zabka-k napisał/a:agnes87 napisał/a:Cześć Dziewczyny. Przepraszam, że wtedy nie odpisałam, ale jak możecie się domyśleć wyszło jak zawsze. I znowu odeszłam. Mija 9 dzień i jestem w totalnym rozsypie. Ja wiem, że robię dobrze odchodząc i w tym temacie nie ma co mi tłumaczyć, tak samo wiem że definitywnie trzeba uciąć kontakt żeby stanąć na nogi. Ale mnie tak strasznie boli...Czuję, że jak on się odezwie (a zawsze odzywał się i burzył mój spokój) to znowu zacznie się, że ulegnę, bo tak si,ę rozsypałam. Nie mogę normalnie funkcjonować, ciągle płaczę, głowa mi mało nie eksploduje, jest tak źle! Ja nie wierzę, że to minie. Zawsze na duchu podtrzymywała mnie myśl, że ten stan nie będzie trwał wiecznie, ale teraz nie wierzę w to. Wy jakoś się zbieracie, radzicie sobie, ale ja nie dam rady. Jak ja mam zajmować się swoimi pacjentami, skoro siebie nie ogarniam. Wiele razy czytałam na tym forum, że dziewczyny wspomagają się tabletkami. Nigdy tego nie próbowałam. Czy Wy miałyście te tabletki od lekarza pierwszego kontaktu? Co ja mam powiedzieć takiemu lekarzowi w ogóle? Nie wyobrażam sobie, żebym miała się zwierzać mu. Jak wy to załatwiłyście, żeby nie mówić za wiele, a dostać te tabletki? I czy czułyście faktycznie ulgę? Ja nie wytrzymam dłużej tej męki. Jak znieść kilka mięsięcy tego bólu? Jeszcze jak czytam, że po 2-3 miesiącach wcale nie jest lepiej, albo po chwilach ulgi, znowu jest ból, to mnie to jeszcze bardziej dobija. Nie wiem jak ludzie radzą sobie po rozstaniu, dla mnie jest to coś niemożliwego, nierealnego, abstrakcja.
Jak?
Samemu i myśląc. Wypłakując - najpierw żal do siebie, potem doswiata. A potem do niego.
Myśląc - nad każdym wypłakanym żalem...
Wyciągając wnioski z każdej łzy, każdej myśli - przede wszystkim tej irracjonalnie szybko przychodzącej.
Zmuszając się do robienia tego co zawsze.
Zmuszając się do powiedzenia (bez żali, bez odjazdów emocjonalnych) wszystkim wokół sukcesywnie, do tego co się dzieje z Tobą i z jakiego powodu.
Kryjąc problem wewnątrz siebie - maksymalizujesz problem, Wcale nie jest on błahy, ale od zarania dziejów jesteśmy stworzeniami stadnymi - dlatego tu jesteśmy 
Płakałam, eksplodowała głowa, całe ciało. Mijał 40-sty dzieńm a ja byłam dalej w rozsypce...
PSTRYCZKA NIE MA.
Od Ciebie jedynie zależy, czy chcesz się doprowadzić do totalnej depresji a może i stchórzyć?
Czy chcesz wyjść na prostą? Prostą z ukierunkowanie stabilnie powoli, milimetr za milimetrem - ale w górę?
Wszystko zależy od tego, czego świadomie i nieświadomie chcesz. Jeśli chcesz płakać - to nie przestaniesz.
Więc zastanów się jedynie, jakie Ty sama masz priorytety w stosunku do siebie - bez odnoszenia ich do jakiejkolwiek konkretnej osoby, poza sobą samą.
Jakie masz priorytety?
Zabka-k ja czuję jak mnie ten cały nałóg wciąga, jak niszczy. Jest inaczej niż kiedyś. Wcześniej jakoś dawałam radę, robiłam swoje pomimo tego bólu, teraz płaczę, nie mogę się skupić na niczym. W ostatnich dniach to mogłam leżeć, leżeć,....,nawet nic nie grało w tle. Nic mi się nie chciało. Nienawidzę marnować czasu na głupoty, dlatego takie "nic nie robienie" jest do mnie niepodobne. Ja czuję straszny głód miłości. Normalna osoba czułabym się kochana na moim miejscu, a ja chociaż fakty przemawiają że otrzymuję tą miłość od najbliższych, i tak czuję ten głód. I odkąd pamiętam zawsze czułam się mniej kochana od mojej siostry.
Jak czytam Was Dziewczyny, to Wy sobie radzicie z "tym", a mnie to po prostu przerosło. Nie radzę sobie z emocjami. Jakoś nie widzę wokół ludzi, którzy tak przeżywają rozstanie. Potrafią to jakoś schować do środka. A ja? Idę ulicą i ryczę (chyba stąd ten nawyk, że nie rozstaję się z okularami przeciwsłonecznymi:P )