oczywiście że jest ciężej. ja mam jedno i wiem że będzie mi trudniej niż gdybym dziecka nie miała. nie mam też już oczekiwań by nie szukać faceta bez dziecka a które to oczekiwanie miałam jak byłam bezdzietna. co nie znaczy że uważam że tylko desperaci mi zostali i jakieś odpady. tpoza tym autorka ma dwójkę już praktycznie dorosłą. zaraz wyfruną z domu i uważam że aktualnie wcale ta atrakcyjność nie jest tak obniżona jak piszesz i że jak rozstałaby się z obecnym facetem to ma "liczyć na cud". właściwie myślę że jest w "lepszej" sytuacji z tą trójką dużych dzieci niż ja z jednym dzieckiem nieco ponad rocznym.
67 2022-09-28 13:49:12 Ostatnio edytowany przez Lady Loka (2022-09-28 13:50:00)
Ona jest z tym facetem 4 lata, a nie dwa miesiące. Już nie przesadzaj, Otwarcie, zgorzknienie z Ciebie wyłazi.
Masa ludzi, którzy juz są w wieku postreprodukcyjnym teraz narzeka, że dzieci nie miało więcej, że o tym trzecim myśleli, ale się nie zdecydowali. A to były czasy sprzed 500+. Ludzie spokojnie dają radę z zapewnieniem startu dzieciom. Przecież nie musisz każdemu dziecku zapewnić mieszkania czy wkładu własnego do kredytu.
Poczytaj sobie skąd się inflacja bierze zanim zaczniesz gadać głupoty.
Milion razy bardziej wolałabym być samotną matką z 3 dzieci niż mieć w otoczeniu kogoś takiego jak Ty, kto by mi wyliczał "wartość rynkową".
po pierwsze mylisz się w kwestii desperacji.
Matka z 3 dzieci ![]()
atrakcyjność ma wiele poziomów
Dla mężczyzn liczy się głownie atrakcyjność fizyczna, przynajmniej na początku (dla kobiet zresztą też).
chodzi o to że Ty na podstawie dwóch postów przeprowadziłeś analizę całego życia kobiety co jest po prostu żałosne i śmieszne. i odstrasza osoby od pytania bo zaraz taki wyjedzie ze swoimi mądrościami.
Z postów wynika: kobieta ok. 35+, trójka dzieci, żyje z kolejnym w małym mieszkanku.
Tu nie trzeba sobie nic dopowiadać, bo sama to napisała.
Na podstawie tego opisu można wysnuć pewne wnioski. Może nie do końca trafne, ale pewnie pokrywają się z rzeczywistością.
Małe dziecko może pokochać nowego tatusia jak swojego, a nastolatki zawsze będą się gryzły z nowym partnerem. Poza tym to "zaraz" to minimum jeszcze 6 lat.
Szeptuch napisał/a:Nowe_otwarcie napisał/a:Szeptuch, jeszcze raz zacytowałem bo IMHO ta odpowiedź wymaga rozwinięcia .
Strzelenie sobie trójki dzieciaków jednego po drugim to albo objaw niesamowitej wręcz pewności siebie i swoich sił graniczącej wręcz z zadufaniem (w przypadku branży IT w ostatnich latach akurat da się jeszcze powiedzieć że jest to jakoś podparte realiami, choć kto wie jak będzie za 10 lat...) albo lekkomyślności. A autorka naprawdę nie wygląda na wysoce wykształconą kobietę sukcesu, która poradzi sobie w każdych realiach ekonomiczno-zawodowych; po tym co przedstawiła i jak siebie kreuje, to raczej spodziewałbym się młodej, niezbyt wykształconej, naiwnej kobiety, która z miłości i naiwności dała sobie strzelić trójkę dzieciaków przez swoją młodzieńczą miłość, a związek z czasem rozpadł się... przez zdrady, alkohol? To najczęstsze przyczyny rozpadu w takich historiach. W takiej sytuacji pewnie zamieszkała z dziećmi sama bo już się nie dało wytrzymać, a nie w wyniku spokojnego, w pełni świadomego wyboru. Przydałyby się dalsze wyjaśnienia od autorki, ale nie wiem czy się o nie pokusi (chociaż z drugiej strony te wyjaśnienia pozwoliłyby także na ocenienie jej siły negocjacyjnej w tej sytuacji, a więc i perspektyw rozwiązania tego problemu).
Serio.
Nie wiem czy ja to źle zrozumiałem czy ty to tak przedstawiłeś.
Bo piszesz tak jak by prawo do posiadania dzieci mieli osoby tylko wybitnie wykształcone z oszczędnościami idącymi w miliony.
Nie znasz historii tej kobiety, a już postawiłeś wyrok ze głupia i nieodpowiedzialna.
Wyobraź sobie ze większość Polaków nie zarabia więcej niz 3.5k na rękę.
A ogromna liczba zarabia lub oscyluje zarobkami w okolicach minimalnej.
Tak wygląda życie w Polsce.
I teraz wyobraź sobie co pociągnęło by za sobą podejście ze tacy ludzie nie powinni mieć dzieci bo ich nie stać.
Za 20 alt miałbyś taki kryzys demograficzny (który i tak będzie) ze na karetkę czekał bys 2 dni a straż pożarna przyjechała by jak by z twojego domu juz nic nie zostało.
Paradoks jest taki ze ludzie wykształceni nie chcą/mogą mieć dzieci, ostatnio maja wyprany mózg bzdurami o klimacie i powtarzają te hasełka o dobru planety niczym fanatycy religijni.
Wierni kościoła z zielonym dachem.
My jako społeczeństwo powinniśmy robić wszystko aby młodzi ludzie chcieli mieć dzieci, i nie jedno ale 3/4.
I nie poprzez szkodliwy social, ale zapewnienie możliwości swobodnej edukacji wyższej w przypadku posiadania dziecka, budowa żłobków i przedszkoli,i działanie ich w systemach 2 zmianowych, rozwój szkolnictwa średniego, zwłaszcza techników, aby młodzi ludzie mieli zawód i umiejętności a nie bezwartościowy papierek po kulturoznawstwie czy innym gównie na które młody człowiek poszedł aby przedłużyć sobie dzieciństwo.
Tu gdzie mieszkam, bardzo często to tak wygląda że idzie sie do zawodówki czy technikum, tam sie kogoś poznaje, kończy sie szkołę, ma sie zawód i prace, i zakłada sie rodzinę. Czasami jedzie sie w ramach urlopu na prace sezonowe do Niemiec i tak tworzy sie swoja przyszłość.
I jak patrze na takich 25 latków z mojej wioski, to właśnie mają juz 3 dzieci, pracują, budują, a ci z pomocą rodziców juz zbudowali dom, sa dorosłymi ludźmi.
A obserwując 25 latków z np Wrocławia to jedyna mysl jaka mi sie nasuwa do dzieciaki tuz po szkole. Nie nauczone żadnej odpowiedzialności. Nic nie maja, niczego sie nie dorobili.
Oczywiście to wszystko co napisałem to generalizacja, ale nie będą za każdym razem pisał "oczywiście sa wyjątki"
Nie widzę nic złego w tym że para stara sie o kolejne dziecko zaraz gdy jest to możliwe.
Sam bym sie cieszył gdyby mój syn powiedział mi że po ukończeniu szkoły średniej założyć rodzinę
I czy byśmy mu nie pomogli organizacyjnie, z dalsza edukacja dla niego i jego partnerki czy finansowo.
Ponieważ naoglądałem sie naprawdę dużo rozpaczy/łez i smutku małżeństw które nie mogą mieć dzieci.
Rozwijali sie,uczyli, kolejny staż,kolejny kierunek i przychodzi 30 i tego dziecka nie mogą mieć.Sorry,ale na Twoje podejście chyba bardziej wpływa tradycja regionalna niż wykształcenie itp. Ta,uważam że 3 dzieci to brak rozwagi i w lwiej części wypadków wyrzekanie się zapewnienia im godnego życia. Tak,moje małżeństwo rozpadło się w dużej mierze przez fiasko starań o drugie dziecko,ale w obecnej sytuacji w sumie dobrze ze mam tylko jedno. I wkurza mnie bulenie na socjal dzieciorobów, gdyby nie to cholerne rozdawnictwo wyborcze jak 500+ i pozostałe,to inflacja i co za tym idzie ceny byłyby niższe. Powiedzmy sobie szczerze: człowiek decydujący się na 3-4 dzieci najczęściej na innych zwala koszt ich utrzymania,edukacji itd.
"Sorry,ale na Twoje podejście chyba bardziej wpływa tradycja regionalna niż wykształcenie"
Chyba bardziej pomylić się do mnie nie mogłeś.
Po pierwsze, ja sie tutaj(wioskę) przeprowadziłem z Wrocławia, wiec nie przesiekłem za młodu "tradycją regionalną"
A trudniej chyba o bardziej lewackie miasto niz Wrocław, no może Poznań.
Mam ukończone 2 kierunki techniczne, wiec na wykształcenie też nie narzekam.
Ja tez jestem przeciwny rozdawaniu pieniędzy, wolał bym żeby to funkcjonowało na zasadzie odpisu od podatku.
Dlatego ja z zasady nie korzystam z programów socjalnych, na szczęście nie muszę.
Ale jeżeli serio uważasz, ze inflacja to dzieło np 500+ to zobacz kiedy ten program został wprowadzony, a od kiedy mamy inflacje.
Na inflacje złożyło sie wiele rzeczy, zwłaszcza jak mówią ekonomiści, drukowanie pustego pieniądza w czasie pandemii.
Tak to juz jest w socjalizmie, bohatersko walczy sie z problemami które nigdzie indziej nie występują.
Poczytaj, co to jest zastępowalność pokoleń, i sięgnij po książki z demografii.
Powinniśmy robić wszystko, aby młodzi ludzie chcieli miec 3/4 dzieci, bo cały nasz model społeczny sie zawali, nie doczekasz sie na karetkę, na naprawę usterki wodociągowej będziesz czekał miesiąc, tak miesiąc bez wody, i wiele wiele innych.
bo uwaga.
NIE BEDZIE LUDZI.
Ja mam tylko 1 dziecko, niestety życie zabrało nam możliwość posiadania więcej.
ale moi przyjaciele maja po 3, i żadne nie jest "dzieciorobem" , dbają o swoje dzieci, kochają, troszczą sie i sami je utrzymują bez niczyjej pomocy.
co do samotnych matek, bije od niektórych osób tutaj takie poczucie wyższości, i taka pogarda.
Tak jak by po samotna matkę "sięgało tylko ostni desperat a owa matka musiała brać co jej dają i to jeszcze z pocałowaniem reki.
Wyobraź sobie ze posiadanie faceta to nie jest dobro samo w sobie, a kobiety to nie sa osoby niepełnosprawne umysłowo i same doskonale radzą sobie w życiu.
Moja zona przed spotkaniem mnie jako samotna matka, sama wszystko ogarniała. Bo musiała
Wpadka w wieku 19 alt to nie jest najlepszy obrót sprawy dla młodej kobiety.
Ale skończyła studia, rozpoczęła prace, była samodzielna i samowystarczalna.
I wiesz co? Właśnie te cechy mi sie w niej spodobały:zaradność,samodzielność, upór i wiele innych.
I wyobraź sobie ze samotna matka może być wybrana, z grona innych kobiet które sa wolne i bez zobowiązań.
Masz strasznie wąskie myślenie.
71 2022-09-28 15:20:25 Ostatnio edytowany przez Nowe_otwarcie (2022-09-28 15:24:34)
Nowe_otwarcie napisał/a:Szeptuch napisał/a:Serio.
Nie wiem czy ja to źle zrozumiałem czy ty to tak przedstawiłeś.
Bo piszesz tak jak by prawo do posiadania dzieci mieli osoby tylko wybitnie wykształcone z oszczędnościami idącymi w miliony.
Nie znasz historii tej kobiety, a już postawiłeś wyrok ze głupia i nieodpowiedzialna.
Wyobraź sobie ze większość Polaków nie zarabia więcej niz 3.5k na rękę.
A ogromna liczba zarabia lub oscyluje zarobkami w okolicach minimalnej.
Tak wygląda życie w Polsce.
I teraz wyobraź sobie co pociągnęło by za sobą podejście ze tacy ludzie nie powinni mieć dzieci bo ich nie stać.
Za 20 alt miałbyś taki kryzys demograficzny (który i tak będzie) ze na karetkę czekał bys 2 dni a straż pożarna przyjechała by jak by z twojego domu juz nic nie zostało.
Paradoks jest taki ze ludzie wykształceni nie chcą/mogą mieć dzieci, ostatnio maja wyprany mózg bzdurami o klimacie i powtarzają te hasełka o dobru planety niczym fanatycy religijni.
Wierni kościoła z zielonym dachem.
My jako społeczeństwo powinniśmy robić wszystko aby młodzi ludzie chcieli mieć dzieci, i nie jedno ale 3/4.
I nie poprzez szkodliwy social, ale zapewnienie możliwości swobodnej edukacji wyższej w przypadku posiadania dziecka, budowa żłobków i przedszkoli,i działanie ich w systemach 2 zmianowych, rozwój szkolnictwa średniego, zwłaszcza techników, aby młodzi ludzie mieli zawód i umiejętności a nie bezwartościowy papierek po kulturoznawstwie czy innym gównie na które młody człowiek poszedł aby przedłużyć sobie dzieciństwo.
Tu gdzie mieszkam, bardzo często to tak wygląda że idzie sie do zawodówki czy technikum, tam sie kogoś poznaje, kończy sie szkołę, ma sie zawód i prace, i zakłada sie rodzinę. Czasami jedzie sie w ramach urlopu na prace sezonowe do Niemiec i tak tworzy sie swoja przyszłość.
I jak patrze na takich 25 latków z mojej wioski, to właśnie mają juz 3 dzieci, pracują, budują, a ci z pomocą rodziców juz zbudowali dom, sa dorosłymi ludźmi.
A obserwując 25 latków z np Wrocławia to jedyna mysl jaka mi sie nasuwa do dzieciaki tuz po szkole. Nie nauczone żadnej odpowiedzialności. Nic nie maja, niczego sie nie dorobili.
Oczywiście to wszystko co napisałem to generalizacja, ale nie będą za każdym razem pisał "oczywiście sa wyjątki"
Nie widzę nic złego w tym że para stara sie o kolejne dziecko zaraz gdy jest to możliwe.
Sam bym sie cieszył gdyby mój syn powiedział mi że po ukończeniu szkoły średniej założyć rodzinę
I czy byśmy mu nie pomogli organizacyjnie, z dalsza edukacja dla niego i jego partnerki czy finansowo.
Ponieważ naoglądałem sie naprawdę dużo rozpaczy/łez i smutku małżeństw które nie mogą mieć dzieci.
Rozwijali sie,uczyli, kolejny staż,kolejny kierunek i przychodzi 30 i tego dziecka nie mogą mieć.Sorry,ale na Twoje podejście chyba bardziej wpływa tradycja regionalna niż wykształcenie itp. Ta,uważam że 3 dzieci to brak rozwagi i w lwiej części wypadków wyrzekanie się zapewnienia im godnego życia. Tak,moje małżeństwo rozpadło się w dużej mierze przez fiasko starań o drugie dziecko,ale w obecnej sytuacji w sumie dobrze ze mam tylko jedno. I wkurza mnie bulenie na socjal dzieciorobów, gdyby nie to cholerne rozdawnictwo wyborcze jak 500+ i pozostałe,to inflacja i co za tym idzie ceny byłyby niższe. Powiedzmy sobie szczerze: człowiek decydujący się na 3-4 dzieci najczęściej na innych zwala koszt ich utrzymania,edukacji itd.
"Sorry,ale na Twoje podejście chyba bardziej wpływa tradycja regionalna niż wykształcenie"
Chyba bardziej pomylić się do mnie nie mogłeś.
Po pierwsze, ja sie tutaj(wioskę) przeprowadziłem z Wrocławia, wiec nie przesiekłem za młodu "tradycją regionalną"
A trudniej chyba o bardziej lewackie miasto niz Wrocław, no może Poznań.
Mam ukończone 2 kierunki techniczne, wiec na wykształcenie też nie narzekam.
Ja tez jestem przeciwny rozdawaniu pieniędzy, wolał bym żeby to funkcjonowało na zasadzie odpisu od podatku.
Dlatego ja z zasady nie korzystam z programów socjalnych, na szczęście nie muszę.
Ale jeżeli serio uważasz, ze inflacja to dzieło np 500+ to zobacz kiedy ten program został wprowadzony, a od kiedy mamy inflacje.
Na inflacje złożyło sie wiele rzeczy, zwłaszcza jak mówią ekonomiści, drukowanie pustego pieniądza w czasie pandemii.
Tak to juz jest w socjalizmie, bohatersko walczy sie z problemami które nigdzie indziej nie występują.
Poczytaj, co to jest zastępowalność pokoleń, i sięgnij po książki z demografii.
Powinniśmy robić wszystko, aby młodzi ludzie chcieli miec 3/4 dzieci, bo cały nasz model społeczny sie zawali, nie doczekasz sie na karetkę, na naprawę usterki wodociągowej będziesz czekał miesiąc, tak miesiąc bez wody, i wiele wiele innych.
bo uwaga.
NIE BEDZIE LUDZI.
Ja mam tylko 1 dziecko, niestety życie zabrało nam możliwość posiadania więcej.
ale moi przyjaciele maja po 3, i żadne nie jest "dzieciorobem" , dbają o swoje dzieci, kochają, troszczą sie i sami je utrzymują bez niczyjej pomocy.
co do samotnych matek, bije od niektórych osób tutaj takie poczucie wyższości, i taka pogarda.
Tak jak by po samotna matkę "sięgało tylko ostni desperat a owa matka musiała brać co jej dają i to jeszcze z pocałowaniem reki.
Wyobraź sobie ze posiadanie faceta to nie jest dobro samo w sobie, a kobiety to nie sa osoby niepełnosprawne umysłowo i same doskonale radzą sobie w życiu.
Moja zona przed spotkaniem mnie jako samotna matka, sama wszystko ogarniała. Bo musiała
Wpadka w wieku 19 alt to nie jest najlepszy obrót sprawy dla młodej kobiety.
Ale skończyła studia, rozpoczęła prace, była samodzielna i samowystarczalna.
I wiesz co? Właśnie te cechy mi sie w niej spodobały:zaradność,samodzielność, upór i wiele innych.
I wyobraź sobie ze samotna matka może być wybrana, z grona innych kobiet które sa wolne i bez zobowiązań.
Masz strasznie wąskie myślenie.
Szeptuch, czy Ty rozumiesz różnicę między samotną matką z 1 dzieckiem i samotną matką z 3 dzieci? Naprawdę, pozasięgaj języka i zorientuj się ilu by było chętnych na tę pierwszą, a ilu na drugą.
Tak, posiadanie faceta to nie jest dobro samo w sobie, podobnie jak posiadanie kobiety; chociaż jednak często odczuwa się tę potrzebę i dziecko/dzieci nie wypełnią tej luki...
A akurat tak się składa że kwestię niemożności zapewnienia wszystkim dzieciom mieszkania to właśnie przerabiam w wypadku bliskiej mi osoby, która źre się z rodzeństwem o mieszkanie po rodzicach (przy czym, w odróżnieniu od rodzeństwa, nie ma innego swojego mieszkania).
Załap wreszcie (może Ty wykażesz więcej zdolności myślenia niż kilka tutejszych "matek alimentacyjnych", którym zalazłem za skórę kwestionowaniem zasadności alimentów wykraczających poza racjonalne potrzeby dziecka) że nie napisałem tego wszystkiego żeby kobietę pocisnąć; po prostu uważam że im więcej będzie wiadomo o jej sytuacji, tym dokładniejszą radę będzie można jej dać i że niepotrzebne mamienie jej że ma więcej opcji niż ma jest większym okrucieństwem niż wywalenie jej kawy na ławę. Taaaak, można jej napisać: " Ty masz rację, pogoń faceta jak mu się za dużo wydaje!". Tak samo można powiedzieć kobiecie z guzem piersi że na pewno wszystko będzie dobrze, wytną guz i koniec strat. Ale jak przyjdą dodatkowe informacje powiedzmy że kobieta z guzem ma gen ten sam co Angelina Jolie, to niestety: trzeba jej przekazać brutalną prawdę w brzmieniu: "Sorry kochana, przykro mi, masz faktycznie przejebane, ale albo zrobisz obustronną mastektomię albo praktycznie na pewno będziesz mieć złośliwy nowotwór piersi".
Podobnie jest z autorką: jeśli jej sytuacja wygląda tak jak znaki wskazują, to nie ma ona za bardzo pola manewru i można spokojnie zakładać że jej partner też sobie zdaje z tego sprawę. A jak zdaje sobie sprawę, to nie będzie za bardzo skłonny do daleko idących ustępstw. Owszem, autorka ma prawo podjąć decyzję by go kopnąć, ale musi też być świadoma że na jego miejsce nie czeka kolejka chętnych. Bo często nawet z pewnych względów słuszny wybór ma swoje konsekwencje...
A w kwestii inflacji, to śledzę swoje wynagrodzenie od lat (zresztą ostatnio sobie to odświeżałem bo musiałem być dobrze przygotowany by od nowego roku wyciągnąć podwyżkę... chociaż to w zasadzie rewaloryzacja wynagrodzenia) i tak jak dostałem na tym w d... za rządów PiS, to wcześniej tak nie dostałem. No, teraz coś ruszy w górę, ale musiałem to wyszarpać ![]()
72 2022-09-28 15:26:38 Ostatnio edytowany przez Nowe_otwarcie (2022-09-28 15:31:35)
Ona jest z tym facetem 4 lata, a nie dwa miesiące. Już nie przesadzaj, Otwarcie, zgorzknienie z Ciebie wyłazi.
Masa ludzi, którzy juz są w wieku postreprodukcyjnym teraz narzeka, że dzieci nie miało więcej, że o tym trzecim myśleli, ale się nie zdecydowali. A to były czasy sprzed 500+. Ludzie spokojnie dają radę z zapewnieniem startu dzieciom. Przecież nie musisz każdemu dziecku zapewnić mieszkania czy wkładu własnego do kredytu.
Poczytaj sobie skąd się inflacja bierze zanim zaczniesz gadać głupoty.
Milion razy bardziej wolałabym być samotną matką z 3 dzieci niż mieć w otoczeniu kogoś takiego jak Ty, kto by mi wyliczał "wartość rynkową".
Możesz sobie woleć, ale nie udawaj że nie wiesz jak jest. Albo wiesz co? Załóż konto na jakimś portalu randkowym i wpisz w opisie że masz 3 dzieci. (możesz też dodać że mieszkacie sobie razem w malutkim mieszkanku.... oooo i napisz to jeszcze w stylu Autorki że chciałabyś żeby ten nowy facet docelowo z Wami wszystkimi zamieszkał). Zobaczymy jaki będzie odzew ![]()
Zechciej zrozumieć że ja mogę sobie pozwolić by spojrzeć na to na chłodno, bez współczucia niepotrzebnie tępiącego osąd. Znacznie ciężej byłoby spojrzeć na bliską osobę, ta jest obca więc widzę jej sytuację taką jaka jest i nie mam podświadomej pokusy podkolorowania w kierunku "będzie dobrze". Jeśli nie wygląda to fajnie, to mam odwagę napisać to szczerze.
73 2022-09-28 15:27:17 Ostatnio edytowany przez Lady Loka (2022-09-28 15:29:08)
Otwarcie, ja nie wiem czy Ty sobie zdajesz sprawę, ale po pierwsze rodzic nie ma obowiązku zapewnienia dziecku mieszkania, a po drugie to, że się żre rodzeństwo o mieszkanie nie świadczy o tym, że rodzice im niczego nie zapewnili. Świadczy to tylko o tym, że zarówno rodzice jak i dzieci nie pomyśleli wcześniej o tym, któremu dziecku mieszkanie przepisać w zamian za opiekę nad rodzicami i nie powyprowadzali prawnie swoich spraw.
Nawet przy 2 dzieci ciężko oczekiwać, że rodzice im załatwią mieszkania, bo z jakiej paki? Rolą rodzica jest zapewnienie dziecku takich możliwości, żeby poten dziecko było w stanie samo sobie zapewnić mieszkanie.
No chyba, że jest gdzieś zapisane, że rodzice mają zapewnić mieszkanie, to daj znać gdzie, żebym miała podkładkę informując rodziców i teściową, że od dzisiaj spłacają naszą hipotekę.
Edit.
Ona jest z tym facetem 4 lata! 4 lata. Rozumiesz ile to jest? Policz sobie ile te dzieci wczesniej miały. I od jakiego czasu tego faceta znają. Jakoś orzez ten czas facet nie uciekł, a Autorka nie zionęła desperacją.
Lady Loka napisał/a:Ona jest z tym facetem 4 lata, a nie dwa miesiące. Już nie przesadzaj, Otwarcie, zgorzknienie z Ciebie wyłazi.
Masa ludzi, którzy juz są w wieku postreprodukcyjnym teraz narzeka, że dzieci nie miało więcej, że o tym trzecim myśleli, ale się nie zdecydowali. A to były czasy sprzed 500+. Ludzie spokojnie dają radę z zapewnieniem startu dzieciom. Przecież nie musisz każdemu dziecku zapewnić mieszkania czy wkładu własnego do kredytu.
Poczytaj sobie skąd się inflacja bierze zanim zaczniesz gadać głupoty.
Milion razy bardziej wolałabym być samotną matką z 3 dzieci niż mieć w otoczeniu kogoś takiego jak Ty, kto by mi wyliczał "wartość rynkową".
Możesz sobie woleć, ale nie udawaj że nie wiesz jak jest. Albo wiesz co? Załóż konto na jakimś portalu randkowym i wpisz w opisie że masz 3 dzieci. Zobaczymy jaki będzie odzew...
Nie zgodzę sie. Kobiety z dziecmi - nie znaczy z automatu,że już zawsze będą same. Znajdują sobie partnerów i to wcale nie z desperacji ani nie łapią pierwszego lepszego, wrecz przeciwnie, mają dość spore wymagania, bo patrzą tez przez pryzmat dzieci.
Chyba, że byłby to jakis skrajny przypadek, kobieta z dziećmi, bez pracy, bez dachu nad głową, bez wykształcenia - wtedy mogłaby być zdesperowana. Ale zazwyczaj rozwódki czy wdowy z dziećmi same przecież pracują, mają gdzie mieszkać, potrafią sobie zapewnić byt, jedynie co im w życiu "nie wyszło" to partner (i ojciec dla dzieci). Powiedziałabym, że sa bardziej wybredne niż niejedna panna.
75 2022-09-28 15:36:19 Ostatnio edytowany przez Szeptuch (2022-09-28 15:38:38)
Szeptuch, czy Ty rozumiesz różnicę między samotną matką z 1 dzieckiem i samotną matką z 3 dzieci? Naprawdę, pozasięgaj języka i zorientuj się ilu by było chętnych na tę pierwszą, a ilu na drugą.
Tak, posiadanie faceta to nie jest dobro samo w sobie, podobnie jak posiadanie kobiety; chociaż jednak często odczuwa się tę potrzebę i dziecko/dzieci nie wypełnią tej luki...
A akurat tak się składa że kwestię niemożności zapewnienia wszystkim dzieciom mieszkania to właśnie przerabiam w wypadku bliskiej mi osoby, która źre się z rodzeństwem o mieszkanie po rodzicach (przy czym, w odróżnieniu od rodzeństwa, nie ma innego swojego mieszkania).
Ile było by chętnych?
Myślę ze sporo, facetów tez coraz bardziej dotyka kryzys niepłodności.
Bardzo dużym plusem takiego związku jest to ze cały najtrudniejszy okres dorastania wzięła na siebie matka.
Za sobą masz pieluchy/kolki/nieprzespane noce/ząbkowanie itp
w zależności od wieku masz juz gotowe dzieci do zabawy/wyjazdów/wycieczek itp
Emm ale na mieszkanie to sobie może sam człowiek zarobić, nie musi go dostać od rodziców wiesz?
Ja sam wyszedłem z domu po maturze z plecakiem i walizka i paroma groszami które sam sobie zarobiłem.
Nic nie dostałem od rodziców, no może nerwice.
Sam sobie zapracowałem na dom.
Otwarcie, ja nie wiem czy Ty sobie zdajesz sprawę, ale po pierwsze rodzic nie ma obowiązku zapewnienia dziecku mieszkania, a po drugie to, że się żre rodzeństwo o mieszkanie nie świadczy o tym, że rodzice im niczego nie zapewnili. Świadczy to tylko o tym, że zarówno rodzice jak i dzieci nie pomyśleli wcześniej o tym, któremu dziecku mieszkanie przepisać w zamian za opiekę nad rodzicami i nie powyprowadzali prawnie swoich spraw.
Nawet przy 2 dzieci ciężko oczekiwać, że rodzice im załatwią mieszkania, bo z jakiej paki? Rolą rodzica jest zapewnienie dziecku takich możliwości, żeby poten dziecko było w stanie samo sobie zapewnić mieszkanie.
No chyba, że jest gdzieś zapisane, że rodzice mają zapewnić mieszkanie, to daj znać gdzie, żebym miała podkładkę informując rodziców i teściową, że od dzisiaj spłacają naszą hipotekę.
Edit.
Ona jest z tym facetem 4 lata! 4 lata. Rozumiesz ile to jest? Policz sobie ile te dzieci wczesniej miały. I od jakiego czasu tego faceta znają. Jakoś orzez ten czas facet nie uciekł, a Autorka nie zionęła desperacją.
Dobrze, ale inaczej się czuje faceta matki jeśli matka spotyka się z nim poza chatą (albo on raz w czasie wpada na trochę) , a inaczej jak mieszka na stałe! Nie czujesz tej subtelnej różnicy? Do momentu wprowadzenia się był jak wojna na Ukrainie: mamy świadomość że jest, że jest to niezbyt fajne, ale jest w pewnym oddaleniu, a nie W MOIM RODZINNYM DOMU! Ja ze swoją partnerką spotykam się już ósmy miesiąc, ale moja latorośl na razie jedynie ma mocne przeczucie graniczące z pewnością że się z kimś spotykam, nic więcej. Ich poznanie się jeszcze przed nami, tematu zamieszkania razem w ogóle jeszcze nie poruszaliśmy (już nie wspomnę że i tak jest inaczej, bo moje dziecko mieszka ze swoją matką).
Lady Loka napisał/a:Otwarcie, ja nie wiem czy Ty sobie zdajesz sprawę, ale po pierwsze rodzic nie ma obowiązku zapewnienia dziecku mieszkania, a po drugie to, że się żre rodzeństwo o mieszkanie nie świadczy o tym, że rodzice im niczego nie zapewnili. Świadczy to tylko o tym, że zarówno rodzice jak i dzieci nie pomyśleli wcześniej o tym, któremu dziecku mieszkanie przepisać w zamian za opiekę nad rodzicami i nie powyprowadzali prawnie swoich spraw.
Nawet przy 2 dzieci ciężko oczekiwać, że rodzice im załatwią mieszkania, bo z jakiej paki? Rolą rodzica jest zapewnienie dziecku takich możliwości, żeby poten dziecko było w stanie samo sobie zapewnić mieszkanie.
No chyba, że jest gdzieś zapisane, że rodzice mają zapewnić mieszkanie, to daj znać gdzie, żebym miała podkładkę informując rodziców i teściową, że od dzisiaj spłacają naszą hipotekę.
Edit.
Ona jest z tym facetem 4 lata! 4 lata. Rozumiesz ile to jest? Policz sobie ile te dzieci wczesniej miały. I od jakiego czasu tego faceta znają. Jakoś orzez ten czas facet nie uciekł, a Autorka nie zionęła desperacją.Dobrze, ale inaczej się czuje faceta matki jeśli matka spotyka się z nim poza chatą (albo on raz w czasie wpada na trochę) , a inaczej jak mieszka na stałe! Nie czujesz tej subtelnej różnicy? Do momentu wprowadzenia się był jak wojna na Ukrainie: mamy świadomość że jest, że jest to niezbyt fajne, ale jest w pewnym oddaleniu, a nie W MOIM RODZINNYM DOMU! Ja ze swoją partnerką spotykam się już ósmy miesiąc, ale moja latorośl na razie jedynie ma mocne przeczucie graniczące z pewnością że się z kimś spotykam, nic więcej. Ich poznanie się jeszcze przed nami, tematu zamieszkania razem w ogóle jeszcze nie poruszaliśmy (już nie wspomnę że i tak jest inaczej, bo moje dziecko mieszka ze swoją matką).
No i teraz ze sobą zamieszkali i muszą się w tym podocierać tak jak każda para, która ze sobą zamieszkuje.
Serio porównujesz zamieszkanie z facetem do wojny na Ukrainie? Dzieciaki Autorki to raczej przez 4 lata zdązyły wyczaić, że matka kogoś ma i zapewne znają go już jakiś czas.
Ile było by chętnych?
Myślę ze sporo, facetów tez coraz bardziej dotyka kryzys niepłodności.
Bardzo dużym plusem takiego związku jest to ze cały najtrudniejszy okres dorastania wzięła na siebie matka.
Za sobą masz pieluchy/kolki/nieprzespane noce/ząbkowanie itp
w zależności od wieku masz juz gotowe dzieci do zabawy/wyjazdów/wycieczek itp
Toś dobrał wyjątkowo wybiórcze kryteria. Większość facetów raczej będzie widziała perspektywę znikomej ilości czasu sam na sam, konflikty z już podrośniętym przychówkiem swojej wybranki (takie jak ma @anna.zakochana to facet całkiem skutecznie może wychować jak swoje; z takimi w wieku dzieci Autorki będzie znacznie częściej jak w opisanym w tym wątku przypadku; no kurde, mam taki przykład całkiem blisko, bo syn mojej przyjaciółki wręcz nie cierpi jej faceta, nie chce spędzać z nim świąt itd.).
Emm ale na mieszkanie to sobie może sam człowiek zarobić, nie musi go dostać od rodziców wiesz?
Ja sam wyszedłem z domu po maturze z plecakiem i walizka i paroma groszami które sam sobie zarobiłem.
Nic nie dostałem od rodziców, no może nerwice.
Sam sobie zapracowałem na dom.
Fajnie że sobie poleciałeś takim tekstem jako przedstawiciel klasy zarabiającej znacznie ponad przeciętną, ale zauważ że lwia część osób zarabia znacznie mniej. Tak się składa że ostatnio zapoznałem się z oceną zdolności kredytowej, wiem ile dają, z jaką ratą i na ile lat. Przeciętny człowiek to w ogóle figę a nie kredyt w złotówkach dostanie, nie wspominając że ten kredyt mu na g..., a nie na mieszkanie starczy. Więc takie bajki to możesz innym kolegom z IT opowiadać.
Ja swoje mieszkanie odziedziczyłem i nie zamierzam za to przepraszać. Zresztą w sumie i dobrze, bo przy mojej niskiej odporności na stres jaką mam praktycznie od dziecka to takiej 20 czy 30-letniej pętli na szyi w postaci kredytu mieszkaniowego (zwłaszcza przy naszym rynku pracy) pewnie bym nie wytrzymał nerwowo i zszedł na jakiś zawał czy udar...
Nowe_otwarcie napisał/a:Lady Loka napisał/a:Ona jest z tym facetem 4 lata, a nie dwa miesiące. Już nie przesadzaj, Otwarcie, zgorzknienie z Ciebie wyłazi.
Masa ludzi, którzy juz są w wieku postreprodukcyjnym teraz narzeka, że dzieci nie miało więcej, że o tym trzecim myśleli, ale się nie zdecydowali. A to były czasy sprzed 500+. Ludzie spokojnie dają radę z zapewnieniem startu dzieciom. Przecież nie musisz każdemu dziecku zapewnić mieszkania czy wkładu własnego do kredytu.
Poczytaj sobie skąd się inflacja bierze zanim zaczniesz gadać głupoty.
Milion razy bardziej wolałabym być samotną matką z 3 dzieci niż mieć w otoczeniu kogoś takiego jak Ty, kto by mi wyliczał "wartość rynkową".
Możesz sobie woleć, ale nie udawaj że nie wiesz jak jest. Albo wiesz co? Załóż konto na jakimś portalu randkowym i wpisz w opisie że masz 3 dzieci. Zobaczymy jaki będzie odzew...
Nie zgodzę sie. Kobiety z dziecmi - nie znaczy z automatu,że już zawsze będą same. Znajdują sobie partnerów i to wcale nie z desperacji ani nie łapią pierwszego lepszego, wrecz przeciwnie, mają dość spore wymagania, bo patrzą tez przez pryzmat dzieci.
Chyba, że byłby to jakis skrajny przypadek, kobieta z dziećmi, bez pracy, bez dachu nad głową, bez wykształcenia - wtedy mogłaby być zdesperowana. Ale zazwyczaj rozwódki czy wdowy z dziećmi same przecież pracują, mają gdzie mieszkać, potrafią sobie zapewnić byt, jedynie co im w życiu "nie wyszło" to partner (i ojciec dla dzieci). Powiedziałabym, że sa bardziej wybredne niż niejedna panna.
I dlatego są same od rozwodu jak autorka? ![]()
Obawiam się że znowu teoretyzujesz. Ale też co innego jak matka ma możliwość zapewnić sobie sporo czasu wolnego dla faceta (jak matka mojej ex, która też poszła de facto w długą i uznała że dzieci w tym wieku mogą doglądać się same, a najstarsze gotować; skutkiem czego w domu spędzała ze 3 dni w tygodniu, resztę u faceta, mając na dzieci tak nieco wyje...ne, tym bardziej że i od kieliszka nie stroniła. Czy o to chodzi?), a jeśli tego czasu nie ma, to wygląda to gorzej. Dzieci też tolerancyjniej podchodzą do odległego zagrożenia niż do wchodzącego im do domu... No tak to wygląda na żywo.
Jakie znaczenie ma "pozycja na rynku" autorki? Bo ja się poniekąd zgadzam, że nie musi być marzeniem wszystkich mężczyzn w okolicy, tylko nie bardzo rozumiem, co to ma do rzeczy. Oni są razem 4 lata, a ona nie zastanawia się, czy zostać z tym, czy szukać kolejnego faceta (przy czym analiza jej sytuacji mogłaby mieć znaczenie). Można zresztą przypuszczać, że po takim dłuższym związku, gdyby nawet się rozstali, nowy partner nie pojawiłby się natychmiast na szczycie listy rzeczy do zrobienia.
Zamieszkali razem, może pochopnie, w znaczeniu: bez przemyślenia różnych kwestii. Niezależnie od jej (i jego) statusu, wypadałoby spróbować chociaż to jakoś ogarnąć, a nie kalkulować od razu szanse na nowy związek po ewentualnym powrocie na rynek matrymonialny.
Zresztą przecież tam się nic wielkiego nie wydarzyło: dzieciaki nieprzyzwyczajone do mieszkania z obcym facetem, bezdzietny facet nieprzyzwyczajony do mieszkania z dzieciakami. Można siąść razem i wypracować (a przynajmniej spróbować) jakieś zasady, które zapewniłyby wszystkim minimum komfortu (na miarę warunków). Tylko autorka, jako matka i partnerka, a więc - ogniwo łączące dzieci i faceta, musiałaby wziąć pod uwagę, że wszyscy mają się tam dobrze czuć, wszyscy mają jakieś potrzeby i wyobrażenia nt. wspólnego mieszkania i wszyscy powinni mieć w tej sprawie coś co powiedzenia. Tymczasem autorka - standardowo - pyta, kto ma rację, czyli szuka winnego i pokrzywdzonych. Ciekawe tylko, co jej to da. Jeśli forumowicze zgodzą się z partnerem, to dzieciaki będą miały musztrę, a jeśli z dziećmi, to partner usłyszy, że ma siedzieć cicho i godzić się na wszystko? Na pewno zapewni im to szczęśliwe życie. ![]()
Jakie znaczenie ma "pozycja na rynku" autorki? Bo ja się poniekąd zgadzam, że nie musi być marzeniem wszystkich mężczyzn w okolicy, tylko nie bardzo rozumiem, co to ma do rzeczy. Oni są razem 4 lata, a ona nie zastanawia się, czy zostać z tym, czy szukać kolejnego faceta (przy czym analiza jej sytuacji mogłaby mieć znaczenie). Można zresztą przypuszczać, że po takim dłuższym związku, gdyby nawet się rozstali, nowy partner nie pojawiłby się natychmiast na szczycie listy rzeczy do zrobienia.
Zamieszkali razem, może pochopnie, w znaczeniu: bez przemyślenia różnych kwestii. Niezależnie od jej (i jego) statusu, wypadałoby spróbować chociaż to jakoś ogarnąć, a nie kalkulować od razu szanse na nowy związek po ewentualnym powrocie na rynek matrymonialny.
Zresztą przecież tam się nic wielkiego nie wydarzyło: dzieciaki nieprzyzwyczajone do mieszkania z obcym facetem, bezdzietny facet nieprzyzwyczajony do mieszkania z dzieciakami. Można siąść razem i wypracować (a przynajmniej spróbować) jakieś zasady, które zapewniłyby wszystkim minimum komfortu (na miarę warunków). Tylko autorka, jako matka i partnerka, a więc - ogniwo łączące dzieci i faceta, musiałaby wziąć pod uwagę, że wszyscy mają się tam dobrze czuć, wszyscy mają jakieś potrzeby i wyobrażenia nt. wspólnego mieszkania i wszyscy powinni mieć w tej sprawie coś co powiedzenia. Tymczasem autorka - standardowo - pyta, kto ma rację, czyli szuka winnego i pokrzywdzonych. Ciekawe tylko, co jej to da. Jeśli forumowicze zgodzą się z partnerem, to dzieciaki będą miały musztrę, a jeśli z dziećmi, to partner usłyszy, że ma siedzieć cicho i godzić się na wszystko? Na pewno zapewni im to szczęśliwe życie.
Saro, już Ci piszę jakie znaczenie ma jej pozycja. Takie że od niej poniekąd zależy czy łatwo czy bardzo trudno jej pójdzie przekonanie (zwłaszcza) partnera do rozmów . To tak jak na rynku pracy: możesz obiektywnie mało zarabiać, ale szef rzadko kiedy da Ci podwyżkę ze zrozumienia tego faktu; znacznie częściej dostaniesz ją jeśli jest niedobór pracowników Twojej profesji. Bo gdyby pracodawca czuł od początku że musi Ci dać podwyżkę, to dałby ją bez Twoich nacisków. I tu podobnie: gdyby facet czuł że musi się dogadać z nią i dziećmi "bo tak", to stałoby się to już wcześniej, z jego inicjatywy. Zresztą widać że facet coś się z ustępstwami nie wyrywa... bo pewnie czuje że to ona ma słabszą pozycję i oczekuje że to ona spacyfikuje dzieci. Tymczasem autorka przyszła do nas oczekując "rady" i na wstępie daje do zrozumienia że ona w winę swoich dzieci nie wierzy, że to jej facet się do nich przy...ala. Może i tak nawet jest, ale rozstrzygnięcia rzadko zapadają według tego kto ma słuszność; częściej według tego, kto ma przewagę sytuacyjną. I o to mi cały czas chodzi. Nie chodzi o to że autorka wyjechała od razu z tekstem w duchu "No jak moje dzieci mogą być czemuś winne?!"; chodzi o to że najprawdopodobniej nie ma ona takiej pozycji żeby to facet musiał się dostosować.
SaraS napisał/a:Jakie znaczenie ma "pozycja na rynku" autorki? Bo ja się poniekąd zgadzam, że nie musi być marzeniem wszystkich mężczyzn w okolicy, tylko nie bardzo rozumiem, co to ma do rzeczy. Oni są razem 4 lata, a ona nie zastanawia się, czy zostać z tym, czy szukać kolejnego faceta (przy czym analiza jej sytuacji mogłaby mieć znaczenie). Można zresztą przypuszczać, że po takim dłuższym związku, gdyby nawet się rozstali, nowy partner nie pojawiłby się natychmiast na szczycie listy rzeczy do zrobienia.
Zamieszkali razem, może pochopnie, w znaczeniu: bez przemyślenia różnych kwestii. Niezależnie od jej (i jego) statusu, wypadałoby spróbować chociaż to jakoś ogarnąć, a nie kalkulować od razu szanse na nowy związek po ewentualnym powrocie na rynek matrymonialny.
Zresztą przecież tam się nic wielkiego nie wydarzyło: dzieciaki nieprzyzwyczajone do mieszkania z obcym facetem, bezdzietny facet nieprzyzwyczajony do mieszkania z dzieciakami. Można siąść razem i wypracować (a przynajmniej spróbować) jakieś zasady, które zapewniłyby wszystkim minimum komfortu (na miarę warunków). Tylko autorka, jako matka i partnerka, a więc - ogniwo łączące dzieci i faceta, musiałaby wziąć pod uwagę, że wszyscy mają się tam dobrze czuć, wszyscy mają jakieś potrzeby i wyobrażenia nt. wspólnego mieszkania i wszyscy powinni mieć w tej sprawie coś co powiedzenia. Tymczasem autorka - standardowo - pyta, kto ma rację, czyli szuka winnego i pokrzywdzonych. Ciekawe tylko, co jej to da. Jeśli forumowicze zgodzą się z partnerem, to dzieciaki będą miały musztrę, a jeśli z dziećmi, to partner usłyszy, że ma siedzieć cicho i godzić się na wszystko? Na pewno zapewni im to szczęśliwe życie.Saro, już Ci piszę jakie znaczenie ma jej pozycja. Takie że od niej poniekąd zależy czy łatwo czy bardzo trudno jej pójdzie przekonanie (zwłaszcza) partnera do rozmów . To tak jak na rynku pracy: możesz obiektywnie mało zarabiać, ale szef rzadko kiedy da Ci podwyżkę ze zrozumienia tego faktu; znacznie częściej dostaniesz ją jeśli jest niedobór pracowników Twojej profesji. Bo gdyby pracodawca czuł od początku że musi Ci dać podwyżkę, to dałby ją bez Twoich nacisków. I tu podobnie: gdyby facet czuł że musi się dogadać z nią i dziećmi "bo tak", to stałoby się to już wcześniej, z jego inicjatywy. Zresztą widać że facet coś się z ustępstwami nie wyrywa... bo pewnie czuje że to ona ma słabszą pozycję i oczekuje że to ona spacyfikuje dzieci. Tymczasem autorka przyszła do nas oczekując "rady" i na wstępie daje do zrozumienia że ona w winę swoich dzieci nie wierzy, że to jej facet się do nich przy...ala. Może i tak nawet jest, ale rozstrzygnięcia rzadko zapadają według tego kto ma słuszność; częściej według tego, kto ma przewagę sytuacyjną. I o to mi cały czas chodzi. Nie chodzi o to że autorka wyjechała od razu z tekstem w duchu "No jak moje dzieci mogą być czemuś winne?!"; chodzi o to że najprawdopodobniej nie ma ona takiej pozycji żeby to facet musiał się dostosować.
On mieszka u niej.
A skoro metraż maly(jak wynika z opisu), to coś go musiało skłonić do tego kroku.
83 2022-09-28 16:35:40 Ostatnio edytowany przez Szeptuch (2022-09-28 16:38:31)
Fajnie że sobie poleciałeś takim tekstem jako przedstawiciel klasy zarabiającej znacznie ponad przeciętną, ale zauważ że lwia część osób zarabia znacznie mniej. Tak się składa że ostatnio zapoznałem się z oceną zdolności kredytowej, wiem ile dają, z jaką ratą i na ile lat. Przeciętny człowiek to w ogóle figę a nie kredyt w złotówkach dostanie, nie wspominając że ten kredyt mu na g..., a nie na mieszkanie starczy. Więc takie bajki to możesz innym kolegom z IT opowiadać.
Ja swoje mieszkanie odziedziczyłem i nie zamierzam za to przepraszać. Zresztą w sumie i dobrze, bo przy mojej niskiej odporności na stres jaką mam praktycznie od dziecka to takiej 20 czy 30-letniej pętli na szyi w postaci kredytu mieszkaniowego (zwłaszcza przy naszym rynku pracy) pewnie bym nie wytrzymał nerwowo i zszedł na jakiś zawał czy udar...
Widzę ze nie rozumiesz.
Mi nikt nie dał status klasy średniej.
Nie spłynęło to na mnie jak łaska naszego ojca szatana.
Skoro ktoś taki jak ja: z rozjebaną psychika przez rodzinę, z taka nerwicą ze nie byłem w stanie niczego zjeść w obecności innych ludzi, nie mający żadnego wsparcia ani znajomości, był w stanie zarobić sobie na dom, to myślę ze każdy jest w stanie.
I jestem z siebie kurewsko dumny.
I widzę to u siebie na wiosce, młodzi ludzie po szkole średniej, praca dzieci, praca dodatkowa, urlop na szparagach w Niemczech i powoli każdy ten dom stawia. Niektórzy sami kopia fundamenty, ramie w ramie mąż i żona.
Więc jak najbardziej sie da.
Edit: Ludzkie uczucia to nie ejst rynek pracy.
Jak ktos wykorzystuje swoja przewagę, choćby materialną to tak naprawdę nie kocha swojego partnera.
bo co to za argumentacja: Robisz to co ja chce albo sie rozchodzimy, a przecież nikt inny cie nie zechce, jesteś tylko samotna matka"
to jest miłość?
To patologia.
Nowe_otwarcie napisał/a:Fajnie że sobie poleciałeś takim tekstem jako przedstawiciel klasy zarabiającej znacznie ponad przeciętną, ale zauważ że lwia część osób zarabia znacznie mniej. Tak się składa że ostatnio zapoznałem się z oceną zdolności kredytowej, wiem ile dają, z jaką ratą i na ile lat. Przeciętny człowiek to w ogóle figę a nie kredyt w złotówkach dostanie, nie wspominając że ten kredyt mu na g..., a nie na mieszkanie starczy. Więc takie bajki to możesz innym kolegom z IT opowiadać.
Ja swoje mieszkanie odziedziczyłem i nie zamierzam za to przepraszać. Zresztą w sumie i dobrze, bo przy mojej niskiej odporności na stres jaką mam praktycznie od dziecka to takiej 20 czy 30-letniej pętli na szyi w postaci kredytu mieszkaniowego (zwłaszcza przy naszym rynku pracy) pewnie bym nie wytrzymał nerwowo i zszedł na jakiś zawał czy udar...Widzę ze nie rozumiesz.
Mi nikt nie dał status klasy średniej.
Nie spłynęło to na mnie jak łaska naszego ojca szatana.
Skoro ktoś taki jak ja: z rozjebaną psychika przez rodzinę, z taka nerwicą ze nie byłem w stanie niczego zjeść w obecności innych ludzi, nie mający żadnego wsparcia ani znajomości, był w stanie zarobić sobie na dom, to myślę ze każdy jest w stanie.
I jestem z siebie kurewsko dumny.
I widzę to u siebie na wiosce, młodzi ludzie po szkole średniej, praca dzieci, praca dodatkowa, urlop na szparagach w Niemczech i powoli każdy ten dom stawia. Niektórzy sami kopia fundamenty, ramie w ramie mąż i żona.
Więc jak najbardziej sie da.Edit: Ludzkie uczucia to nie ejst rynek pracy.
Jak ktos wykorzystuje swoja przewagę, choćby materialną to tak naprawdę nie kocha swojego partnera.
bo co to za argumentacja: Robisz to co ja chce albo sie rozchodzimy, a przecież nikt inny cie nie zechce, jesteś tylko samotna matka"
to jest miłość?
To patologia.
Jak sobie poradziłeś z tym objawem nerwicy?
Jak sobie poradziłeś z tym objawem nerwicy?
Ogólnie to terapia trwała dwa lata.
Miałem szczęście ze natrafiłem na super psychiatrę, z psychologiem było dużo gorzej, chyba dopiero 10 z kolei maił rozum i godność człowieka.
Na samym początku, lekarz chciał wdrożyć leczenie na bazie silnych psychotropów, z tego co pamiętam było to leki na bazie bromazepamum.
bo oprócz nerwicy miałem tez fobie społeczną.
Ja się nie zgodziłem, mam taki pogląd że to co czyni mnie człowiekiem to moja świadomość, wiec takie leki czy alkohol i inne środki odurzające są dla mnie niedopuszczalne.
Powiedziałem to lekarzowi, wiec z farmakologi nie miałem nic, wszystko oparło się na psychoterapii.
Więc leczenie wyglądało tak ze najpierw trzeba było sobie poradzić z demonami przeszłości.
Psycholog polecał drogę "wybaczenia", abym darował winny mojej rodzinie, i wybaczył to co mi przez te wszystkie lata robili, a sporo tego było.
Ja poszedłem droga pogardy i nienawiści, wolałem nienawidzić niż wybaczyć, i o dziwo to przyniosło tak świetne efekty ze sama psycholog była zdziwiona.
kolejny aspekt leczenia przebiegał wręcz automatycznie.
Byłem zdany sam na siebie, a coś jeść trzeba było i gdzieś mieszkać tez.
Pieniądze które miałem, wystarczyły na kaucje za pokój i 2 miechy z góry.+ jedzenie+opłaty itp. taki miałem zapas.
Wcześniej zawsze jadłem sam, bardzo często zimne, bo czekałem az rodzinka skończy jeść, brałem to co mogłem i wychodziłem z domu.
A teraz, np podczas przerwy w pracy nie mogłem jak skończony debil wychodzić z zakładu i jeść gdzieś pod śmietnikiem, choć na samym początku, przyznam sie, zdarzało się.
Początki były trudne, oczywiście jedzenie stawało w gardle, wiec były okresy unikania jedzenia i odpowiedzi w stylu "nie jestem głody" były wymioty.
Ale z czasem, powoli, przymuszony okolicznościami zacząłem jeść z innymi, małymi kroczkami.
Najgorsze było pierwsze pól roku, kolejne pół jako tako a 2 rok terapii to były takie działania stabilizacyjne.
Bardzo pomogli mi poznani przyjaciele, którzy mnie wspierali, kobiety które zaczęły w moim życiu pełnić główna role.
rossanka napisał/a:Jak sobie poradziłeś z tym objawem nerwicy?
Ogólnie to terapia trwała dwa lata.
Miałem szczęście ze natrafiłem na super psychiatrę, z psychologiem było dużo gorzej, chyba dopiero 10 z kolei maił rozum i godność człowieka.
Na samym początku, lekarz chciał wdrożyć leczenie na bazie silnych psychotropów, z tego co pamiętam było to leki na bazie bromazepamum.
bo oprócz nerwicy miałem tez fobie społeczną.
Ja się nie zgodziłem, mam taki pogląd że to co czyni mnie człowiekiem to moja świadomość, wiec takie leki czy alkohol i inne środki odurzające są dla mnie niedopuszczalne.
Powiedziałem to lekarzowi, wiec z farmakologi nie miałem nic, wszystko oparło się na psychoterapii.Więc leczenie wyglądało tak ze najpierw trzeba było sobie poradzić z demonami przeszłości.
Psycholog polecał drogę "wybaczenia", abym darował winny mojej rodzinie, i wybaczył to co mi przez te wszystkie lata robili, a sporo tego było.
Ja poszedłem droga pogardy i nienawiści, wolałem nienawidzić niż wybaczyć, i o dziwo to przyniosło tak świetne efekty ze sama psycholog była zdziwiona.kolejny aspekt leczenia przebiegał wręcz automatycznie.
Byłem zdany sam na siebie, a coś jeść trzeba było i gdzieś mieszkać tez.
Pieniądze które miałem, wystarczyły na kaucje za pokój i 2 miechy z góry.+ jedzenie+opłaty itp. taki miałem zapas.
Wcześniej zawsze jadłem sam, bardzo często zimne, bo czekałem az rodzinka skończy jeść, brałem to co mogłem i wychodziłem z domu.
A teraz, np podczas przerwy w pracy nie mogłem jak skończony debil wychodzić z zakładu i jeść gdzieś pod śmietnikiem, choć na samym początku, przyznam sie, zdarzało się.
Początki były trudne, oczywiście jedzenie stawało w gardle, wiec były okresy unikania jedzenia i odpowiedzi w stylu "nie jestem głody" były wymioty.
Ale z czasem, powoli, przymuszony okolicznościami zacząłem jeść z innymi, małymi kroczkami.
Najgorsze było pierwsze pól roku, kolejne pół jako tako a 2 rok terapii to były takie działania stabilizacyjne.
Bardzo pomogli mi poznani przyjaciele, którzy mnie wspierali, kobiety które zaczęły w moim życiu pełnić główna role.
Mówisz małymi kroczkami?
(Przeczytałam uważnie wszystko). Koleżanki, znajomi mało kto wie, więc mi nie pomoże. Faceta też nie mam, zawsze miałam fobie, że mnie zostawi z tego powodu albo wyśmieje.
Dzięki za obszerna odpowiedź i nie robię już off topu wątku:)
87 2022-09-28 18:53:47 Ostatnio edytowany przez Nowe_otwarcie (2022-09-28 18:54:19)
Widzę ze nie rozumiesz.
Mi nikt nie dał status klasy średniej.
Nie spłynęło to na mnie jak łaska naszego ojca szatana.
Skoro ktoś taki jak ja: z rozjebaną psychika przez rodzinę, z taka nerwicą ze nie byłem w stanie niczego zjeść w obecności innych ludzi, nie mający żadnego wsparcia ani znajomości, był w stanie zarobić sobie na dom, to myślę ze każdy jest w stanie.
I jestem z siebie kurewsko dumny.
Zapomniałeś o tak "nieistotnym" szczególiku jak ponadprzeciętny talent do dyscypliny, która aktualnie jest nadzwyczaj dobrze opłacana (niektórzy mają mniej szczęścia i nie mają tego talentu albo mają do czegoś, co nie przynosi wielkiej kasy) ![]()
Ciebie trafiła nerwica, ja też ją mam (a w dodatku kilka innych "detali", które teoretycznie i praktycznie stanowią utrudnienie - a nawet teoretycznie powinny mi uniemożliwiać - w pracy. Ale dbając o trzymanie tego pod kontrolą jakoś sobie radzę, choć nie jest mi tak łatwo jak wielu innym (dość powiedzieć że badania okresowe do pracy nie są dla mnie czystą formalnością) ![]()
SaraS napisał/a:Jakie znaczenie ma "pozycja na rynku" autorki? Bo ja się poniekąd zgadzam, że nie musi być marzeniem wszystkich mężczyzn w okolicy, tylko nie bardzo rozumiem, co to ma do rzeczy. Oni są razem 4 lata, a ona nie zastanawia się, czy zostać z tym, czy szukać kolejnego faceta (przy czym analiza jej sytuacji mogłaby mieć znaczenie). Można zresztą przypuszczać, że po takim dłuższym związku, gdyby nawet się rozstali, nowy partner nie pojawiłby się natychmiast na szczycie listy rzeczy do zrobienia.
Zamieszkali razem, może pochopnie, w znaczeniu: bez przemyślenia różnych kwestii. Niezależnie od jej (i jego) statusu, wypadałoby spróbować chociaż to jakoś ogarnąć, a nie kalkulować od razu szanse na nowy związek po ewentualnym powrocie na rynek matrymonialny.
Zresztą przecież tam się nic wielkiego nie wydarzyło: dzieciaki nieprzyzwyczajone do mieszkania z obcym facetem, bezdzietny facet nieprzyzwyczajony do mieszkania z dzieciakami. Można siąść razem i wypracować (a przynajmniej spróbować) jakieś zasady, które zapewniłyby wszystkim minimum komfortu (na miarę warunków). Tylko autorka, jako matka i partnerka, a więc - ogniwo łączące dzieci i faceta, musiałaby wziąć pod uwagę, że wszyscy mają się tam dobrze czuć, wszyscy mają jakieś potrzeby i wyobrażenia nt. wspólnego mieszkania i wszyscy powinni mieć w tej sprawie coś co powiedzenia. Tymczasem autorka - standardowo - pyta, kto ma rację, czyli szuka winnego i pokrzywdzonych. Ciekawe tylko, co jej to da. Jeśli forumowicze zgodzą się z partnerem, to dzieciaki będą miały musztrę, a jeśli z dziećmi, to partner usłyszy, że ma siedzieć cicho i godzić się na wszystko? Na pewno zapewni im to szczęśliwe życie.Saro, już Ci piszę jakie znaczenie ma jej pozycja. Takie że od niej poniekąd zależy czy łatwo czy bardzo trudno jej pójdzie przekonanie (zwłaszcza) partnera do rozmów . To tak jak na rynku pracy: możesz obiektywnie mało zarabiać, ale szef rzadko kiedy da Ci podwyżkę ze zrozumienia tego faktu; znacznie częściej dostaniesz ją jeśli jest niedobór pracowników Twojej profesji. Bo gdyby pracodawca czuł od początku że musi Ci dać podwyżkę, to dałby ją bez Twoich nacisków. I tu podobnie: gdyby facet czuł że musi się dogadać z nią i dziećmi "bo tak", to stałoby się to już wcześniej, z jego inicjatywy. Zresztą widać że facet coś się z ustępstwami nie wyrywa... bo pewnie czuje że to ona ma słabszą pozycję i oczekuje że to ona spacyfikuje dzieci. Tymczasem autorka przyszła do nas oczekując "rady" i na wstępie daje do zrozumienia że ona w winę swoich dzieci nie wierzy, że to jej facet się do nich przy...ala. Może i tak nawet jest, ale rozstrzygnięcia rzadko zapadają według tego kto ma słuszność; częściej według tego, kto ma przewagę sytuacyjną. I o to mi cały czas chodzi. Nie chodzi o to że autorka wyjechała od razu z tekstem w duchu "No jak moje dzieci mogą być czemuś winne?!"; chodzi o to że najprawdopodobniej nie ma ona takiej pozycji żeby to facet musiał się dostosować.
Rozumiem, że tak może być, jak się zaczynają spotykać ("po co mam się dostosowywać, jak zaraz mogę znaleźć taką, do której nie muszę") i w grę nie wchodzą żadne większe uczucia, ale jeżeli czteroletni związek rzeczywiście wygląda tak jak relacja szef - pracownik, jeżeli w przypadku kłopotów zaczynają się kalkulacje (opłacalność, szacowanie wartości, pozycja), a nie próby rozwiązania, to myślę, że sytuacja, w której znaleźli się po zamieszkaniu razem, jest ich najmniejszym problemem.
Poza tym nie gra mi jedna rzecz, jeszcze tak zostając w świecie wyliczeń. Nawet jeżeli założyć, że wartość autorki na rynku matrymonialnym będzie niewielka, to jaką wartość ma facet, który decyduje się na zamieszkanie z autorką w takich warunkach? Na pewno może przebierać w kobietach, a i sam jest mężczyzną idealnym o niesamowicie wysokiej pozycji zawodowej i społecznej, tak?
Jeżeli tak podsumowana autorka stanowi na razie dla niego najlepszą opcję, jeżeli zgodził się na mieszkanie w takich warunkach, a wszystko to stanowi wynik chłodnych kalkulacji, to nie świadczy to za dobrze o jego możliwościach, w związku z czym prawdopodobnie wcale tej autorki pozycją nie przerasta.
Ewentualnie może po prostu mu na niej zależeć, ale kto by tam w to wierzył. ![]()
Rozumiem, że tak może być, jak się zaczynają spotykać ("po co mam się dostosowywać, jak zaraz mogę znaleźć taką, do której nie muszę") i w grę nie wchodzą żadne większe uczucia, ale jeżeli czteroletni związek rzeczywiście wygląda tak jak relacja szef - pracownik, jeżeli w przypadku kłopotów zaczynają się kalkulacje (opłacalność, szacowanie wartości, pozycja), a nie próby rozwiązania, to myślę, że sytuacja, w której znaleźli się po zamieszkaniu razem, jest ich najmniejszym problemem.
Mają przechodzony związek, bo staż 4 letni to za późno na wspólne zamieszkanie. Motylki wyleciały, żadna ze stron nie ma już takiej motywacji, aby nagiąć swoje standardy i właśnie zaczyna się kalkulacja oraz:
Czasami mam dość wszystkiego, i zastanawiam się czy to ma sens.
Z tym się zgadzam; jakiś czas temu rozmawiałam z przyjacielem, który się szykował na wspólne zamieszkanie (dość wcześnie) z drugą połówką i użyłam tego samego argumentu za tym, żeby jednak nie zwlekać. Sama zamieszkałam z partnerem po 6 miesiącach, z drugiej strony tu jest jednak trochę inna sytuacja. Nikt nie wprowadzi "świeżego" faceta do domu, jeżeli ma w nim trójkę dzieci. I tak samo, zgaduję, łatwiej i przyjemniej zamieszkać szybko z kobietą bezdzietną niż matką. To pierwsze można traktować luźniej, ot, przedłużenie randki, fajnie będzie i milutko, dużo miłości i motylków, a jak nie pasujemy do siebie, to nie zmarnujemy czasu. A jak jedna strona ma dzieci, to nie chce tym dzieciom mieszać, a i partner rodzica zapewne dużo później będzie gotowy na taki krok, który nie będzie oznaczał już sielanki zakochanych tylko rodzinne życie w pełnej wersji. W tym przypadku zresztą mam wrażenie, że i 4 lata to było za mało, żeby pan uzmysłowił sobie, na co się pisze, a pani - żeby przygotowała dzieci na taki krok.
Z tym się zgadzam; jakiś czas temu rozmawiałam z przyjacielem, który się szykował na wspólne zamieszkanie (dość wcześnie) z drugą połówką i użyłam tego samego argumentu za tym, żeby jednak nie zwlekać. Sama zamieszkałam z partnerem po 6 miesiącach, z drugiej strony tu jest jednak trochę inna sytuacja. Nikt nie wprowadzi "świeżego" faceta do domu, jeżeli ma w nim trójkę dzieci. I tak samo, zgaduję, łatwiej i przyjemniej zamieszkać szybko z kobietą bezdzietną niż matką. To pierwsze można traktować luźniej, ot, przedłużenie randki, fajnie będzie i milutko, dużo miłości i motylków, a jak nie pasujemy do siebie, to nie zmarnujemy czasu. A jak jedna strona ma dzieci, to nie chce tym dzieciom mieszać, a i partner rodzica zapewne dużo później będzie gotowy na taki krok, który nie będzie oznaczał już sielanki zakochanych tylko rodzinne życie w pełnej wersji. W tym przypadku zresztą mam wrażenie, że i 4 lata to było za mało, żeby pan uzmysłowił sobie, na co się pisze, a pani - żeby przygotowała dzieci na taki krok.
Bo to faktycznie inaczej jak jest samemu, bez dzieci, a inaczej jak się ma dziecko/dzieci z poprzedniego związku. Z moją obecną partnerką jesteśmy ze sobą już 8 miesięcy, ale nic jeszcze nawet nie rozmawialiśmy o zamieszkaniu razem, a ja wciąż staram się wybrać odpowiedni moment na poinformowanie oficjalnie mojej córki że jesteśmy razem (chyba koło świat będzie taki sprzyjający moment). Z drugiej strony też i nie chcę żeby moje kontakty z córką (albo więź z nią) ucierpiały, więc ciągle się zastanawiam jak to najbardziej bezboleśnie zrobić. Dlatego przy trójce dzieci autorki jestem sobie w stanie wyobrazić jej rozterki...
Sami uczeni, wyczuleni i wszechwiedzący wzięli na tapetę życie kobiety, która znalazła się między młotem a kowadłem. Zrobili jej wydumaną wiwisekcję i orzekli wg swoich pokrzywionych norm moralnych. Przy okazji wywlekli na wierzch swoje własne strachy i projekcje oraz wszelkie ukrywane kompleksy. Żenada do kwadratu. No i brak umiejętności czytania ze zrozumieniem. Zatem wyjaśnię, co kobieta napisała :
Spotyka się z partnerem 4 lata, ale dopiero niedawno z nim zamieszkała
Ma troje nastoletnich dzieci
Partner uważa, że źle wychowuje dzieci.
Tylko tyle i aż tyle. Kocha dzieci, kocha partnera, nie wie jak ogarnąć tą sytuację.
A mądrzy komentatorzy liczą jej dzieci, pieniądze, metraż mieszkania, stan materialny i oceniają wykształcenie. Wszystko z dupy. Zróbcie porządek w swoich pokręconych życiorysach, bo z jakiegoś powodu każdy tu się znalazł. Frustracje swoje wylewajcie gdzie indziej, bo naprawdę nie pomagacie.
Do Autorki, Twoje dzieci, Twój dom, Ty rządzisz. Nie zawsze wszystko jest ok, gdy ludzie że sobą zamieszkają. I zadaj sobie pytanie, kto bardziej Ciebie szanuje, dzieci, czy partner? Ty znasz odpowiedź.
93 2022-10-04 07:20:49 Ostatnio edytowany przez Nowe_otwarcie (2022-10-04 07:23:54)
Sami uczeni, wyczuleni i wszechwiedzący wzięli na tapetę życie kobiety, która znalazła się między młotem a kowadłem. Zrobili jej wydumaną wiwisekcję i orzekli wg swoich pokrzywionych norm moralnych. Przy okazji wywlekli na wierzch swoje własne strachy i projekcje oraz wszelkie ukrywane kompleksy. Żenada do kwadratu. No i brak umiejętności czytania ze zrozumieniem. Zatem wyjaśnię, co kobieta napisała :
Spotyka się z partnerem 4 lata, ale dopiero niedawno z nim zamieszkała
Ma troje nastoletnich dzieci
Partner uważa, że źle wychowuje dzieci.
Tylko tyle i aż tyle. Kocha dzieci, kocha partnera, nie wie jak ogarnąć tą sytuację.
A mądrzy komentatorzy liczą jej dzieci, pieniądze, metraż mieszkania, stan materialny i oceniają wykształcenie. Wszystko z dupy. Zróbcie porządek w swoich pokręconych życiorysach, bo z jakiegoś powodu każdy tu się znalazł. Frustracje swoje wylewajcie gdzie indziej, bo naprawdę nie pomagacie.
Do Autorki, Twoje dzieci, Twój dom, Ty rządzisz. Nie zawsze wszystko jest ok, gdy ludzie że sobą zamieszkają. I zadaj sobie pytanie, kto bardziej Ciebie szanuje, dzieci, czy partner? Ty znasz odpowiedź.
No tak, czyli takie (do przewidzenia było że ktoś w końcu to zrobi) nabuntowanie przeciwko facetowi.
Właśnie efektem takiego spłycenia sytuacji (jakie obserwujemy w Twoim wykonaniu) i odrzuceniem wszystkich "dodatkowych" okoliczności będzie to że autorka bezrefleksyjnie wykopie faceta, a potem będzie się dziwiła że zostanie sama, że facet sobie znajdzie inną a ona wciąż będzie sama i "czemu jest tak źle jeśli ona przecież postąpiła słusznie?!". Bo niestety właśnie tym co różni teorię od praktyki jest wpływ tych REALNYCH dodatkowych okoliczności... Sytuacja najczęściej wygląda bardzo prosto jak się widzi uproszczony jej obraz; tylko jeśli jest tak prosta to czemu autorki zakładające takie wątki nie mogą sobie z nią poradzić...?
94 2022-10-04 07:40:23 Ostatnio edytowany przez Nowe_otwarcie (2022-10-04 07:42:34)
Poza tym nie gra mi jedna rzecz, jeszcze tak zostając w świecie wyliczeń. Nawet jeżeli założyć, że wartość autorki na rynku matrymonialnym będzie niewielka, to jaką wartość ma facet, który decyduje się na zamieszkanie z autorką w takich warunkach? Na pewno może przebierać w kobietach, a i sam jest mężczyzną idealnym o niesamowicie wysokiej pozycji zawodowej i społecznej, tak?Jeżeli tak podsumowana autorka stanowi na razie dla niego najlepszą opcję, jeżeli zgodził się na mieszkanie w takich warunkach, a wszystko to stanowi wynik chłodnych kalkulacji, to nie świadczy to za dobrze o jego możliwościach, w związku z czym prawdopodobnie wcale tej autorki pozycją nie przerasta.
Ewentualnie może po prostu mu na niej zależeć, ale kto by tam w to wierzył.
Facet najpewniej też ma małą wartość i nie masz co ironizować; szansa że ustawiony facet zwróci akurat uwagę na autorkę (oceniając ją na podstawie jej autoprezentacji) są jak jeden do dobrych iluś tam, bliżej szansy wygranej w lotto. Jest z nią 4 lata, ale też nie odpowiem Ci czy to uczucie czy po prostu taka była w jego zasięgu i trzyma się jej ze względu na regularny dostęp do seksu; czy teraz jest z nią z miłości czy z przyzwyczajenia; tego na 100% nie wiem, więc Ci nie odpowiem, sama wiesz że takie układy istnieją. Jednak wbrew temu co niektórzy "pocieszacze" stają się negować ilość dzieci i status (w tym sytuacja mieszkaniowa) to naprawdę to co na etapie poznawania się (a na starcie nie ma żadnej głębszej znajomości, przy której wchodzą w grę inne cechy. Jak na portalu randkowym: na starcie widzisz wygląd i to co o sobie napisze i NA PODSTAWIE TEGO WYBIERASZ) wpływa na "pozycję" kobiety na "rynku uczuciowym" i nie ma co zaklinać rzeczywistości i wmawiać jej że jej pozycja jest mocna. Kobieta z trójką dzieci ma pozycję mocniejszą naprawdę od mało kogo; jeśli jeszcze nie ma czym zaimponować facetowi (bystra i energiczna kobieta interesu czy kobieta o nadzwyczajnej inteligencji), to już praktycznie leży i nie oczekuj że na starcie znajdzie się gromada dobrych Samarytan skłonnych dać jej szansę. I dlatego właśnie w pewnych warunkach nawet facet o relatywnie niskiej pozycji może się czuć tak że ma mimo wszystko leciutką przewagę. Realia są takie jakie są, mimo że wydają nam się niesprawiedliwe...
I nie: to nie cynizm w ocenie. Po prostu w wypadku kompletnie obcych ludzi mogę naprawdę na zimno ocenić sytuację.
Ja się z Tobą zgadzam co do oceny, ale myślę, że to nie jest aż tak ważne, jeśli się jest w dłuższym związku. Przecież oni teraz mają dojść do porozumienia, jakie więc znaczenie ma to, jak potoczyłoby się ich życie, gdyby nie doszli? Rozumiem, że chodzi Ci o to, że osoba z gorszą pozycją może być bardziej zmotywowana do utrzymania relacji, a zatem - gotowa do ustępstw, ale nie w tym przypadku, bo ten facet zapewne księciem na białym koniu też nie jest. Jeśli on z tych kalkulujących, to znaczy, że 4 lata temu wykalkulował sobie, że autorka jest tą najlepszą możliwą dla niego opcją. Czy jego pozycja wzrosła przez ten czas? Jest starszy, mieszka w mieszkaniu partnerki... No, nie wydaje mi się.
A jego partnerka ma dodatkową motywację do walki o siebie w postaci dzieci; na pewne rzeczy nie pójdzie. Więc, myślę, nawet jeśli zakładać, że wszystko opiera się na wyrachowaniu, to oboje startują z tego samego miejsca, bo on raczej też wie, że po rozstaniu nie ustawi się do niego kolejka cudnych kobiet bez przeszłości.
Natomiast absolutnie nie zgadzam się z postem wyżej. Postawienie sprawy tak, że mieszkanie jest autorki, więc on nie ma nic do powiedzenia... Tak się nie buduje związku, rodziny, czegokolwiek. Tak to można lokatorowi pokój wynająć i ustalić samemu zasady. Tu są razem i razem mają znaleźć rozwiązanie (razem z dziećmi również).
Ja się z Tobą zgadzam co do oceny, ale myślę, że to nie jest aż tak ważne, jeśli się jest w dłuższym związku. Przecież oni teraz mają dojść do porozumienia, jakie więc znaczenie ma to, jak potoczyłoby się ich życie, gdyby nie doszli? Rozumiem, że chodzi Ci o to, że osoba z gorszą pozycją może być bardziej zmotywowana do utrzymania relacji, a zatem - gotowa do ustępstw, ale nie w tym przypadku, bo ten facet zapewne księciem na białym koniu też nie jest. Jeśli on z tych kalkulujących, to znaczy, że 4 lata temu wykalkulował sobie, że autorka jest tą najlepszą możliwą dla niego opcją. Czy jego pozycja wzrosła przez ten czas? Jest starszy, mieszka w mieszkaniu partnerki... No, nie wydaje mi się.
A jego partnerka ma dodatkową motywację do walki o siebie w postaci dzieci; na pewne rzeczy nie pójdzie. Więc, myślę, nawet jeśli zakładać, że wszystko opiera się na wyrachowaniu, to oboje startują z tego samego miejsca, bo on raczej też wie, że po rozstaniu nie ustawi się do niego kolejka cudnych kobiet bez przeszłości.
.
Wiesz co, w tak długim związku jest (przynajmniej teoretycznie) większe zżycie, wzajemne poznanie siebie, ale z drugiej strony jest i to o czym wspomniała M!ri czyli po motylkach już nie ma śladu, a więc i chęć do ustępstw mniejsza. Kobieta ma przez trójkę dzieci cholernie trudną sytuację, bo to i ciężko wszystko zgrać z nowym facetem (do pewnego stopnia rozumiem czemu tak odwlekała wspólne zamieszkanie). Nie wiem, ja sam babki z 3 dzieci nigdy nie brałem pod uwagę (jeden raz zagadałem do takiej co miała dwójkę, z takimi z jednym kilka razy zdarzyło się umówić). Poza tym to w pewnym momencie staje się mechanizmem samonapędzającym się: najpierw po rozwodzie stara się wszystko zapewnić dzieciom, żyje głównie dla nich i sama wypada ze świata; potem, gdy nagle się ocknie i dojdzie do wniosku że jednak brakuje jej faceta, często jest już zbyt mocno "wrośnięta" w te dzieci (choć tu dzieci podrośnięte, coraz bardziej zajmują się sobą i luka w jej wypełnionym dotąd dniu się zwiększa). No fakt że babka jest między młotem i kowadłem, fakt że ma dość przerąbane... ale czy jest sens, czy to w ogóle dobre oszukiwać ją że jest inaczej? I niewiele tu zmienia fakt że przed jej facetem w razie rozstania nie widać wiele lepszych perspektyw; ważne jakie są JEJ perspektywy , a nie wyglądają różowo...
A propos ostatniego zdania: wg mnie akurat ten fakt robi kolosalną różnicę. Bo gdyby facet był absolutnym bogiem, wokół którego kręciłyby się kobiety, to gdyby zmiany mu się nie spodobały, gdyby autorka przycisnęła za mocno czy cokolwiek, łatwiej byłoby mu to zakończyć (toż perspektywy takie cudowne, a tu jakaś marudna jędza w chałupie
), natomiast w takiej sytuacji ma takie same powody/tyle samo motywacji co autorka, żeby tej relacji się trzymać, a więc: rozwiązać problemy tak, żeby wszyscy byli w miarę możliwości zadowoleni. Czyli dokładnie tak samo, jak byłoby w fajnym zdrowym związku, który nie opiera się na kalkulacjach tylko na uczuciach, a problemy rozwiązuje się ze względu na chęć dbania o dobro drugiej strony, a nie tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjścia. ![]()
A propos ostatniego zdania: wg mnie akurat ten fakt robi kolosalną różnicę. Bo gdyby facet był absolutnym bogiem, wokół którego kręciłyby się kobiety, to gdyby zmiany mu się nie spodobały, gdyby autorka przycisnęła za mocno czy cokolwiek, łatwiej byłoby mu to zakończyć (toż perspektywy takie cudowne, a tu jakaś marudna jędza w chałupie
), natomiast w takiej sytuacji ma takie same powody/tyle samo motywacji co autorka, żeby tej relacji się trzymać, a więc: rozwiązać problemy tak, żeby wszyscy byli w miarę możliwości zadowoleni. Czyli dokładnie tak samo, jak byłoby w fajnym zdrowym związku, który nie opiera się na kalkulacjach tylko na uczuciach, a problemy rozwiązuje się ze względu na chęć dbania o dobro drugiej strony, a nie tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjścia.
Gdyby był absolutnym bogiem, to jaka w ogóle szansa że zwróciłby na nią uwagę 4 lata wcześniej? ![]()
Wybrałaś partnera z większym kutasem czy portfelem?
SaraS napisał/a:A propos ostatniego zdania: wg mnie akurat ten fakt robi kolosalną różnicę. Bo gdyby facet był absolutnym bogiem, wokół którego kręciłyby się kobiety, to gdyby zmiany mu się nie spodobały, gdyby autorka przycisnęła za mocno czy cokolwiek, łatwiej byłoby mu to zakończyć (toż perspektywy takie cudowne, a tu jakaś marudna jędza w chałupie
), natomiast w takiej sytuacji ma takie same powody/tyle samo motywacji co autorka, żeby tej relacji się trzymać, a więc: rozwiązać problemy tak, żeby wszyscy byli w miarę możliwości zadowoleni. Czyli dokładnie tak samo, jak byłoby w fajnym zdrowym związku, który nie opiera się na kalkulacjach tylko na uczuciach, a problemy rozwiązuje się ze względu na chęć dbania o dobro drugiej strony, a nie tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjścia.
Gdyby był absolutnym bogiem, to jaka w ogóle szansa że zwróciłby na nią uwagę 4 lata wcześniej?
Gdyby był absolutnym bogiem, to zapewne te 4 lata wcześniej byłby już w satysfakcjonującym związku, fakt.
Ale właśnie o to mi chodziło - albo nie jest bogiem, nie będzie przebierał w kobietach i jest tego swiadomy, albo po prostu kocha autorkę, więc tak czy siak powinien mieć motywację (ładniejszą lub brzydszą
), żeby znaleźć rozwiązanie.
A dlaczego nie bierzecie pod uwagę, że facet może mieć już tak po dziurki w nosie jej bachorów, że woli wrócić do kawalerstwa? Dlaczego ma się przejmować, że nie czeka na niego kolejka innych kobiet? Przecież lepiej mieć święty spokój samemu niż mieszkać w takim cyrku w kuchni.
Ja zakładam, że może mieć dość dzieci, mało tego, uważam to za całkowicie normalne. Ot, bezdzietny zderzył się z trójką nastolatków w domu, jest nieprzyzwyczajony do pewnych zachowań, tu ktoś włazi, tam się kłóci, dla niego może to rzeczywiście urastać do rangi patologii. Ale czy już ma całkowicie dość i wybiera kawalerstwo? Chyba jeszcze nie, ostatecznie został (na razie) w tych warunkach, zwraca autorce uwagę itd. To chyba jeszcze liczy na jakieś zmiany. ![]()