dobrze. rozmawialam z nim jeszcze. proste pytanie: dlaczego tak bardzo nie chcesz? 'bo tu jest pusto, bo cie juz nie kocham, zrozum to' czego nie mozesz miec zyjac ze mna? ' szczescia, nie bede z toba szczesliwy, jestem tego pewien' dlaczego? 'bo cie juz nie kocham'. 'nie chce, nie wierze w to, nigdy nie bedziemy juz razem'. dlaczego nie chcesz dac szansy? 'bo nie bede sie do niczego zmuszal, koniec, nie czuje juz nic, nie bede sie zmuszal' 'podjalem decyzje i zrozum to, zaakceptuj, nie ludz sie, nie mialem jeszcze przez chwile nawet watpliwosci ze to byla zla dezycja, rozumiesz?'
i po co sie ludze 2 miesiace, po co pisze scenariusze, iluzje, lepiej bylo go wczesniej zapytac jeszcze raz, wyzbyl by mnie zludzen. dlaczego ja nie potrafie w to uwierzyc? dlaczego ja sie ludzilam ze to niemozliwe zeby on juz nic nie czul? Boze, czuje jakbym cofnela sie w czasie gdzie. przeciez wiedzialam to, od 2 miesiecy, a czulam od 6. nie wiem czy jutro pojde do pracy... po raz pierwszy nie czuje ze dam rade...
i jak tu zyc? jak miec nadzieje? na co? po co? jestem katoliczka, mam ja miec tak? owszem, moze na to ze bedzie jeszcze dobrze ogolnie w moim zyciu, ale przeciez nie na to, ze bedziemy jeszcze razem. przeciez on mowi jasno i wyraznie. Boze dlaczego to tak musi byc?:( nie dlaczego cierpie, ja wiem ze cierpienie jest potrzebne, ze uszlachetnia, nie chce zeby bylo latwo i kolorowo, ale dlaczego ktos kto kocha, przestaje? ponoc milosc nigdy nie ustaje!!!! on mnie kochal. a jednak przestal!!! jak to zrozumiec?