Wracając do mojej chorej sytuacji, chcę ją przedstawić obiektywnie, bo nie chodzi mi o robienie z siebie ofiary tylko obiektywne opinie na które mnie nie stać. Tylko jak to opisać krótko. Zaczęliśmy się spotykać, gdy rozpoczęliśmy studia, nie mieliśmy kasy, moja mama miała na szczęście świra na punkcie wykształcenia, mogłam mieszkać i żywić się w domu a na resztę musiałam zarobić, co jakby zrozumiałe, ale wtedy nie było hipermarketów i in. możliwości, które są teraz, byłam na ciężkich studiach, z dużą ilością laboratoriów i nauki. Mąż był w podobnej sytuacji ale na innej uczelni. Dorabiało się na truskawkach (grosze) lub w wakacje, potem zaczepiłam się na soboty w sklepie odzieżowym. Czyli nie mieliśmy kasy i czasu, spotykaliśmy się w weekendy w mieszkaniu u mnie lub u niego, chodziliśmy na spacery lub imprezy w akademiku. Nie były to sprzyjające warunki do seksu. Dotykaliśmy się, pieściliśmy ale zawsze tak, żeby się wycofać, gdy ktoś wejdzie. Wcześniejsze sympatie to luźne znajomości bez intymności, nawet ich do domu nie zapraszałam bo się bałam mamy. On był pierwszy (miałam prawie 20 lat) na poważnie, i to, kiedyś gdy ona zobaczyła mnie przez okno jak idziemy objęci, wyzywała mnie od najgorszych i że jej wstyd robię przed sąsiadami. Rozumiecie klimacik. Gdy przydarzyła się jakaś okazja, czułam ból, byłam spięta. Wszystko było byle jak, seks nie dawał mi przyjemności, zaczęłam go unikać. I to jest ten moment gdzie widzę swoją winę. On mnie naciskał, czasami ulegałam (ale uprawialiśmy petting), czasami nie, wtedy się obrażał, jednak trwał przy mnie, nie szantażował, nie zostawił. Czułość i bliskość jednak była między nami. Myślałam, że poprawi się po ślubie gdy zamieszkamy razem, niestety coś się we mnie utrwaliło, czułam ból. Nie było wtedy internetu, nie wiedziałam jak sobie pomóc. Po kilku nieudanych próbach on odpuścił i już mnie nie zaczepiał. Żyliśmy jak rodzeństwo, ale ja miałam poczucie winy, wiedziałam, że tak nie może być. Znalazłam seksuologa, poszłam dwa razy, dzisiaj wydaje mi się, że te wizyty nie były profesjonalne, ale innego nie było. Wstydziłam się okrutnie, powiedział, że mam przyjść z mężem bo inaczej nic nie da się zrobić. On nie chciał nawet o tym słyszeć, bo to nie jego problem tylko mój. Znowu porażka. Przez to wszystko starałam się być idealna w innych dziedzinach, jako żona. Wyjechał na kilka miesięcy na kontrakt. Tęskniłam strasznie, postanowiłam jednak, że muszę coś z tym zrobić, zaczęłam szukać informacji (dowiedziałam się o istnieniu żeli, pozycjach itp.) postanowiłam, że jak wróci, zrobię wszystko, niech boli, w końcu się uda. Tak też zrobiłam, zaczęłam go namawiać do prób, starałam się być miła i pociągająca. Ale on wcale nie chciał. Wkrótce okazało się, ze kogoś miał. Myślałam, że tam ją poznał, ale okazało się że mieszka ok. 30 km od nas. Nie wiem, może przypadek, nie chciał o Tym mówić. Jak sprawa się wydała, zakończył to, przepraszał. Bolało jak diabli, ale czułam też swoją winę, więc mu przebaczyłam. Z czasem jakoś zaczęło się układać, wdrożyłam swój plan i może bez rewelacji ale zaczęło się układać. Postanowiliśmy powiększyć rodzinę, nie mogłam zajść w ciążę, leczenie, seks na żądanie. W końcu obydwoje mieliśmy tego dość, ale w ciążę zaszłam. Ciąża z powikłaniami, chorujące dziecko, rehabilitacja, szpitale, operacje, bałam się o pracę. Wtedy nie mieliśmy głowy, żeby myśleć o naszych potrzebach. Każdego dnia walczyliśmy o przetrwanie. On głównie pracował, ale prowadził firmę i nie mógł odpuścić, bo ja mogłam zostać na lodzie przez te wszystkie problemy, a potrzebowaliśmy pieniędzy na leczenie, lekarzy, opiekunki itd. Ja więc pracowałam i czuwałam przy małym nocami, siedziałam w szpitalu i zajmowałam się domem. On wspierał z boku ale mieliśmy jeden cel. Potem wszystko zaczęło się układać, synek przestał chorować, a my staliśmy się sobie obcy. Wtedy zaczęłam dostrzegać nasz problem. Próbowałam wszystkiego, myślałam, że jak będę bardziej czuła i dobra to on mi się odwzajemni, nic, jak zacznę go ignorować to może zauważy problem ale nie zauważył. Mówiłam mu wyraźnie, że jest źle między nami, co mnie boli, obiecywał, że się poprawi, zacznie się mną interesować (na siłę?), bez rezultatu, w rozpaczy robiłam awantury, mówiłam, że gdyby nie synek odeszłabym od niego. Myślałam, że jakoś nim potrząsnę, może zawalczy o nas, ale tylko się obraził. Pytałam czego on oczekuje, jemu jest dobrze. Pytałam dlaczego nie chce ze mną sypiać, przecież nie chodzi tylko o seks ale o tę bliskość. On nie wie, ale swoje też przeze mnie wycierpiał i teraz moja kolej aby go zrozumieć. Czuję się jakbym pokutowała za to co było na początku, i nawet uważam, że przez to nic mi się nie należy. Że nie mogę narzekać, ale jestem strasznie samotna, nieszczęśliwa i nie kochana. Od dziecka czułam się odtrącona i nie kochana a teraz wychodzi na to, że tak już zostanie, do końca życia. Ten stan rzeczy trwa kilka lat, wyczerpałam wszystkie możliwości, wiem, że nic się nie zmieni, ale czuję, że na to zasłużyłam i to też moja wina. Jak się domyślacie, on teraz jest w sypialni obok, ogląda TV i nic go nie obchodzi, ja tu piszę i płaczę. Tak wygląda każdy mój dzień i wieczór, także w dni wolne. Może jestem idiotką i za dużo oczekuję od życia, może inni też tak żyją i to jest normalne a ja się filmów naoglądałam? dlatego Was pytam?