Z jednej strony mam przeczucie graniczące z pewnością, że posunie się do wszystkiego, żebym pożałował swojej decyzji, ale z drugiej strony nie przychodzi mi do głowy nic konkretnego, czego mogłaby przeciwko mnie użyć. Również dlatego, między innymi, zachowuję spokój czekając na rozwój wypadków. Szczerze mówiąc, to nawet o tym nie myślę. Nie dlatego, że zaszyłem się w norze i czekam, kiedy do mnie przyjdzie poprosić o rozmowę, choć nie wykluczam i takiego scenariusza, bo już to przerabialiśmy nie raz i nie dwa. Może wtedy dowiedziałbym się czegoś więcej na temat tego co ona planuje. Żadne pogodzenie się i mój powrót na pewno nie wchodzą w grę, ale porozmawiać jak dorośli ludzie zawsze można. Nie o to chodzi. Bardziej chodzi o to, że mam tyle różnych zajęć, na których jest skupiona moja uwaga, że ten rozwód jest tam gdzieś na samym końcu listy spraw, które mnie obecnie zajmują. Może się to wydawać niedorzeczne, a wręcz niewiarygodne, no bo jak to, rozstanie i rozwód, to przecież takie traumatyczne sytuacje i ciężkie przeżycia, nikt tak lekko tego nie traktuje, ta cała historia na pewno jest wymyślona...
No kurwa. A co mam niby robić w związku z zaistniałą sytuacją? Wątek na forum ma ponad pół roku, ale my już wcześniej się rozstawaliśmy, za każdym razem ostatecznie i za każdym razem miałem do tej kwestii identyczne podejście jakie mam teraz - skoro nie możemy ze sobą być, to nie będziemy, ale życie płynie dalej - bo związków "za zawsze" i partnerek "do końca mojego lub jej" przeżyłem już tyle... że tak z pamięci, to sam nie wiem ile, a nie chcę skłamać ani nikogo pominąć, więc zostańmy przy więcej jak trzy i też będzie git
Tyle samo razy się rozstawałem. Dwukrotnie się rozwodziłem. Można powiedzieć, że mam spore doświadczenie w tej akurat materii, więc kolejne rozstanie czy kolejny rozwód, to już jest bardziej statystyka, niż jakieś wielkie wydarzenie w moim życiu, które już dawno mnie nauczyło, że w pewnym wieku trzeba być po prostu realistą i patrzeć na sprawy obiektywnie.
Dopóki ona nie zmieni swojego podejścia do relacji z synem, a wszyscy bardzo dobrze o tym wiemy, że to się nigdy nie stanie, temat naszego zejścia się z powrotem nie istnieje, przynajmniej dla mnie, bo nie wiem co myśli o tym ona. Jeśli widmo rozwodu miało mnie do tego zmusić, no to nie, zdecydowanie za słabe to było i na mnie nie zadziałało jak widać, więc co jeszcze można zrobić, no raczej niewiele. Można jeszcze się nie odzywać i czekać aż przypełznę na kolanach pod drzwi, ale to również nigdy się nie wydarzy o czym wiemy oboje, bo już było to na mnie ćwiczone i za każdym razem bez skutku, a wtedy jeszcze Bartuś u nas nie mieszkał, to dlaczego tym razem miałoby być inaczej, skoro to on i jego obecność w naszym domu, to są główne powody tego, że nie mieszkamy już razem.
Ona o tym wie bardzo dobrze, bo ja jej to tłumaczyłem wielokrotnie i na tyle obszernie, że nawet przygłup w końcu by zrozumiał, a to jest bardzo mądra dziewczyna. Mało tego, wielokrotnie ona sama mówiła dokładnie to samo i to nawet przy nim. Że nie może dłużej być tak jak jest i że to się niedługo skończy, bo wszystkich ta sytuacja wykańcza nerwowo i ma w końcu się od nas wynieść. Ostatni raz rozmawiała na ten temat ze mną przez kilka godzin, a później w mojej obecności powtórzyła wszystko co do słowa przy nim, dając mu miesiąc czasu na uzbieranie pieniędzy i znalezienie sobie lokum, do którego zabierze swoje rzeczy i leniwe dupsko. To wszystko było już ustalone i wszyscy mieli jasny obraz sytuacji. Do końca września mieszkamy w trójkę, wszystkie koszty dzielimy po równo na trzy osoby, a w międzyczasie szukamy dla siebie mieszkań. Ja z Kasią dla naszej dwójki, a Bartuś dla siebie samego. Cała nasza trójka przy tej rozmowie była, każdy brał w tej rozmowie udział i wszyscy zgodnie przyjęli do wiadomości ustalenia, które podczas tej rozmowy padły. Nikt nie może dzisiaj powiedzieć, że o czymś nie był poinformowany, że czymś został zaskoczony, że coś się odbyło za jego plecami, że nie zdążył się przygotować, bo o czymś tam nie wiedział. A jednak dwa tygodnie później wszystkie ustalenia poszły się jebać, kiedy Bartuś wrócił po kilkudniowym melanżu bez złotówki przy dupie i oświadczył że nic nie da bo już nie ma, a Kasia uznała że no skoro tak to trudno jakoś damy radę...
To był powód tego, że podjąłem decyzję o wyprowadzce i zostawieniu ich samych sobie. Zapowiedziałem to dwa tygodnie wcześniej i kiedy czas dobiegł końca, po prostu to zrobiłem. Nie było żadnych kłótni w tym czasie, nie było żadnych rozmów, nie było ani jednej próby załatwienia sprawy w jakikolwiek sposób. Było za to złośliwe robienie obiadków tylko dla siebie i dla Bartusia (ja musiałem sam sobie kupić i zrobić) było złośliwe nieodzywanie się do mnie ani słowem (to akurat norma, więc nawet się nie przejąłem) było złośliwe i demonstracyjne obdzwanianie "znajomych z pracy" i pierdolenie godzinami o niczym (żeby wtrącić mimochodem "a u nas bez zmian i wyjebane, miej wyjebane a będzie ci dane" czy coś równie inteligentnego) było złośliwe znikanie na cały dzień lub cały wieczór i pół nocy bez słowa (z kim gdzie i po co, nie wnikam) było złośliwe założenie blokady na telewizor (żebym nie mógł sam go uruchomić nie znając kodu) było złośliwe zamykanie mnie w mieszkaniu na kilka godzin (zamka w drzwiach nie da się otworzyć od wewnątrz, jeśli został zamknięty kluczem od zewnątrz) było w końcu złośliwe wyłączenie w weekend mojego telefonu u operatora sieci (żebym nie miał nawet dostępu do internetu) chociaż wiedziała, że następnego jestem umówiony na oglądanie mieszkania, a po załatwieniu spraw jestem umówiony z moim dzieckiem na kino. Tylko że bilet do kina mam na skrzynce mailowej, do której nie mogę się dostać, bo mój telefon nie działa, a ona kłamie w żywe oczy, że nie ma z tym nic wspólnego i pewnie zaraz mi go włączą, bo dopiero zapłaciła fakturę... Gdybym był takim kretynem za jakiego mnie uważa, to czekałbym jak ten osioł, aż mi ten numer włączą i chuja bym się doczekał. Potem byłaby już niedziela i chuja bym załatwił. Nawet z własnym dzieckiem nie miałbym jak się skontaktować. Ale co ją to wszystko chuj obchodzi. Ważne, że zrobiła mi na złość, a cała reszta gówno ją interesuje.
No to gdzie i do czego ja miałbym teraz wracać? Musiałoby się zmienić wszystko, a to jest niemożliwe, więc? No więc sytuacja jest patowa, a czas ucieka...
Prędzej czy później, któreś z nas, pozna kogoś nowego i ten rozwód tak czy inaczej będzie musiał się odbyć. Myślę że i ona myśli podobnie, dlatego skoro mi zapowiedziała, że ten pozew złoży, to zakładam że już zdążyła to zrobić, więc teraz czekam na listonosza i chciałbym najpierw zapoznać się z treścią, a potem ewentualnie zaplanować linię obrony. Być może nie będzie to nawet konieczne i wszystko się odbędzie w cywilizowany sposób, dlatego na chwilę obecną nie robię nic.