Aż musiałem założyć sobie konto na tym szanownym forum, aby spróbować tak na chłopski rozum wyjaśnić i zrozumieć pewną kwestię, gdyż albowiem ponieważ apropo chyba nie do końca jestem pewien czy dobrze wszystko usłyszałem czy może jednak coś źle zrozumiałem, a sytuacja tego typu jest następująca...
Rozdział pierwszy.
Jesteśmy razem jakieś powiedzmy dwa lata. Oszczędzę wszystkim przynudzania o bratnich duszach i połówkach pomarańczy oraz rozwlekania mało ważnych lub w ogóle nieistotnych wątków pobocznych historii. Generalnie jest nam dobrze, a nawet bardzo dobrze, ale ostatnio coraz częściej odnoszę wrażenie graniczące z pewnością, że jestem zwyczajnie robiony w chuja przez wszystkich dookoła, a udawanie głupiego i gryzienie się w język, tylko jeszcze bardziej rozzuchwala całe towarzystwo w myśl zasady jak dasz palec to ci wlezą na łeb i nasrają. No ale po kolei, przepraszam będzie długo...
Poznaliśmy się jako wolni dorośli bez zobowiązań i obciążeń w postaci małych czy jakichkolwiek dzieci na wychowaniu. Między innymi to nas właśnie połączyło. Na samym początku znajomości wyjaśniliśmy sobie od razu jedno, jeśli mamy rozwijać jakąkolwiek relację poza okazjonalne randki i weekendowe stukanie, to nasi partnerzy nie mogą mieć pod opieką na stałe żadnych dzieci z którymi mieszkają, którymi trzeba będzie się zajmować i z którymi trzeba będzie spędzać wspólnie czas, bo oboje już jesteśmy na to za starzy i zbyt wygodni, chcemy mieć wreszcie święty spokój, a w związku chcemy zajmować się związkiem i sobą, niczym innym więcej. Oczywiście oboje posiadamy dzieci z poprzednich związków i utrzymujemy z nimi normalny kontakt, ale nie mieszkają z nami na stałe i w tym oto momencie zaczyna się historia właściwa...
Mój niepełnoletni syn mieszka ze swoją mamą, moją byłą żoną. Tak się umówiliśmy przy rozwodzie, sąd klepnął, wszystkim to pasuje i tak po prostu jest. Syn mojej obecnej partnerki jest już dorosły, ma ponad 20 lat i całe życie mieszkał z nią, ale że im robił się większy, tym stawał się coraz gorszy, któregoś dnia po prostu go spakowała i wystawiła za drzwi, bo już nad nim nie panowała i nie dawała sobie z nim rady. Zamieszkał z dziadkami od strony ojca i na takim etapie jej życia się poznaliśmy. Coś tam mi o nim opowiadała, ja za dużo nie pytałem, bo co mnie to w sumie gówno obchodzi, ale gdzieś tam mnie trochę gniotło wewnętrznie, że nie utrzymują ze sobą praktycznie żadnego kontaktu. Tyle że wtedy jeszcze go nie znałem, ale do tego dojdziemy w następnym rozdziale...
Rozdział drugi.
Pierwszy raz na oczy zobaczyłem Bartusia (imię wymyślone, tak samo jak wszystkie inne, które ewentualnie mogą się pojawić) niedługo po tym jak opuścił zakład karny po odbyciu kary za pobicie wraz z kolegą jakiegoś dzieciaka idącego do szkoły. Chcieli zabrac mu epapierosa czy coś tam, tamten nie chciał oddać, no więc we dwóch na jednego skatowali leżącego już po pierwszym ciosie na chodniku chłopaka, a ich bohaterski wyczyn zarejestrowała kamera monitoringu i dzięki temu jeszcze tego samego dnia obaj trafili najpierw na dołek, a potem do aresztu śledczego oczekując tam na medal i oklaski. Kasia (mama naszego gieroja) popadła w taką rozpacz, że zaczęły jej się w głowie fakty pierdolić, aż wymyśliła własną równoległą wersję wydarzeń, którą powtarzała tak długo wszystkim dookoła, że o prawdziwej zapomniała. Prawda była taka, że dwóch niedopitych i naćpanych obszczymurów zaczepiło nad ranem bogu ducha winnego dzieciaka, obalili go na ziemię, po czym kopali po głowie i tłukli czym popadnie, aż się napierdoleńcy zmęczyli i dopiero wtedy zostawili go w spokoju. To było na filmie z kamer, to samo ustaliła prokuratura i za to sąd ich obu skazał. Według Kasi było zupełnie inaczej, bo to ten chłopak musiał coś powiedzieć albo zrobić, a w ogóle to po co tamtędy szedł akurat o tej porze, prowokując jej synka do tego, żeby kopnął go w twarz zachodząc chłopaka od tyłu jak ostatni frajer i pizda, bo nawet w ulicznej bójce obowiązują pewne niepisane zasady, nie atakuje się z partyzanta, nie kopie się leżącego i przede wszystkim zawsze jest jeden na jednego, przynajmniej tak było za moich czasów i nawet najgorsze zbóje tych reguł przestrzegały, no ale widocznie obecnie jacy bandyci, takie zasady. Oprócz tego, że istniał zapis video czarno na białym z przebiegiem całej sytuacji od samego początku do samego końca, były też zeznania obu oskarżonych jak również osoby poszkodowanej, które w najważniejszych kwestiach się pokrywały i ja sam byłem w ciężkim szoku, kiedy usłyszałem wyroki jakie obaj otrzymali. Po prostu jeden wielki śmiech na sali. Za to co zrobili nie posiedzieli nawet roku, ani jeden, ani drugi, wyszli sobie po tam chyba ośmiu miesiącach z uśmiechem na ustach i no elo, to jesteśmy z powrotem... Według mojej opinii wyrok był skandalicznie niski i po prostu niesprawiedliwy, ale według oceny Kasi, to wszystko był proces pokazowy, żeby dostali jak najwięcej, bo policja się na nich uwzięła (WTF?) prokurator chciał się wykazać (WTF ŻE KURWA CO???) a sędzia był z wszystkimi w zmowie, bo to jedna banda (NO JA ŻESZ PIERDOLE) a najgorsze w tym wszystkim jest to, że w ramach kary Bartuś musi teraz chodzić na odróbki w każdy weekend, kiedy on jest taki zmęczony po całym tygodniu...
Rozdział trzeci.
Tak. Bartusia męczy bardzo robienie czegokolwiek wokół siebie, ale najbardziej go męczy chodzenie do pracy. Przez okres 1/5 roku jak jest na wolności, przepracował łącznie w sumie może z 6 tygodni i to nawet nie jednym ciągiem, tylko w trzech różnych miejscach z przerwami po pół roku, żeby odpocząć i nabrać sił. Taki kurwa przemęczony. A do tego jeszcze te odróbki, bo prokurator się uwziął, a sędzia był w zmowie, nie żeby Bartuś coś złego komuś zrobił, to po prostu był spisek służb i wymiaru sprawiedliwości, a ten chłopak co przechodził, to na pewno był podstawiony celowo figurant, nie żadna ofiara dwóch zwyrodnialców, którym sam bym jaja wyciągnął przez gardła i kazał jeszcze raz je zeżreć, gdyby to zrobili mojemu synowi. No więc Bartuś głównie zajmuje się w życiu wypoczywaniem i żerowaniem na wszystkich dookoła. Począwszy od matki i ojca, poprzez dziadków, a na mnie kończąc. Od matki ciągnie kasę bez opamiętania na wszystko, a ta mu tylko śle przelewy albo do ręki daje i to nie jakieś śmieszne kwoty rzędu 50 czy 100 złotych powiedzmy raz na tydzień, tylko 200-300 (o takich przynajmniej ja wiem) po dwa albo trzy razy w tygodniu. Nie jednym, ale każdym. Regularnie co czwartek przyłaził po kasę no bo weekend. Regularnie co poniedziałek, a czasami już w niedzielę wypisywał wiadomości ile by tam potrzebował, no bo po weekendzie. Oprócz tego wiele innych sytuacji, do których zaraz dojdziemy...
Rozdział czwarty.
U ojca mieszkał za darmo przez jakiś rok czasu. Nie robił tam nic. Kompletnie nic. Żarcie podstawione pod ryj albo mamusia zawoziła. Do pracy nie. Do szkoły nie. Zrobić ze sobą cokolwiek też nie, no bo nie. Tylko daj i daj i daj, bo ja nie mam na balety z kolegami, bo ja nie mam na buty, bo ja nie mam na kurtkę, na bluzę z napisem, markowe perfumy, bo ja nie mam na benzynę do auta od tatusia, którymi dziwki wożę na śniadania do Kołobrzegu, bo taki ze mnie kurwa milioner, że ho ho, no ale pani kelnerka rachunek przyniosła i nie mam z czego zapłacić, a 250 złotych wyszło, to weź mi szybko wyślij... I tak było przez około rok. Aż się w końcu stary wkurwił i darmozjada wystawił za drzwi z tobołami, żegnając dobrym słowem na drogę - wypierdalaj do przytułku albo niech cię teraz mamusia weźmie - i zabierając kluczyki od autka, które przez pół roku tak zniszczył i dojebał, że jakaś masakra, ale na naprawy oczywiście nie ma, no bo skąd ma mieć nierób zasrany i leń śmierdzący. Na początku matka mu dawała, jestem tego pewien, ale nasza sytuacja materialna też uległa pewnym nieoczekiwanym zmianom i karmienie pasożyta też się miało niebawem ukrócić, bo żeby mu dać, musiałaby powiedzieć mi, ile potrzebuje i na co, a ja bym ją wtedy śmiechem zabił na miejscu i chyba się zesrał przy okazji, no ale sytuacja jest poważna, bo gnojek nie ma dokąd pójść. Jego ojciec nawet nie odbiera telefonu, dziadkowie co prawda odebrali, ale tylko po to, żeby mu powiedzieć od razu spierdalaj do nas nie przyjdziesz teraz radź sobie sam, a ten siedzi u nas w samych klapkach na nogach robiąc smutne miny i już tylko czekam, kiedy padnie hasło - no to na razie zostaniesz u nas - bo wiem bardzo dobrze o tym, że "na razie" oznacza "na stałe" i że knuli to razem już dużo wcześniej, tylko nie chcieli się z tym zdradzać, bo teraz zabiłbym śmiechem oboje na miejscu zanim którekolwiek dokończyłoby zdanie. Jeszcze tego mi tu brakuje, bezrobotnego ściemniacza i lesera, którego będę karmił i utrzymywał zapierdalając po sześć dni w tygodniu, a ten mi tu będzie zalegał przed telewizorem i potem spał do południa, bo przecież zmęczony. Ni chuja, nie zrobicie ze mnie wała...
Rozdział piąty.
Uprzedzając przebieg zdarzeń, zanim Kasia wypaliła z pomysłem przygarnięcia "na razie" biednego żuczka, ja wypaliłem z propozycją bezzwrotnej pożyczki na wynajem jakiegoś mieszkania od zaraz, zapłacenie wszystkich opłat za jeden miesiąc z góry i oczywiśćie wpłacenie kaucji. Łącznie wyszło ileś tam nieważne ile, powiedzmy że mniej więcej połowa mojego miesięcznego dochodu, możę trochę więcej. Warunki, na które oboje musieli się zgodzić, to natychmiastowe podjęcie jakiejkolwiek pracy zarobkowej przez szczeniaka i utrzymanie jej minimum przez pół roku, a po tym czasie nie musi mi oddawać ani złotówki z tego co ode mnie dostanie. Dałem mu czas do końca roku na znalezienie pracy, a była połowa października. Od Kasi natomiast zażądałem obietnicy natychmiastowego odcięcia synalka od pieniędzy, a więc żadnych przelewów po kryjomu, żadnego dawania do ręki za moimi plecami, żadnych nieuzasadnionych zakupów ani wydatków pod tytułem szósta para najków albo wyjazd do Szczecina na weekend. Jak sobie zarobi, to sobie będzie kupował i sobie będzie jeździł. Za swoje. Czy któryś fragment jest dla kogoś niezrozumiały lub niejasny? Nie? W porządku. Szukaj dla niego chaty od jutra i powiedz tylko ile trzeba zapłacić, resztą się nie przejmuj. Pasi? No...
Rozdział szósty.
Od października do końca roku nawet nie ruszył dupy z barłogu, żeby chociaż poszukać jakiejś pracy, której w naszym mieście nie brakuje. Ja sam robię w branży produkcyjnej, a w mojej firmie przewijają się tabunami młode chłopaki, którzy skądś przychodzą i dokądś odchodzą, a więc to nie jest tak, że u nas roboty nie ma. Jak ktoś chce pracować, to znajdzie migiem zajęcie, wystarczy wejść na OLX i wysłać 5 czy 10 CV do firm szukających ludzi od zaraz, bez doświadczenia, bez wykształcenia, bez konieczności spełniania nie wiadomo jakich warunków, wystarczą dwie sprawne ręce i chęć do pracy. No ale po co to pracy jakiejś szukać, gdzie trzeba będzie wcześnie wstawać, chodzić tam i jeszcze pracować, no po co? Nie fajniej leżeć z jajami wyjebanymi do góry, imprezować z kolesiami na wynajętym mieszkaniu, które mamusia opłaci? I zakupy zrobi i przyniesie co trzeba? No przecież nawet upośledzony umysłowo szympans umie sobie policzyć ile to jest 2 banany minus 2 banany jak je wpierdoli i zostanie mu 0 bananów, no tak czy nie? No to tak samo ja potrafię sobie obliczyć ile to jest 3 miesiące płacenia komuś za wynajem mieszkania plus do tego wyżywienie plus do tego melanżowanie praktycznie non stop, kiedy ktoś jest bezrobotny i nie zarabia. No kurwa nie da się. Matematycznie i fizycznie jest to po prostu niewykonalne. To skąd się brały hajsy na to wszystko jak nie z konta mamusi, bo wszyscy inni mają wyjebane jaja i kiełbasę?
Rozdział siódmy.
Właściciel wynajętego mieszkania w grudniu tuż przed świętami napisał sms z żądaniem natychmiastowego opuszczenie lokalu w związku z licznymi i niekończącymi się skargami na głośne zachowanie, ciągłe imprezowanie, chamskie odzywki do interweniujących sąsiadów zwracającyh uwagę oraz niestosowne zachowanie itp. Oczywiści Bartuś jest niewinny, on nic nie wie, nic nie robi, nigdy żadnych imprez nie było, na oczy własnej matki przysięga, że to wszystko kłamstwa, oszczerstwa i bezpodstawne pomówienia, bo... no bo znów się na niego uwzięli, tym razem mieszkańcy bloku. Matka wierzy dziecku, bo on by nigdy, a że sąsiedzi mają w swoich telefonach filmy nagrywane z podwórka co tam się po nocach dzieje, a że sam właściciel mieszkania również ma własny, bo któregoś razu osobiście przyjechał sprawdzić co ci niedobrzy i paskudni sąsiedzi wygadują... to wszystko nieważne, Kasia nie słucha nikogo i nie wierzy nikomu, bo Bartuś taki nie jest i chuj koniec kropka. No ale z mieszkania i tak zrobił wypad, bo Kasi już się skończyły środki na finansowanie wygodnego życia obibokowi, więc przyszedł czas na wielki finał...
Rozdział ósmy.
Jak już pewnie każdy zdążył się domyślić Bartuś finalnie wylądował u nas. Najpierw było tyko na kilka dni. Kilka dni szybko zleciało i był już styczeń, no więc pytam nieśmiało co z naszą umową, dlaczego cwaniaczek nadal nie pracuje i ciągnie od ciebie kasę, skoro umawialiśmy się inaczej. Poza tym rozmawialiśmy na ten temat nie raz, nie dwa i nie sto razy, wydaje mi się że określiłem dość jasno i czytelnie moje stanowisko w kwestii mieszkania Bartusia z nami teraz lub w przyszłości. Nigdy się na to nie zgodzę i chcę po prostu wiedzieć co zamierzasz z tym zrobić, no kurwa chyba płacimy razem za mieszkanie i ja też mam prawo decydować o tym z kim chcę w tym mieszkaniu mieszkać, a już w ogóle chyba wam obojgu na łby sufit się spierdolił, jeśli któreś z was sobie myśli, że ten leser będzie dalej się opierdalał, przesypiał całe dnie, a w nocy żerował i wpierdalał wszystko co jest w lodówce, a ja będę mu donosił, na pewno tak nie będzie... No to mamy konflikt interesów (ona do mnie mówi) na co ja zdumiony pytam o jakie ci konkretnie interesy się rozchodzi. Jaki to jest dla mnie interes jebać na twojego darmozjada na przykład? Albo jaki to dla mnie interes płacić co miesiąc tyle kasy za mieszkanie w którym nie mogę nawet decydować o tym, kto w nim będzie mieszkał, ale za to mam znosić wszelkie niewygody, brak jakiejkolwiek prywatności, wszystkim się dzielić, bo jak tylko coś zostawię na chwilę, to zaraz tego nie ma i jeszcze wozić dupę panicza za darmo samochodem, bo on wszędzie musi jechać, a ja mam napis taxi na czole i benzynę na stacji za darmo. To ma być interes? Serdecznie pierdolę takie interesy. Podstępnie zwaliłaś mi go na łeb i mam się teraz z nim użerać, bo wszyscy inni mają go głęboko w dupie, ale zapytałaś chociaż? Oczywiście że nie, bo wiesz, nigdy bym się na to nie zgodził. Tak samo jak ty byś się nigdy na to nie zgodziła, żeby to mój syn z nami zamieszkał i sobie tu pierdział w kanapę całymi dnia nie dając ani złotówki na swoje utrzymanie. Już to widzę jaka byś była szczęśliwa z tego powodu...
Rozdział dziewiąty.
Mamy początek marca, sytuacja nadal bez zmian. O pardą, zmiana jest taka, że nie wolno mi nawet jednym słowem wspominać na temat naszego milusińskiego, bo to powoduje natychmiastowy napad furii w moim kierunku, kończy się awanturą, cichymi dniami i całym tym gównem, o którym już nawet nie chce mi się z nikim gadać. W sobotę mamy brać ślub. Tak, tą sobotę co teraz będzie. Na wieść o tym wydarzeniu reakcja moich znajomych, to nie jest - kurwa stary gratuluję, wszystkiego najlepszego, no co za wiadomość - nie, nic podobnego. Standardowa reakcja moich znajomych, przynajmniej tych którzy są wtajemniczeni w sytuację, to zwykle - ja pierdolę co ty odwalasz, popierdoliło cię już całkowicie, wiesz że po ślubie będzie jeszcze gorzej...
Koniec.