Moja żona przez długi czas nie musiała pracować i nadal nie ma takiej konieczności. Po urodzeniu naszej córki zrezygnowała z pracy, co było dla nas rozsądnym rozwiązaniem – jej zarobki byłyby niewiele wyższe od minimalnej pensji, a koszty opieki nad dzieckiem (żłobek, przedszkole, opiekunka) oraz dojazdów i innych wydatków pochłonęłyby większość tej kwoty. Nigdy nie wyrzucałem jej tego w żaden sposób, ani nie sugerowałem, że "siedzi w domu i nic nie robi". Wręcz przeciwnie – to ona w dużej mierze zarządzała naszym budżetem i miała pełną swobodę w wydatkach.
Od września, gdy nasza córka poszła do szkoły, żona niespodziewanie podjęła decyzję o powrocie do pracy. Szczerze mówiąc, myślałem, że ze względu na skromne CV nie znajdzie zatrudnienia tak szybko i temat sam się rozwiąże. Jednak w listopadzie dostała propozycję pracy w Biedronce, przeszła badania lekarskie i od grudnia pracuje na pełen etat.
Z jednej strony mamy dodatkowy dochód – 3510 zł miesięcznie – ale nie jest to kwota, która robiłaby dla nas wielką różnicę. Finansowo radziliśmy sobie dobrze i bez tych pieniędzy. Natomiast koszt tej decyzji jest spory, bo odbija się na naszej codzienności. Żona pracuje w systemie zmianowym, co oznacza, że czasem wychodzi do pracy na 4 rano, a innym razem wraca dopiero po 23. W takich momentach to ja przejmuję większość obowiązków – rano przygotowuję córkę do szkoły, robię śniadania, odrabiam z nią lekcje, a wieczorem dbam o kolację i inne sprawy domowe.
Co więcej, oprócz swoich dotychczasowych obowiązków, teraz przejąłem wiele tych, które do tej pory były po jej stronie. To ja częściej zajmuję się domem, gotowaniem, organizowaniem codziennych spraw, a do tego staram się, by nasza córka nie odczuła zbyt mocno tej zmiany. Przedtem podział był naturalny – ja pracowałem zawodowo, a żona dbała o dom i dziecko. Teraz jej nieobecność sprawia, że większość obowiązków zaczyna się kumulować u mnie, a czasu dla siebie mam coraz mniej, no bo przejąłem część obowiązków domowych i związanych z małą.
Największą zmianą jest to, że nasz wspólny czas mocno się skurczył. W weekendy, kiedy wcześniej spędzaliśmy czas na rodzinnych wyjściach, teraz często żony nie ma, bo jest w pracy. Jeśli ma wolne w niedzielę, to i tak bywa zmęczona po porannej zmianie. Dodatkowo jej godziny pracy są długie – czasem nawet 9-10 godzin dziennie.
Przez ostatnie 7 lat nie mieliśmy większych spięć – każdy miał swoje obowiązki i byliśmy zadowoleni z tego układu. Teraz, gdy żona wróciła do pracy, obciążenie w domu znacznie się zmieniło, a ja czuję, że nie jest to do końca fair. Co więcej, kiedy zapytałem ją, czy ta praca jej nie męczy i czy nie planuje z niej zrezygnować, odpowiedziała, że wręcz przeciwnie – teraz ma lżej niż przez ostatnie lata spędzone w domu.
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem jej potrzebę zmiany, z drugiej – czuję, że ta decyzja zaburzyła naszą równowagę. Czy ktoś miał podobną sytuację? Jak sobie z tym poradziliście?