznie powiedziałam, że koniec, wtedy chciał rozmawiać. Ale ja już nie chciałam. Ja już byłam poza tym układem mentalnie. Mogło się walić i palić wtedy. Ja byłam już daleko.

Kiedyśbyłam, i może Ci się teraz wydawać, że my z Raki tutaj gadamy głupoty, że przecież jest bardzo ważne dlaczego.
Nie jest. Bo nigdy nie wiesz, powtórze po raz kolejny, co komu w głowie siedzi.
I wierz mi nawet mając kogoś u boku analiza zachowań nie jest dobrym doradcą, fakt, że może kiedy jest to ktoś z kim się zgadzamy to tej analizy nie ma. Że jest wtedy kiedy ktoś nas krzywdzi.

22 628

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
kiedysbylam napisał/a:

dziekuje Wam bardzo, narazie nie potrafie nic wiecej napisac. troche sie uspokoilam. zaczelam czytac 'milosc potrzebuje stanowczosci'. bardzo duzo sie zgaDZA - w jego zachowaniu i w moim rowniez. ze im bardziej ja chcialam tym bardziej on sie odsuwal - to na pewno. ale z 2 strony mysle sobie, ze w tym grudniu, styczniu, lutym, ja jakby zrozumialam ze on potrzebuje czasu i przestalam naprawde byc nachalna, odsunelam sie totalnie, nie zebral o milosc, cale dnie sie nie widzielismy i to tez nie pomoglo... bo wtedy nie zblizyl sie do mnie tylko zatonal w romansie. moze za krotko to trwalo, ze dalam mu ta swobode? zreszta, moze i dalam ale wiadomo, klatki nigdy nie otworzylam, no on wiedzial ze ja chce z nim byc tak bardzo. no i to pewnie byl blad, ze chcialam troche za bardzo i on do tego o tym wiedzial. nic, teraz, dopiero teraz - przyznaje, te klatke otwieram, daje mu wolnosc. nie moge go zatrzymac w zaden sposob i juz nawet nie chce. chce zrobic cos dla siebie, ale tak naprawde... tak jak teraz - czytam sobie te ksiazke. juz naprawde nie mysle ze moze cos sie zmieni - juz nie. czytam, ja dla samej siebie, bo mnie to ineresuje, wiadomo ze ten temat nie zniknie z dnia na dzien. ehh.. nic, szkoda ze tej czy innej tego typu ksiazki nie czytalam duzo wczesniej, zupelnie inaczej bym postepowala. Ale coz, czlowiek uczy sie cale zycie.

Moż na razie nic nie czytaj, bo to chyba zwiększa Twój ból.
Wiesz, jeśli ktoś kocha to nie ważne czy będzie za ścianą czy na przeciwnhm biegunie przez pół roku. Jeśli podejmie decyzję o romansie to będzie to tylko i wyłącznie jego decyzja. Jakkolwiek winę za rozpad związku zawsze ponoszą dwie strony. I choćby jedna tylko zdradziła a druga tylko się na to godziła. A jeśli nie ma porozumienia to nic nie poradzisz, bo cóż z tego, że tylko Ty będziesz się starać. Kiedy druga strona nie chce, kiedy się wyłączyła.
Wierz mi, że czasem zostaje już przekroczona granica i nie chcemy dajej i więcej, to z tej drugiej perspektywy.
I nawet jeśli zranił Ciebid, bo jest ona, to nie ma żadnego zdarzenia. Kiedyśbyłam to nie Twoja wina.
Oj zawile ja piszę.

22 629

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Ehdi napisał/a:

Cześć dziewczynki, ja dziś bez humoru. Byłam u konowała, wyniki znośne ale USG fatalne sad czeka mnie wizyta u następnego konowała.

Tajemniczo smile

22 630

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
kiedysbylam napisał/a:

dziekuje Wam bardzo, narazie nie potrafie nic wiecej napisac. troche sie uspokoilam. zaczelam czytac 'milosc potrzebuje stanowczosci'. bardzo duzo sie zgaDZA - w jego zachowaniu i w moim rowniez. ze im bardziej ja chcialam tym bardziej on sie odsuwal - to na pewno. ale z 2 strony mysle sobie, ze w tym grudniu, styczniu, lutym, ja jakby zrozumialam ze on potrzebuje czasu i przestalam naprawde byc nachalna, odsunelam sie totalnie, nie zebral o milosc, cale dnie sie nie widzielismy i to tez nie pomoglo... bo wtedy nie zblizyl sie do mnie tylko zatonal w romansie. moze za krotko to trwalo, ze dalam mu ta swobode? zreszta, moze i dalam ale wiadomo, klatki nigdy nie otworzylam, no on wiedzial ze ja chce z nim byc tak bardzo. no i to pewnie byl blad, ze chcialam troche za bardzo i on do tego o tym wiedzial. nic, teraz, dopiero teraz - przyznaje, te klatke otwieram, daje mu wolnosc. nie moge go zatrzymac w zaden sposob i juz nawet nie chce. chce zrobic cos dla siebie, ale tak naprawde... tak jak teraz - czytam sobie te ksiazke. juz naprawde nie mysle ze moze cos sie zmieni - juz nie. czytam, ja dla samej siebie, bo mnie to ineresuje, wiadomo ze ten temat nie zniknie z dnia na dzien. ehh.. nic, szkoda ze tej czy innej tego typu ksiazki nie czytalam duzo wczesniej, zupelnie inaczej bym postepowala. Ale coz, czlowiek uczy sie cale zycie.

Witaj!
Bardzo wiele się dzieje u Ciebie w ostatnich dniach...
Dotąd robiłaś wszystko, dokładnie wszystko, by zwrócić na siebie jego uwagę, na przemiany w sobie, w zachowaniu, w traktowaniu go... Robiłaś dla niego - nie dla siebie, jakoś mi się tak wydaje. Może się mylę. Wracam tak myślą do pierwszych tygodni i przypominam sobie, że wszystko, cokolwiek się działo, działo się z moim bardziej lub mniej świadomym przeświadczeniem, że "on" zauważy i zmieni decyzję. Że padnie grom z jasnego nieba, że rozpali ogień, że ... wink Nawet jak mówiłam, że robię coś dla siebie, to chyba niekoniecznie tak było. Kompletnie to wszystko było niespójne, bo jak zrozumiałam, że nie będę już z nim (taki dziwny impuls po terapii, wcale nie chodziło o świadome przemyślenie, czy analizę jego zachowania wobec mnie), to nagle.... przestałam się zachowywać w tamten sposób. Nie byłam naturalna w tym co robiłam. Nie byłam sobą. Dopiero kiedy intuicyjnie zrozumiałam, że ja z nim być nie mogę, zaczęłam robić coś dla siebie, szukać bycia sobą. Nie wiedziałam, jaka jestem!!!! Zrozumiałam dopiero niedawno, że tak się zatraciłam na tej orbicie wokół niego, wokół innych, że mnie kompletnie zabrakło. Szukałam siebie, a zwalałam winę na niego. Gdybym nie była podatna i chętna, nic takiego by się nie wydarzyło.
Trudno odnaleźć siebie prawdziwego smile I wcale nie trwa to krótko smile Ale to szukanie siebie jest przyjemne smile
Czytaj, rozmawiaj, przyglądaj się - głównie sobie smile Kiedyś przyjdzie moment, gdzie myśli nie będzie zaprzątać zbyt wiele negatywnych bodźców smile
Czytaj, ale nie próbuj wypracować sposobu postępowania mającego na celu zatrzymanie kogoś wink Postępowanie nasze zawsze powinno być identyczne - czy jesteśmy same, czy w trakcie polowania na motyle, czy podczas pożegnania z nimi, czy w trakcie związku smile Równowaga, spójność - to daje spokój smile Albo ktoś Cię zaakceptuje, albo nie. Nie można się zmieniać, nie można dostospwywać swojego postępowania do kogoś by z nim być, by go zatrzymać. Bo wtedy nie jesteśmy sobą. A jeśli nie potrafimy być sobą, to partner nie czuje do nas niczego prawdziwego. Bo my nie jesteśmy prawdziwi. Ja nie byłam. Gdybym się trzymała zdrowej troski o swoje ja, była bym dziś w innym miejscu na ziemi wink Nie żałuję jedynie dzieci w kontekście swojego postępowania smile
Wszystko co robisz - rób dla siebie smile Śniadanie rano, prysznic wieczorem, zakupy na obiad, bluzkę na wyjście. Planuj lub nie, rób tylko to, co sprawia że sama z sobą czujesz się dobrze i bezpiecznie. Jeśli nie czujesz się bezpiecznie - znaczy, że to jeszcze nie Ty, że trzeba szukać dalej smile
Takie z nas poszukiwaczki skarbów trochę wink

22 631

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
kiedysbylam napisał/a:

dziekuje Wam bardzo, narazie nie potrafie nic wiecej napisac. troche sie uspokoilam. zaczelam czytac 'milosc potrzebuje stanowczosci'. bardzo duzo sie zgaDZA - w jego zachowaniu i w moim rowniez. ze im bardziej ja chcialam tym bardziej on sie odsuwal - to na pewno. ale z 2 strony mysle sobie, ze w tym grudniu, styczniu, lutym, ja jakby zrozumialam ze on potrzebuje czasu i przestalam naprawde byc nachalna, odsunelam sie totalnie, nie zebral o milosc, cale dnie sie nie widzielismy i to tez nie pomoglo... bo wtedy nie zblizyl sie do mnie tylko zatonal w romansie. moze za krotko to trwalo, ze dalam mu ta swobode? zreszta, moze i dalam ale wiadomo, klatki nigdy nie otworzylam, no on wiedzial ze ja chce z nim byc tak bardzo. no i to pewnie byl blad, ze chcialam troche za bardzo i on do tego o tym wiedzial. nic, teraz, dopiero teraz - przyznaje, te klatke otwieram, daje mu wolnosc. nie moge go zatrzymac w zaden sposob i juz nawet nie chce. chce zrobic cos dla siebie, ale tak naprawde... tak jak teraz - czytam sobie te ksiazke. juz naprawde nie mysle ze moze cos sie zmieni - juz nie. czytam, ja dla samej siebie, bo mnie to ineresuje, wiadomo ze ten temat nie zniknie z dnia na dzien. ehh.. nic, szkoda ze tej czy innej tego typu ksiazki nie czytalam duzo wczesniej, zupelnie inaczej bym postepowala. Ale coz, czlowiek uczy sie cale zycie.

Witaj!
Bardzo wiele się dzieje u Ciebie w ostatnich dniach...
Dotąd robiłaś wszystko, dokładnie wszystko, by zwrócić na siebie jego uwagę, na przemiany w sobie, w zachowaniu, w traktowaniu go... Robiłaś dla niego - nie dla siebie, jakoś mi się tak wydaje. Może się mylę. Wracam tak myślą do pierwszych tygodni i przypominam sobie, że wszystko, cokolwiek się działo, działo się z moim bardziej lub mniej świadomym przeświadczeniem, że "on" zauważy i zmieni decyzję. Że padnie grom z jasnego nieba, że rozpali ogień, że ... wink Nawet jak mówiłam, że robię coś dla siebie, to chyba niekoniecznie tak było. Kompletnie to wszystko było niespójne, bo jak zrozumiałam, że nie będę już z nim (taki dziwny impuls po terapii, wcale nie chodziło o świadome przemyślenie, czy analizę jego zachowania wobec mnie), to nagle.... przestałam się zachowywać w tamten sposób. Nie byłam naturalna w tym co robiłam. Nie byłam sobą. Dopiero kiedy intuicyjnie zrozumiałam, że ja z nim być nie mogę, zaczęłam robić coś dla siebie, szukać bycia sobą. Nie wiedziałam, jaka jestem!!!! Zrozumiałam dopiero niedawno, że tak się zatraciłam na tej orbicie wokół niego, wokół innych, że mnie kompletnie zabrakło. Szukałam siebie, a zwalałam winę na niego. Gdybym nie była podatna i chętna, nic takiego by się nie wydarzyło.
Trudno odnaleźć siebie prawdziwego smile I wcale nie trwa to krótko smile Ale to szukanie siebie jest przyjemne smile
Czytaj, rozmawiaj, przyglądaj się - głównie sobie smile Kiedyś przyjdzie moment, gdzie myśli nie będzie zaprzątać zbyt wiele negatywnych bodźców smile
Czytaj, ale nie próbuj wypracować sposobu postępowania mającego na celu zatrzymanie kogoś wink Postępowanie nasze zawsze powinno być identyczne - czy jesteśmy same, czy w trakcie polowania na motyle, czy podczas pożegnania z nimi, czy w trakcie związku smile Równowaga, spójność - to daje spokój smile Albo ktoś Cię zaakceptuje, albo nie. Nie można się zmieniać, nie można dostospwywać swojego postępowania do kogoś by z nim być, by go zatrzymać. Bo wtedy nie jesteśmy sobą. A jeśli nie potrafimy być sobą, to partner nie czuje do nas niczego prawdziwego. Bo my nie jesteśmy prawdziwi. Ja nie byłam. Gdybym się trzymała zdrowej troski o swoje ja, była bym dziś w innym miejscu na ziemi wink Nie żałuję jedynie dzieci w kontekście swojego postępowania smile
Wszystko co robisz - rób dla siebie smile Śniadanie rano, prysznic wieczorem, zakupy na obiad, bluzkę na wyjście. Planuj lub nie, rób tylko to, co sprawia że sama z sobą czujesz się dobrze i bezpiecznie. Jeśli nie czujesz się bezpiecznie - znaczy, że to jeszcze nie Ty, że trzeba szukać dalej smile
Takie z nas poszukiwaczki skarbów trochę wink

22 632

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:
Ehdi napisał/a:

Cześć dziewczynki, ja dziś bez humoru. Byłam u konowała, wyniki znośne ale USG fatalne sad czeka mnie wizyta u następnego konowała.

Tajemniczo smile

Eeee tam tajemniczo muszę iść do endo, a tego nienawidzę. Znowu będą durne gadki w stylu, że niby nic się nie dzieje i wszystko jest w porządku, a wiem że powinnam być inaczej prowadzona. No ale szkoda zdrowia, naprawdę, pewnie za rok i tak czeka mnie operacja.

22 633

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Ehdi napisał/a:
hm... napisał/a:
Ehdi napisał/a:

Cześć dziewczynki, ja dziś bez humoru. Byłam u konowała, wyniki znośne ale USG fatalne sad czeka mnie wizyta u następnego konowała.

Tajemniczo smile

Eeee tam tajemniczo muszę iść do endo, a tego nienawidzę. Znowu będą durne gadki w stylu, że niby nic się nie dzieje i wszystko jest w porządku, a wiem że powinnam być inaczej prowadzona. No ale szkoda zdrowia, naprawdę, pewnie za rok i tak czeka mnie operacja.

To może do innego trzeba.
Operacja?
Jeszcze bardziej tajemniczo.

22 634

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

A to tarczyca, czy coś innego?

22 635

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:

A to tarczyca, czy coś innego?

tarczyca kochana, tarczyca. Jesli chodzi o endo to ja nie miałam przyjemności spotkać normalnego, który by rozumiał. W ubiegłym roku przeszłam gehennę az szkoda gadać. W tym roku się na to nie piszę.

22 636

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Ja Ci powiem, że mnie same kikuty zostały. Usuwałam już z 10 lat temu i nie żałuję. Bądź co bądź trzeba było, ale obecnie nawet leków nie muszę brać.

22 637

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:

Ja Ci powiem, że mnie same kikuty zostały. Usuwałam już z 10 lat temu i nie żałuję. Bądź co bądź trzeba było, ale obecnie nawet leków nie muszę brać.

Jak to nie musisz brać leków ?? Samo się reguluje ?? No u mnie jest guz na guzie i każde USG to dla mnie koszmar, bo później jak coś podejrzane to biopsje i szlajanie się po lekarzach. Ja to w sumie chciałabym już usunąć i po zawodach, ale nie chcą sad.

22 638

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

U mnie jeden guz był na tyle duży i rósł w takim tempie (w stronę tchawicy), że wyjścia nie było. Leki brałam jeszcze przez jakieś dwa lata, a potem o jakoś tam nieco odrosło i zaczęło samo działać i wszystko regulować. Badam się co pół roku, coś mi się tam delikatnie pojawia, ale nie odczuwam żadnych negatywnych skutków. Jest dużo lepiej niż było.

22 639

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Witam wieczorową porą wink Jakiś taki standard sobie wprowadziłam, chyba wiem czemu tongue
Wcale nie przestałam być śpiąca tongue Ale odeśpię za jakieś dwa tygodnie, na razie to mi jedna z bliźniaczek odsypia, bo padła po spacerze popołudniowym i zapewne wstanie kole 4.00.... A ja jutro powinnam iść do pracy.... tongue

Film drogi dzięki tej wycieczce prawie mi wyszedł we własnych przemyśleniach... wink Siedząc na tylnym siedzeniu i niedosłysząc (albo niechciejąc uczestniczyć wink ) rozmów na przednich siedzeniach, jest szansa na pobycie ze sobą wink
Tak sobie postanowiłam w drodze "do" uszeregować myśli w zakresie marzeń, scenariuszy, motyli i karaluchów. Nie wiem, czy to właściwe wnioski, ale na razie moje. Ale dużo o tym pisałyśmy ostatnio i doszłam do wniosku, że muszę sama siebie przemyśleć 0 bo ja nie jestem skałą, pewnie, że czasem na kimś oko zawieszę smile

Czym się róźni dla mnie scenariusz od marzeń? Że kreujemy sytuacje z uwzględnieniem jedynie konkretnej osoby. Nie marzymy. My kreujemy. My w realu wszystko, cokolwiek by się działo, podporządkowujemy swoim marzeniom, koniecznie musimy nadać im twarz, sylwetkę, głos, imię i nazwisko... Nie ma marzeń niezidentyfikowanych osobowo, nie ma marzeń tylko o sytuacjach - są scenariusze postępowania, zdarzeń i sytuacji z udziałem konkretnych osób... Wystarczy impuls, wystarczy chwila, przecież my damy radę pociągnąć zwykłą relację w stronę związku. Tak marzyć chyba potrafią tylko dzieci....

Ale dzieci nie potrafią, nie mają tyle determinacji, by wprowadzić te marzenia w życie - ZA WSZELKĄ CENĘ.

Wiem, bardzo jestem aktualnie krytycznie do siebie pod tym względem nastawiona. Ale sama na to zapracowałam. Miałam czas, przemyślałam trzech potencjalnych motylków wink Śmieję się, ale chyba chciałam zapobiec scenariuszom i wyprostować siebie. Te motylki uwierzcie mi w cudzysłowiu, ale chodzi o te scenariusze wink
Pierwszy motylek - ot, znajomy z dymka. No - podobno przystojny nad wyraz, jak to usłyszałam od kobiety w moim wieku, że taki niby prawdziwy jedyny mężczyzna, to oczywiście zaczęłam się przyglądać wink Na szczęście zauważyłam i obrączkę tongue O co chodzi? Aż do momentu owego komentarza po prostu fajnie nam się czasami (raz na kwartał!) zamieniło 3 słowa na dymku. Po komentarzu zaczęłam się przyglądać. No fajnie, że to znowu nie ja sama z siebie, tylko ktoś mi na kogoś zwrócił uwagę! A ja oczywiście przestałam się przyglądać dopiero po obrączce! smile
Drugi motylek - oj tam!!!!! Od lat wiem, że nie dla mnie. W czym tkwi przyczyna - w alkoholu. Pomijam wszelkie inne. Bo gdybym je brała pod uwagę... to zarówno było by odwracanie kota ogonem, jak i zaprzeczanie sobie - nie umiem być z kimś, kto się upija -nawet czasem. I tyle! Nienawidzę utraty kontroli nad rzeczywistością u partnera, zresztą się sobie nie dziwię, to zasadniczo ja jestem tą słabszą płcią!!!!! wink Ale cenię tego człowieka za wiedzę. No i cenię za stosunek do ludzi w ogóle, więc w rezultacie podejrzewam, że sentyment będę mieć do końca swych dni. Ale wiem, że nigdy z tego by nie mogło nic dobrego wyniknąć. Na szczęście to wiem smile Pomimo jego dziwnych zachowań - ale one mogą być w zupełności normalne, tylko ja jeszcze tego nie rozumiem, że tak normalność wygląda.
Trzeci motylek - ano.... No pewnie by coś mogło z tego być. Przesympatyczny, ujmujący, szarmancki, rycerski człowiek. Nie do końca wink Bo ja nie lubię, nawet jeśli nie chodzi o mnie, jak się kobietę zostawia na pastwę jej głupot wink Ojjjj, dziwna sytuacja! Ktoś, kto zawsze chce chronić wszystkich, nagle ucieka.... Uciekł, bo nie był "w pracy"? Chyba tak.... Nie chcę myśleć co by było, gdyby sytuacja potoczyła się inaczej... Mnie nerwy się poszarpały, nie mnie jednej. A tu taki niby rycerz mówi dobranoc.... A niech żesz! Rycerz za opłatą!
Spokojnie, to były moje przemyślenia, czy może przypadkiem czegoś nie widzę w swoim otoczeniu. Nie, naprawdę nic ciekawego nie widać tongue Nikogo smile
Te całe zbędne scenariusze z twarzą można ewidentnie przyrównać do czegoś dużo bardziej obiektywnego - do beczki soli.
Nie zniosę moich ewentualnych scenariuszy i nie jestem w stanie przełknąć niedosolonego jedzonka wink

22 640

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:

U mnie jeden guz był na tyle duży i rósł w takim tempie (w stronę tchawicy), że wyjścia nie było. Leki brałam jeszcze przez jakieś dwa lata, a potem o jakoś tam nieco odrosło i zaczęło samo działać i wszystko regulować. Badam się co pół roku, coś mi się tam delikatnie pojawia, ale nie odczuwam żadnych negatywnych skutków. Jest dużo lepiej niż było.

U mnie jeden też rośnie w kierunku tchawicy hmm no ale na razie nie chcą pozowlić na wycięcie. Lewy płat mam cały w guzach, praktycznie nie ma wolnego miejsca. Rok temu było dużo lepiej.

Co w ogóle z Happy i Berlinem, bo maile do niej mi wracają jako niedostarczone hmm. Dziwne jakieś.

22 641

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Witajcie!

Tak w ogóle, to ja też w końcu dziś przeczytałam całą berlińską korespondencję i wysłałam Wam maila - nie wiem, czy nie za późno? Ale wcześniej byłam pochłonięta organizacją domowych spraw w związku z wyjazdem, co spowodowało "nieogarnianie" wszystkiego na bieżąco wink

Właśnie - co z Happy? Bo ją wycięło z netu totalnie.... Jakaś awaria?

22 642 Ostatnio edytowany przez hm... (2013-06-18 10:16:36)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:

Witam wieczorową porą wink Jakiś taki standard sobie wprowadziłam, chyba wiem czemu tongue
Wcale nie przestałam być śpiąca tongue Ale odeśpię za jakieś dwa tygodnie, na razie to mi jedna z bliźniaczek odsypia, bo padła po spacerze popołudniowym i zapewne wstanie kole 4.00.... A ja jutro powinnam iść do pracy.... tongue

Film drogi dzięki tej wycieczce prawie mi wyszedł we własnych przemyśleniach... wink Siedząc na tylnym siedzeniu i niedosłysząc (albo niechciejąc uczestniczyć wink ) rozmów na przednich siedzeniach, jest szansa na pobycie ze sobą wink
Tak sobie postanowiłam w drodze "do" uszeregować myśli w zakresie marzeń, scenariuszy, motyli i karaluchów. Nie wiem, czy to właściwe wnioski, ale na razie moje. Ale dużo o tym pisałyśmy ostatnio i doszłam do wniosku, że muszę sama siebie przemyśleć 0 bo ja nie jestem skałą, pewnie, że czasem na kimś oko zawieszę smile

Czym się róźni dla mnie scenariusz od marzeń? Że kreujemy sytuacje z uwzględnieniem jedynie konkretnej osoby. Nie marzymy. My kreujemy. My w realu wszystko, cokolwiek by się działo, podporządkowujemy swoim marzeniom, koniecznie musimy nadać im twarz, sylwetkę, głos, imię i nazwisko... Nie ma marzeń niezidentyfikowanych osobowo, nie ma marzeń tylko o sytuacjach - są scenariusze postępowania, zdarzeń i sytuacji z udziałem konkretnych osób... Wystarczy impuls, wystarczy chwila, przecież my damy radę pociągnąć zwykłą relację w stronę związku. Tak marzyć chyba potrafią tylko dzieci....

Ale dzieci nie potrafią, nie mają tyle determinacji, by wprowadzić te marzenia w życie - ZA WSZELKĄ CENĘ.

Wiem, bardzo jestem aktualnie krytycznie do siebie pod tym względem nastawiona. Ale sama na to zapracowałam. Miałam czas, przemyślałam trzech potencjalnych motylków wink Śmieję się, ale chyba chciałam zapobiec scenariuszom i wyprostować siebie. Te motylki uwierzcie mi w cudzysłowiu, ale chodzi o te scenariusze wink
Pierwszy motylek - ot, znajomy z dymka. No - podobno przystojny nad wyraz, jak to usłyszałam od kobiety w moim wieku, że taki niby prawdziwy jedyny mężczyzna, to oczywiście zaczęłam się przyglądać wink Na szczęście zauważyłam i obrączkę tongue O co chodzi? Aż do momentu owego komentarza po prostu fajnie nam się czasami (raz na kwartał!) zamieniło 3 słowa na dymku. Po komentarzu zaczęłam się przyglądać. No fajnie, że to znowu nie ja sama z siebie, tylko ktoś mi na kogoś zwrócił uwagę! A ja oczywiście przestałam się przyglądać dopiero po obrączce! smile
Drugi motylek - oj tam!!!!! Od lat wiem, że nie dla mnie. W czym tkwi przyczyna - w alkoholu. Pomijam wszelkie inne. Bo gdybym je brała pod uwagę... to zarówno było by odwracanie kota ogonem, jak i zaprzeczanie sobie - nie umiem być z kimś, kto się upija -nawet czasem. I tyle! Nienawidzę utraty kontroli nad rzeczywistością u partnera, zresztą się sobie nie dziwię, to zasadniczo ja jestem tą słabszą płcią!!!!! wink Ale cenię tego człowieka za wiedzę. No i cenię za stosunek do ludzi w ogóle, więc w rezultacie podejrzewam, że sentyment będę mieć do końca swych dni. Ale wiem, że nigdy z tego by nie mogło nic dobrego wyniknąć. Na szczęście to wiem smile Pomimo jego dziwnych zachowań - ale one mogą być w zupełności normalne, tylko ja jeszcze tego nie rozumiem, że tak normalność wygląda.
Trzeci motylek - ano.... No pewnie by coś mogło z tego być. Przesympatyczny, ujmujący, szarmancki, rycerski człowiek. Nie do końca wink Bo ja nie lubię, nawet jeśli nie chodzi o mnie, jak się kobietę zostawia na pastwę jej głupot wink Ojjjj, dziwna sytuacja! Ktoś, kto zawsze chce chronić wszystkich, nagle ucieka.... Uciekł, bo nie był "w pracy"? Chyba tak.... Nie chcę myśleć co by było, gdyby sytuacja potoczyła się inaczej... Mnie nerwy się poszarpały, nie mnie jednej. A tu taki niby rycerz mówi dobranoc.... A niech żesz! Rycerz za opłatą!
Spokojnie, to były moje przemyślenia, czy może przypadkiem czegoś nie widzę w swoim otoczeniu. Nie, naprawdę nic ciekawego nie widać tongue Nikogo smile
Te całe zbędne scenariusze z twarzą można ewidentnie przyrównać do czegoś dużo bardziej obiektywnego - do beczki soli.
Nie zniosę moich ewentualnych scenariuszy i nie jestem w stanie przełknąć niedosolonego jedzonka wink

Ale nie będzie mega krytycznie, że każdy zły? Wiesz o co mi chodzi smile
Ale fajnie mi się to przeczytało.
Podchodzisz tak...świadomie i spokojnie, tak ciepło, a zarazem na chłodno, tak zdroworozsądkowo.
Też nie lubię pijaków.
DzieN dobry.

22 643

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Happy na weekend do Strasburga pojechała, to może sobie kobitka weekenduje jeszcze.

22 644

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

Ale nie będzie mega krytycznie, że każdy zły? Wiesz o co mi chodzi smile
Ale fajnie mi się to przeczytało.
Podchodzisz tak...świadomie i spokojnie, tak ciepło, a zarazem na chłodno, tak zdroworozsądkowo.
Też nie lubię pijaków.
DzieN dobry.

Nie smile
I wcale nie wbiłam się w przeświadczenie, że ja to już nie chcę z nikim być wink Ale wiesz - na wyjeździe kolega tak mimochodem powiedział, że czasem trzeba też dawać sygnały, że się jest otwartym na nowe znajomości... Żartując troszkę, troszkę nie - mniej więcej się domyśla, kilka razy próbował onegdaj ze mnie wyciągnąć co się dzieje, ale ja nie kontynuowałam tego tematu.  I mnie to też zastanowiło - z tymi sygnałami smile Ale sądzę, że ta otwartość na nowe chyba jednak nie musi być na siłę okazywana w moim "pracowym" towarzystwie, tym bardziej że wszyscy "związani" wink Ot, taka sobie uwaga.
Nie chodziło mi o krytycyzm za wszelką ceną wink Chodzi o moją dotychczasową bezkrytyczność w wielu przypadkach. I o fakt, że ja lubię z jednego bieguna na drugi - tylko skrajności. Najpierw wielka miłość, potem ogromna nienawiść. Ta cała analiza niczego nie zmienia, po prostu jest jak było dotąd. Skoro nie zwracałam szczególnej uwagi sama z siebie, to znaczy, że i nie ma powodu do zwracania uwagi na czyjeś uwagi na przykład wink
A może na chłodno dlatego że ja zawsze wszystko traktowałam tak potwornie emocjonalnie właśnie? Jeśli chodzi o uczucia?
No - nie lubię, jak komuś alkohol przesłania rzeczywistość... Nie wiem, ale mam wrażenie, że części ludzi nie udaje się niczego przeżyć bez wspomagania wrażeń. Ja ogólnie jestem zadowolona, że nie jestem w stanie zrobić po tej wycieczce przewodnika po pubach wink W dwóch restauracjach byłam, ale w jednej na obiadku a w drugiej na truskawkach z mascarpone smile

Przeleciała burza nad nami z rana a teraz z powrotem ukrop!!!!

22 645

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

No na razie mam chyba muchozol w oczach bo motylki padają szybciej niżby mogły wink. Niestety chwilowo nie widzę siebie w relacji z mężczyzną. Nie wiem co jest dobre, a co złe. No i jeszcze szacowny zrobił sie strasznie namolny i wkurza mnie to jego podejście do życia. Tylko widzę jak się czasem zachowuję, nie potrafię go walnąc i mieć w nosie. Choc wczoraj zrobiłam to co chciałam i miałam w nosie jego "doradztwo". On ciagle ma nadzieje i chce, a ja się znowu zaczynam czuć głupio.

Precz maro niebieska. Musze się od niego odseparować, bo na łeb mi wlezie znowu sad, a mnie dobrze samej.

22 646

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:
hm... napisał/a:

Ale nie będzie mega krytycznie, że każdy zły? Wiesz o co mi chodzi smile
Ale fajnie mi się to przeczytało.
Podchodzisz tak...świadomie i spokojnie, tak ciepło, a zarazem na chłodno, tak zdroworozsądkowo.
Też nie lubię pijaków.
DzieN dobry.

Nie smile
I wcale nie wbiłam się w przeświadczenie, że ja to już nie chcę z nikim być wink Ale wiesz - na wyjeździe kolega tak mimochodem powiedział, że czasem trzeba też dawać sygnały, że się jest otwartym na nowe znajomości... Żartując troszkę, troszkę nie - mniej więcej się domyśla, kilka razy próbował onegdaj ze mnie wyciągnąć co się dzieje, ale ja nie kontynuowałam tego tematu.  I mnie to też zastanowiło - z tymi sygnałami smile Ale sądzę, że ta otwartość na nowe chyba jednak nie musi być na siłę okazywana w moim "pracowym" towarzystwie, tym bardziej że wszyscy "związani" wink Ot, taka sobie uwaga.
Nie chodziło mi o krytycyzm za wszelką ceną wink Chodzi o moją dotychczasową bezkrytyczność w wielu przypadkach. I o fakt, że ja lubię z jednego bieguna na drugi - tylko skrajności. Najpierw wielka miłość, potem ogromna nienawiść. Ta cała analiza niczego nie zmienia, po prostu jest jak było dotąd. Skoro nie zwracałam szczególnej uwagi sama z siebie, to znaczy, że i nie ma powodu do zwracania uwagi na czyjeś uwagi na przykład wink
A może na chłodno dlatego że ja zawsze wszystko traktowałam tak potwornie emocjonalnie właśnie? Jeśli chodzi o uczucia?
No - nie lubię, jak komuś alkohol przesłania rzeczywistość... Nie wiem, ale mam wrażenie, że części ludzi nie udaje się niczego przeżyć bez wspomagania wrażeń. Ja ogólnie jestem zadowolona, że nie jestem w stanie zrobić po tej wycieczce przewodnika po pubach wink W dwóch restauracjach byłam, ale w jednej na obiadku a w drugiej na truskawkach z mascarpone smile

Przeleciała burza nad nami z rana a teraz z powrotem ukrop!!!!

I bardzo dobrze.
Także uważam, że w pracy nie ma co. No chyba, że chcą Ci polecić kogoś znajomego. tongue
Ale najlepiej to się zdać na własną intuicję.
Jak było emocjonalnie tak teraz będzie z dystansem smile


Ja to tam ani nie lubię jak ktoś regularnie musi się napić, ani nic szczególnego nie widzę w nawaleniu się lokalowym z okazji jakiejś tam. Ja tego do niczego nie potrzebuję. Nie czuję się komfortoeo jeśli sobie ktoś chlapnie i przejdzie wvstan nadkontroli.

22 647

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

(...)  i przejdzie w stan nadkontroli.

Fajne określenie smile wink

22 648

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
zabka-k napisał/a:
hm... napisał/a:

(...)  i przejdzie w stan nadkontroli.

Fajne określenie smile wink

smile

22 649

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Cześć Dziewczyny! Nie czytałam zabko jeszcze maila. Ja Ehdi do Berlina jadę - chociażby sama.
Mam nadzieję, że Happy się nie wycofa.

Podoba mi się to, co napisałaś żabko o "motylkach"... Ja moim myśli nadal nie umiem poskromić, choć one są bardzo monogamiczne zawsze i to złe. Wciąż hulają wokół tego "germańskiego motyle", że aż są natrętne, właściwie jestem  prawie zakochana w kimś,, kogo nie widziałam półtorej roku, kto mi się nie podoba. Patrzę na siebie pierwszy raz obiektywnie i pytam, po co, dlaczego i jak tworzę sobie takie iluzje !!!???

22 650

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:

(...) dlaczego i jak tworzę sobie takie iluzje !!!???

Bo człowiek nie został stworzony  na samotnika smile No - OK, większość nie została, zdarzają się wyjątki. A człowiek, który w sferze emocjonalnej odczuwał i odczuwa braki, tym bardziej chce je wyrównać smile I łapie się w efekcie skojarzeń z konkretną osobą?

Jakoś się tworzą same wink Pewnie chodzi o zaspokajanie potrzeb?

22 651

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:
hm... napisał/a:

Zachowanie męża kiedyśbyłam przypomniało mi mnie kiedy odchodziłam.
Ja już miałam tak bardzo dość, byłam zrezygnowana, nie chciałam,mckkolwiek on nie zrobił nic to nie zmieniało. Płakał, błagał. Cóż.

Kiedysbylam, kolejny raz przeżywasz utratę - utratę nadziei.
Tak jak pisze hm.. powód jest nieistotny. Związek dwójki ludzi, to nie jest jakaś rzecz z dożywotnią gwarancją (a i te się psują). Mogłaś być idealna, a i tak się mogła skończyć. Związek to żywy organizm. Warto się pozbyć złudzeń, że coś jest na zawsze - szczególnie drugi człowiek.
Moja psycholog zawsze mi mówiła, że związek jest jak dzban, gdy się pojawi pęknięcie, zawsze się znajdzie ktoś, kto albo go rozbije, albo scali.
U Was widać było pęknięcie i niestety dzban jest rozbity.
Przed Tobą przewartościowanie całego Twojego świata. Też słowa miłość. To boli bardzo. Ale będzie dobrze, dojrzejesz, a życie Cię jeszcze niesamowicie zaskoczy.

Przytulam.

Raki - tak, on juz po prostu tak jakby umarl emocjonalnie jesli chodzi o emocje do mnie. nie jest robotem, ale w stosunku do mnie nie ma juz nic i nic juz nie chce z tym zrobic, niewazne.

Tak, wczoraj i przedwczoraj po raz kolejny utracilam nadzieje na bycie z nim, niestety. mam nadzieje ze juz poraz ostatni to sie stalo.

22 652 Ostatnio edytowany przez kiedysbylam (2013-06-18 13:56:01)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:
kiedysbylam napisał/a:

dziekuje Wam bardzo, narazie nie potrafie nic wiecej napisac. troche sie uspokoilam. zaczelam czytac 'milosc potrzebuje stanowczosci'. bardzo duzo sie zgaDZA - w jego zachowaniu i w moim rowniez. ze im bardziej ja chcialam tym bardziej on sie odsuwal - to na pewno. ale z 2 strony mysle sobie, ze w tym grudniu, styczniu, lutym, ja jakby zrozumialam ze on potrzebuje czasu i przestalam naprawde byc nachalna, odsunelam sie totalnie, nie zebral o milosc, cale dnie sie nie widzielismy i to tez nie pomoglo... bo wtedy nie zblizyl sie do mnie tylko zatonal w romansie. moze za krotko to trwalo, ze dalam mu ta swobode? zreszta, moze i dalam ale wiadomo, klatki nigdy nie otworzylam, no on wiedzial ze ja chce z nim byc tak bardzo. no i to pewnie byl blad, ze chcialam troche za bardzo i on do tego o tym wiedzial. nic, teraz, dopiero teraz - przyznaje, te klatke otwieram, daje mu wolnosc. nie moge go zatrzymac w zaden sposob i juz nawet nie chce. chce zrobic cos dla siebie, ale tak naprawde... tak jak teraz - czytam sobie te ksiazke. juz naprawde nie mysle ze moze cos sie zmieni - juz nie. czytam, ja dla samej siebie, bo mnie to ineresuje, wiadomo ze ten temat nie zniknie z dnia na dzien. ehh.. nic, szkoda ze tej czy innej tego typu ksiazki nie czytalam duzo wczesniej, zupelnie inaczej bym postepowala. Ale coz, czlowiek uczy sie cale zycie.

Moż na razie nic nie czytaj, bo to chyba zwiększa Twój ból.
Wiesz, jeśli ktoś kocha to nie ważne czy będzie za ścianą czy na przeciwnhm biegunie przez pół roku. Jeśli podejmie decyzję o romansie to będzie to tylko i wyłącznie jego decyzja. Jakkolwiek winę za rozpad związku zawsze ponoszą dwie strony. I choćby jedna tylko zdradziła a druga tylko się na to godziła. A jeśli nie ma porozumienia to nic nie poradzisz, bo cóż z tego, że tylko Ty będziesz się starać. Kiedy druga strona nie chce, kiedy się wyłączyła.
Wierz mi, że czasem zostaje już przekroczona granica i nie chcemy dajej i więcej, to z tej drugiej perspektywy.
I nawet jeśli zranił Ciebid, bo jest ona, to nie ma żadnego zdarzenia. Kiedyśbyłam to nie Twoja wina.
Oj zawile ja piszę.

Hm czy dobrze rozumiem? wine za ROZPAD zwiazku ponosza zawsze 2 strony? no nie zgadzam sie absolutnie. wine za problemy w zwiazku, za kryzys zawsze ponosza fwia strony, jak najbardziej, bo nic nie bierze sie z nieba. Ale za ROZPAD, za to ze on zdecydowal sie odejsc, bo 'nie ma ochoty juz sie do niczego zmuszac, bo zmienil zdanie' to przepraszam jaka ja ponosze wine? za to ze nawet nie chcial probowac naprawic tego co OBOJE posknacalismy?? za jego zdrade? tez ponosze wine? nie wiem, potem piszesz ze to nie moja wina smile chyba cos zle rozumiem w Twoim poscie....


tak czy inaczej, wczoraj po raz 1szy pozwolilam mu tak naprawde odejsc. zarowno w mojej glowie, jak i napisalam mu jeszcze meila. oddalam mu wolnosc. juz zrobilam to w jakims sensie te 2 miesiace temu, nie zatrzymywalam go sila - chcial rozdzielnosci - zrobilismy ja, chcial osobnego zycia - zyjemy osobno itd. no ale wiadomo ze psychicznie ciagle jeszcze walczylam. po tym co uslyszalam niedziele, doszlam do momentu w ktorym po raz 1sza, ja sama stwierdzam ze TO NIE MA JUZ ZADNEGO SENSU. nie ma. mowie to poraz pierwszy. ciagle ludzilam sie ze on cos tam moze do mnie czuc, mimo wszystko. ale w tej chwili - tak, skoro byl taki nieszczesliwy ze mna i nie kocha mnie, no to faktycznie, nie ma to sensu. napisalam mu ze moze odejsc i powinien to juz wiedziec od jakiegos czasu, ze ja nigdy unieszczesliwiac go nie chcialam i nie chce tego teraz wiec skoro bedzie szczesliwszy beze mnie to niech tak bedzie. napisalm tez ze podjelam wlasnie taka decyzje tez bo ja tez zaasluguje na szczescie i nei chce i nie uslysze od niego juz nic przykrego, bo jakby sie czul nie ma prawa tak mnie traktowac jak zdarzylo sie pare razy ostatnio, gdzie w nerwach konkretnei przegial i niewazne ze potem mnei przepraszal za swoje slowa. no i tak to generalnie mu wyslalam. bylam w szoku ze mi odpisal. nic nowego genralnie- ze on nie chce byc ze mna bo nei wierzy ze moglibysy byc jeszcze szczesliwi, ze nie zmieni decyzji bo uwaza ja za sluszna i ze chce rozastac sie w zgodzie i z szacunkiem. czyli te same bzdury. nie odpisalam mu juz. chcoiaz cisnie mi sie na jezyk zeby mi o szacunku nie pieprzyl bo on juz pokazal przez ostatnie pol roku i tygodnie jak mnie szanuje - zdradzal, klamal, odrzucil, nazywam mnie w ostatnich tygodniach abrdzo brzydko jak byly awantury wiec niech mi o szacunku nei mowi i nie oczekuje go od kogos jesli sam go nie ma.

tak czy inaczej, zaparlam sie wczoraj, teraz to ja nie chce go juz widziec, bede robic tak, zeby ani przez 5 minut dziennie go nie widziec, nie bedzie to trudne. do tej pory robilam na odwrot- te 5 dziennie chociaz chcialam go zobaczyc, wiec jak wracal z pracy wieczorem to zawsze gdzies w kuchni sie 'spotkalismy'. koniec. mam dosc i dopuscilam do siebie wreszcie cala ta krzywde ktora mi wyrzadzil przez ten czas.... nie bedzie latwo, nie jest, ale sama sie normalnie dziwie ze tyle wytrzymalam, tyld znioslam, w sensie sama tak bardzo walczylam gdzie naprawde sytuacja byla juz beznadziejna od bardzo dawna....

22 653

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

ktoras z Was jakis czas temu pisala zebym przestala si juz modlic smile no tego akurat nie zamierzam robic smile bo mnie to wycisza i pomaga. mysl, ze nie jestem sama, ciagle jest ktos obok kto czuwa, w kazdym momencie.

czytam milosc wymaga stanowczosci i wlasnie to mi wczoraj pomoglo, informacje ktora tam znalazlam, pomogla mi do podjecia tej ostatecznej decyzji w swojej glowie zeby dac mu te wolnosc, powiedziec mu o tym, ze akceptuje te decyzje. wczesniej rozumialam z punktu widzenia wiary ze nie powinnam przykladac reki do jego odejscia - chce niech odchodzi ale jakby nei godzic nie na to. Ale wczoraj zrozumialam to inaczej - jesli maz jakby nie wie sam jeszcze, mota sie, jest kryzys no to wiadomo zeby go jakby nie wywalac, nie rozstawac sie, No ale jesli maz chce odejsc i to tak konsekwentnie i dobitnie, jak moj, no to zeby mu na to po prostu pozwolic, co zrobilam. jest mi z tym lepiej, tez ze wreszcie sama podjelam te decyzje, jesli wiecie o co mi chodzi. oczywiscie ze on sam ja podjal, ale  ja ciagle szamotalam sie jak rybaw siatce. teraz czuje jakby ze tez go juz nie chce takiego. takiego jakim sie stal. niestety za duzo dobrego w nim widzialam ostatnimi czasy.

22 654

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
kiedysbylam napisał/a:

(...) ale sama sie normalnie dziwie ze tyle wytrzymalam, tyld znioslam (..)....

Kiedysbyłam, mam nadzieję, ze uda Ci się teraz złapać oddech i uspokoić swoje myśli, zacząć odzyskiwać uśmiech szczery na buziaku smile Napisałaś jeszcze, że dopiero teraz doszło do Ciebie, jak bardzo mocno Cię ranił dotąd - naprawdę współczuje, bo to boli. Ale ten ból też jest ważny. A chyba najważniejszy... Nikomu więcej na to nie pozwól, nie wolno nikomu tego zrobić. Nie urodziłaś się, by ktoś Tobą szargał, by być krzywdzoną.
Mocno przytulam smile

22 655

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Pobieżnie przeczytałam fragmenty wątku i zaczęłam się zastanawiać czy ja też należę do Was, czy wręcz przeciwnie. Jestem strasznie pogubiona w tym wszystkim...
Postaram się krótko ale wiem że wszystko ma znaczenie:
dzieciństwo i młodość:
matka nigdy nie okazująca uczuć, bardzo wymagająca
umarł mój ojciec gdy miałam 12 lat, to zdarzenie miał największy wpływ na moje życie..
bo w domu zaczęły się jazdy, wiem że mamie było ciężko, została sama z trójką małych dzieci, ale wszystkie żale, frustracje wylewała na mnie, ciągłe awantury.. tzn. ja się zamykałam, a ją to jeszcze bardziej rozjuszało, gdy się odezwałam to .... szkoda gadać, wiele razy było tak, że w święta ona siedziała przy stole z siostrami a ja w moim pokoiku 2x3 m sama, cały dzień. Bo rano lub dzień wcześniej dała mi tak popalić, nawyzywała, upokorzyła, że nie mogłam się zmusić aby usiąść razem przy stole. Najbardziej bolało, gdy nastawiała przeciwko mnie siostry, ja słyszałam co ona im mówiła w sąsiednim pokoju, wszystko przeinterpretowywała, zmieniała, zmyślała itd...Bałam się własnego cienia bo wszystko ją we mnie drażniło, robiła mi często na złość... Dodam, że zawsze byłam najlepszą uczennicą, zawsze sama radziłam sobie ze wszystkim, była tzw. grzeczną dziewczynką, żadnych papierosów, uwag w szkole, problemów wychowawczych itd..
Cały czas się starałam jej przypodobać, zyskać jej uczucia, bezskutecznie.... dużo by pisać...
Zaczęłam chorować, objawy somatyczne, ale po kilku latach bezskutecznego leczenia okazało się, że to na tle nerwowym, potem już gdy wyrwałam się z domu okazało się, że mam depresję, leczyłam się kilka lat z przerwami...Dlaczego o tym piszę, bo zastanawiam się jaki to miało wszystko wpływ na moje małżeństwo ... chyba chore. Nie potrafię ocenić, czy to ja jestem ta zła, wredna żona i wszystko tak wygląda czy może przyczyna tkwi gdzieś indziej.
Moje małżeństwo:
Mój mąż teoretycznie ideał, nie pije (chociaż ostatnio różnie z tym bywa), zarabia, nie włóczy się nigdzie, nie robi awantur.... powinnam być najszczęśliwsza na świecie, a z innej perspektywy, jest totalnie skupiony na sobie, swojej pracy, czasem, żebym nie miała pretensji rozwiesi pranie, zabierze syna na piłkę nożną. Wszystko inne cała logistyka, zakupy, rachunki, planowanie wszystkiego to moje zadanie. Też pracuję zawodowo. Ale to jakby nie miałoby dla mnie większego znaczenia.
Brakuje bliskości, wraca z pracy, komputer, praca, jak nie to inne sprawy związane z jego zainteresowaniami. Ok. godz. 21.00 robi sobie kolację i idzie do sypialni gdzie odpoczywa, ogląda TV coś tam sobie robi. Ja zostaję sama, nie pyta co u mnie, nie pamięta o rocznicach ślubu, imieninach (chyba, że mu teściowa wcześniej przypomni), nie interesuje się w ogóle moimi sprawami, gdy zaczynam coś mówić czy opowiadać, widzę, że nie słucha (mów, mów mam podzielną uwagę) zamknęłam się w sobie. Nie okazuje czułości, nie chce ze mną przebywać, spędzać czasu, jestem jakby przezroczysta. Gdy idziemy do kina, zawsze z mojej inicjatywy, znajomi go ostatnio denerwują, więc nigdzie nie wychodzimy razem, nic razem nie robimy, chyba że sama zaplanuję i jeszcze go do tego przekonam ale w trakcie bez entuzjazmu. O 21.00 zostaję sama, mogłabym pójść do niego, ale praktykowałam, to nie ma żadnego znaczenia gdzie jestem i tak nie zwraca na mnie uwagi. Weekendy to dla mnie koszmar, nie mam się do kogo odezwać całymi dniami, po sklepach nie chce mi się łazić, inni ludzie mają dzieci, rodziny, nie mam z kim się samotnie spotykać, zresztą on uważa, że moje miejsce jest w domu przy rodzinie. Zresztą jest synek, chcę aby miał wrażenie normalnej rodziny, która jest razem, bo ja tego nie miałam. Ja nie robię awantur, nie wściekam się, po prostu funkcjonuję jak robot. Seks, ostatni był podczas poczęcia dziecka ponad 8 lat temu. Strasznie się rozpisałam a to nie wszystko, bo jeszcze ważne jest ile ja włożyłam pracy w to żeby jakoś poprawić sytuację, jak walczyłam, wykorzystałam chyba wszystkie sposoby. Aż wewnętrznie umarłam. Najlepsze jest to, że on uważa, iż jesteśmy idealną rodziną. Muszę kończyć, jak ktoś będzie miał ochotę się nad tym pochylić jeszcze dokończę myśli... bo łzy mi płyną a muszę lecieć dalej... Dodam, tylko, że też bardzo dbam o siebie (żeby nie powiedział, że się zaniedbałam i to dlatego), jestem na prawdę atrakcyjną kobietą (wg innych mężczyzn, on też co jest całkiem chore, cieszy się że podobam się jego znajomym) wyprzedzam wszystkie argumenty, żeby nie mógł mi nic zarzucić. Staram się być idealna... a i tak mam poczucie winy.

22 656

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Witaj Pokręcona Ona smile

Zanim cokolwiek - wiesz czego byś chciała teraz? Czy zastanawiałaś się jak chciałabyś rozwiązać te problemy - w jaką stronę pójść?

Wiesz, że nie ma ideałów? smile
Jakie masz powody - konkretnie - do obarczania się winą, co złego zrobiłaś?

Czy Twój związek ma jakiś podobny przebieg, jak mieszkanie z mamą...? Chodzi mi o Twoje odczucia? I Twoje reakcje na jej i jego zachowania na co dzień? Myślałaś kiedyś o tym?

Co lubisz? To znaczy - jak lubisz spędzać czas? To tak dla relaksu pytanie smile

22 657

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

Pobieżnie przeczytałam fragmenty wątku i zaczęłam się zastanawiać czy ja też należę do Was, czy wręcz przeciwnie. Jestem strasznie pogubiona w tym wszystkim...
Postaram się krótko ale wiem że wszystko ma znaczenie:
dzieciństwo i młodość:
matka nigdy nie okazująca uczuć, bardzo wymagająca
umarł mój ojciec gdy miałam 12 lat, to zdarzenie miał największy wpływ na moje życie..
bo w domu zaczęły się jazdy, wiem że mamie było ciężko, została sama z trójką małych dzieci, ale wszystkie żale, frustracje wylewała na mnie, ciągłe awantury.. tzn. ja się zamykałam, a ją to jeszcze bardziej rozjuszało, gdy się odezwałam to .... szkoda gadać, wiele razy było tak, że w święta ona siedziała przy stole z siostrami a ja w moim pokoiku 2x3 m sama, cały dzień. Bo rano lub dzień wcześniej dała mi tak popalić, nawyzywała, upokorzyła, że nie mogłam się zmusić aby usiąść razem przy stole. Najbardziej bolało, gdy nastawiała przeciwko mnie siostry, ja słyszałam co ona im mówiła w sąsiednim pokoju, wszystko przeinterpretowywała, zmieniała, zmyślała itd...Bałam się własnego cienia bo wszystko ją we mnie drażniło, robiła mi często na złość... Dodam, że zawsze byłam najlepszą uczennicą, zawsze sama radziłam sobie ze wszystkim, była tzw. grzeczną dziewczynką, żadnych papierosów, uwag w szkole, problemów wychowawczych itd..
Cały czas się starałam jej przypodobać, zyskać jej uczucia, bezskutecznie.... dużo by pisać...
Zaczęłam chorować, objawy somatyczne, ale po kilku latach bezskutecznego leczenia okazało się, że to na tle nerwowym, potem już gdy wyrwałam się z domu okazało się, że mam depresję, leczyłam się kilka lat z przerwami...Dlaczego o tym piszę, bo zastanawiam się jaki to miało wszystko wpływ na moje małżeństwo ... chyba chore. Nie potrafię ocenić, czy to ja jestem ta zła, wredna żona i wszystko tak wygląda czy może przyczyna tkwi gdzieś indziej.
Moje małżeństwo:
Mój mąż teoretycznie ideał, nie pije (chociaż ostatnio różnie z tym bywa), zarabia, nie włóczy się nigdzie, nie robi awantur.... powinnam być najszczęśliwsza na świecie, a z innej perspektywy, jest totalnie skupiony na sobie, swojej pracy, czasem, żebym nie miała pretensji rozwiesi pranie, zabierze syna na piłkę nożną. Wszystko inne cała logistyka, zakupy, rachunki, planowanie wszystkiego to moje zadanie. Też pracuję zawodowo. Ale to jakby nie miałoby dla mnie większego znaczenia.
Brakuje bliskości, wraca z pracy, komputer, praca, jak nie to inne sprawy związane z jego zainteresowaniami. Ok. godz. 21.00 robi sobie kolację i idzie do sypialni gdzie odpoczywa, ogląda TV coś tam sobie robi. Ja zostaję sama, nie pyta co u mnie, nie pamięta o rocznicach ślubu, imieninach (chyba, że mu teściowa wcześniej przypomni), nie interesuje się w ogóle moimi sprawami, gdy zaczynam coś mówić czy opowiadać, widzę, że nie słucha (mów, mów mam podzielną uwagę) zamknęłam się w sobie. Nie okazuje czułości, nie chce ze mną przebywać, spędzać czasu, jestem jakby przezroczysta. Gdy idziemy do kina, zawsze z mojej inicjatywy, znajomi go ostatnio denerwują, więc nigdzie nie wychodzimy razem, nic razem nie robimy, chyba że sama zaplanuję i jeszcze go do tego przekonam ale w trakcie bez entuzjazmu. O 21.00 zostaję sama, mogłabym pójść do niego, ale praktykowałam, to nie ma żadnego znaczenia gdzie jestem i tak nie zwraca na mnie uwagi. Weekendy to dla mnie koszmar, nie mam się do kogo odezwać całymi dniami, po sklepach nie chce mi się łazić, inni ludzie mają dzieci, rodziny, nie mam z kim się samotnie spotykać, zresztą on uważa, że moje miejsce jest w domu przy rodzinie. Zresztą jest synek, chcę aby miał wrażenie normalnej rodziny, która jest razem, bo ja tego nie miałam. Ja nie robię awantur, nie wściekam się, po prostu funkcjonuję jak robot. Seks, ostatni był podczas poczęcia dziecka ponad 8 lat temu. Strasznie się rozpisałam a to nie wszystko, bo jeszcze ważne jest ile ja włożyłam pracy w to żeby jakoś poprawić sytuację, jak walczyłam, wykorzystałam chyba wszystkie sposoby. Aż wewnętrznie umarłam. Najlepsze jest to, że on uważa, iż jesteśmy idealną rodziną. Muszę kończyć, jak ktoś będzie miał ochotę się nad tym pochylić jeszcze dokończę myśli... bo łzy mi płyną a muszę lecieć dalej... Dodam, tylko, że też bardzo dbam o siebie (żeby nie powiedział, że się zaniedbałam i to dlatego), jestem na prawdę atrakcyjną kobietą (wg innych mężczyzn, on też co jest całkiem chore, cieszy się że podobam się jego znajomym) wyprzedzam wszystkie argumenty, żeby nie mógł mi nic zarzucić. Staram się być idealna... a i tak mam poczucie winy.

Jakbym o swoim mężu czytała wink ha ha ha. Mój też niby słuchał, a później wyrzucał z pamięci. Wszystko na mojej głowie, a też "ideał". Spokojny, nie pije, już nie pali, nie bije no tylko sie po tyłku klepać. Ja ciągle w tym związku byłam sama. Dziecka nie chciał, bo nie teraz. Seksu też nie było. Cztery lata nawet mnie dotknął. On zupełnie nie rozumiał dlaczego ja jestem nieszczęśliwa. W końcu fakt mamy jakieś tam drobne problemy ale tak to naprawdę jesteśmy super. Oczywiście te problemy to fak, że ja nie spełniam jego oczekiwań.
Bliskości, przytulania zero ale później to ja sama nie miałam na to ochoty.
No i najgorsze ciągle myślałam, że to moja wina !! Przeciez on nie jest taki zły.

Wiesz co odetchnęłam dopiero jak się wyprowadziłam. Mieszkam sama, a nie jestem samotna !! Proszę jaki paradoks, a jak się z nim spotykam to się duszę i mam ochotę uciekać, bo on teraz to zrozumiał i się zmieni. Gówno prawda. Uciekaj ile sił w nogach !!!

Tak w ogóle to witam nową KKZB, jesteś KKZB na wypasie i nie mam co do tego wątpliwości wink.

22 658

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

Pobieżnie przeczytałam fragmenty wątku i zaczęłam się zastanawiać czy ja też należę do Was, czy wręcz przeciwnie. Jestem strasznie pogubiona w tym wszystkim...
Postaram się krótko ale wiem że wszystko ma znaczenie:
dzieciństwo i młodość:
matka nigdy nie okazująca uczuć, bardzo wymagająca
umarł mój ojciec gdy miałam 12 lat, to zdarzenie miał największy wpływ na moje życie..
bo w domu zaczęły się jazdy, wiem że mamie było ciężko, została sama z trójką małych dzieci, ale wszystkie żale, frustracje wylewała na mnie, ciągłe awantury.. tzn. ja się zamykałam, a ją to jeszcze bardziej rozjuszało, gdy się odezwałam to .... szkoda gadać, wiele razy było tak, że w święta ona siedziała przy stole z siostrami a ja w moim pokoiku 2x3 m sama, cały dzień. Bo rano lub dzień wcześniej dała mi tak popalić, nawyzywała, upokorzyła, że nie mogłam się zmusić aby usiąść razem przy stole. Najbardziej bolało, gdy nastawiała przeciwko mnie siostry, ja słyszałam co ona im mówiła w sąsiednim pokoju, wszystko przeinterpretowywała, zmieniała, zmyślała itd...Bałam się własnego cienia bo wszystko ją we mnie drażniło, robiła mi często na złość... Dodam, że zawsze byłam najlepszą uczennicą, zawsze sama radziłam sobie ze wszystkim, była tzw. grzeczną dziewczynką, żadnych papierosów, uwag w szkole, problemów wychowawczych itd..
Cały czas się starałam jej przypodobać, zyskać jej uczucia, bezskutecznie.... dużo by pisać...
Zaczęłam chorować, objawy somatyczne, ale po kilku latach bezskutecznego leczenia okazało się, że to na tle nerwowym, potem już gdy wyrwałam się z domu okazało się, że mam depresję, leczyłam się kilka lat z przerwami...Dlaczego o tym piszę, bo zastanawiam się jaki to miało wszystko wpływ na moje małżeństwo ... chyba chore. Nie potrafię ocenić, czy to ja jestem ta zła, wredna żona i wszystko tak wygląda czy może przyczyna tkwi gdzieś indziej.
Moje małżeństwo:
Mój mąż teoretycznie ideał, nie pije (chociaż ostatnio różnie z tym bywa), zarabia, nie włóczy się nigdzie, nie robi awantur.... powinnam być najszczęśliwsza na świecie, a z innej perspektywy, jest totalnie skupiony na sobie, swojej pracy, czasem, żebym nie miała pretensji rozwiesi pranie, zabierze syna na piłkę nożną. Wszystko inne cała logistyka, zakupy, rachunki, planowanie wszystkiego to moje zadanie. Też pracuję zawodowo. Ale to jakby nie miałoby dla mnie większego znaczenia.
Brakuje bliskości, wraca z pracy, komputer, praca, jak nie to inne sprawy związane z jego zainteresowaniami. Ok. godz. 21.00 robi sobie kolację i idzie do sypialni gdzie odpoczywa, ogląda TV coś tam sobie robi. Ja zostaję sama, nie pyta co u mnie, nie pamięta o rocznicach ślubu, imieninach (chyba, że mu teściowa wcześniej przypomni), nie interesuje się w ogóle moimi sprawami, gdy zaczynam coś mówić czy opowiadać, widzę, że nie słucha (mów, mów mam podzielną uwagę) zamknęłam się w sobie. Nie okazuje czułości, nie chce ze mną przebywać, spędzać czasu, jestem jakby przezroczysta. Gdy idziemy do kina, zawsze z mojej inicjatywy, znajomi go ostatnio denerwują, więc nigdzie nie wychodzimy razem, nic razem nie robimy, chyba że sama zaplanuję i jeszcze go do tego przekonam ale w trakcie bez entuzjazmu. O 21.00 zostaję sama, mogłabym pójść do niego, ale praktykowałam, to nie ma żadnego znaczenia gdzie jestem i tak nie zwraca na mnie uwagi. Weekendy to dla mnie koszmar, nie mam się do kogo odezwać całymi dniami, po sklepach nie chce mi się łazić, inni ludzie mają dzieci, rodziny, nie mam z kim się samotnie spotykać, zresztą on uważa, że moje miejsce jest w domu przy rodzinie. Zresztą jest synek, chcę aby miał wrażenie normalnej rodziny, która jest razem, bo ja tego nie miałam. Ja nie robię awantur, nie wściekam się, po prostu funkcjonuję jak robot. Seks, ostatni był podczas poczęcia dziecka ponad 8 lat temu. Strasznie się rozpisałam a to nie wszystko, bo jeszcze ważne jest ile ja włożyłam pracy w to żeby jakoś poprawić sytuację, jak walczyłam, wykorzystałam chyba wszystkie sposoby. Aż wewnętrznie umarłam. Najlepsze jest to, że on uważa, iż jesteśmy idealną rodziną. Muszę kończyć, jak ktoś będzie miał ochotę się nad tym pochylić jeszcze dokończę myśli... bo łzy mi płyną a muszę lecieć dalej... Dodam, tylko, że też bardzo dbam o siebie (żeby nie powiedział, że się zaniedbałam i to dlatego), jestem na prawdę atrakcyjną kobietą (wg innych mężczyzn, on też co jest całkiem chore, cieszy się że podobam się jego znajomym) wyprzedzam wszystkie argumenty, żeby nie mógł mi nic zarzucić. Staram się być idealna... a i tak mam poczucie winy.

Bo może dla niego to idealny układ. Ma wszystko zrobione.
Dla Ciebie jednak nie.

22 659 Ostatnio edytowany przez hm... (2013-06-18 16:40:00)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
kiedysbylam napisał/a:
hm... napisał/a:
kiedysbylam napisał/a:

dziekuje Wam bardzo, narazie nie potrafie nic wiecej napisac. troche sie uspokoilam. zaczelam czytac 'milosc potrzebuje stanowczosci'. bardzo duzo sie zgaDZA - w jego zachowaniu i w moim rowniez. ze im bardziej ja chcialam tym bardziej on sie odsuwal - to na pewno. ale z 2 strony mysle sobie, ze w tym grudniu, styczniu, lutym, ja jakby zrozumialam ze on potrzebuje czasu i przestalam naprawde byc nachalna, odsunelam sie totalnie, nie zebral o milosc, cale dnie sie nie widzielismy i to tez nie pomoglo... bo wtedy nie zblizyl sie do mnie tylko zatonal w romansie. moze za krotko to trwalo, ze dalam mu ta swobode? zreszta, moze i dalam ale wiadomo, klatki nigdy nie otworzylam, no on wiedzial ze ja chce z nim byc tak bardzo. no i to pewnie byl blad, ze chcialam troche za bardzo i on do tego o tym wiedzial. nic, teraz, dopiero teraz - przyznaje, te klatke otwieram, daje mu wolnosc. nie moge go zatrzymac w zaden sposob i juz nawet nie chce. chce zrobic cos dla siebie, ale tak naprawde... tak jak teraz - czytam sobie te ksiazke. juz naprawde nie mysle ze moze cos sie zmieni - juz nie. czytam, ja dla samej siebie, bo mnie to ineresuje, wiadomo ze ten temat nie zniknie z dnia na dzien. ehh.. nic, szkoda ze tej czy innej tego typu ksiazki nie czytalam duzo wczesniej, zupelnie inaczej bym postepowala. Ale coz, czlowiek uczy sie cale zycie.

Moż na razie nic nie czytaj, bo to chyba zwiększa Twój ból.
Wiesz, jeśli ktoś kocha to nie ważne czy będzie za ścianą czy na przeciwnhm biegunie przez pół roku. Jeśli podejmie decyzję o romansie to będzie to tylko i wyłącznie jego decyzja. Jakkolwiek winę za rozpad związku zawsze ponoszą dwie strony. I choćby jedna tylko zdradziła a druga tylko się na to godziła. A jeśli nie ma porozumienia to nic nie poradzisz, bo cóż z tego, że tylko Ty będziesz się starać. Kiedy druga strona nie chce, kiedy się wyłączyła.
Wierz mi, że czasem zostaje już przekroczona granica i nie chcemy dajej i więcej, to z tej drugiej perspektywy.
I nawet jeśli zranił Ciebid, bo jest ona, to nie ma żadnego zdarzenia. Kiedyśbyłam to nie Twoja wina.
Oj zawile ja piszę.

Hm czy dobrze rozumiem? wine za ROZPAD zwiazku ponosza zawsze 2 strony? no nie zgadzam sie absolutnie. wine za problemy w zwiazku, za kryzys zawsze ponosza fwia strony, jak najbardziej, bo nic nie bierze sie z nieba. Ale za ROZPAD, za to ze on zdecydowal sie odejsc, bo 'nie ma ochoty juz sie do niczego zmuszac, bo zmienil zdanie' to przepraszam jaka ja ponosze wine? za to ze nawet nie chcial probowac naprawic tego co OBOJE posknacalismy?? za jego zdrade? tez ponosze wine? nie wiem, potem piszesz ze to nie moja wina :) chyba cos zle rozumiem w Twoim poscie....


tak czy inaczej, wczoraj po raz 1szy pozwolilam mu tak naprawde odejsc. zarowno w mojej glowie, jak i napisalam mu jeszcze meila. oddalam mu wolnosc. juz zrobilam to w jakims sensie te 2 miesiace temu, nie zatrzymywalam go sila - chcial rozdzielnosci - zrobilismy ja, chcial osobnego zycia - zyjemy osobno itd. no ale wiadomo ze psychicznie ciagle jeszcze walczylam. po tym co uslyszalam niedziele, doszlam do momentu w ktorym po raz 1sza, ja sama stwierdzam ze TO NIE MA JUZ ZADNEGO SENSU. nie ma. mowie to poraz pierwszy. ciagle ludzilam sie ze on cos tam moze do mnie czuc, mimo wszystko. ale w tej chwili - tak, skoro byl taki nieszczesliwy ze mna i nie kocha mnie, no to faktycznie, nie ma to sensu. napisalam mu ze moze odejsc i powinien to juz wiedziec od jakiegos czasu, ze ja nigdy unieszczesliwiac go nie chcialam i nie chce tego teraz wiec skoro bedzie szczesliwszy beze mnie to niech tak bedzie. napisalm tez ze podjelam wlasnie taka decyzje tez bo ja tez zaasluguje na szczescie i nei chce i nie uslysze od niego juz nic przykrego, bo jakby sie czul nie ma prawa tak mnie traktowac jak zdarzylo sie pare razy ostatnio, gdzie w nerwach konkretnei przegial i niewazne ze potem mnei przepraszal za swoje slowa. no i tak to generalnie mu wyslalam. bylam w szoku ze mi odpisal. nic nowego genralnie- ze on nie chce byc ze mna bo nei wierzy ze moglibysy byc jeszcze szczesliwi, ze nie zmieni decyzji bo uwaza ja za sluszna i ze chce rozastac sie w zgodzie i z szacunkiem. czyli te same bzdury. nie odpisalam mu juz. chcoiaz cisnie mi sie na jezyk zeby mi o szacunku nie pieprzyl bo on juz pokazal przez ostatnie pol roku i tygodnie jak mnie szanuje - zdradzal, klamal, odrzucil, nazywam mnie w ostatnich tygodniach abrdzo brzydko jak byly awantury wiec niech mi o szacunku nei mowi i nie oczekuje go od kogos jesli sam go nie ma.

tak czy inaczej, zaparlam sie wczoraj, teraz to ja nie chce go juz widziec, bede robic tak, zeby ani przez 5 minut dziennie go nie widziec, nie bedzie to trudne. do tej pory robilam na odwrot- te 5 dziennie chociaz chcialam go zobaczyc, wiec jak wracal z pracy wieczorem to zawsze gdzies w kuchni sie 'spotkalismy'. koniec. mam dosc i dopuscilam do siebie wreszcie cala ta krzywde ktora mi wyrzadzil przez ten czas.... nie bedzie latwo, nie jest, ale sama sie normalnie dziwie ze tyle wytrzymalam, tyld znioslam, w sensie sama tak bardzo walczylam gdzie naprawde sytuacja byla juz beznadziejna od bardzo dawna....

Jejku, wiesz, że ja nie wiem co chciałam pod tą winą za rozpad umieścić.
Kurka, dziewczyny pomóżcie.
Myśl mi uciekła.
Dlaczego winę za rozpad małżeństwa ponoszą dwie strony

Może dlatego, że nie chce jedno z drugim rozmawiać, że jedno drugiemu nie daje szansy, choć to pierwsze tak by chciało. A może nasza wina, że się godzimy na różne rzeczy, że nie odejdziemy.

Jak mi myśl wróci to napiszę o tym. Zresztą był już tutaj poruszany ten temat ileś stron temu. Niekochana z Tarantellą rozważały.

A nie Twoja wina, że mu się odwidziało, że się odkochał.
No chyba, że wedle niego Twoją winą jest, że coś tam...

No i wiem już.
Że w Twoim pojęciu on to i to, a w jego Ty to i to. I to jest ta cała wina.
Ale liczy się dalsza część tej mojej nieszczęsnej wypiwiedzi, ten dodatek o winie w nie najbardzidj udxny sposób tam wpakowałam.

A z innej beczki. Wiecie co cenię i co mnie ujmuje? Kiedy ludzie przeżyli ze sobą ileś tam lat, kiedy rozmawiają ze sobą i potrafią dojść na spokojnievdo wspólnego porozumienia, że coś się skończyło i się rozchodzą. Ujmuje mnie tdn szacunek. A z drugiej strony czy faktycznie się kończy, czy nie jest to jakaś fanaberia, znudzenie, i niechciejstwo nie mnie oceniać. Wszak znam małżeństwa z 60 letnim stażem, z 40 letnim. Skowronki tam nie śpiewają, ale Ci ludzie są ze sobą szczęśliwi.

22 660

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Ehdi napisał/a:
PokręconaOna napisał/a:

Pobieżnie przeczytałam fragmenty wątku i zaczęłam się zastanawiać czy ja też należę do Was, czy wręcz przeciwnie. Jestem strasznie pogubiona w tym wszystkim...
Postaram się krótko ale wiem że wszystko ma znaczenie:
dzieciństwo i młodość:
matka nigdy nie okazująca uczuć, bardzo wymagająca
umarł mój ojciec gdy miałam 12 lat, to zdarzenie miał największy wpływ na moje życie..
bo w domu zaczęły się jazdy, wiem że mamie było ciężko, została sama z trójką małych dzieci, ale wszystkie żale, frustracje wylewała na mnie, ciągłe awantury.. tzn. ja się zamykałam, a ją to jeszcze bardziej rozjuszało, gdy się odezwałam to .... szkoda gadać, wiele razy było tak, że w święta ona siedziała przy stole z siostrami a ja w moim pokoiku 2x3 m sama, cały dzień. Bo rano lub dzień wcześniej dała mi tak popalić, nawyzywała, upokorzyła, że nie mogłam się zmusić aby usiąść razem przy stole. Najbardziej bolało, gdy nastawiała przeciwko mnie siostry, ja słyszałam co ona im mówiła w sąsiednim pokoju, wszystko przeinterpretowywała, zmieniała, zmyślała itd...Bałam się własnego cienia bo wszystko ją we mnie drażniło, robiła mi często na złość... Dodam, że zawsze byłam najlepszą uczennicą, zawsze sama radziłam sobie ze wszystkim, była tzw. grzeczną dziewczynką, żadnych papierosów, uwag w szkole, problemów wychowawczych itd..
Cały czas się starałam jej przypodobać, zyskać jej uczucia, bezskutecznie.... dużo by pisać...
Zaczęłam chorować, objawy somatyczne, ale po kilku latach bezskutecznego leczenia okazało się, że to na tle nerwowym, potem już gdy wyrwałam się z domu okazało się, że mam depresję, leczyłam się kilka lat z przerwami...Dlaczego o tym piszę, bo zastanawiam się jaki to miało wszystko wpływ na moje małżeństwo ... chyba chore. Nie potrafię ocenić, czy to ja jestem ta zła, wredna żona i wszystko tak wygląda czy może przyczyna tkwi gdzieś indziej.
Moje małżeństwo:
Mój mąż teoretycznie ideał, nie pije (chociaż ostatnio różnie z tym bywa), zarabia, nie włóczy się nigdzie, nie robi awantur.... powinnam być najszczęśliwsza na świecie, a z innej perspektywy, jest totalnie skupiony na sobie, swojej pracy, czasem, żebym nie miała pretensji rozwiesi pranie, zabierze syna na piłkę nożną. Wszystko inne cała logistyka, zakupy, rachunki, planowanie wszystkiego to moje zadanie. Też pracuję zawodowo. Ale to jakby nie miałoby dla mnie większego znaczenia.
Brakuje bliskości, wraca z pracy, komputer, praca, jak nie to inne sprawy związane z jego zainteresowaniami. Ok. godz. 21.00 robi sobie kolację i idzie do sypialni gdzie odpoczywa, ogląda TV coś tam sobie robi. Ja zostaję sama, nie pyta co u mnie, nie pamięta o rocznicach ślubu, imieninach (chyba, że mu teściowa wcześniej przypomni), nie interesuje się w ogóle moimi sprawami, gdy zaczynam coś mówić czy opowiadać, widzę, że nie słucha (mów, mów mam podzielną uwagę) zamknęłam się w sobie. Nie okazuje czułości, nie chce ze mną przebywać, spędzać czasu, jestem jakby przezroczysta. Gdy idziemy do kina, zawsze z mojej inicjatywy, znajomi go ostatnio denerwują, więc nigdzie nie wychodzimy razem, nic razem nie robimy, chyba że sama zaplanuję i jeszcze go do tego przekonam ale w trakcie bez entuzjazmu. O 21.00 zostaję sama, mogłabym pójść do niego, ale praktykowałam, to nie ma żadnego znaczenia gdzie jestem i tak nie zwraca na mnie uwagi. Weekendy to dla mnie koszmar, nie mam się do kogo odezwać całymi dniami, po sklepach nie chce mi się łazić, inni ludzie mają dzieci, rodziny, nie mam z kim się samotnie spotykać, zresztą on uważa, że moje miejsce jest w domu przy rodzinie. Zresztą jest synek, chcę aby miał wrażenie normalnej rodziny, która jest razem, bo ja tego nie miałam. Ja nie robię awantur, nie wściekam się, po prostu funkcjonuję jak robot. Seks, ostatni był podczas poczęcia dziecka ponad 8 lat temu. Strasznie się rozpisałam a to nie wszystko, bo jeszcze ważne jest ile ja włożyłam pracy w to żeby jakoś poprawić sytuację, jak walczyłam, wykorzystałam chyba wszystkie sposoby. Aż wewnętrznie umarłam. Najlepsze jest to, że on uważa, iż jesteśmy idealną rodziną. Muszę kończyć, jak ktoś będzie miał ochotę się nad tym pochylić jeszcze dokończę myśli... bo łzy mi płyną a muszę lecieć dalej... Dodam, tylko, że też bardzo dbam o siebie (żeby nie powiedział, że się zaniedbałam i to dlatego), jestem na prawdę atrakcyjną kobietą (wg innych mężczyzn, on też co jest całkiem chore, cieszy się że podobam się jego znajomym) wyprzedzam wszystkie argumenty, żeby nie mógł mi nic zarzucić. Staram się być idealna... a i tak mam poczucie winy.

Jakbym o swoim mężu czytała wink ha ha ha. Mój też niby słuchał, a później wyrzucał z pamięci. Wszystko na mojej głowie, a też "ideał". Spokojny, nie pije, już nie pali, nie bije no tylko sie po tyłku klepać. Ja ciągle w tym związku byłam sama. Dziecka nie chciał, bo nie teraz. Seksu też nie było. Cztery lata nawet mnie dotknął. On zupełnie nie rozumiał dlaczego ja jestem nieszczęśliwa. W końcu fakt mamy jakieś tam drobne problemy ale tak to naprawdę jesteśmy super. Oczywiście te problemy to fak, że ja nie spełniam jego oczekiwań.
Bliskości, przytulania zero ale później to ja sama nie miałam na to ochoty.
No i najgorsze ciągle myślałam, że to moja wina !! Przeciez on nie jest taki zły.

Wiesz co odetchnęłam dopiero jak się wyprowadziłam. Mieszkam sama, a nie jestem samotna !! Proszę jaki paradoks, a jak się z nim spotykam to się duszę i mam ochotę uciekać, bo on teraz to zrozumiał i się zmieni. Gówno prawda. Uciekaj ile sił w nogach !!!

Tak w ogóle to witam nową KKZB, jesteś KKZB na wypasie i nie mam co do tego wątpliwości wink.

A ex zmojej historii chlał ot co.

A swoją drogą fajnie jak np. mówisz, że Ci tego brakuje, on Ci tego nie daje. Ale Ty mówisz głośno czego oczekujesz a on się dziwi żeś Ty nieszczęśliwa nie wiedzieć czemu. Jesssu..

22 661

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

kiedysbylam W końcu jesteś porządnie wkurzona. Wykorzystaj to, bo to ogromna siła i nic złego. Masz prawo być na niego wściekła.
Cóż, niestety nadzieja umiera ostatnia...(i często kona długo).

PokreconaOna, witaj...
Dla mnie jest niewyobrażalne, że dwoje ludzi jest małżeństwem, a przez 8 lat się nie dotykają. Nie dałabym osobiście rady, bo seks buduje jednak intymnosć i bliskość - nie jest najważniejszy, ale tak jak inne czynniki są ważne tak i on - to tworzy całosć dobrej relacji.
Cóż, łóżko chyba jednak jest jakimś odzwierciedleniem związku, gdy jest się ze sobą długo, nie da się w nim oszukać.
Czy Ty jesteś szczęsliwa?

22 662

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Wiem jedno, że kiedy się staram, bo mi zależy, a ktoś to ma w d...to się starać przestaję, jeśli to jest coś dla dobra wspólnego.
Jak to w jednej piosence było, "bo w tym cały jest ambaras żeby dwoje chciało na raz"

22 663

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:

kiedysbylam W końcu jesteś porządnie wkurzona. Wykorzystaj to, bo to ogromna siła i nic złego. Masz prawo być na niego wściekła.
Cóż, niestety nadzieja umiera ostatnia...(i często kona długo).

PokreconaOna, witaj...
Dla mnie jest niewyobrażalne, że dwoje ludzi jest małżeństwem, a przez 8 lat się nie dotykają. Nie dałabym osobiście rady, bo seks buduje jednak intymnosć i bliskość - nie jest najważniejszy, ale tak jak inne czynniki są ważne tak i on - to tworzy całosć dobrej relacji.
Cóż, łóżko chyba jednak jest jakimś odzwierciedleniem związku, gdy jest się ze sobą długo, nie da się w nim oszukać.
Czy Ty jesteś szczęsliwa?

Raki powiem Ci szczerze, że ja też miałam takie przekonanie. No i temperament seksulany, że ho ho. Tylko to się jakoś tak stało.... sama nie wiem nawet jak ale ja nie chciałam już niczego inicjować i nie czułam się z nim chyba dobrze w łóżku. Wypaliła się namiętność, a pod koniec to już w ogóle sobie tego nie wyobrażałam.

Teraz on mi ciagle mówi abym wróciła i będzie cudownie. To fakt, że ja też nie bardzo wiedziałam czego chcę i bardzo się zmieniłam. Jednak wiem, że ten związek satysfakcji mi nie da. On się nie zmieni i cuda to są tylko w bajkach i w erze. Lepiej mi samej. Taka prawda.

Kupiłam sobie rower !!! Jakbym się nie odezwała w ciągu kilku dni to znaczy, że się zabiłam wink.

22 664

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Wracając do mojej chorej sytuacji, chcę ją przedstawić obiektywnie, bo nie chodzi mi o robienie z siebie ofiary tylko obiektywne opinie na które mnie nie stać. Tylko jak to opisać krótko. Zaczęliśmy się spotykać, gdy rozpoczęliśmy studia, nie mieliśmy kasy, moja mama miała na szczęście świra na punkcie wykształcenia, mogłam mieszkać i żywić się w domu a na resztę musiałam zarobić, co jakby zrozumiałe, ale wtedy nie było hipermarketów i in. możliwości, które są teraz, byłam na ciężkich studiach, z dużą ilością laboratoriów i nauki. Mąż był w podobnej sytuacji ale na innej uczelni. Dorabiało się na truskawkach (grosze) lub w wakacje, potem zaczepiłam się na soboty w sklepie odzieżowym. Czyli nie mieliśmy kasy i czasu, spotykaliśmy się w weekendy w mieszkaniu u mnie lub u niego, chodziliśmy na spacery lub imprezy w akademiku. Nie były to sprzyjające warunki do seksu. Dotykaliśmy się, pieściliśmy ale zawsze tak, żeby się wycofać, gdy ktoś wejdzie. Wcześniejsze sympatie to luźne znajomości bez intymności, nawet ich do domu nie zapraszałam bo się bałam mamy. On był pierwszy (miałam prawie 20 lat) na poważnie, i to, kiedyś gdy ona zobaczyła mnie przez okno jak idziemy objęci, wyzywała mnie od najgorszych i że jej wstyd robię przed sąsiadami. Rozumiecie klimacik. Gdy przydarzyła się jakaś okazja, czułam ból, byłam spięta. Wszystko było byle jak, seks nie dawał mi przyjemności, zaczęłam go unikać. I to jest ten moment gdzie widzę swoją winę. On mnie naciskał, czasami ulegałam (ale uprawialiśmy petting), czasami nie, wtedy się obrażał, jednak trwał przy mnie, nie szantażował, nie zostawił. Czułość i bliskość jednak była między nami. Myślałam, że poprawi się po ślubie gdy zamieszkamy razem, niestety coś się we mnie utrwaliło, czułam ból. Nie było wtedy internetu, nie wiedziałam jak sobie pomóc. Po kilku nieudanych próbach on odpuścił i już mnie nie zaczepiał. Żyliśmy jak rodzeństwo, ale ja miałam poczucie winy, wiedziałam, że tak nie może być. Znalazłam seksuologa, poszłam dwa razy, dzisiaj wydaje mi się, że te wizyty nie były profesjonalne, ale innego nie było. Wstydziłam się okrutnie, powiedział, że mam przyjść z mężem bo inaczej nic nie da się zrobić. On nie chciał nawet o tym słyszeć, bo to nie jego problem tylko mój. Znowu porażka. Przez to wszystko starałam się być idealna w innych dziedzinach, jako żona. Wyjechał na kilka miesięcy na kontrakt. Tęskniłam strasznie, postanowiłam jednak, że muszę coś z tym zrobić, zaczęłam szukać informacji (dowiedziałam się o istnieniu żeli, pozycjach itp.) postanowiłam, że jak wróci, zrobię wszystko, niech boli, w końcu się uda. Tak też zrobiłam, zaczęłam go namawiać do prób, starałam się być miła i pociągająca. Ale on wcale nie chciał. Wkrótce okazało się, ze kogoś miał. Myślałam, że tam ją poznał, ale okazało się że mieszka ok. 30 km od nas. Nie wiem, może przypadek, nie chciał o Tym mówić. Jak sprawa się wydała, zakończył to, przepraszał. Bolało jak diabli, ale czułam też swoją winę, więc mu przebaczyłam. Z czasem jakoś zaczęło się układać, wdrożyłam swój plan i może bez rewelacji ale zaczęło się układać. Postanowiliśmy powiększyć rodzinę, nie mogłam zajść w ciążę, leczenie, seks na żądanie. W końcu obydwoje mieliśmy tego dość, ale w ciążę zaszłam. Ciąża z powikłaniami, chorujące dziecko, rehabilitacja, szpitale, operacje, bałam się o pracę. Wtedy nie mieliśmy głowy, żeby myśleć o naszych potrzebach. Każdego dnia walczyliśmy o przetrwanie. On głównie pracował, ale prowadził firmę i nie mógł odpuścić, bo ja mogłam zostać na lodzie  przez te wszystkie problemy, a potrzebowaliśmy pieniędzy na leczenie, lekarzy, opiekunki itd. Ja więc pracowałam i czuwałam przy małym nocami, siedziałam w szpitalu i zajmowałam się domem. On wspierał z boku ale mieliśmy jeden cel. Potem wszystko zaczęło się układać, synek przestał chorować, a my staliśmy się sobie obcy. Wtedy zaczęłam dostrzegać nasz problem. Próbowałam wszystkiego, myślałam, że jak będę bardziej czuła i dobra to on mi się odwzajemni, nic, jak zacznę go ignorować to może zauważy problem ale nie zauważył. Mówiłam mu wyraźnie, że jest źle między nami, co mnie boli, obiecywał, że się poprawi, zacznie się mną interesować (na siłę?), bez rezultatu, w rozpaczy robiłam awantury, mówiłam, że gdyby nie synek odeszłabym od niego. Myślałam, że jakoś nim potrząsnę, może zawalczy o nas, ale tylko się obraził. Pytałam czego on oczekuje, jemu jest dobrze. Pytałam dlaczego nie chce ze mną sypiać, przecież nie chodzi tylko o seks ale o tę bliskość. On nie wie, ale swoje też przeze mnie wycierpiał i teraz moja kolej aby go zrozumieć. Czuję się jakbym pokutowała za to co było na początku, i nawet uważam, że przez to nic mi się  nie należy. Że nie mogę narzekać, ale jestem strasznie samotna, nieszczęśliwa i nie kochana. Od dziecka czułam się odtrącona i nie kochana a teraz wychodzi na to, że tak już zostanie, do końca życia. Ten stan rzeczy trwa kilka lat, wyczerpałam wszystkie możliwości, wiem, że nic się nie zmieni, ale czuję, że na to zasłużyłam i to też moja wina. Jak się domyślacie, on teraz jest w sypialni obok, ogląda TV i nic go nie obchodzi, ja tu piszę i płaczę. Tak wygląda każdy mój dzień i wieczór, także w dni wolne. Może jestem idiotką i za dużo oczekuję od życia, może inni też tak żyją i to jest normalne a ja się filmów naoglądałam? dlatego Was pytam?

22 665

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:
quest33 napisał/a:

Powiedziałam mu zeby nie dzwonil bo nie chce go wiecej widzieć.  To koszmar, pewnie znacie to uczucie.  Czy może zauwazy, czy powie cos miłego.  Dramat, dramat, ze na to pozwiliłam. A mam juz dobrze po 30 ....ech...

Podstawowy błąd, który pewnie królował w małych rzeczach. Skoro tak powiedziałaś, czemu czekasz na telefon i "aż się zorientuje". Dobrze, że nie dzwoni, bo przecież Cię posłuchał.
Zobacz jakie to głupie.

quest33 napisał/a:

dziewczyny, z drugiej strony czy to dziwne, ze chcemy byc kochane, zauważane, otoczone troską i miec koło siebie oddanego faceta?
I gdzie zaczyna sie granica? Bo ja ciągle chciałam więcej a wtedy on oddalał sie wprost proporcjonalnie.

Ale nie kosztem siebie!
To nie dziwne, że mamy pragnienia, by z kimś dzielić życie, albo budować rodzinę. Tylko najpierw musimy je odkryć - co chcemy, a owo chcenie przez lata może się zmieniać. Do tego nie z takimi facetami! Nie masz głodu miłości a emocji. Gdybyś dostała kochanie, uwagę, troskę i oddanie mężczyzny zwiałabyś z nudów. KKZB tego nie może znieść. Potrzebuje trzęsień ziemi.

Raki, bardzo dziękuję za Twój  post.
Wiesz, mysle o tym. O co mi chodzi? Może faktycznie tylko o emocje?  Jak to odkryć?

Raczej czuje w sobie wewnętrzna pustkę, która usiłowałam zapełnić czyims zainteresowaniem, adoracją, bliskością. Chciałam by ktos mnie zauwazył.


Zrobiłam cos dla siebie - spedziłam dwa cudowne dni w górach z przyjaciółką. Zyskałam trochę dystansu, spokoju. Powoli zaczyna mi na sobie zależeć.

22 666

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

Wracając do mojej chorej sytuacji, chcę ją przedstawić obiektywnie, bo nie chodzi mi o robienie z siebie ofiary tylko obiektywne opinie na które mnie nie stać. Tylko jak to opisać krótko. Zaczęliśmy się spotykać, gdy rozpoczęliśmy studia, nie mieliśmy kasy, moja mama miała na szczęście świra na punkcie wykształcenia, mogłam mieszkać i żywić się w domu a na resztę musiałam zarobić, co jakby zrozumiałe, ale wtedy nie było hipermarketów i in. możliwości, które są teraz, byłam na ciężkich studiach, z dużą ilością laboratoriów i nauki. Mąż był w podobnej sytuacji ale na innej uczelni. Dorabiało się na truskawkach (grosze) lub w wakacje, potem zaczepiłam się na soboty w sklepie odzieżowym. Czyli nie mieliśmy kasy i czasu, spotykaliśmy się w weekendy w mieszkaniu u mnie lub u niego, chodziliśmy na spacery lub imprezy w akademiku. Nie były to sprzyjające warunki do seksu. Dotykaliśmy się, pieściliśmy ale zawsze tak, żeby się wycofać, gdy ktoś wejdzie. Wcześniejsze sympatie to luźne znajomości bez intymności, nawet ich do domu nie zapraszałam bo się bałam mamy. On był pierwszy (miałam prawie 20 lat) na poważnie, i to, kiedyś gdy ona zobaczyła mnie przez okno jak idziemy objęci, wyzywała mnie od najgorszych i że jej wstyd robię przed sąsiadami. Rozumiecie klimacik. Gdy przydarzyła się jakaś okazja, czułam ból, byłam spięta. Wszystko było byle jak, seks nie dawał mi przyjemności, zaczęłam go unikać. I to jest ten moment gdzie widzę swoją winę. On mnie naciskał, czasami ulegałam (ale uprawialiśmy petting), czasami nie, wtedy się obrażał, jednak trwał przy mnie, nie szantażował, nie zostawił. Czułość i bliskość jednak była między nami. Myślałam, że poprawi się po ślubie gdy zamieszkamy razem, niestety coś się we mnie utrwaliło, czułam ból. Nie było wtedy internetu, nie wiedziałam jak sobie pomóc. Po kilku nieudanych próbach on odpuścił i już mnie nie zaczepiał. Żyliśmy jak rodzeństwo, ale ja miałam poczucie winy, wiedziałam, że tak nie może być. Znalazłam seksuologa, poszłam dwa razy, dzisiaj wydaje mi się, że te wizyty nie były profesjonalne, ale innego nie było. Wstydziłam się okrutnie, powiedział, że mam przyjść z mężem bo inaczej nic nie da się zrobić. On nie chciał nawet o tym słyszeć, bo to nie jego problem tylko mój. Znowu porażka. Przez to wszystko starałam się być idealna w innych dziedzinach, jako żona. Wyjechał na kilka miesięcy na kontrakt. Tęskniłam strasznie, postanowiłam jednak, że muszę coś z tym zrobić, zaczęłam szukać informacji (dowiedziałam się o istnieniu żeli, pozycjach itp.) postanowiłam, że jak wróci, zrobię wszystko, niech boli, w końcu się uda. Tak też zrobiłam, zaczęłam go namawiać do prób, starałam się być miła i pociągająca. Ale on wcale nie chciał. Wkrótce okazało się, ze kogoś miał. Myślałam, że tam ją poznał, ale okazało się że mieszka ok. 30 km od nas. Nie wiem, może przypadek, nie chciał o Tym mówić. Jak sprawa się wydała, zakończył to, przepraszał. Bolało jak diabli, ale czułam też swoją winę, więc mu przebaczyłam. Z czasem jakoś zaczęło się układać, wdrożyłam swój plan i może bez rewelacji ale zaczęło się układać. Postanowiliśmy powiększyć rodzinę, nie mogłam zajść w ciążę, leczenie, seks na żądanie. W końcu obydwoje mieliśmy tego dość, ale w ciążę zaszłam. Ciąża z powikłaniami, chorujące dziecko, rehabilitacja, szpitale, operacje, bałam się o pracę. Wtedy nie mieliśmy głowy, żeby myśleć o naszych potrzebach. Każdego dnia walczyliśmy o przetrwanie. On głównie pracował, ale prowadził firmę i nie mógł odpuścić, bo ja mogłam zostać na lodzie  przez te wszystkie problemy, a potrzebowaliśmy pieniędzy na leczenie, lekarzy, opiekunki itd. Ja więc pracowałam i czuwałam przy małym nocami, siedziałam w szpitalu i zajmowałam się domem. On wspierał z boku ale mieliśmy jeden cel. Potem wszystko zaczęło się układać, synek przestał chorować, a my staliśmy się sobie obcy. Wtedy zaczęłam dostrzegać nasz problem. Próbowałam wszystkiego, myślałam, że jak będę bardziej czuła i dobra to on mi się odwzajemni, nic, jak zacznę go ignorować to może zauważy problem ale nie zauważył. Mówiłam mu wyraźnie, że jest źle między nami, co mnie boli, obiecywał, że się poprawi, zacznie się mną interesować (na siłę?), bez rezultatu, w rozpaczy robiłam awantury, mówiłam, że gdyby nie synek odeszłabym od niego. Myślałam, że jakoś nim potrząsnę, może zawalczy o nas, ale tylko się obraził. Pytałam czego on oczekuje, jemu jest dobrze. Pytałam dlaczego nie chce ze mną sypiać, przecież nie chodzi tylko o seks ale o tę bliskość. On nie wie, ale swoje też przeze mnie wycierpiał i teraz moja kolej aby go zrozumieć. Czuję się jakbym pokutowała za to co było na początku, i nawet uważam, że przez to nic mi się  nie należy. Że nie mogę narzekać, ale jestem strasznie samotna, nieszczęśliwa i nie kochana. Od dziecka czułam się odtrącona i nie kochana a teraz wychodzi na to, że tak już zostanie, do końca życia. Ten stan rzeczy trwa kilka lat, wyczerpałam wszystkie możliwości, wiem, że nic się nie zmieni, ale czuję, że na to zasłużyłam i to też moja wina. Jak się domyślacie, on teraz jest w sypialni obok, ogląda TV i nic go nie obchodzi, ja tu piszę i płaczę. Tak wygląda każdy mój dzień i wieczór, także w dni wolne. Może jestem idiotką i za dużo oczekuję od życia, może inni też tak żyją i to jest normalne a ja się filmów naoglądałam? dlatego Was pytam?

Jest mi smutno, kiedy to czytam.

Myślę, że może być lepiej, cały czas w to wierzę.

22 667

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

Wracając do mojej chorej sytuacji, chcę ją przedstawić obiektywnie, bo nie chodzi mi o robienie z siebie ofiary tylko obiektywne opinie na które mnie nie stać. Tylko jak to opisać krótko. Zaczęliśmy się spotykać, gdy rozpoczęliśmy studia, nie mieliśmy kasy, moja mama miała na szczęście świra na punkcie wykształcenia, mogłam mieszkać i żywić się w domu a na resztę musiałam zarobić, co jakby zrozumiałe, ale wtedy nie było hipermarketów i in. możliwości, które są teraz, byłam na ciężkich studiach, z dużą ilością laboratoriów i nauki. Mąż był w podobnej sytuacji ale na innej uczelni. Dorabiało się na truskawkach (grosze) lub w wakacje, potem zaczepiłam się na soboty w sklepie odzieżowym. Czyli nie mieliśmy kasy i czasu, spotykaliśmy się w weekendy w mieszkaniu u mnie lub u niego, chodziliśmy na spacery lub imprezy w akademiku. Nie były to sprzyjające warunki do seksu. Dotykaliśmy się, pieściliśmy ale zawsze tak, żeby się wycofać, gdy ktoś wejdzie. Wcześniejsze sympatie to luźne znajomości bez intymności, nawet ich do domu nie zapraszałam bo się bałam mamy. On był pierwszy (miałam prawie 20 lat) na poważnie, i to, kiedyś gdy ona zobaczyła mnie przez okno jak idziemy objęci, wyzywała mnie od najgorszych i że jej wstyd robię przed sąsiadami. Rozumiecie klimacik. Gdy przydarzyła się jakaś okazja, czułam ból, byłam spięta. Wszystko było byle jak, seks nie dawał mi przyjemności, zaczęłam go unikać. I to jest ten moment gdzie widzę swoją winę. On mnie naciskał, czasami ulegałam (ale uprawialiśmy petting), czasami nie, wtedy się obrażał, jednak trwał przy mnie, nie szantażował, nie zostawił. Czułość i bliskość jednak była między nami. Myślałam, że poprawi się po ślubie gdy zamieszkamy razem, niestety coś się we mnie utrwaliło, czułam ból. Nie było wtedy internetu, nie wiedziałam jak sobie pomóc. Po kilku nieudanych próbach on odpuścił i już mnie nie zaczepiał. Żyliśmy jak rodzeństwo, ale ja miałam poczucie winy, wiedziałam, że tak nie może być. Znalazłam seksuologa, poszłam dwa razy, dzisiaj wydaje mi się, że te wizyty nie były profesjonalne, ale innego nie było. Wstydziłam się okrutnie, powiedział, że mam przyjść z mężem bo inaczej nic nie da się zrobić. On nie chciał nawet o tym słyszeć, bo to nie jego problem tylko mój. Znowu porażka. Przez to wszystko starałam się być idealna w innych dziedzinach, jako żona. Wyjechał na kilka miesięcy na kontrakt. Tęskniłam strasznie, postanowiłam jednak, że muszę coś z tym zrobić, zaczęłam szukać informacji (dowiedziałam się o istnieniu żeli, pozycjach itp.) postanowiłam, że jak wróci, zrobię wszystko, niech boli, w końcu się uda. Tak też zrobiłam, zaczęłam go namawiać do prób, starałam się być miła i pociągająca. Ale on wcale nie chciał. Wkrótce okazało się, ze kogoś miał. Myślałam, że tam ją poznał, ale okazało się że mieszka ok. 30 km od nas. Nie wiem, może przypadek, nie chciał o Tym mówić. Jak sprawa się wydała, zakończył to, przepraszał. Bolało jak diabli, ale czułam też swoją winę, więc mu przebaczyłam. Z czasem jakoś zaczęło się układać, wdrożyłam swój plan i może bez rewelacji ale zaczęło się układać. Postanowiliśmy powiększyć rodzinę, nie mogłam zajść w ciążę, leczenie, seks na żądanie. W końcu obydwoje mieliśmy tego dość, ale w ciążę zaszłam. Ciąża z powikłaniami, chorujące dziecko, rehabilitacja, szpitale, operacje, bałam się o pracę. Wtedy nie mieliśmy głowy, żeby myśleć o naszych potrzebach. Każdego dnia walczyliśmy o przetrwanie. On głównie pracował, ale prowadził firmę i nie mógł odpuścić, bo ja mogłam zostać na lodzie  przez te wszystkie problemy, a potrzebowaliśmy pieniędzy na leczenie, lekarzy, opiekunki itd. Ja więc pracowałam i czuwałam przy małym nocami, siedziałam w szpitalu i zajmowałam się domem. On wspierał z boku ale mieliśmy jeden cel. Potem wszystko zaczęło się układać, synek przestał chorować, a my staliśmy się sobie obcy. Wtedy zaczęłam dostrzegać nasz problem. Próbowałam wszystkiego, myślałam, że jak będę bardziej czuła i dobra to on mi się odwzajemni, nic, jak zacznę go ignorować to może zauważy problem ale nie zauważył. Mówiłam mu wyraźnie, że jest źle między nami, co mnie boli, obiecywał, że się poprawi, zacznie się mną interesować (na siłę?), bez rezultatu, w rozpaczy robiłam awantury, mówiłam, że gdyby nie synek odeszłabym od niego. Myślałam, że jakoś nim potrząsnę, może zawalczy o nas, ale tylko się obraził. Pytałam czego on oczekuje, jemu jest dobrze. Pytałam dlaczego nie chce ze mną sypiać, przecież nie chodzi tylko o seks ale o tę bliskość. On nie wie, ale swoje też przeze mnie wycierpiał i teraz moja kolej aby go zrozumieć. Czuję się jakbym pokutowała za to co było na początku, i nawet uważam, że przez to nic mi się  nie należy. Że nie mogę narzekać, ale jestem strasznie samotna, nieszczęśliwa i nie kochana. Od dziecka czułam się odtrącona i nie kochana a teraz wychodzi na to, że tak już zostanie, do końca życia. Ten stan rzeczy trwa kilka lat, wyczerpałam wszystkie możliwości, wiem, że nic się nie zmieni, ale czuję, że na to zasłużyłam i to też moja wina. Jak się domyślacie, on teraz jest w sypialni obok, ogląda TV i nic go nie obchodzi, ja tu piszę i płaczę. Tak wygląda każdy mój dzień i wieczór, także w dni wolne. Może jestem idiotką i za dużo oczekuję od życia, może inni też tak żyją i to jest normalne a ja się filmów naoglądałam? dlatego Was pytam?

Wiesz ja jak to czytam to nie widzę Twojej winy. Moim zdaniem może miałaś problem ale próbowałaś. Twój mąż nie zachował się w tym wszystkim dobrze. Ja też miałam na początek problem z bólem podczas i też nie było internetu i tyle wiedzy. Jednak to jest rola partnera aby też próbować.
Gdyby dał Ci komfort psychiczny i nie naciskał, zrozumiał Twój problem to uwierz mi dałoby radę.
Poszłaś do seksuologa, powiedziałaś mu o tym, a on to olał. Uznał, że to Twój problem....
U mnie mąż miał problem ale też próbował mnie obarczać winą bo ponoć go deprymowałam.
Wiesz jak czytam to zakończenie to nóż mi się w kieszeni otwiera. On się nie zmieni. Dlaczego przy nim trwasz ?? Masz prawo być szczęśliwa.

22 668

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Ehdi napisał/a:

Raki powiem Ci szczerze, że ja też miałam takie przekonanie. No i temperament seksulany, że ho ho. Tylko to się jakoś tak stało.... sama nie wiem nawet jak ale ja nie chciałam już niczego inicjować i nie czułam się z nim chyba dobrze w łóżku. Wypaliła się namiętność, a pod koniec to już w ogóle sobie tego nie wyobrażałam.

Teraz on mi ciagle mówi abym wróciła i będzie cudownie. To fakt, że ja też nie bardzo wiedziałam czego chcę i bardzo się zmieniłam. Jednak wiem, że ten związek satysfakcji mi nie da. On się nie zmieni i cuda to są tylko w bajkach i w erze. Lepiej mi samej. Taka prawda.

Kupiłam sobie rower !!! Jakbym się nie odezwała w ciągu kilku dni to znaczy, że się zabiłam wink.

Wiem, że ten Twój to kolejny głaz. Tylko zastanawiam się o czym to świadczy. Jasne, że czasem mogą być przerwy, ba nawet długie. Ale 4 lata, 8 lat. Spać w łóżku z żoną i jej nie pożądać ?!

22 669 Ostatnio edytowany przez hm... (2013-06-18 22:56:22)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:
Ehdi napisał/a:

Raki powiem Ci szczerze, że ja też miałam takie przekonanie. No i temperament seksulany, że ho ho. Tylko to się jakoś tak stało.... sama nie wiem nawet jak ale ja nie chciałam już niczego inicjować i nie czułam się z nim chyba dobrze w łóżku. Wypaliła się namiętność, a pod koniec to już w ogóle sobie tego nie wyobrażałam.

Teraz on mi ciagle mówi abym wróciła i będzie cudownie. To fakt, że ja też nie bardzo wiedziałam czego chcę i bardzo się zmieniłam. Jednak wiem, że ten związek satysfakcji mi nie da. On się nie zmieni i cuda to są tylko w bajkach i w erze. Lepiej mi samej. Taka prawda.

Kupiłam sobie rower !!! Jakbym się nie odezwała w ciągu kilku dni to znaczy, że się zabiłam wink.

Wiem, że ten Twój to kolejny głaz. Tylko zastanawiam się o czym to świadczy. Jasne, że czasem mogą być przerwy, ba nawet długie. Ale 4 lata, 8 lat. Spać w łóżku z żoną i jej nie pożądać ?!

U mnie było dwa.
To aż straszne jest nie?
Dla mnie było i dreszcz mam na samą myśl.

22 670

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

U mnie tez były "przestoje". Mnie bolało tak bardzo ( o dziwo pierwsze lata nie), że pomyślałam, że jak przerwiemy to wróci. Znowu bolało i niewiele się dało zmienić, co powodowało oddalenie jakoś zamiast pracę nad tym.

Dziś wiem, że seks nie boli na pewno, a wina nie tkwiła we mnie. Po prostu przez całodzienne traktowanie moje ciało potem go odrzucało, było spięte. Mówiło mi więcej niż widziałam. Wszystko ma powiązania. Dlatego warto słuchać ciała, a wtedy może można za wczasu coś zmienić.

22 671

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Moje się jakoś zblokowało przez długotrwałe odrzucenie. Biedne...

22 672

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

No właśnie odrzucenie... jak ktoś odpycha Twoją rękę i odwraca się na pocałunek, jak potem...

Odezwał się mój psychofag - pisze, że się o mnie zaczyna poważnie martwić. Nie wiem, po co to robi jeszcze.
A u mnie dobrze. W mieszkanku cudnie, chociaż przedobrzyłam i muszę naprawiać to przedobrzenie jeszcze, i tyle jest światła, i słoneczko rano w salonie i kuchni aż chce się żyć.
Do tego po mojemu słucham tylko radia, spokojnie siedzę i głaskam kota (zabrał mi całą sofę!)
Dobrze mi:)

22 673

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:

No właśnie odrzucenie... jak ktoś odpycha Twoją rękę i odwraca się na pocałunek, jak potem...

Odezwał się mój psychofag - pisze, że się o mnie zaczyna poważnie martwić. Nie wiem, po co to robi jeszcze.
A u mnie dobrze. W mieszkanku cudnie, chociaż przedobrzyłam i muszę naprawiać to przedobrzenie jeszcze, i tyle jest światła, i słoneczko rano w salonie i kuchni aż chce się żyć.
Do tego po mojemu słucham tylko radia, spokojnie siedzę i głaskam kota (zabrał mi całą sofę!)
Dobrze mi:)

Żeby tylko rękę...
Potem nie wiesz czy to co robi to czasem nie z litości, z łaski. I niby miało być pięknie a płyną Ci łzy.

Martwi się, bo się może nie odzywasz czy coś. Że Ci dobrze, bez niego.

22 674

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Ehdi, trwam przy nim głównie ze względu na synka, chcę mu stworzyć normalny dom, z mamą i tatą, którzy go kochają, taki którego nie miałam. Chcę mu zapewnić poczucie bezpieczeństwa, jest wrażliwy, też swoje przeszedł. Jemu wydaje się, że wszystko jest OK.
Druga sprawa, to tak jak pisałam nie umiem obiektywnie ocenić sytuacji. Wyobrażam sobie naszą rozprawę sądową, i co ja mam powiedzieć, kto to zrozumie, prać wszystkie brudy. Że mąż mnie nie kocha, ależ on powie, że kocha, że czuję się samotna, odbiło babie, kto się nie czuje, nie ma kłótni, wszystko OK. Gdzie mam odejść, z dzieckiem, jestem całkiem sama. On za nic nie odpuści, wiem, że będzie walczył, ma siłę, układy, pieniądze. Wyjdę na totalną wariatkę, gdyby tylko o mnie chodziło chyba byłoby mi wszystko jedno, spakowałabym się, wynajęła jakiś pokój i trudno... Ale jest synek, nie zostawię go, a on nie odda ... Czasem myślę, że może gdyby sobie kogoś znalazł to sam by odszedł i jeszcze się cieszył, że nie robię problemów... ale na to też jest za cwany. Jemu jest dobrze tak jak jest i trzyma mnie w szachu. Czasem mówi nawet, że mnie kocha, myślę sobie, że może faktycznie, tylko tak ma, że nie umie tego okazać, wręcz mi go szkoda momentami, może też czuje się samotny, tylko dlaczego nie walczy ... Nie wiem co dalej...

22 675 Ostatnio edytowany przez Happyfull (2013-06-18 23:38:38)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Pokrecona witaj smile
Nie wiesz co dalej ? Jak to nie wiesz ? Tak jak codziennie !!!Bedziesz wegetowac i wmawiac sobie, ze robisz to dla synka !!!
Wydaje mi sie, ze chcesz od Nas czarodziejskiej rozdzki !!! My jej nie mamy i nie zaczarujemy Twojego meza aby zaczal walczyc!!! Zreszta o co ? Jest o co walczyc ? Myslisz, ze on jest jedynym na jakiego czekalas ?
To czemu motyla noga jestes od poczatku nieszczesliwa ?
Wejdz kochana na blogi: Moje dwie glowy, Terapia przez pisanie, Uciekamy do przodu, blog naszej Ehdi i poczytaj co dalej !!!
Wyslij maila do mnie to dostaniesz ksiazki smile
Co dalej kochana zalezy od Ciebie !!! Juz masz dosc takiego zycia !!!
Bierz sie do roboty, bo tylko Ty mozesz zmienic swoje zycie !!! Zycze sily i madrych decyzji:)

22 676

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
raki napisał/a:

Odezwał się mój psychofag - pisze, że się o mnie zaczyna poważnie martwić. Nie wiem, po co to robi jeszcze.

Tez sie pytalam mojego terapeuty !!! Brutalnie prosto z mostu odpowiedzial: Bo sobie jeszcze drugiej nie znalazl !!!

22 677 Ostatnio edytowany przez Happyfull (2013-06-18 23:42:45)

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Ehdi napisał/a:

Co w ogóle z Happy i Berlinem, bo maile do niej mi wracają jako niedostarczone hmm. Dziwne jakieś.

Ehdi tylko od Ciebie maile nie dotarly. Nie wiem czemu. Wyslij mi na maila, ktorego Wam dzisiaj dalam smile

22 678

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

Ehdi, trwam przy nim głównie ze względu na synka, chcę mu stworzyć normalny dom, z mamą i tatą, którzy go kochają, taki którego nie miałam. Chcę mu zapewnić poczucie bezpieczeństwa, jest wrażliwy, też swoje przeszedł. Jemu wydaje się, że wszystko jest OK.
Druga sprawa, to tak jak pisałam nie umiem obiektywnie ocenić sytuacji. Wyobrażam sobie naszą rozprawę sądową, i co ja mam powiedzieć, kto to zrozumie, prać wszystkie brudy. Że mąż mnie nie kocha, ależ on powie, że kocha, że czuję się samotna, odbiło babie, kto się nie czuje, nie ma kłótni, wszystko OK. Gdzie mam odejść, z dzieckiem, jestem całkiem sama. On za nic nie odpuści, wiem, że będzie walczył, ma siłę, układy, pieniądze. Wyjdę na totalną wariatkę, gdyby tylko o mnie chodziło chyba byłoby mi wszystko jedno, spakowałabym się, wynajęła jakiś pokój i trudno... Ale jest synek, nie zostawię go, a on nie odda ... Czasem myślę, że może gdyby sobie kogoś znalazł to sam by odszedł i jeszcze się cieszył, że nie robię problemów... ale na to też jest za cwany. Jemu jest dobrze tak jak jest i trzyma mnie w szachu. Czasem mówi nawet, że mnie kocha, myślę sobie, że może faktycznie, tylko tak ma, że nie umie tego okazać, wręcz mi go szkoda momentami, może też czuje się samotny, tylko dlaczego nie walczy ... Nie wiem co dalej...

Jesteś pewna, że synek tak myśli?

22 679

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
hm... napisał/a:

Happy na weekend do Strasburga pojechała, to może sobie kobitka weekenduje jeszcze.

Motyla noga tylko Hm.. mnie czyta smile  Jak nie o psychopatach to nikogo nie interesuje tongue

22 680

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Happyfull napisał/a:
hm... napisał/a:

Happy na weekend do Strasburga pojechała, to może sobie kobitka weekenduje jeszcze.

Motyla noga tylko Hm.. mnie czyta smile  Jak nie o psychopatach to nikogo nie interesuje tongue

Wielkieś Nam uczyniła pustki tym zniknieniem swoim... big_smile
I nie tylko Hm... Cię podczytuje, nie tylko. tongue

22 681

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
PokręconaOna napisał/a:

Ehdi, trwam przy nim głównie ze względu na synka, chcę mu stworzyć normalny dom, z mamą i tatą, którzy go kochają, taki którego nie miałam. Chcę mu zapewnić poczucie bezpieczeństwa, jest wrażliwy, też swoje przeszedł. Jemu wydaje się, że wszystko jest OK.

No to mu stworzyłaś i tworzysz ...

22 682

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Pokręcona jeśli myślisz, że robisz to dla synka to sama siebie oszukujesz. Dziecko nie jest głupie i będzie wiedział. Skazujesz go tylko na cierpienie, opowiadanie baranie. Szkoda gadać, ale sama sobie szukasz wymówek. Rozwód dostaniesz, dziecka Ci nie odbierze bo to praktycznie w tym kraju niemożliwe. Dostaniesz alimenty na siebie i na dziecko tylko mi tu nie lamentuj.

Muszę się wam do czegoś przyznać. Postąpiłam idiotycznie i jestem na siebie wściekła. Chciałam kupić rower, ale wiecie ja na rowerze nie umiem jeździć (ja wiem, że to dziwne ale nie umiem). Rower to było moje niespełnione dziecięce marzenie. Matka uznała, że jestem gruba i się nie nauczę, więc bez sensu kasę inwestować.

Jako, że nie miałam bladego pojęcia, a szacowny się na dniach doktoryzował z rowerów poprosiłam go o pomoc. Pomógł mi ale wkur.... mnie od samego początku. Nie wiem dlaczego ale zgodziłam się, żeby pojechał ze mną po odbiór tego roweru. Ja też jak walnięta po prostu postanowiłam JECHAĆ na tym rowerze. Ledwo trzymałam się pionu, a on mnie wciągnął na ruchliwą ścieżkę rowerową. No i stało wywaliłam się na dzieciaka. Połamałam dzwonek ale nic nikomu się nie stało.

Zrozumiałam, że ten człowiek mnie na maksa przytłacza. Niby się o mnie troszczy ale robi tylko to co on uważa za troskę, a nie ma dla niego znaczenia to co ja czuję i myślę oraz jak ja bym chciała. Oczywiście skończyło się obrazą majestatu i bo ja bylam wkurzona i kazałam mu jechać do domu. Chciałam zostać sama ale on nie dał za wygraną. Ciągle mnie namawiał na dalszą jazdę co mnie wkurzało jeszcze bardziej. Ostatecznie chyba oczekiwał, że go zaproszę do siebie ale powiedziałam, żeby pojechał do domu. No to się obraził i stwierdził, że koszmarnie go traktuje.

Ludzie czemu ja to sobie robię ? Czemu ja w ogóle sprawiam sobie przykrość obcowaniem z tym człowiekiem ?? Normalnie jestem masochistką. Przecież ten człowiek zupełnie jak moi rodzice nie pozwala mi czuć, myśleć i robić tego co chcę.

22 683

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Happyfull napisał/a:
hm... napisał/a:

Happy na weekend do Strasburga pojechała, to może sobie kobitka weekenduje jeszcze.

Motyla noga tylko Hm.. mnie czyta smile  Jak nie o psychopatach to nikogo nie interesuje tongue

Wypraszam sobie. Też chciałam napisać, gdzie Cię wywiało, ale hm... uprzedziła.

22 684

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo
Ehdi napisał/a:

Ludzie czemu ja to sobie robię ? Czemu ja w ogóle sprawiam sobie przykrość obcowaniem z tym człowiekiem ?? Normalnie jestem masochistką. Przecież ten człowiek zupełnie jak moi rodzice nie pozwala mi czuć, myśleć i robić tego co chcę.

Jak czytałam, że się z nim po rowerki udajesz, zadałam sobie to samo pytanie. Ale myślę, że Twoja odpowiedź jest trafna.
Wiesz, co się robi z toksykiem?

22 685

Odp: Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Witajcie smile

Zanim dokładnie odczytam, to się wyżalę! Spędziłam popołudnie w szpitalu, bo jedną z malusińskich komar uciął i dostała reakcji alergicznej. Kurnia, jeden komar! Podobno są straszliwie zjadliwe po ostatnich deszczach, lekarka zaopatrzyła nas w środki pomocowe i stwierdziła, że niestety - bardzo dużo jest aktualnie przypadków takich podrażnień u osób, które dotąd nie miały żadnych negatywnych reakcji! A tu Niuniek na obóz pod namioty do lasu jedzie niedługo.... Ych! Nie znoszę szpitali.... skądinąd.


Nooo - a poza tym, to nic ciekawego wink

Posty [ 22 621 do 22 685 z 26 310 ]

Strony Poprzednia 1 … 347 348 349 350 351 … 405 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Grupa Wsparcia dla KOBIET kochających za bardzo

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026