Shoggies napisał/a:Autor w dość prostolinijny sposób nakreślił, że z jego punktu widzenia rodzina tylko traci na zmianach, które wprowadziła żona. Po pierwsze, finansowo nie są do przodu.
Po drugie, traci na tym jakość ich więzi w rodzinie, bo żona nie ma tyle czasu dla niego i dla córki. Po trzecie, Autor musiał podjąć za żonę te obowiązki, których ona nie wykonuje będąc w pracy.
Ja go nie bronię, bo nie do końca się zgadzam z takim liczeniem się w rodzinie, ale sensu takiej kalkulacji odmówić nie sposób.
Poza tym niestety, ale bycie odpowiedzialnym za rodzinę, zwłaszcza, gdy jest w niej małoletnie dziecko wiąże się z tym, że nie zawsze można robić co się chce i w jaki sposób się chce - takie duże zmiany, które dezorganizują życie członkom rodziny powinny być konsultowane przynajmniej z dorosłym partnerem/partnerką.
Mam wrażenie, że Autor nie do końca nam wszystko tu opisuje.
Bo z jednej strony żona wywiązywała się z ich umowy przez 7 lat, ocenia ją, jako dobrą matkę i opiekunkę gospodarstwa domowego, a z drugiej strony żona pewnego dnia idzie do pracy i ma niejako "wylane" jak się do tego ustosunkuje pozostała część rodziny - brzmi to jak bardzo duża zmiana w zachowaniu i priorytetach. Musi być ku temu jakiś ważny powód.
Finansowo są przecież do przodu, bo to nie tak, że on musiał zrezygnować z nadgodzin, żeby ona mogła iść pobawić się w pracę. Przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo. W pierwszym poście napisał, że mają więcej o ponad trzy tysiące, tylko jego zdaniem jest to na tyle niewielka kwota, że wolałby, by żona siedziała nadal w domu i zgodziła się wrócić do poprzedniego układu. Nie widzę u niego przestrzeni na kompromis w tej kwestii. Twierdzi, że musiałaby zarabiać podobną kwotę do niego, co jest warunkiem niemożliwym do spełnienia, a zatem wymówką. Wyciąga kartę, której ona nie ma szans przebić, bo czego by teraz nie zrobiła, to nie przeskoczy faktu, że ma kiepskie cv i dużą lukę w zatrudnieniu. Tylko czy w takim razie ma być już wiecznie skazana na bycie kurą domową? Bo mężowi odpowiada taki podział ról? Zauważ, że pytanie, czy pasowałoby mu, gdyby miała stałe godziny pracy, totalnie zignorował. Podobnie jak wiele innych, niewygodnych kwestii.
Zgadzam się, że powinna była z nim sprawę przedyskutować.
Przede wszystkim dlatego, że wspólnie są odpowiedzialni za córkę.
Tego również wymagałby szacunek wobec partnera, by wtajemniczać go w swoje plany.
A także wziąć pod uwagę jego punkt widzenia, potrzeby i argumenty.
Nie zmienia to faktu, że coś mi się w tej historii mocno nie klei.
Tak, jak słusznie zauważyłaś, skoro do tej pory wszystko było dobrze, nie mieli powodów do narzekań, nie było między nimi większych spięć, małżeństwo dobrze funkcjonowało, to ciężko uwierzyć, że bez żadnej przyczyny i ostrzeżenia żona postanowiła podjąć tak istotną decyzję. W dodatku nie skonsultowała jej z mężem, tylko oznajmiła, że tak zrobi i koniec, kropka. Trochę się powtórzę względem tego, co pisałam w swoim poprzednim poście, ale według mnie autor skupia się cały czas na symptomach, zamiast szukać źródła problemu. Prawda jest taka, że najbardziej niepokojące jest stwierdzenie żony, że w markecie ma lżej niż przez ostatnie lata spędzone w ich wspólnym domu. Musiało być już wyjątkowo kiepsko z jej samopoczuciem, skoro doszła do takich wniosków. Pytanie, czy wcześniej doskonale ukrywała prawdziwe emocje, czy autor starał się być ślepy i głuchy, bo jemu tak się najlepiej kalkulowało. Zresztą już samo to, jak słabo u nich z komunikacją, sugeruje, że nie było wcale tak sielankowo.