Tylko wcale to nie wyszło tak różowo. Bo gdy ja dostaję wypłatę, najpierw myślę o rachunkach, jedzeniu, wydatkach na dom, paliwo, spłacaniu zobowiązań, oszczędzaniu. Mąż najpierw wydaje znaczną część swojej wypłaty na siebie ( i nie mówię tu o podstawach jak ubrania, kosmetyki, telefon), a potem myśli o reszcie. Często wygląda to tak: ja zarabiam mniej, wydaję znacznie więcej i co ciekawe... oszczędzam też więcej. On po prostu nie zastanawia się, wydaje, a jak się kończy, to ja mogę zapłacić. Wkurza mnie to. Nic nie możemy odłożyć, nic sobie nie kupuję poza podstawami typu lekarstwa czy kosmetyki do takiej podstawowej higieny.... On mówi, żebym wydawała na siebie, ale kto pokryje opłaty jak oboje będziemy hulać?
Nie chcę mu żałować, wyliczać, w kieszeń zaglądać, rozliczać się jak w banku, wracać do 50/50, ale naprawdę bym chciała, żeby jakoś sensownie planować ten budżet, żebyśmy oboje byli zadowoleni i nie było takich nierówności... Bo skoro finanse są wspólne, to chyba ja nie powinnam ponosić odpowiedzialności za to, ze gdy dostanie wypłatę, wydaje znaczną część i potem na mnie spada dokładanie dużej sumy?
Co radzicie?
Mój tato cale życie tak właśnie funkcjonuje - bierze pieniądze od swojej zony (mojej mamy). Jest bardzo nieogarnięty finansowo mimo ze tez cale życie pracuje. Przez ponad 40 lat to się niestety nie zmieniło.
Nie powiem nic nadzwyczajnego ale na pewno warto porozmawiać z konkretami i wyliczeniami co ile kosztuje i z rozpiska obowiązkowych kosztów miesięcznych ale wtedy nadal będzie wiedział, ze masz pieniądze ... dlatego otworzyłabym lokatę i poinformowała go ze od następnego miesiąca jakaś część swojej pensji odkładasz na nią (są takie gdzie pieniądze przesyłasz i nie możesz ich wyciągnąć np. przez rok) aby wiedział, ze nie może liczyć na Twój 'sponsoring'.