TabulaRasa napisał/a:
Czesiek, wytłumacz mi, co Tobą kierowało? Ze zwią,ałeś sie z taką kobietą, to taka dobra aktorka?
Tak jak na samym początku gdzieś tam wspominałem, kiedy ją poznałem, a poznaliśmy się przypadkiem na fejsbuku i przez kilka tygodni tylko ze sobą pisaliśmy (ja byłem za granicą i musiałem czekać na swój zjazd do PL) to było takie pitolenie o wszystkim i niczym. Oboje po różnych przejściach i każde z jakąś tam przeszłością, od razu ustaliliśmy jedno, że na nic się nie nastawiamy i jeśli dojdzie do spotkania, to na zasadzie "zobaczymy czy coś z tego może w ogóle być" bez ciśnienia i parcia na jakiś związek, sprawianie wrażenia, udawanie jedno przed drugim i nawijanie makaronu na uszy. No i podczas jeszcze pisania dowiedziałem się między innymi tego, że Bartuś z Kasią nie mieszka już od roku, że nie utrzymują kontaktu i że ona nawet nie wie co się z nim dzieje.
Kiedy wątek naszych dzieci w tych pisanych rozmowach powracał, dowiedziałem się również tego, że Kasia nie jest zainteresowana wchodzeniem w głębsze relacje z kimś, kto posiada dziecko, które będzie "zawracało dupę" mówiąc w skrócie. Na co ja się tylko ucieszyłem, bo tak samo jak ona, mam już dość niańczenia cudzych bachorów, tym bardziej kosztem mojego czasu, który chciałbym spędzać z moją partnerką i tylko jej ten czas poświęcać, a nie ciągle się zajmować upierdliwym dzieciakiem lub sprawami, które mam zwyczajnie w dupie. Jestem już stary i szkoda mi życia na użeranie się z problemami, których aktualnie nie mam i nie chcę ich mieć w przyszłości.
No i tak doszliśmy do tego, że obojgu nam taki układ odpowiada - jak coś ma z tego być, to w relacji jest tylko ona i ja, nikogo więcej pomiędzy czy obok, a już na pewno mieszkającego razem z nami, jeśli ewentualnie kiedyś się zdecydujemy na wspólne zamieszkanie - i to było jeszcze zanim się w ogóle zobaczyliśmy pierwszy raz na żywo.
Oczywiście to nie był jedyny powód, który mną kierował, ale jeden z głównych, dla których to właśnie ją brałem pod uwagę, gdybym miał się związać z kimkolwiek, bo wtedy byłem raczej na takim etapie w swoim życiu, że potrzebowałem dłuższej przerwy nie tylko od kobiet i związków, ale ogólnie od wszystkiego, dlatego wyjechałem z kraju zaraz po sylwestrze i nie miałem zamiaru tutaj wracać przez co najmniej rok. No ale wyszło jak wyszło...
Na pierwszym spotkaniu wiedzieliśmy o sobie już wszystko, więc dalej poszło gładko. Praktycznie z dnia na dzień przewiozłem część swoich rzeczy do jej mieszkania i pojechałem z powrotem za granicę. Przyjeżdżałem co kilka tygodni na parę dni, aż w końcu postanowiłem wrócić na stałe i zamieszkać z Kasią na poważnie.
Wiadomo, że każdy ma swoje odpały i ani Kasia, ani ja, nie jesteśmy jacyś wyjątkowi pod tym względem. Mieszkało nam się razem fajnie, żyło nam się dobrze, ale bywały też gorsze momenty, kiedy się sprzeczaliśmy, bo jedno i drugie w gorącej wodzie kąpane, więc wystarczy mała iskra, żeby jebnął piorun z nieba, ale to nie były żadne problemy czy rzeczy nie do przejścia, bardziej przekomarzanki o pierdoły i jakieś tam pyskówki, nad którymi przechodziliśmy do porządku dziennego i nawet już nie wracaliśmy do tematu. No i tak to sobie trwało. Do czasu, kiedy w naszym życiu pojawił się Bartuś...
Zaczęło się niby niewinnie od przychodzenia na obiadki i "posiedzieć z nami" co bardzo szybko zaczęło mnie wkurwiać, bo praktycznie demolowało nam cały weekend, jedyny czas który mieliśmy mieć tylko dla siebie, a wychodziło zawsze na to i przeważnie w ostatniej chwili, że jednak wszystko odwołujemy i zmieniamy plany, bo Bartuś właśnie zadzwonił, że coś tam. Już jak tylko słyszałem sygnał przychodzącej wiadomości na jej telefon w sobotę albo w niedzielę, zanim ona ją odczytała, ja już wiedziałem co w niej będzie. Bo Bartuś przyjdzie, bo Bartuś nie ma jak przyjechać, bo Bartuś nie ma jak wrócić, bo Bartuś jeszcze do kolegi musi pojechać albo Bartuś na kolegę musi poczekać, a później gdzieś z nim idzie, no a później trzeba go odwieźć na wieś do ojca... i tak kurwa tydzień w tydzień zawsze coś.
Potem zaczęło się przyłażenie do nas na noc, a więc po Bartusia trzeba było pojechać w sobotę, siedzieć z Bartusiem do niedzieli, no i na koniec jeszcze go gdzieś zawieźć albo szukać, bo w nocy polazł się najebać z kumplami i ma wyłączony telefon... i tak kurwa tydzień w tydzień zawsze coś.
Potem zaczęło się przyłażenie niemal codziennie i spędzanie czasu przed telewizorem zamiast być wtedy w pracy albo u siebie, gdzie też ma przecież łóżko i telewizor, nie musi zalegać u nas, bo co to kurwa jest świetlica dla Bartusia czy nasz dom, do którego wracam po robocie odpocząć i się zrelaksować z własną żoną, a nie od wejścia się wkurwiać, bo znowu go tutaj widzę i nawet nie mam gdzie dupy posadzić, bo leży rozjebany na kanapie w salonie.
No a potem to już wiecie...
Nie mam zamiaru jej tutaj bronić ani tłumaczyć, ale moim zdaniem i mówiłem jej o tym wielokrotnie, Bartuś jest cynicznym i wyrachowanym manipulantem, który matkę ma za naiwną kretynkę i tak ją właśnie traktuje. Kłamie, ściemnia, symuluje, wykonuje jakieś ruchy pozorowane, wszystko obliczone na to, żeby wyciągnąć od niej kasę albo naciągnąć na jakieś zakupy. Przy okazji cały czas knuje i obmyśla jak się pozbyć mnie z tego układu, jedynej przeszkody, która mu utrudnia zamieszkanie z mamusią i przyspawanie się do niej na stałe. Ja to widziałem doskonale, bo stałem z boku i nie byłem w żadnym stopniu zaangażowany emocjonalnie w ten cały cyrk, ale ona albo była zaślepiona tym swoim synalkiem, albo jak tak sobie czasem pomyślę, razem z nim kombinowała od samego początku jak tylko się u nas pojawił. Tylko że jej bardziej na rękę była sytuacja taka, żebyśmy jednak mieszkali we trójkę razem, bo dla niej to zajebista oszczędność, a dla Bartusia w sumie bez znaczenia, skoro i tak miałby swój kąt, darmowe mieszkanko, pełną lodówkę, wszystko podstawione pod sam ryj na czas i ciepłe, a jedyne co musiałby robić, to od czasu do czasu poudawać, że szuka pracy.
No i teraz jak tak siedzę i sobie o tym myślę... Rozwiązanie problemu jest bardzo proste. Kasia nie jest jakimś niedouczonym tłukiem po sześciu klasach podstawówki, tylko bardzo dobrze wykształconym pracownikiem biurowym z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem w rachunkowości, więc liczyć do dziesięciu potrafi w pamięci. Nasza umowa z początku września była taka, że Bartuś sobie wynajmie jakiś pokój za 600-800zł na początek, a jak zacznie normalnie pracować i normalnie zarabiać, to sobie poszuka czegoś większego czy zrobi co tam kurwa będzie chciał. No a my mieliśmy wynająć dla siebie jakieś dwupokojowe mieszkanie, którego koszt całkowity zamykałby się w kwocie 2-2,5tys. maksymalnie, bo takie są u nas ceny za normalną chatę bez luksusów dla dwóch dorosłych osób i psa.
Wszystko było ustalone i umówione. Każdy wiedział od miesiąca jaki jest plan, każdy się zgodził i każdy miał czegoś sobie szukać. Bartuś sobie, a my sobie.
Po dwóch tygodniach i kłótni o to, że Bartuś jednak nie dołoży się do czynszu i nie kupi jedzenia, gdyż albowiem nie ma za co, chociaż miał pieniądze, które przepierdolił z kolegami w trzy dni i się na nas wysrał centralnie - nie mam kasy no i co mi staruchy zrobicie, głodny jestem, obiad chcę - ona mi oświadcza, że znalazła dwupokojowe mieszkanie, ale dla siebie i Bartusia który jednak z nią zostaje, a nie dla mnie. Ja mam sobie sam czegoś poszukać i spierdalać skoro taki ze mnie chuj i nie zamierzam się więcej dokładać do utrzymywania jebanego nieroba.
No dobra, ale zaraz, chwila moment... Ja może nie jestem tak wykształcony jak moja Kasia, a w zasadzie to wcale nie jestem, ale życie trochę znam i coś mi się tutaj nie składa. No bo żeby Katarzyna mogła mieszkać sobie gdziekolwiek ze swoim Bartusiem, to musi te minimum dwa koła wysupłać. Bartuś jej nie dołoży, bo nie ma z czego, no więc Kasia musi położyć na stół dwa tysiączki za wynajem co miesiąc ze swojej wypłaty. Matematyka jest jedna i działa tylko w jedną stronę.
Normalnie ja bym jej dokładał połowę, więc za ten mój tysiąc zwrotu, mogłaby spokojnie Bartusiowi opłacić pokój i jeszcze by jej została reszta, kilka stówek do przepierdolenia na waciki, a tak? Przecież nie ma w tym żadnej logiki ani jakiegokolwiek ekonomicznego uzasadnienia, żebyśmy teraz oboje wynajmowali osobne mieszkania i podwójnie za nie płacili, zamiast wynająć jedno wspólnie i Bartusia wyeksmitować w pizdu na jakiś pokój. No chyba że...
No chyba że jej plan był od początku taki, żeby mnie tu we wrześniu ściągnąć i wydębić ode mnie forsę na zapłacenie czynszu i zrobienie zakupów, bo przecież inaczej zostałaby bez grosza na cały wrzesień, a w międzyczasie zamydlić mi oczy pierdołami o wyprowadzce Bartusia, żeby w październiku wynająć już kolejne i większe mieszkanie, bo to obecne jest dla wszystkich nas za ciasne. Ja bym się wpierdolił jak idiota w kolejny wynajem "dla nas", położyłbym kasę na czynsz i drugie tyle na kaucję, a Kasia by mi przywiozła tego swojego głąba na drugi dzień z udawanym przejęciem oświadczając, że on znowu nie ma kasy i nie może zapłacić sobie za pokój, więc na razie jeszcze zostanie u nas "ale tylko na kilka dni" żeby nie było.
Po prostu kolejny raz chciała zrobić mnie bezczelnie w chuja, tylko nie przewidziała tego, że ja przewidzę taki ruch i koncertowo im spierdolę ten ich głupi plan.
Dlatego teraz się pruje o ten telefon i o jakiś przelew na niby rozwód, a tak naprawdę znów została bez pieniędzy na początku miesiąca i myśli, że ja jej dołożę, że sprzeda sobie ten telefon za 500zł dostanie jeszcze 300zł na rozwód i 200zł za kołdrę czyli razem jak w mordę strzelił równe 1000zł za które chyba planuje przeżyć cały październik, no bo skoro sama wynajęła kolejne mieszkanie dla siebie i Bartusia i sama za wszystko zapłaciła, to już jest bez pieniędzy, a dzisiaj mamy który dzień miesiąca?