Shoggies napisał/a:Ja odbieram to tak, że Autor ma tak wysokie zarobki, że 3,5k miesięcznie nie robi im żadnej różnicy.
Nie wiem jakiego rzędu zarobki to muszą być, ale wierzę, że są ludzie o takim poziomie przychodów, że dla nich 3,5 tysiąca złotych, to jak dla nas 200 zł.
Powiem całkiem szczerze, że nie do końca wierzę w to, że są aż tak zamożnymi ludźmi, bo wówczas raczej nie byłoby problemu, żeby zatrudnić pomoc domową, albo opiekunkę do dziecka kilka razy w tygodniu. Zresztą autor nie pisał, że nie robi im ta kwota żadnej różnicy, tylko że ta różnica nie jest wielka i że bez niej sobie finansowo radzili. Dużo zależy od tego, jakie się ma potrzeby, czy się wynajmuje, czy często wyjeżdża na wakacje, kupuje drogie sprzęty i markowe ubrania. Jak ktoś żyje skromnie, to jest w stanie wyżyć z dość niewielkiej wypłaty.
Shoggies napisał/a:Pełna zgoda - Autor nie ustosunkował się do tego na jaki kompromis byłby w stanie pójść.
Taki, gdzie żona wraca do starego układu. Nie bez powodu każdą inną wersję ignoruje, albo wymyśla warunki, których ona nie ma szans na ten moment spełnić, nawet gdyby stanęła na rzęsach. Tak nie robią partnerzy z krystalicznie czystymi intencjami, szczerze przejmujący się tym, czego pragnie druga strona. Być może oboje są po prostu egoistami. Dlatego zgadzam się, że ona mocno nawaliła, ponieważ powinna była z nim najpierw porozmawiać i ustalić, jak ich wspólne życie miałoby od tej chwili wyglądać. Tylko mnie osobiście cały czas zastanawia, że skoro wcześniej było rzekomo tak sielankowo, to jakim cudem nagle coś jej totalnie odwaliło i postanowiła w pewnym sensie zagrać na własną bramkę. Która szczęśliwa kobieta utrudnia w ten sposób życie swoim najbliższym, bez żadnej konsultacji z nimi, bez ostrzeżenia? Jasne, możemy założyć, że cały problem leży w niej, ale jak czytam posty autora, to za bardzo mi się nie klei ten wyidealizowany obraz perfekcyjnego wręcz małżonka. Zobacz, jakie on ma podejście. Żona mu wprost powiedziała, że teraz w markecie czuje się lżej niż przez ostatnie lata w domu, a ten zamiast dopytać czemu było jej tak źle i wziąć pod uwagę, że może faktycznie tkwienie niemal dekadę w czterech ścianach dało jej w kość, to on tylko skupia się na tym, jak ją przekonać, żeby porzuciła swój plan. Egoizm pełną gębą, a niektórzy tu piszą, jakbyśmy mieli teraz płakać rzewnie nad jego marnym losem, bo on musi wstać czasem rano do córki, albo posiedzieć z nią wieczorem przy lekcjach i położyć do spania. Tysiące ojców robi to bez marudzenia, ale on jeden nie może, bo skoro żona zgodziła się siedem lat temu zostać w domu, to już nie ma prawa zmienić zdania, póki on nie wyrazi na to zgody.
Być może pominie to zapytanie, ale ja bym się chętnie dowiedziała CO DOKŁADNIE robił w domu wcześniej, zanim żona postanowiła pobawić się w pracę, a co robi w nim teraz. Tylko nie na zasadzie, że raz w miesiącu odkurzył, czy posprzątał po obiedzie, tylko REGULARNIE. Tak na co dzień. Jakie miał obowiązki przed i jakie ma po zmianie układu. Czy to rzeczywiście aż tak drastyczna różnica i ona zawala swoją część prac domowych. Taka wiedza ułatwiłaby nam realną ocenę ich sytuacji, a przecież to dalekie od prawdy, że dzieci osób pracujących w marketach są zaniedbane, źle się uczą i domy zarastają brudem. Kwestia organizacji.